nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


3 Komentarze

Narty w Afryce – Atlas Wysoki: co robić? jak żyć?

Sporo osób korzysta z moich rad. Niektórzy się przyznają – inni mniej 😉 Na pohybel grzybiarzom, którzy zazdrośnie strzegą swoich spotów: tutaj znajdziecie instrukcję, jak pojeździć w Atlasie Wysokim w Afryce. Bierzcie i dzielcie się z tego wszyscy.

W drodze w Atlas: niezbyt często można spotkać taki obrazek: wielbłąd w swoim naturalnym środowisku, a w tle ośnieżone szczyty czterotysięczników

Po pierwsze: Miejsca

Z moich dociekań wychodzi, że w Atlasie Wysokim są trzy obszary warte uwagi „narciarsko” – każdy stosunkowo niedaleko (1-2h drogi) od Marrakeszu:

i. Oukaimeden – tam jeździłem ja. Teoretycznie w wiosce jest 3 orczyki (płaskie, krótkie) i główne krzesło, które wywozi na 3200 metrów. Niestety podczas mojego pobytu krzesło stało nieczynne – do tej pory nie wiem czemu (wydaje mi się że ze wzg. na zbyt mało ludzi). Weź więc ze sobą foki. Teren powyżej i z boków wyciągów jest nietknięty – narciarzy jest mało, a z pozatrasowców spotkałem tylko jednego Francuza.

ii. Jebel Toubkal i okolice – najwyższy szczyt Afryki północnej (4167). Typowo skiturowa lokalizacja. Leciałem w samolocie z grupą Austriaków którzy mieli zamiar się tam wdrapać. Jest ponoć podobnie pusto i dziko. Da się turować wkoło po paru schroniskach.

iii. Dolina Ouirka – to target na heliski, pod warunkiem, że go odpalą ponownie. Latali w 2016/2017. W roku 2018 powiedzieli mi, że mają problemy z lokalnymi władzami, które zabraniają im latać. Jeśli szukacie niedrogiego śmigła – warto monitorować tę opcję w przyszłości. Ja na pewno zamierzam. Więcej: http://www.evolution2ma.com

Po drugie: Spanie

Wejście do Chez Juju: jedynego rozsądnego hotelu-hostelu w Oukaimeden

i. W Oukaimeden: Chez Juju – jedyny sensowny hotel/hostel z całkiem niezłym jedzeniem. Wada: mówią serio tylko po francusku. Bookingiem i odpisywaniem na maile (po angielsku) zajmuje się niejaka Stéfanie, ale nie spotkałem jej na miejscu. Kontakt: resachezjuju [małpa] gmail

ii. Pod Jebel: schronisko CAF. Ponoć bywa zatłoczone. Koniecznie booknij miejsce. http://www.refugedutoubkal.com/index.php

iii. W dolinie Ouirka: butikowy hotel Kasbah Agounsane – drogo, no ale jak kogoś stać na heliski, to zabronisz mu? http://heliskimarrakech.com/during-your-stay/?lang=en/#hebergement

Po trzecie (też ważne): Marrakesz

Riad Marhbabikoum – Marrakesz

Serdecznie polecam Riad (czym jest Riad? Kliknij tu) małżeństwa Khalila i Veronique: „Marhbabikoum”. Oboje pomogli mi zorganizować transfery, byli nawet pomocni w tłumaczeniu różnych spraw przez telefon. Riad stoi w odległości 10 minut spaceru od słynnego placu Jamaa el-Fna i 5 minut od pałacu el Bahia – w samym środku Mediny w Marrakeszu. Jest czysto, komfortowo, wszędzie blisko. Jeśli kiedykolwiek tam wrócę na bank zatrzymam się u nich. LINK. I jeszcze do trip advisora tutaj.

Po czwarte: Ruchy na miejscu

i. Taxi/bus/van w góry – można łapać na lotnisku, ja polecam napisać do Khalila: wyjdzie może parę Euro drożej, ale będzie bez niespodzianek: kierowca nie zatrzyma się w środku drogi, żebyście dopłacali za bagaż, narty, paliwo, drugą osobę itd.

ii. Pożyczenie auta – naczytałem się horrorów o wypożyczaniu aut w Marrakeszu i nie znalazłem żadnej wypożyczalni (włącznie z markowymi) bez dramatycznych opisów naciągania, łysych opon, popsutych aut. Więc zdecydowałem się na transfery tym razem, ale jeśli będę tam znowu – pożyczę auto z rekomendacji Khalila. Z ubezpieczeniem, bieżnikiem na oponach i w stanie pozwalającym jechać po ostrych górskich serpentynach.

iii. Po Marrakeszu: na piechotę. Jeśli zatrzymasz się w centrum – wszędzie jest blisko. Transfer na lotnisko zajmuje 15 minut. Ja zapłaciłem 70 pln ale chyba przepłaciłem (z drugiej strony: wiozłem dwumetrowe narty które słabo wchodzą do sedanów.

Góry Gór – czyli Atlas Wysoki

Po piąte: Ceny

Jest znacznie taniej niż w Alpach:

Za skipass w Oukaimeden 100 dirhamów dziennie (30pln) zakładając że krzesło jest otwarte. Ja płaciłem połowę tego bo było zamknięte.

Heliski: około 800 eur za dwa dni z noclegiem i wyżywieniem (połowa tego co w Alpach).

Noclegi: około 30-50 eur za noc za dwuosobowy pokój ze śniadaniem (zarówno w górach jak i w Riadzie). Schronisko oczywiście tańsze.

Posiłek z dwóch dań (np sałatka marokańska i tajin z jagnięciną albo kuskus z merguezami): 80-150 dirhamów (25-50pln). Jedzenie w Maroko jest obłędnie pyszne. Jeśli jednak meczet jest blisko – zapomnijcie o winie czy browcu. Wegetarianie za to będą mieć wypas: nie dość że większość posiłków jest dostępna również w wersji vege, to jeszcze są znacznie tańsze od tych z mięsem. O wegan mnie nie pytajcie bo do tej pory nie ogarnąłem, co to dokładnie znaczy.

Po szóste: Sprzęt

Da się wypożyczyć, ale tylko sprzęt z poprzedniej epoki sprzed 20 lat. Nie licz na jakiekolwiek freeride’owe narty. Musisz przytargać to ze sobą.

Jak widzicie numer „seryjny” mojego skipassu – to 358 od początku sezonu. Jeśli przyjmiemy, że sprzedawali je od 1 stycznia, to do 12 lutego upłynęło około 40 dni. To daje średnio 9 sprzedanych skipassów dziennie. No dochodzą jeszcze ulgowe. Tygodniowych nie sprzedawali. To zgadza się chyba z tym co widziałem. Narciarzy było mało. Bardzo mało. Nie wiem czy 9, czy 15, czy 25. Ale mało. I to byli ci „trasowi” 🙂 Czy daje Wam to teraz obraz porysowania stoków poza trasą w porównaniu np. do Alp? 🙂 PS. nie, nie jest zbliżeniowy :-)))

Po siódme: Język

Maroko było najcięższym krajem ever, by się dogadać. Marrakesz – to jeszcze pół biedy. Ale w górach – najprostszych angielskich słów nie zna nikt. Żadnych. Nawet liczebników do pięciu albo proszę-dziękuję. Francuski oczywiście rozwiązałby wszystkie problemy. W Japonii czy Iranie dużo lepiej znają angielski – koślawo, ale jakoś się dogadasz, no i przy tym wszystkim ludzie tam przynajmniej *starają się* być pomocni – jest w nich jakaś wola, by cię zrozumieć i pomoć. A w Maroko najgorsze jest to, że lokalsi przyjmują również „francuską postawę”: nie mówisz do nich w języku który rozumieją? Cóż…Wtedy po prostu nie chce im się z tobą gadać i koniec. Kelner cię nie obsłuży, gość na wyciągu nie sprzeda biletu – to wszystko jest twój problem a nie ich. Nauczony doświadczeniem – następnym razem wziąłbym jakiś słownik francuski offline.

Po ósme: Przelot

Ja leciałem rejsowymi samolotami Austriana i Swissa przez Wiedeń/Genewę, bo taką mam robotę, że sporo latam, zbieram mile i potem dzięki temu mogę polecieć darmo. Ale spokojnie. Da się tam dolecieć również jak nie jesteś konsultantem.

Do Marrakeszu nie lata obecnie (luty 2018) nic z Warszawy, ale jest bezpośredni lot z miasta seksu i biznesu (z Krakowa). Dobry news jest taki, że środek lutego, to jest tuż przed głównym sezonem turystycznym, gdy ludzie walą do Maroko podczas naszej wiosny. Jest więc nadzieja na dobrą cenę. Bilet w dwie strony kupiony odpowiednio wcześniej powinien zamknąć się w dwóch stówach + narty.

Jest też opcja ubrania się w klapki, zabrania nart do reklamówki, wtopienia się w tłum i lotu do Agadiru wraz z klientami hoteli all-inc, a potem transferu stamtąd w góry. Nie próbowałem – jeśli wam się uda – napiszcie jak tego dokonać. (Do Agadiru latają zarówno chartery jak i tanie linie z co najmniej paru miast w Polsce). AKTUALIZACJA: czytelnik zachęca do używania tej opcji. Trzeba tylko znaleźć dobre i pewne auto na lotnisku w Agadirze. Czas dojazdu Agadir-Oukaimeden: 4,5h (dzięki Kuba)

Jest też opcja dolotu przez jeden z hubów Ryanaira – czyli np. Bergamo. Wadą takiej opcji jest to, że za same narty zapłcimy Michaelowi O’Leary’emu aż cztery razy. Ale z drugiej strony: jeśli bilet będzie za 19,90, to wciąż może być niedrogo…

Po dziewiąte: Czy w ogóle warto?

Jak widać bez problemu dało się rysować świeże kreski. Gdybym jeszcze tylko miał siłe podejść wystarczająco dużo razy, by zdewastować ten stok…

A może powinno być „po pierwsze”.

No właśnie. Maroko to nie były narty życia: głębszy śnieg był na Alasce, lepsza przygoda na Spitsbergebie, a fajniejsze zjazdy w Iranie.

Chociaż… jeśli Twój dotychczasowy freeride to Stubai – to nie mam wątpliwości, że Maroko *jest* lepsze. I o wiele tańsze. I bardziej egzotyczne. Wszystko polega więc na tym czego szukasz i do czego się porównujesz. Jeśli szukasz dzikich, wysokich gór, pierwszych kresek, a do tego masz ochotę na trochę egzotyki – to tak: Maroko jest dla Ciebie. W czasach kiedy do Gruzji przyjeżdża tyle Polaków co do Białki, a w Niseko na ulicach słyszy się polski – Atlas Wysoki wcale nie jest złą opcją.

Więcej u mnie na blogu – relacja na gorąco z wyjazdu:

PS. Dla chętnych – mam mapę topograficzną Atlasu Wysokiego. Polubcie bloga na fejsie i napiszcie mi maila.


8 Komentarzy

Zorganizowane narty dla rodzin z Oltonem – opinia/ocena

Chciałem dziś opisać i ocenić zorganizowaną formę wypoczynku narciarskiego – dedykowaną dla całych rodzin z dziećmi. W styczniu spędziłem tydzień ze szkołą Olton: http://www.olton.com.pl/news/3,wyjazdy-zima.html we włoskim San Martino di Castrozza. W tym poście skupię się osobno na ocenie zarówno takiej formy wyjazdu narciarskiego, oraz na ocenie tej konkretnej szkoły narciarskiej. Zaznaczam, że post nie jest sponsorowany: za jego umieszczenie na blogu nie przyjąłem żadnych korzyści. Nawiasem mówiąc: bloggerzy zapominają często, że wyraźne umieszczenie takiej informacji jest wymagane przez prawo.

Formuła szkoły

zawody dla dzieci

W cenie wyjazdu zostały zawarte:

  • siedem noclegów w hotelu średniej klasy (około 3 gwiazdki)
  • śniadania i obiadokolacje
  • lekcje dla moich córek (6 lat) w godzinach: 10:00-12:30 oraz 13:30-15:30 przez czas trwania wyjazdu (6 dni)
  • skipassy (6 dni)

W cenie wyjazdu NIE zostały zawarte:

  • ubezpieczenia
  • dojazd lub dolot na miejsce
  • lunch na stoku w przerwie między zajęciami, tzn. 12:30 – 13:30

Ocena formuły wyjazdu

przecudne widoki w San Martino

Na tego typu wyjeździe byłem pierwszy raz – dotychczas zawsze sam uczyłem swoje córki i organizowałem wyjazdy sam. Wydaje się, że formuła wyjazdu zorganizowanego ma istotne przewagi nad wyjazdem organizowanym prywatnie:

  • CENA: ze względu na to, że szkoła rezerwuje niemal cały hotel, dziesiątki skipassów i wypełnia całkowicie instruktorom grafik – wydaje się, że nawet ze swoim zarobkiem, jest w stanie zorganizować to o 10-20% taniej, niż gdybym wszystko kupował sam i osobno
  • INTEGRACJA: Moje córki są jeszcze nieśmiałe, i wyobrażam sobie, że gdybym oddał je do jakiejś losowej szkółki – mógłby to być problem: nie chodziłyby zbyt chętnie… (na długo przed wyjazdem podchodziły mnie na różne sposoby, aby jeździć ze mną). W tej formule, jednak instruktorzy są z dziećmi nie tylko na stoku, ale również wieczorami, robią dla nich różne fajne gry i zabawy. Moje dziewczyny już po pierwszym dniu jazdy, bardzo czekały na kolejny dzień. Była okazja do integracji zarówno z instruktorami jak i z innymi dziećmi. Ten aspekt szkoły oceniam bardzo pozytywnie.
  • Nauka PO POLSKU: we Włoszech nie jest to oczywiste. Rzecz jasna polskich instruktorów można znaleźć i we Włoszech czy Austrii, ale ceny o jakie spytałem w ubiegłych sezonach przyprawiły mnie o zawrót głowy (50 EUR/h). W tym przypadku po pierwsze mamy gwarancje, że instruktor będzie mówił po polsku, po drugie, że cena jest sensowna, z góry znana i zawarta w łącznej cenie wyjazdu

Powinienem też uczciwie wskazać parę „cieni” tej formy wyjazdu nad wyjazdem organizowanym samemu:

  • RODACY. Mam czasem przesyt naszymi rodakami przy wyjazdach zagranicznych, o ile wiecie co mam na myśli… Oczywiście 95% z nas zachowuje się z klasą i kulturalnie, ale te 5% przyprawia mnie zawsze o ból głowy. Tak było i tym razem: byli ludzie którzy rzucali się na bufet i nakładali sobie kopczyki jedzenia, które niemal spadało z talerza, zdarzali się tacy, którzy robili awantury obsłudze hotelu (np. o to, że nie zapłacą city tax w wys. 1 EUR/dziennie). W tej formule wyjazdu musimy uzbroić się w cierpliwość i znosić te 5% kochanych rodaków, które zapewne będzie bardziej rzucać się w oczy niż pozostałe 95% normalnych, fajnych ludzi
  • Zakładając, że coś na wyjeździe byłoby nie po naszej myśli (np. instruktor, jedzenie, hotel) – mamy niewielką możliwość zmiany tego czynnika. U Oltona wszystko wyszło okay, ale wyobrażam sobie, że jeśli organizowałbym wyjazd sam – miałbym większy wpływ gdyby coś „nie zagrało”. Dlatego pewnie lepiej korzystać ze szkół i wyjazdów sprawdzonych przez siebie, bądź poleconych przez kogoś, kogo opinię szanujemy.

Ocena szkoły Olton

Aperol 😉

Moim zdaniem, szkoła Olton jest godna polecenia. Na szczególną uwagę zasługują następujące punkty:

  • Instruktorzy. Pisałem już osobny post o super instruktorze, jakiego dostały moje córki TUTAJ. To punkt nie do przecenienia. Jestem przekonany, że podczas tych 6 dni jazdy nauczyły się więcej, niż nauczyłbym je sam. Moje sześciolatki ostatniego dnia zjechały czarną trasą. Jestem z nich bardzo dumny.
  • Właściciel. Komunikatywny, pozytywny, z indywidualnym podejściem. Jeździ na nartach i na bieżąco „dogląda” biznesu. To chyba ważne i jestem przekonany, że przysłowie „pańskie oko konia tuczy” działa w tym przypadku bardzo dobrze.
  • Hotel. Bardzo dobra obsługa, bardzo dobre jedzenie. Mimo, że we Włoszech jestem średnio 3-4 razy w roku, to był chyba pierwszy raz, gdy za każdym razem jadłem typowo włoskie kolacje… Najpierw Antipasti lub Contorno, potem Primi Piatti (makaron pod różnymi postaciami, w różnych sosach i konfiguracjach), wreszcie Secondi Piatti (danie główne: mięso lub ryba) i na koniec deser. Wszystko do wyboru w formie menu (codziennie ok. 3-4 różnych Primi, 3-4 Secondi, 2-3 desery), osobne kid’s menu (pizza, sznycelki, kiełbaska, pasta pomodorro – każde dziecko znajdzie coś dla siebie). Jedzenie było genialne. Jedyny minus jaki przychodzi mi do głowy, to potencjalne parę kilo do przodu dla osób o słabej woli.
  • Wybór miejsca: San Martino. Nie byłem tam nigdy wcześniej. Ośrodek jest całkiem spory (dużo tras o każdej trudności), ale jest w nim ZNACZNIE bardziej pusto niż w obleganych Bormio, Livigno, Madonna di Campiglio, Marilleva, Kronplatz, itd. W czasie tygodnia (poza weekendami), na czerwone i czarne trasy wjeżdża puste około 80-90% kanap. Trasy są puste i dzięki temu pod koniec dnia w dobrym stanie. Bardzo ważne jest przy tym bezpieczeństwo dzieciaków: wiemy wszyscy jak wielu jest na stokach szybko jeżdżących koszmarnych idiotów bez kontroli i umiejętności: na zatłoczonych trasach o wypadek znacznie łatwiej niż w pustym San Martino. Należy dodać, że San Martino jest tańsze niż wymienione stacje narciarskie. Przykładowe porównanie cen na stoku: Aperol Spritz w San Martino: 3 EUR, w Madonna: 6 EUR. Spetzle w San Martino: 8 EUR, w Madonna: 12 EUR, itd.

Ciężko znaleźć mi minusy tej konkretnej szkoły. Ja bardzo chętnie wrócę do Oltona za rok, o ile będzie miał dla mnie miejsce. Adres WWW szkoły: http://www.olton.com.pl

A co u mnie poza tym? Odliczam dni do Maroko! Nie jeździłem nigdy w Afryce! 🙂

 


5 Komentarzy

Ubrania narciarskie w Warszawie

screenshot ze strony fashionhouse

Natknąłem się dość niespodziewanie na zagłębie ubrań narciarskich, sportowych, trekkingowych i wspinaczkowych w całkiem przyzwoitych cenach. Zawsze myślałem że Fashion House w Piasecznie służy dziewczynom do kupienia torebki Korsa w przecenie, więc jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem tam tuż obok siebie outlety: Salewy, Salomona, Mammuta, Hi Mountain, 4F i Mountain Warehouse. Zaczyna się sezon więc ceny mnie jakoś strasznie nie powaliły (chociaż było parę przecen), ale zamierzam zajrzeć tam w marcu.

Godziny otwarcia: pon-sob 10-21, niedziela 10-20.

A jak jest w innych miastach? Jeśli są outlety poza centrum i poza galeriami handlowymi, z podobną liczbą sklepów górskich i szansą na niezłe ceny – napiszcie w komentarzach.

PS. To nie jest post sponsorowany.


2 Komentarze

Rękawiczki narciarskie do smartfona

Są na rynku już jakiś czas – wreszcie przetestowałem i ja. Ze znanych mi marek przeszukanych na Zalando, tylko North Face jasno pisze, że model ETIP działa ze smartfonem.

Ciepłe, z dodatkowym windstopperem, pełna rozmiarówka: S-M-L-XL (używam XL).

A tu krótki film z obsługi kalkulatora – całkiem precyzyjne jak widzicie:

 

Cena na Zalando 179 PLN: https://www.zalando.pl/the-north-face-m-apex-etip-rekawiczki-pieciopalcowe-czarny-th342l002-q11.html

WRESZCIE nie będę musiał zdejmować rękawiczek, żeby obsłużyć telefon. Dobry pomysł na prezent dla narciarza?


6 Komentarzy

Aparat na narty

Jak wiecie moje fotki się drukują od czasu do czasu (książka, teraz mają być gazety, itd.). I o ile wszyscy mówią mi, że teksty są zjadliwe, to dodają zaraz potem, że z fotkami jest gorzej… Graficy z wydawnictw pytają czy nie mam serio porządnego aparatu, pytają mnie o pliki RAW, i tak dalej, i tak dalej.

Dotychczas fotki robiłem głównie go-pro i iphonem. Czasem zabierałem wysłużoną i koszmarnie ciężką lustrzankę canona. Ale robiłem to coraz rzadziej, bo kiedy wchodzisz na dużą wysokość – liczy się każde sto gramów, a poza tym, przy wyciąganie aparatu z plecaka bywa koszmarnie upierdliwe – niejeden dobry kadr umknął mi podczas mocowania się z pasem biodrowym albo barkowym w moim plecaku lawinowym…

Postanowiłem podciągnąć się w tym temacie i kupić sobie nowy aparat. Moje założenia były następujące:

  1. Musi być mały i lekki. Powinien mieścić się w kieszeni kurtki albo kieszeni pasa biodrowego. Odpadają lustrzanki.
  2. Musi robić zdjęcia w formacie RAW. Znajomi graficy wytłumaczyli mi, że szczególnie fotki obiektów na jasnym tle (np. narciarz na śniegu) mają w sobie jednocześnie przepalenia (śnieg) i niedoświetlenia (ciemna sylwetka narciarza). Plik RAW zawiera w sobie dane, których nie widać na ekranie, a w post-processingu te wszystkie detale można z niego wyciągnąć.
  3. Musi mieć ciągły/śledzący obiekty auto-fokus i robić fotki seryjne przynajmniej z prędkością 4 klatki na sekundę (by można było wybrać z parunastu fotek tę, na której narciarz nie prezentuje się jak pokraka)
  4. Musi mieć przynajmniej przyzwoity zoom tak, by fotki można było robić z daleka… Po paru testach przyjąłem, że moje minimum w tzw. ekwiwalencie 35mm, to długość ogniskowej przynajmniej 90mm. (w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że mniej-więcej odpowiada to zoom x4)

Zacząłem poszukiwania. Media markt, a potem fora freeride i fotograficzne. Po tym wszystkim założyłem sobie konto w serwisie flickr, gdzie ludzie wrzucają miliony fotek, które można przeszukiwać po konkretnym typie aparatu a także po słowach kluczowych (np. snow, skiing, sport itd.).

Oto wnioski:

Po pierwsze:

Wychodzi na to, że to czym się podniecałem na początku (czyli zoom>10x zmieszczony w małej obudowie) tu KUPA. Jakość fotek robionych takimi małymi super-zoomami jak Sony HX90V, Canon SX720, Panasonic TZ70, Nikon Coolpix A900 jest po prostu jednakowo KIEPSKA. Wszystkie mają podobą rozpiętość cenową (1100-1400pln), wszystkie kiepskie światło, wszystkie bardzo duży, robiący wrażenie zoom (x30-x40). Fotki narciarskie głównie zaszumione, jasny śnieg, a na jego tle ciemna plama narciarza, bez detali, bez szczegółów. Moja ocena: NIE WARTO.

Po drugie:

Polecany na forach szeroko bezlusterkowiec Sony a6000 z długim obiektywem (bodajże coś koło 200mm) – robi świetne fotki, ale nie ma szans upchnąć go do kieszeni lub pasa biodrowego, a ja najeździłem się sporo ze swoją lustrzanką canona, i chciałem wreszcie coś, czego nie będę musiał wozić w plecaku i za każdym razem zatrzymywać się, wyciągać itd. Coś, co kolega bez problemu włoży do kieszeni. Innymi słowy – dla mnie osobiście odpada. (a jeszcze kolejny argument na “nie” – to dla mnie cena, przekraczająca 3500pln z długim obiektywem – szukałem czegoś ZNACZNIE tańszego).

Moją uwagę zwróciły dwa aparaty:

Sony rx100 – fot. źródło: fotopolis.pl

1. Sony rx100. Doskonałe światło (f/1.8) i duży, jednocalowy sensor dają SERIO super fotki. Sprawdźcie flickr – są o dwie ligi wyżej od wymienionych powyżej super-zoomów, extra detale, mało szumów, wyraźne krawędzie, mała aberacja – szczególnie na fotkach o dużym kontraście… Do tego dobry burst i duży bufor (24 klatki na sekundę przez 6 sekund (!!!) pozwoli wybrać fotę na której pokraczny narciarz zaprezentuje się godnie), możliwość zapisywania RAW (a więcej jeszcze więcej informacji o niedoświetleniach i prześwietleniach – typowych na fotkach narciarskich). Rozmiar to kolejna zaleta: 10x6x4cm – zmieści się do pasa biodrowego albo kieszeni. W wersjach mk3-5 górny zakres zoomu to bodajże 86mm. To jest kompakt, więc obiektyw jest niewymienny. W tej klasie aparatów co Sony jest kilka innych (np. Panasonic TZ100, Canon G7 X) – Sony wygrywa z nimi jakością fotek na śniegu. Różnica po porównaniu dziesiątek fotek na flickr jest wyraźnie na korzyść Sony.

Olympus PEN E-PL8, fot. źródło: cyfrowe.pl

2. Olympus E-PL8. Odrobinę większy (12x7x4cm – w segmencie bezlusterkowców to miniaturka!), ale to już jest sprzęt z wymiennymi obiektywami i sensorem aż 4/3 cala. Kitowy obiektyw jest bardzo mały i ma górny zakres zoomu 84mm w ekwiwalencie FF. Mieści sie w moim budżecie, a za rok mogę dokupić dłuższy/jaśniejszy obiektyw. Przy czym E-PL8 to już poważny aparat w standardzie mikro 4/3 z dziesiątkami obiektywów od Panasonica, Olympusa, Tamrona czy Sigmy. W zamyśle Olympusa jakość fotek ma być porównywalna do gorszych lustrzanek, a rozmiar i waga są ZNACZNIE lepsze. Oczywiście zapisuje RAW’y i strzela seryjne fotki (nie tak często jak sony, ale 8fps nie jest wcale złe). W tej klasie aparatów co Olympus jest kilka innych (np. rzeczony Sony a6000, Canon EOS M3), ale Olympus wygrywa z nimi małymi rozmiarami, i długą ogniskową małego, kitowego obiektywu.