nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


2 komentarze

Mazury: kite-skiing (cont’d)

A więc byłem i trochę pośmigałem. Najpierw słowo o warunkach na mrągowskim jeziorze Czos w ostatnią sobotę: temperatura -5 stopni, piękne słońce, gruby lód przykryty ponad 30cm warstwą przewianego śniegu, wiatr zmienny, północny – z reguły poniżej 10 węzłów ale w porywach aż do 30.

Jak widać na filmie poniżej – były momenty, kiedy kite leżał na ziemi niewzruszony, a były i takie, gdy można było się całkiem szybko poślizgać. Mimo tak zmiennych warunków, miałem sporo radości przebywania na powietrzu przy takiej pięknej pogodzie i weekend uważam za bardzo udany. Jeszcze raz podziękowania dla KiteJunkies za latawiec: okazało się przy tym, że czasem jeszcze nie czuję się zbyt pewnie – szczególnie przy ostrych szkwałach, a pomocy instruktora momentami naprawdę mi brakowało. No ale dałem radę.

Moje plany na lato ilustruje fotografia poniżej. A Wam kto będzie podpinał linki do latawca?

fot: KiteJunkies

 


Dodaj komentarz

Następny weekend na Mazurach

Nigdy nie myślałem, że jeżdżąc na nartach będę mierzył cokolwiek w węzłach. Ale „życie bywa przewrotne” – to w końcu moja ulubiona maksyma (a może raczej frazes). W każdym razie, teraz niczym prawdziwy wilk morski dwa razy dziennie wchodzę na Wind-Guru i na prognozę numeryczną ICM. A prognoza na sobotę w Mrągowie wydaje się być niezła: wiatr koło 10 węzłów to dobra siła dla osoby początkującej – jak ja, a jednocześnie wystarczająco dużo żeby uciągnąć mnie z jakąś sensowną prędkością. Trochę budzą obawy te porywy o sile 20-25 węzłów – ale powinno być okay. Grubość lodu – ponoć niemal pół metra – wystarczająca, żeby jeździć po nim czołgiem. Wiatr północny. Mrągowskie jezioro Czos powinno być idealne. Dla kite-surferów to będzie pewnie oczywiste, ale dla kajtowych świeżynek-narciarzy jak ja – wrzucam interesujące linki:

Numeryczna prognoza ICM

Wind-Guru

Moje początki kite-skiera na lotnisku w podkrakowskim Pobiedniku

Żeby tylko wiatr nie zdechł do soboty.


Dodaj komentarz

Kite-skiing: początki…

Dziesięć, może jedenaście lat temu szalałem trochę na desce i latawcu po wodzie. A po ostatnim pobycie na Mazurach, kiedy jedynym stokiem w okolicy była opisywana już na blogu 300-metrowa trasa z Góry Czterech Wiatrów – przyszło mi do głowy, że gdyby tak takiego kajta zaczepić do nart i pójść na jakieś spore zamarznięte jezioro – mogłoby być fajnie. Szczególnie, kiedy kumpel z pracy który regularnie pływa na Helu powiedział mi, że nie mam szans – pomyślałem sobie: „będę pionierem!”.

Zacząłem poszukiwania w necie i okazało się, że dupa ze mnie a nie żaden pionier: dyscyplina jaką sobie wymyśliłem dawno już istnieje i nazywa się kite-skiiing. Mało tego – w Krakowie mieści się firma Kite Junkies: generalnie operują latem w Świnoujściu w okolicy wyspy Uznam, ale w zimie chłopaki się nudzą i śmigają po śniegu. Jednym z właścicieli i instruktorem jest Maciek, którego z tego miejsca pozdrawiam. Nakreśliłem Maćkowi swoje umiejętności w jeździe, doświadczenie z kajtem – i umówiliśmy się na niedzielę w podkrakowskim Pobiedniku Wielkim na lotnisku aeroklubu krakowskiego. No trudno – widocznie nie jest mi dane wymyślać nowych dyscyplin sportowych. Anyway. Do rzeczy.

Kiedy Maciek usłyszał w jak zamierzchłych czasach fruwałem na kajtach – złapał się za głowę – stwierdził, że byłem prawdziwym prekursorem. Latawce na jakich pływałem ponad dekadę temu znacznie różnią się od współczesnych: te teraz mają cztery linki (zamiast dwóch), można podczas lotu regulować kąt natarcia, są znacznie bardziej sterowne, łatwiej startują z ziemi/wody i w są ogóle łatwiejsze w obejściu i mniej narowiste. Pamiętam jak wtedy w Bremerhaven przechodziłem straszne upokorzenia. Byłem wtedy jedyny z kajtem na plaży i zebrał się spory tłumek na około, były jakieś dziewczyny – no rozumiecie. I pamiętam jak ku uciesze całej tej gawiedzi latawiec targał moich truchłem po plaży w tę i nazat. Pamiętam piach w zębach, we włosach, w nosie, w oczach i w ogóle wszędzie. Byłem przygotowany na podobne zdarzenia z tym, że w Pobiedniku na szczęście nie było ludzi.

Zaplanowaliśmy, że 4 godziny powinno wystarczyć, żeby zrobić pierwsze szusy. Po pierwsze – wyszło na to, że została mi w głowie teoria (zawietrzna, nawietrzna, hals, power zone, linki, bezpieczeństwo itd. itd.) Po drugie okazało się, że teraz latawce są NAPRAWDĘ dużo łatwiejsze w lataniu niż kiedyś. No i praktycznie już po godzinie wpiąłem się w narty. Słuchajcie – nie było to może nie-wiadomo-co, ale zobaczcie sami na filmie – szczególnie pod koniec naprawdę fajnie się śmigało. Prędkości nie są co prawda ekstremalne – nie sądzę abym przekroczył czterdzieści-pięćdziesiąt na godzinę, warun śniegowy też nie był jak widać idealny i do tego trzeba było uważać na kretowiska, ale myślę, że jak na first-time-ever nie było źle! Będę zawoził swoje córki na Mazury za trzy tygodnie – myślę, że jeśli lód na jeziorach do tego czasu się utrzyma – na pewno spróbuję tego raz jeszcze, sflimuję i opiszę – może wezmę trochę większą czaszę.