nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


4 Komentarze

Chilijskie jedzenie…

Wróciłem już z Chile. Narciarsko może dupy nie urwało – głównie przez ciepłą zimę i El Nino, ale to w końcu pierwszy raz w życiu Ameryka Południowa, nowa kultura, nowi ludzie – wyjazd bardzo fajny i udany.

Teraz mam trochę szoku: biuro, praca, młyn, kocioł. Mam jednak chwilę, i chciałbym napisać Wam o jedzeniu, którego udało mi się spróbować.

 

Na początek klasyk: Bifo de Lomo con agregado - czyli stek wołowy z dodatkiem. Dodatkiem z reguły może być puree, ryż, frytki czy sałatka. Da się znaleźć niewydumane miejsca w Bellavista, gdzie zapłacicie za to 20pln i będzie naprawdę pycha.

Na początek klasyk: Bifo de Lomo con Agregado – czyli dosłownie: stek wołowy z dodatkiem. Dodatkiem z reguły może być puree, ryż, frytki czy sałatka. Da się znaleźć niewydumane miejsca w Bellavista, gdzie zapłacicie za to 20pln i będzie naprawdę pycha.

 

Kieliszek Pisco Sour - to standardowy chilijski aperitif. Do mocnego alkoholu Pisco dodaje się białko jajka i serwuje schłodzony. Pycha! Od około 9 złotych w podstawowych miejscach do 20 w lepszych.

Kieliszek Pisco Sour – to standardowy chilijski aperitif. Do mocnego alkoholu Pisco dodaje się ubite białko jajka, cukier trzcinowy, dużo soku z limonki i cynamon. Serwuje się schłodzony. Pycha! Od około 9 złotych w podstawowych miejscach do 20 w lepszych.

 

Kolejny chilijski klasyk - Chorillana [czyt. korijana]. Frytki, a na nich na bogato kawałki grillowanego mięsa polane żółtym serem. Jeśli mam być szczery - mi nie podeszło. Bardzo ciężkie - nawet z dużą ilością czerwonego wina. 35 złotych. Duuużo.

Kolejny chilijski klasyk – Chorillana [czyt. korijana]. Frytki, a na nich na bogato kawałki grillowanego mięsa polane żółtym serem. Jeśli mam być szczery – mi nie podeszło. Bardzo ciężkie – nawet z dużą ilością czerwonego wina. 35 złotych. Duuużo jedzenia.

A skoro jesteśmy przy winie. Tak często podaje się Una copa di vino de la casa. Prawie się wylało. Ale przynajmniej nikt nikogo o skąpstwo nie posądzi! Nnnno! 9-12pln.

A skoro jesteśmy przy winie. Tak często podaje się Una Copa di Vino de la Casa – czyli kieliszek wina domowego. Prawie się wylało. Ale przynajmniej nikt nikogo o skąpstwo nie posądzi! Nnnno! 9-12pln.

 

Jeśli nie ma wina stołowego, można dostać małe butelki (0,375l), co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto jak ja - podróżuje sam. 20-35pln.

Jeśli nie ma wina stołowego, można dostać małe butelki (0,375l), co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto jak ja – podróżuje sam. 20-35pln.

 

To z kolei to rekomendacja Lonely Planet: El tralusa a la trauca - morszczuk pieczony w folii w zaprawie z chorizo. Ponoć typowy dla chile - i choć może nie wygląda - jest bardzo pyszny. Około 40pln.

To z kolei to rekomendacja Lonely Planet: El merluza a la trauca – morszczuk pieczony w folii w zaprawie z chorizo. Ponoć typowy dla chile – i choć może nie wygląda – jest bardzo pyszny. Około 40pln.

 

Na koniec szklaneczka mocnego Pisco z lodem. 18pln.

Na koniec szklaneczka mocnego Pisco z lodem. 18pln.


13 Komentarzy

Drogi w Chile

Trudność

"Chrystus Odkupiciel" to wcale nie najtrudniejsza droga w Chile... jest po prostu uczęszczana i znana...

„Chrystus Odkupiciel” to wcale nie najtrudniejsza droga w Chile… jest po prostu uczęszczana i znana…

Nie twierdzę, że chilijskie drogi są najtrudniejsze na świecie. Nie byłem przecież na całym świecie. Wiem natomiast, że górskie chilijskie drogi są zdecydowanie najtrudniejsze spośród tych wszystkich górskich dróg, którymi kiedykolwiek jechałem. Jeśli porównacie ekstremalne chilijskie serpentyny np. z podjazdem pod sam lodowiec w Soelden latem, z trawersem Kaukazu z Tbilisi do Władykaukazu, z przejazdem przez przełęcz Arlberg, albo ze zjazdem do Valdez na Alasce – to nie ta liga kochani. Te wszystkie miejsca są wymagające, ale to jest nic w porównaniu z serpentynami, którymi jeździłem tutaj – w Chile.

I nie piszę tu wcale o drodze „Chrystus Odkupiciel”, o której niedawno wspominałem… Tamta droga wcale nie jest taka trudna jak to wygląda… W lecie jeździ nią masa ciężarówek, jest to strategiczna droga łącząca Santiago z argentyńską Mendozą – pewnie dlatego jest o niej głośno. Jest natomiast całkiem szeroka, agrafki są ostre, ale nie szaleńczo ostre i w zasadzie całą drogę czy to pod górę czy w dół da się przejechać na dwójce. Jeśli uważasz, czy przy zjazdach nie gotuje ci się chłodnica, używasz mało hamulca i nie jesteś po dwóch browarach – da się to naprawdę przeżyć.

Chcę tu napisać o drogach nieznanych szerzej, bardzo mało uczęszczanych, bardzo wąskich i koszmarnie stromych. Drogach po jakich nie ma szans podjechać żadna ciężarówka. Drogach, na których agrafki trzeba często robić na dwa razy. Drogach jakich nie widziałem nigdy w życiu. A do tych wszystkich stromizn i bardzo ciasnych zakrętów dochodzą jeszcze warunki atmosferyczne. Bo nawet latem i bez opadów śniegu – droga wchodząca na wysokość 3000 metrów będzie miejscami oblodzona a w najlepszym przypadku mokra.

Wyposażenie

Wasze auto powinno mieć zdecydowanie napęd na cztery koła. To nie może być zabawka jak BMW x3/x5/x6 (dla ciekawych – tak zachowują się takie „terenówki” BMW w terenie: test Clarksona – pouczające). To musi być auto z reduktorem i z blokadą mechanizmu różnicowego, a ty musisz wiedzieć jak używać obu tych rzeczy. Generalnie te założenia spełnia większość japońskich terenówek: Nissany i Toyoty, do tego rzecz jasna Land Rover i Jeep – to te, o tych wiem. Poza tym miejscowi poruszają się głównie pickupami Dodge’a, Forda i Mitsubishi z napędem na cztery koła.

Kolejna rzecz to łańcuchy na koła, które absolutnie musisz mieć w bagażniku. Moje wyjazdy są budżetowe, nocuję w hostelach, latam jak najtaniej itd – ale na łańcuchach absolutnie nie da się tu oszczędzić. Po prostu to jest nieodzowny element wyprawy. W najlepszym wypadku Carabinieri po prostu nie wpuszczą Cię na górską drogę bez łańcuchów, w najgorszym – bez łańcuchów się po prostu zabijesz.

Nie muszę dodawać że w Chile nikt z osób, z którymi rozmawiałem nie słyszał o zimowych oponach?

Umiejętności

Postój i czekam, aż hamulce ostygną...

Postój i czekam, aż hamulce ostygną…

Jeździłem sporo po górach, mimo to – nie czuję się ekspertem. Pisałem o umiejętności używania reduktora i blokady dyfra. Dwa razy zdarzyło mi się, że na jedynce moje Suzuki stanęło przy podjeździe. Musiałem stoczyć się tyłem do bardziej płaskiego miejsca (żeby nie spalić sprzęgła przy ponownym ruszaniu) i podjechać jeszcze raz na reduktorze. Jeśli wiesz po co jest reduktor i choć raz go użyłeś – to dla ciebie wszystko banalne informacje, ale jeśli nie wiesz – musiałbyś po prostu zawrócić. Podobnie jest z difflock’iem na stromych szutrach.

Mimo oszczędzania hamulców podczas zjazdu – 3 czy 4 razy zaczynały mocno śmierdzieć – wtedy musiałem robić 20 minutowe postoje, żeby miały czas ostygnąć.

Dodatkowo, przy ostrych redukcjach na niskich biegach (np. z trójki na dwójkę) warto nauczyć się robić międzygazy piętą – w przeciwnym wypadku, po wrzuceniu wolniejszego biegu i puszczeniu sprzęgła, auto może zachować się jak przy zaciągnięciu ręcznego – jeśli akurat jest zakręt, a na zakręcie piasek albo oblodzenie – nie muszę chyba tłumaczyć jaki to może mieć skutek… Na tak stromych drogach i przy bardzo aktywnym hamowaniu silnikiem – międzygaz włączany piętą prawej nogi nie jest wcale częścią rajdowej jazdy, ale raczej niezbędnym elementem bezpiecznej techniki prowadzenia auta. Jeśli nigdy tego nie robiliście – warto poćwiczyć ten manewr przed wyjazdem.

Mijanie na wąskiej serpentynie nie zdarza się często, ale jak się zdarzy, a ty jestes akurat po zewnętrznej, oznacza to często zjechanie z asfaltu kilkanaście centymetrów od niczym niezabezpieczonego osypującego się urwiska. Do tego oba auta muszą często złożyć lusterka. Oczywiście nie musisz się przy tym spieszyć, ale tak czy inaczej uczucie do przyjemnych nie należy.

Reasumując

W Chile są autostrady, i skrzyżowania bezkolizyjne. Możesz jechać na Atacamę czy do Patagonii bez żadnych przygotowań lub obaw. Ale jeśli pojedziesz w prawdziwe Andy – powinieneś mieć terenowe auto i zapas umiejętności do jego prowadzenia. Pamiętaj o tym!


7 Komentarzy

Barrio Bellavista

Tym razem zupełnie nie-narciarsko. Chciałem Wam dziś napisać o przeuroczej dzielnicy Bellavista w Santiago – mieszkam tu! Nie sposób pisać o Bellavista nie zaczynając od noblisty Pablo Nerudy – narodowego wieszcza Chile – bardzo tutaj uwielbianego, nazywanego przez wielu (nie tylko Chiliczyków) największym poetą wszchczasów… Moja znajomość poezji kończy się w zasadzie na Gałczyńskim i Szymborskiej, ale mimo to zaryzykuję i zanim opiszę wam Bellavistę – wkleję tutaj ostatni wiersz z cyklu „Dwadzieścia poematów o miłości i jedna pieśń rozpaczy”, w tłumaczeniu Demonique:

Mogę pisać wiersze najsmutniejsze tej nocy.

Pisać na przykład: „Ta noc rozgwieżdżona,
i drgają błękitne gwiazdy w oddali”.

Nocny wiatr krąży po niebie i śpiewa.

Mogę pisać wiersze najsmutniejsze tej nocy.
Kochałem ją i czasami ona też mnie kochała.

W takie noce jak ta miałem ją w ramionach.
Całowałem ją tyle razy pod niebem bezkresnym.

Ona mnie kochała, czasami ja ją też kochałem.
Jakże nie było kochać jej wielkich zapatrzonych oczu .

Mogę pisać wiersze najsmutniejsze tej nocy.
Myśleć, że jej nie mam. Żałować, że ją straciłem.

Słuchać nocy ogromnej, jeszcze ogromniejszej bez niej.
A wiersz spada na duszę jak na łąkę rosa.

Cóż, moja miłość nie mogła zatrzymać jej.
Noc jest rozgwieżdżona, a ona nie jest ze mną.

To wszystko. Daleko ktoś śpiewa. Gdzieś daleko.
Moja dusza nie może się pogodzić z tym, że ją straciłem.

Jakby dla przybliżenia jej, mój wzrok jej szuka.
Moje serce jej szuka, a ona nie jest ze mną.

Ta sama noc jak przedtem bieli te same drzewa.
My, ci jak wtedy, już nie jesteśmy ci sami.

Już jej nie kocham, to pewne, ale jakże ją kochałem.
Mój głos szukał wiatru, aby dotknąć jej słuchu.

Z innym. Będzie z innym. Jak przed moimi pocałunkami.
Jej głos, jej jasne ciało. Ich oczy bezkresne.

Już jej nie kocham, to pewne, ale być może ją kocham.
Tak krótka jest miłość, a tak długie jest zapominanie.

Że w takie noce jak ta miałem ją w swoich ramionach,
moja dusza nie może się pogodzić z tym, że ją straciłem.

Chociaż to byłby ostatni ból, jaki mi sprawia,
i to są ostatnie wiersze, jakie z nim piszę.

Fajne, prawda? Neruda posiadał w Bellavista dom nazwany La Chascona (wolne tłum. „Kołtun” – na cześć włosów jego kochanki – adres Fernando M. de la Plata 192), który jest miejscem pielgrzymek jego fanów z całego świata. Ale Bellavista to nie tylko Pablo Neruda. Bellavista to też zagłębie całej artystycznej bohemy, galerii, wystaw, ale też knajpek, restauracji, klubów, street art i street food. Dla większości mieszkańców Santiago, Bellavista to też synonim imprezy – bo Bellavista nie śpi nocą… Hałas dobiega właściwie zewsząd: uliczni grajkowie na gitarach, głęboki bas z klubów, gitary i bębny z hosteli, gwar tłumu przelewającego się przez ulice, czy latynoskie rytmy ze szkół samby czy salsy.

Murale w Bellavista to nieodłączny element krajobrazu. Pomalowane są kluby, knajpy ale też zwykłe domy czy nawet garażowe bramy...

Murale w Bellavista to nieodłączny element krajobrazu. Pomalowane są kluby, knajpy ale też zwykłe domy czy nawet garażowe bramy…

Nie dane było mi jednak posmakować całonocnych imprez w Bellavista. Dzięki kombinacji choroby po zmianie czasu oraz zamiłowania do nart – padałem do łóżka codziennie po 21, i wstawałem między 5 a 6 rano. Nie wiem jak przespałbym te noce bez zatyczek do uszu wygrzebanych w dramacie z apteczki, a kupionych jeszcze z myślą o chrapaniu Rafała na norwskiej łajbie ponad rok temu. Na szczęście, zatyczki zrobiły swoje – i jeśli myślicie o mieszkaniu w jakimkolwiek hostelu w Bellavista – a nie zamierzacie imprezować każdej nocy – pamiętajcie, że są absolutnie nieodzowne. Każdego poranka, pakując przed siódmą sprzęt narciarski do auta, widziałem zdziwione miny ludzi wracających do hostelu po całej nocy wrażeń…

Mój hostel

Mój hostel

Ale dzięki temu włóczyłem się godzinami po uliczkach i zakamarkach w dzień, po powrotach z nart, o 15 czy 16, kiedy Bellavista jest jeszcze senna. Bo to w sumie zabawne: Bellavista niczym jej mieszkańcy – tak żywa nocą, jest tak samo senna i cicha w dzień w porównaniu do reszty hałaśliwego Santiago, jakby rzeczywiście musiała regularnie odsypiać tę conocną imprezę. Restauratorzy rozstawiają stoliki z kartą śniadań, grubo po pierwszej po południu, i dopiero od godz. 18 Bellavista zaczyna się budzić… O 21 zaczynają się zapełniać restauracje, choć w klubach jest jeszcze zupełnie pusto.

Na szczęście Bellavista nie jest ZBYT turystyczna… Owszem: jest kilka sklepów z pamiątkami, kilku operatorów tourów, ale póki co, to zdecydowanie dzielnica dla lokalsów, dla mieszkańców Santiago, którzy przychodzą tu zjeść, wypić i się pobawić. Mi kojarzy się z podobnymi dzielnicami światowych stolic: Gazi w Atenach, nowojorskim Brooklynem czy choćby Starą Pragą w Warszawie. Szkoda tylko, że jak w przypadku innych podobnych miejsc, Bellavista stanie się zapewne za kilka lat mainstreamowa. Czynsze pójdą w górę, drogie restauracje zajmą miejsce tanich, developerzy wstawią swoje plomby ze szkła, a artyści będą zmuszeni wynieść się gdzie indziej… Dlatego o ile jesteście w Santiago – koniecznie pojedźcie czerwoną linią metra do Baquedano i zobaczcie Bellavistę taką jak jeszcze jest teraz!

 


8 Komentarzy

Takie rzeczy tylko w Chile

Teraz modne są w mediach testy, pogromcy mitów i różne poważne programy rozrywkowe (np. Warsaw Shore), gdzie testuje się jak daleko człowiek może się posunąć w piciu wódki i takich różnych.

Żeby nie wypaść z obiegu, i utrzymać się w głównym nurcie mediów, zdecydowałem, że mój blog nie może być gorszy! Przewodnik LonelyPlanet pisze, że ponoć w Chile można rano pojeździć na nartach w Andach, a po południu poplażować nad Pacyfikiem. Prawda czy Fałsz? Mit czy Kit? Rzuciłem wyzwanie LonelyPlanet. Dość ściemy! W końcu czas sprawdzić, czy ta przereklamowana książeczka jest cokolwiek warta.

Na narty wybrałem El Colorado, nie byłem w nim jeszcze, ale El Colorado jest najbliżej położonym Santiago miejscem gdzie jest wystarczająco dużo śniegu aby pojeździć. Na plażowanie natomiast wybór padł na Laguna Verde nad Pacyfikiem, nieopodal Valparaiso słynącego z pysznego wina i wąskich, klimatycznych uliczek, jedynie godzinkę drogi od Santiago.

Dzień zaczął się wcześnie, ale standardowo. Dzięki mojej chorobie po zmianie czasu o 5 rano jestem już jak zwykle wkurwiony na nogach, a o 7:00 siedzę spakowany w batmobilu (patrz: poprzedni post). Dodatkowe wyposażenie auta stanowią tym razem: jeansy, klapki, polo i szorty plażowe. Jestem zmobilizowany i ukierunkowany na cel. W końcu pracuję w korporacji. Te cechy wyrobiłem w sobie do perfekcji.

Po około półtorej godziny szaleńczej gonitwy po serpentynach okazało się, że w El Colorado jestem… 40 minut przed otwarciem wyciągów i muszę poczekać. Okay. Czekam. 9. Zapinam dechy i jadę! Trasy. Poza kilkoma „boczkami”, poza trasą nie ma śniegu, ale uciecha przednia: bardzo mało ludzi, hasam sobie bokiem, tyłem, przodem, na głowie, jak kto woli. Mijają godziny. Wiem, że nie będę jeździł cały dzień, więc jest intensywnie. Bez przerw. Bez jakiegoś cholernego postoju na siku, albo że niby kolana siadają. O 13 jestem wypluty i nie mam siły już na nic. W dodatku mam żółte oczy, bo nie sikałem. Ale przecież nie przyjechałem tu dla przyjemności. O 13:30 po szybkiej kanapce siedzę w aucie. Czeka mnie trudne zadanie. Google pokazuje, że do Laguna Verde jest 170km i 3 godziny, ale wiadomo, że google nie do końca się zna. Po 2,5h szaleńczej jazdy, życiu na krawędzi i wyprzedzaniu na czwartego (i szybkim postoju na re-fill mojego batmobila), o godzinie 15:50 melduję się na plaży Laguna Verde nad Oceanem Spokojnym. Wieje bryza, fale uderzają o piaszczysty brzeg. Relaks.

Mit: podtrzymany. 

Oto dowody:

Godzina 10 rano, El Colorado

Godzina 10 rano, El Colorado, Andy

Godzina 16, Laguna Verde

Godzina 16, Laguna Verde, Ocean Spokojny

Uwagi:

1. Temperatura nad oceanem (jakieś 19 stopni) nie zachęciła mnie do założenia szortów i klapków.

2. Plaża była totalnie pusta, prawdopodobnie dlatego, że po pierwsze w Chile zaczęła się chyba szkoła, po drugie oficjalnie jest tu wciąż wczesna wiosna.

3. Sformułowania „szaleńcza jazda” użyłem aby podnieść dramatyzm (w mediach liczy się teraz adrenalina). W rzeczywistości mój Suzuki Jimny na autostradzie wyciągał 120km/h po równym, pod górę max stówkę, a z górki nie testowałem bo się bałem. (rozumiecie: luzy na kierownicy, poziom hałasu w przedziale pasażersko-bagażowym, dziwny stukot z dołu).


6 Komentarzy >

Felipe jest Brazylijczykiem. Nie udało mi się dotychczas zrozumieć kiedy Felipe przyjechał do Santiago, ani też jak długo zamierza tu zostać. Mieszka w hostelu w dzielnicy Provdencia, czym bardzo się szczyci, bo to lepsza dzielnica niż Bellavista w której mieszkam ja. W Brazylii Felipe ma ponoć biuro podróży, ale też nie udało mi się dowiedzieć czy je posiada, czy może dla niego pracuje, lub też pracował. W sumie nie jest to jakoś szczególnie istotne… Felipe ma wspaniały uśmiech, jest zjarany na heban, i imprezuje od wieczora do rana, co noc. Poznałem się z nim przedwczoraj, wysłał mi dziś SMS’a i poszliśmy napić się piwa… Zeby lepiej zrozumieć tę konwerację, musicie wyobrazić sobie bardzo mocny iberyjski/hiszpański akcent u Felipe…

Felipe: Hej Rafael, mam wspaniały pomysł!

Ja: ? (zaciekawiona mina)

Felipe: Jedźmy razem do Patagonii – tam się wspaniale jeździ na nartach – tak słyszałem!

Ja: Felipe, ale przecież ty nie umiesz jeździć na nartach…

Felipe (niewzruszony): Rafael, ty będziesz jeździł, a ja będę się bawił.

Ja: Felipe, jesteś Brazylijczykiem. Jest teraz tutaj 20 stopni, a Ty siedzisz w puchówce. W Patagonii jest dużo zimniej…

Felipe (wciąż niewzruszony): Rafael, wczoraj piłem piwo z Patagonii – było pyszne, w Patagonii musi być fajnie. Jedźmy tam!

Ja (z miną „WTF?!”): Felipe, ale to jest 2500km stąd. Będziemy jechać 3 dni w jedną stronę. Pojutrze mam samolot do Polski…

Felipe (z miną „o boże, co za sztywniak, zepsuł taką fajną zabawę”): Ok, już dobrze, dobrze… zapomniałem…

Podczas tej konwersacji miałem nieodparte wrażenie, że gdybym tylko powiedział „okay, Felipe, świetny plan. Teraz bierz plecak, za godzinę widzimy się u mnie pod hostelem”, to o ile po drodze nie wydarzyłoby się w życiu Felipe nic nieprzewidzianego (jak np. inny, jeszcze fajniejszy pomysł), to może nie za godzinę, ale za dwie, stawiłby się u mnie gotowy z plecakiem jechać do Patagonii, o której coś od kogoś usłyszał…

Takich ludzi jak Felipe spotykam tu codziennie. Ameryka Południowa jest naprawdę wspaniała… Zazdroszczę im tego luzu, tego braku zmartwień, wiecznej fiesty, uśmiechu i filozofii „no problem”…

Ja tak nie potrafię…