nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Genialne przeceny na narty freeride w Laponii

Wiem, że wciąż wiszę notkę o Laponii (przepraszam – praca mnie przygniotła). W międzyczasie, na szybko sugestia dla wszystkich ludzi którzy wybierają się do Laponii na “spring skiing”: promocje na narty freeride.

ceny są w Koronach Szwedzkich (SEK), a ich obecne osłabienie zachęca do zakupów jeszcze bardziej…

Intersport w Kirunie jest bardzo dobrze zaopatrzony w narty freeride, i na koniec sezonu (przełom kwietnia i maja) ma BARDZO dobre promocje, jakich nie spotkacie nigdzie w Polsce. Jeśli pasują Wam narty sprzed kilku sezonów w cenach grubo poniżej 1000 PLN – warto zastanowić się i zaplanować z góry odnowienie sprzętu. Zaznaczam, że nie jest to sytuacja jednorazowa: identycznie było rok temu – z tą różnicą, że teraz zrobiłem fotki i to udokumentowałem. Bilet do Kiruny kosztuje w promocjach poniżej 1000PLN z Warszawy i Gdańska w obie strony, można więc tu za rok przylecieć, pojeździć, przelecieć się na jednym z najtańszych heli w Europie, a także odnowić sprzęt.

Wrzucam tu parę przykładów:

  • Volkl Shiro 193cm, 119mm pod butem, pełen rocker – ok. 820 PLN
  • Dynastar Cham 184cm, 115mm pod butem – ok. 780 PLN
  • Nordica Girish 193cm, 110mm pod butem – ok. 980 PLN

Tak – to są faktycznie narty sprzed paru sezonów (i to raczej sprzed 4-5 niż sprzed 2-3), ale również na te nowsze są ISTOTNE przeceny (chociaż nie aż tak dobre jak te powyżej – raczej 30-50%). Są też oczywiście narty trochę krótsze, są dla kobiet, są bardziej na tury. Ja z racji wzrostu i innych preferencji zwróciłem uwagę właśnie na te.


2 komentarze

Italia, słoneczna Italia

Każdy freerider, nawet taki najświetniejszy, ma czasem tak, że musi powozić się po trasie, poopalać, popić trochę Aperolu.

Pisałem wam już o tym, jak wyjechać tanio do Włoch na narty: tutaj. Dwa razy do roku otwieram ten wpis, i grzecznie postępuję według udzielonej przez samego siebie instrukcji. Tak też się stało tym razem. I znowu wylądowałem w Val di Sole.

O ile poza trasą nigdy nie jeżdżę w słuchawkach, o tyle po trasie mi się zdarza.

Tym razem dzielę się więc z Wami niezbyt narciarskim tematem – playlistami jakie towarzyszą mi tego wyjazdu w słuchawkach.

  • Pierwszą playlistę nazwałem „sexy”. Muzyka jest raczej wolniejsza niż szybsza, nastrojowa, sexy – i daleko od głównego nurtu: link jest tu.
  • Druga, to „alternative”. Nie usłyszycie tych kawałków w RMF ani Zetce. To najlepsza alternatywa jaką udało mi się uzbierać: link dostępny tutaj.

Apple Music na próbę jest za free (na androidach też).

Posłuchamy razem?


Dodaj komentarz

Dołączam do Snapchata (bakstejdż kontent)

Nakreche ma już FB i Instagrama. Chciałem spróbować w snapchata. Wiem – zorientowałem się jakieś dwa lata za późno. W każdym razie założenie jest takie, by snapchat był relacją “zza kulis” tego co dzieję się w moim narciarskim życiu. Będą więc snapy na gorąco, o całych przygotowaniach do wyjazdów, z podróży i fotki, czy filmiki “na żywo” bez obrabiania.

Jestem z generacji X, a jak wiemy, generacja X słabo w snapchata – więc Drodzy Millenialsi wybaczcie – tłumaczę rzeczy dla was oczywiste (które nie były WCALE oczywiste dla mnie) – ale napiszę teraz do swojej grupy rówieśniczej:
Instalujecie snap’a na swoim telefonie i klikając w niezbyt jasny sposób naciskacie po tych różnych ikonkach i przesuwających się to w lewo to w prawo ekranach – dojdziecie w końcu do kamery. Potem przesuwacie kamerę tak, by uchwycić ekran waszego komputera i to logo – to się nazywa snapcode i jest czymś w rodzaju kodu QR – potem przyciskacie palcem na nim na ekranie:

nakreche-snapcode

Jeśli czytacie ten tekst na telefonie, to musicie wyszukać usera “nakreche” i tam będą moje snapy do odtworzenia. Snap da się otworzyć tylko przez określoną ilość czasu, potem znika. I właśnie dlatego te snapy mogą być durne i nie do końca przemyślane (w odróżnieniu do wymuskanego instagrama). Ale to zdaje się była idea tego medium. Tak więc nie do końca pewnie, i z lekką podnietą – zrobiłem parę snapów. Czekają tam na Was w kolejce wśród moich „stories”.

Docelowo na snapchacie znajdziecie dużo więcej informacji o bieżących sprawach niż na blogu. Chciałbym też uruchomić na blogu content tylko dla snapchaterrów. Czy wyjdzie? Zobaczymy.

Do zobaczenia na snapchacie…


Dodaj komentarz

Wakacje

FullSizeRenderMogłoby się wydawać, że wakacje to czas spokoju, a już na pewno czas spokoju dla autora bloga narciarskiego. Jak zwykle jednak okazuje się, że życie bywa przewrotne…

Z jednej strony intensywnie szukam destynacji na nadchodzący sezon – u mnie jak zwykle wiele zależy od tego, gdzie przewoźnicy zorganizują promocję. Zdradzę tylko, że tym razem szukam czegoś nie tylko na wschód i północ (jak zwykle dotychczas), ale również w pozostałych kierunkach. Czy się uda? Czas pokaże…

Z drugiej strony kończę książkę. Pisząc na „kontrakt” mam do wypełnienia normy wyrażone w setkach tysięcy znaków ze spacjami (jest taka funkcja w wordzie, która to zlicza!). Trochę takie pisanie wydaje się odarte z wyższej sztuki, z humanizmu, z etosu pisarskiego. Jakby malarzowi płacili od centymetra kwadratowego obrazu, albo poecie od rymu. Ale nie narzekam broń Boże, tylko cieszę się raczej, że mam wydawcę i staram się sprostać warunkom umowy. Obdzwaniam więc znajomych po całym świecie, weryfikując opisywane fakty – nie wiadomo w końcu czy pamięć nie zawodzi, a przekręcać nie chcę. Szczególnie (i tu zdradzę odrobinę), że książka ma być w zamyśle reportażem*) lub reportażem podróżniczym. Ludzie w dzisiejszych czasach zajęci, a ja upierdliwy (umowa! terminy!) – domyślam się więc, że przeklinają mnie w różnych strefach czasowych i językach, na co najmniej czterech kontynentach…

Dałem kilku przyjaciołom i dobrym znajomym do przeczytania teksty na różnym etapie. Kilkoro przeczytało (dzięki wielkie za komentarze!), kilkoro się poddało (nie mam wam za złe). Komentarze raczej pozytywne, ale nie wiem, czy czasem nie dlatego, by nie urazić mojej delikatnej i wrażliwej duszy pisarza-debiutanta. Mam więc dużą niepewność jak jest w rzeczywistości. Od września za tekst ma wziąć się profesjonalny redaktor od mojego wydawcy – zobaczymy czy przetrwam ten proces…

Na koniec parę zdań dla czytelników szusujących poza trasą. Jest koniec sierpnia. Czerwony alert. Czas pomyśleć o trzech rzeczach, na które położymy nacisk we wrześniu i październiku. Są to: dieta, kondycja i portale z tanimi lotami! Powodzenia!

 

 

*) za Wikipedią: Reportaż (franc. le reportage – reportaż) – gatunek literacki z pogranicza publicystyki, literatury faktu i literatury pięknej, przez krytykę zwany przewrotnie „bękartem literatury pięknej i brukowej popołudniówki”.


Dodaj komentarz

Koniec sezonu i sekretny plan, który spalił na panewce…

img_2414Sezon się skończył. Definitywnie. A jeszcze tydzień-dwa temu myślałem, że da się coś zrobić, by oszukać wiosnę i zbliżające się nieuchronnie lato.

Miałem swój sekretny plan pt. „Ameryka Południowa”. Jeśli czytacie bloga, pamiętacie, że 2 lata temu w sierpniu poleciałem do Chile za 800PLN. Wtedy co prawda El Nino spowodował znacznie cieplejszą niż normalnie zimę w Andach, i opcje jazdy poza trasą były mocno ograniczone, ale obiecałem sobie, że wrócę do Ameryki Południowej i spróbuję szczęścia jeszcze raz.

Mój sekretny plan zakładał lot do Patagonii, do argentyńskiego Bariloche – jednej z perełek południowoamerykańskiej jazdy pozatrasowej na przełomie lipca i sierpnia. Nikomu nic o tym nie mówiłem, bo nie byłem pewny czy się spełni. Pozakładałem jednak alerty cenowe na skyscanner, na słowa kluczowe takie jak „Buenos Aires”, „San Paulo” i „Montevideo” na fly4free i czekałem, czekałem. Czekałem. Nic nie przychodziło. Po powrocie z Laponii, trochę zaniepokojony zacząłem szukać – przecież zawsze moje metody działały. Aż w końcu zdałem sobie sprawę, ze strasznej prawdy: Olimpiada w Brazylii na początku sierpnia. Nie będzie żadnej promocji. Nie dość, że loty już są wykupione i drogie, to pewnie zdrożeją jeszcze bardziej. Z mojego Bariloche nici w tym roku.

Cóż… trzeba czekać. I jak mawiał klasyk, trzeba „nie płakać, że to już koniec, ale cieszyć się, że w ogóle to się wydarzyło”. Bo sezon był cholernie udany. W ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni mam zamiar zrobić remanent i czyszczenie wszystkich kart pamięci. Myślę, że dzięki temu znajdzie się jeszcze parę fajnych fotek z ostatniego pół roku. Wrzucę je wtedy na pewno. Do zobaczenia…


Dodaj komentarz

Płachta biwakowa

Dziś chciałem napisać o kolejnym elemencie wyposażenia podczas zimowego biwaku i operacji #KapitanPlaneta. Płachta biwakowa to po prostu wodo- i wiatro- szczelny kokon na śpiwór. Jeśli nie planujesz rozbijać namiotu (co jest zakazane w TPN), to jest to niezbędny element wyposażenia na zimowy biwak wysokogórski.

Przeczytałem sporo for i rozmawiałem z ludźmi, którzy biwakowali zimą: kluczowa w płachcie biwakowej jest oddychająca membrana która wypuści parę wodną i wilgoć na zewnątrz. Płachta z wodoszczelnego nylonu spowoduje, że dość szybko twój śpiwór będzie mokry od Twojego potu, a wiadomo, że mokry puch traci znacznie właściwości izolujące. Płachty z nylonu zaczynają się od ceny ok. 100pln, a najtańsza płachta z membraną, jaką znalazłem to Salewa, model Bivibag I z membraną Powertex (czasem nazywaną PTX) – cena ok. 240pln w sklepie 8a. Waga: ok. 200 gram – więc zupełnie znośnie na skitury.

Tandem śpiwór Yeti + płachta Salewa zdały egzamin na piątkę. W śpiwór wszedłem w samej bieliźnie termicznej i przez całą noc było mi naprawdę ciepło. Śpiwór przemókł dopiero podczas operacji wychodzenia z niego i pakowania – kiedy wszystkie ściany naszej jamy były mokre (temp powyżej zera w środku). Membrana płachty działała całkiem nieźle. Do środka płachty, między śpiwór a płachtę włożyłem przed pójściem spać skiturowe wkładki do butów narciarskich, które były wilgotne. Do rana wyschły zupełnie, a dzięki temu, że były w pobliżu śpiwora – nie były bardzo przemarznięte – polecam ten patent.

Tak wygląda płachta rozłożona w domu ze śpiworem w środku:

20160224_101342000_iOS

Tak wygląda płachta w jamie śnieżnej ze śpiworem i człowiekiem w środku:

Śpiwory i płachty biwakowe zdały egzamin na piątkę. Na fotce Marcin jeszcze przed zaśnięciem. Do snu sznurowaliśmy kaptury tak, że wystawały nam tylko nosy. Było naprawdę cieplutko, mimo, że byliśmy w śpiworach w samej bieliźnie.

Z czystym sumieniem mogę ją polecić wszystkim początkującym adeptom biwaków zimowych. Nie jest to artykuł sponsorowany – płachtę kupiłem z własnych środków i nie dostałem żadnych korzyści od Salewy za napisanie tego artykułu.