nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


4 Komentarze

Narty w Afryce – Atlas Wysoki: co robić? jak żyć?

Sporo osób korzysta z moich rad. Niektórzy się przyznają – inni mniej 😉 Na pohybel grzybiarzom, którzy zazdrośnie strzegą swoich spotów: tutaj znajdziecie instrukcję, jak pojeździć w Atlasie Wysokim w Afryce. Bierzcie i dzielcie się z tego wszyscy.

W drodze w Atlas: niezbyt często można spotkać taki obrazek: wielbłąd w swoim naturalnym środowisku, a w tle ośnieżone szczyty czterotysięczników

Po pierwsze: Miejsca

Z moich dociekań wychodzi, że w Atlasie Wysokim są trzy obszary warte uwagi „narciarsko” – każdy stosunkowo niedaleko (1-2h drogi) od Marrakeszu:

i. Oukaimeden – tam jeździłem ja. Teoretycznie w wiosce jest 3 orczyki (płaskie, krótkie) i główne krzesło, które wywozi na 3200 metrów. Niestety podczas mojego pobytu krzesło stało nieczynne – do tej pory nie wiem czemu (wydaje mi się że ze wzg. na zbyt mało ludzi). Weź więc ze sobą foki. Teren powyżej i z boków wyciągów jest nietknięty – narciarzy jest mało, a z pozatrasowców spotkałem tylko jednego Francuza.

ii. Jebel Toubkal i okolice – najwyższy szczyt Afryki północnej (4167). Typowo skiturowa lokalizacja. Leciałem w samolocie z grupą Austriaków którzy mieli zamiar się tam wdrapać. Jest ponoć podobnie pusto i dziko. Da się turować wkoło po paru schroniskach.

iii. Dolina Ouirka – to target na heliski, pod warunkiem, że go odpalą ponownie. Latali w 2016/2017. W roku 2018 powiedzieli mi, że mają problemy z lokalnymi władzami, które zabraniają im latać. Jeśli szukacie niedrogiego śmigła – warto monitorować tę opcję w przyszłości. Ja na pewno zamierzam. Więcej: http://www.evolution2ma.com

Po drugie: Spanie

Wejście do Chez Juju: jedynego rozsądnego hotelu-hostelu w Oukaimeden

i. W Oukaimeden: Chez Juju – jedyny sensowny hotel/hostel z całkiem niezłym jedzeniem. Wada: mówią serio tylko po francusku. Bookingiem i odpisywaniem na maile (po angielsku) zajmuje się niejaka Stéfanie, ale nie spotkałem jej na miejscu. Kontakt: resachezjuju [małpa] gmail

ii. Pod Jebel: schronisko CAF. Ponoć bywa zatłoczone. Koniecznie booknij miejsce. http://www.refugedutoubkal.com/index.php

iii. W dolinie Ouirka: butikowy hotel Kasbah Agounsane – drogo, no ale jak kogoś stać na heliski, to zabronisz mu? http://heliskimarrakech.com/during-your-stay/?lang=en/#hebergement

Po trzecie (też ważne): Marrakesz

Riad Marhbabikoum – Marrakesz

Serdecznie polecam Riad (czym jest Riad? Kliknij tu) małżeństwa Khalila i Veronique: „Marhbabikoum”. Oboje pomogli mi zorganizować transfery, byli nawet pomocni w tłumaczeniu różnych spraw przez telefon. Riad stoi w odległości 10 minut spaceru od słynnego placu Jamaa el-Fna i 5 minut od pałacu el Bahia – w samym środku Mediny w Marrakeszu. Jest czysto, komfortowo, wszędzie blisko. Jeśli kiedykolwiek tam wrócę na bank zatrzymam się u nich. LINK. I jeszcze do trip advisora tutaj.

Po czwarte: Ruchy na miejscu

i. Taxi/bus/van w góry – można łapać na lotnisku, ja polecam napisać do Khalila: wyjdzie może parę Euro drożej, ale będzie bez niespodzianek: kierowca nie zatrzyma się w środku drogi, żebyście dopłacali za bagaż, narty, paliwo, drugą osobę itd.

ii. Pożyczenie auta – naczytałem się horrorów o wypożyczaniu aut w Marrakeszu i nie znalazłem żadnej wypożyczalni (włącznie z markowymi) bez dramatycznych opisów naciągania, łysych opon, popsutych aut. Więc zdecydowałem się na transfery tym razem, ale jeśli będę tam znowu – pożyczę auto z rekomendacji Khalila. Z ubezpieczeniem, bieżnikiem na oponach i w stanie pozwalającym jechać po ostrych górskich serpentynach.

iii. Po Marrakeszu: na piechotę. Jeśli zatrzymasz się w centrum – wszędzie jest blisko. Transfer na lotnisko zajmuje 15 minut. Ja zapłaciłem 70 pln ale chyba przepłaciłem (z drugiej strony: wiozłem dwumetrowe narty które słabo wchodzą do sedanów.

Góry Gór – czyli Atlas Wysoki

Po piąte: Ceny

Jest znacznie taniej niż w Alpach:

Za skipass w Oukaimeden 100 dirhamów dziennie (30pln) zakładając że krzesło jest otwarte. Ja płaciłem połowę tego bo było zamknięte.

Heliski: około 800 eur za dwa dni z noclegiem i wyżywieniem (połowa tego co w Alpach).

Noclegi: około 30-50 eur za noc za dwuosobowy pokój ze śniadaniem (zarówno w górach jak i w Riadzie). Schronisko oczywiście tańsze.

Posiłek z dwóch dań (np sałatka marokańska i tajin z jagnięciną albo kuskus z merguezami): 80-150 dirhamów (25-50pln). Jedzenie w Maroko jest obłędnie pyszne. Jeśli jednak meczet jest blisko – zapomnijcie o winie czy browcu. Wegetarianie za to będą mieć wypas: nie dość że większość posiłków jest dostępna również w wersji vege, to jeszcze są znacznie tańsze od tych z mięsem. O wegan mnie nie pytajcie bo do tej pory nie ogarnąłem, co to dokładnie znaczy.

Po szóste: Sprzęt

Da się wypożyczyć, ale tylko sprzęt z poprzedniej epoki sprzed 20 lat. Nie licz na jakiekolwiek freeride’owe narty. Musisz przytargać to ze sobą.

Jak widzicie numer „seryjny” mojego skipassu – to 358 od początku sezonu. Jeśli przyjmiemy, że sprzedawali je od 1 stycznia, to do 12 lutego upłynęło około 40 dni. To daje średnio 9 sprzedanych skipassów dziennie. No dochodzą jeszcze ulgowe. Tygodniowych nie sprzedawali. To zgadza się chyba z tym co widziałem. Narciarzy było mało. Bardzo mało. Nie wiem czy 9, czy 15, czy 25. Ale mało. I to byli ci „trasowi” 🙂 Czy daje Wam to teraz obraz porysowania stoków poza trasą w porównaniu np. do Alp? 🙂 PS. nie, nie jest zbliżeniowy :-)))

Po siódme: Język

Maroko było najcięższym krajem ever, by się dogadać. Marrakesz – to jeszcze pół biedy. Ale w górach – najprostszych angielskich słów nie zna nikt. Żadnych. Nawet liczebników do pięciu albo proszę-dziękuję. Francuski oczywiście rozwiązałby wszystkie problemy. W Japonii czy Iranie dużo lepiej znają angielski – koślawo, ale jakoś się dogadasz, no i przy tym wszystkim ludzie tam przynajmniej *starają się* być pomocni – jest w nich jakaś wola, by cię zrozumieć i pomoć. A w Maroko najgorsze jest to, że lokalsi przyjmują również „francuską postawę”: nie mówisz do nich w języku który rozumieją? Cóż…Wtedy po prostu nie chce im się z tobą gadać i koniec. Kelner cię nie obsłuży, gość na wyciągu nie sprzeda biletu – to wszystko jest twój problem a nie ich. Nauczony doświadczeniem – następnym razem wziąłbym jakiś słownik francuski offline.

Po ósme: Przelot

Ja leciałem rejsowymi samolotami Austriana i Swissa przez Wiedeń/Genewę, bo taką mam robotę, że sporo latam, zbieram mile i potem dzięki temu mogę polecieć darmo. Ale spokojnie. Da się tam dolecieć również jak nie jesteś konsultantem.

Do Marrakeszu nie lata obecnie (luty 2018) nic z Warszawy, ale jest bezpośredni lot z miasta seksu i biznesu (z Krakowa). Dobry news jest taki, że środek lutego, to jest tuż przed głównym sezonem turystycznym, gdy ludzie walą do Maroko podczas naszej wiosny. Jest więc nadzieja na dobrą cenę. Bilet w dwie strony kupiony odpowiednio wcześniej powinien zamknąć się w dwóch stówach + narty.

Jest też opcja ubrania się w klapki, zabrania nart do reklamówki, wtopienia się w tłum i lotu do Agadiru wraz z klientami hoteli all-inc, a potem transferu stamtąd w góry. Nie próbowałem – jeśli wam się uda – napiszcie jak tego dokonać. (Do Agadiru latają zarówno chartery jak i tanie linie z co najmniej paru miast w Polsce). AKTUALIZACJA: czytelnik zachęca do używania tej opcji. Trzeba tylko znaleźć dobre i pewne auto na lotnisku w Agadirze. Czas dojazdu Agadir-Oukaimeden: 4,5h (dzięki Kuba)

Jest też opcja dolotu przez jeden z hubów Ryanaira – czyli np. Bergamo. Wadą takiej opcji jest to, że za same narty zapłcimy Michaelowi O’Leary’emu aż cztery razy. Ale z drugiej strony: jeśli bilet będzie za 19,90, to wciąż może być niedrogo…

Po dziewiąte: Czy w ogóle warto?

Jak widać bez problemu dało się rysować świeże kreski. Gdybym jeszcze tylko miał siłe podejść wystarczająco dużo razy, by zdewastować ten stok…

A może powinno być „po pierwsze”.

No właśnie. Maroko to nie były narty życia: głębszy śnieg był na Alasce, lepsza przygoda na Spitsbergebie, a fajniejsze zjazdy w Iranie.

Chociaż… jeśli Twój dotychczasowy freeride to Stubai – to nie mam wątpliwości, że Maroko *jest* lepsze. I o wiele tańsze. I bardziej egzotyczne. Wszystko polega więc na tym czego szukasz i do czego się porównujesz. Jeśli szukasz dzikich, wysokich gór, pierwszych kresek, a do tego masz ochotę na trochę egzotyki – to tak: Maroko jest dla Ciebie. W czasach kiedy do Gruzji przyjeżdża tyle Polaków co do Białki, a w Niseko na ulicach słyszy się polski – Atlas Wysoki wcale nie jest złą opcją.

Więcej u mnie na blogu – relacja na gorąco z wyjazdu:

PS. Dla chętnych – mam mapę topograficzną Atlasu Wysokiego. Polubcie bloga na fejsie i napiszcie mi maila.


3 Komentarze

Marokański Riad

Paryż ma swoje katedry, a Nowy Jork drapacze chmur. W Marrakeszu symbolem miasta są Riady. Czym jest Riad? Dosłownie po arabsku Riad znaczy ogród. W Maroko jednak Riad to stary dom, często jeszcze z epoki kolonialnej, bez okien na zewnątrz, ani na ulicę, ale zawsze ze specyficznym atrium, dziedzińcem w środku, osłoniętym ścianami domu ze wszystkich stron. Wewnątrz, w samym atrium często można zobaczyć właśnie ogród, wielką palmę czy fontannę. Historycznie chodziło o to, by nikt nie zaglądał nam do mieszkania. Nawet przez okna. Dawało to prywatność, pozwalało ukryć bogactwo przed wścibskimi oczami sąsiadów, a taki ogród w środku domu, pozwalał się cieszyć słońcem i dawał osłonę przed wiatrem i zimnem. No i po przejściu przez próg kobiety mogły bez obaw zdjąć hidżaby.

Dziś Riady są często w europejskich rękach. Część w małżeństwach mieszanych, część po prostu odkupiona od tubylców. Jest ich w Marrakeszu setki. Riady pozostały jednak symbolem marokańskiej gościnności i lokalnej kultury. Okazją do relaksu, odprężenia, doskonale balansując miejski zgiełk Marrakeszu i wieczny ruch na zewnątrz.

Jeśli kiedykolwiek będziesz w Marrakeszu, zatrzymaj się w jednym z setek Riadów. Spróbuj tradycyjnego marokańskiego tażina, ugotowanego właśnie przez panią domu (albo przez służbę – zależnie od wielkości Riadu i ceny). Zanurz się w lokalną kulturę. To właśnie uwielbiam w samotnych podróżach.

Centralnym punktem mojego Riadu „Marhbabikoum” jest gigantyczna palma wysokości trzech pięter. W innych Riadach może być to fontanna albo ogród drzewek pomarańczowych.

Na dole jest kuchnia, jadalnia, pokój biurowy i pomieszczenia do relaksu i odpoczynku.

Pokoje gościnne (jest ich pięć, każdy z łazienką) zaczynają się od pierwszego piętra. Wszystkie okna wychodzą do wewnątrz, na atrium. Od góry wpada światło słoneczne – przy otwartych okiennicach w pokojach jest w miarę jasno.

Na samej górze taras, widok na Medinę. Wieża w oddali po lewej, na horyzoncie – to słynny Jemaa el-Fna, 10 minut spacerem przez środek Mediny. Wkoło tarasy dzięsiątków innych Riadów.

A tak wygląda wejście od ulicy w Medinie. Drzwi, pomalowana ściana i zero okien.

Nie będę pisał o samym Marrakeszu – bo wystarczająco dużo jest o nim relacji w całej blogosferze. Urzekły mnie Riady – a nie znałem zupełnie tego zjawiska – stąd ta notka.

W każdym razie, jeśli planujecie wspinać się lub zjeżdżać w Atlasie – po prostu musicie poświęcić dzień a najlepiej dwa na Marrakesz. I wydaje się że właśnie w szczycie sensownych warunków narciarskich – czyli w okolicy lutego – w Marrakeszu jest stosunkowo niewielu turystów, sezon dopiero się tu rozkręca, a z hoteli all-inc w okolicach Agadiru jest wystarczająco daleko, by nie chciało im się tu przyjechać.

Marrakesz: must see!


1 komentarz

Maaaaarrakesh! Come to Maaaaarrakesh!

W tak odległe i dzikie rejony – nigdy nie jeżdżę dla samych nart. Kto czytał parę rozdziałów mojej książki – wie, że liczy się dla mnie zasmakowanie lokalnej kultury, rozmowa z drugim człowiekiem. Zanurzenie.

Ale jest też coś bardziej przyziemnego. Bo w takich miejscach jak Atlas – dzikich i nienastawionych na masowego turystę – zawsze może coś zawieźć, coś może się nie udać. Mogą zamknąć wyciągi (jak teraz), mogą zamknąć jedyną drogę, może być bardzo lawiniasto, może nie być śniegu, czy najbardziej prozaicznie: może nie być pogody. Dobrze więc mieć plan B, coś poza nartami, kiedy okaże się, że plan A zawiódł.

Nie… Nie mogę powiedzieć, że Maroko zawiodło. Było fajnie: pojeździłem w Afryce, narysowałem parę kresek na świeżym śniegu zdala od alpejskich tłumów, zasmakowałem wysokich i dzikich gór bez pizzy i wi-fi w każdej dolinie – a to wszystko w **naprawdę** niedużym budżecie! O to przecież chodziło, i wyłączone wyciągi nie popsuły mi humoru (chociaż fakt: musiałem sporo podchodzić i liczyłem na więcej zjazdów).

Fotki z dziś poniżej, a ja pakuję się do Marrakeszu. Plan A był całkiem okay, i czas sprawdzić jak ma się plan B. Coś mówi mi, że tam też nie będzie źle!


1 komentarz

Góry gór

Góry Atlas w niczym nie przypominają reszty Maroka – rzecz jasna – w naszej świadomości Afryka to pustynia albo przynajmniej palące słońce, a nie ośnieżone czterotysięczniki. Ale jest jeszcze coś co je wyróżnia. To berberyjskie plemiona zamieszkujące Atlas, które nigdy nie zostały całkowicie podbite przez arabskich najeźdźców. Po dziś dzień berberyjska tradycja nie została zapomniana: ludzie w berberyjskich wioskach inaczej się ubierają (dominują krzykliwe kolory), to kobiety wybierają sobie mężów, a sami Berberowie mają często jasną karnację, niebieskie oczy a nawet rude włosy. Ciężko uwierzyć, ale Beberowie w Maroku naprawdę nie płacą podatków – uważają się za ludzi wolnych i są bardzo dumni ze swojej przynależności kulturowej. Trzeba też uważać, by nie nazwać Berbera – Marokańczykiem, bo można go w ten sposób obrazić.

Sam Atlas Wysoki bardzo przypomina mi kirgiskie Tien-Szan. Tysiące kilometrów kwadratowych idealnie płaskiego terenu i nagle, góry strzelają stromo w niebo. Tak bardzo różni się to od Tatr czy Alp, gdzie od Myślenic (albo od węzła Voralpen), zaczynamy wjeżdżać serpentynami między pagórki, ale do wysokich gór – inaczej niż tu – jeszcze daleka droga.

Atlas Wysoki w języku berberyjskim to „Idraren Draren” – czyli góry gór. Przedwczoraj wrzucałem fotki wielbłądów i palm na ich tle – w drodze do nich. Dziś rzut oka z tej drugiej strony.


1 komentarz

Afryka zjechana…

Tak w dużym skrócie: kompletnie nie kumam o czym ci ludzie rozmawiają (z wzajemnością). Rosyjski, angielski i niemiecki nie działa. Nawet w stopniu słów podstawowych. Tu tylko francuski i arabski. Po arabsku umiem tylko przekląć i się przywitać. Po francusku dodatkowo zapytać o samopoczucie, zamówić jedzenie i kieliszek domowego wina. Więc tak sobie tu mówimy. Ja sobie, oni sobie. Dziś rano dowiedziałem się że główne krzesło na 3200 będzie wyłączone. Powtarzali tylko „prezidą” i „szef”. Nie wiem czy prezidą im zabronił włączać czy może nie raczył się pojawić a tylko on umie to odpalić. Ciężko powiedzieć. Nie chodzi do tej pory.

Na wielkie szczęście wziąłem foki. Więc wyholowałem się wyrwirączką jakieś 200m w górę i wlazłem na jakieś 3100-3200. Trochę bez kondycji jestem niestety, sprzęt też zdecydowanie nie na czyste skitury, no ale jakoś poszło. Tylko że chyba tempem lepiej się nie chwalić.

Zjazd w miarę ok. Spadło dużo śniegu 4-5 dni temu, ale od tamtego momentu full lampa, więc warunki pogarszają się z każdą godziną

W każdym razie Afryka zjechana.


4 Komentarze

Hello Africa, tell me how you doing!

W podróży najbardziej liczy się ekipa… To prawda… Uwielbiam jechać na drugi koniec świata z Kubą, czy z Rafałem. Nawet gdy wiem, że ten drugi będzie jęczał, że podróż zajęła nam więcej czasu niż damy radę zjechać – wiem, że potem będziemy takie wyprawy wspominać przez lata. Ekipa jest cholernie ważna przy naszych eskapadach. Wiem, że na chłopakach mogę zawsze polegać. Tak jest lepiej, bezpieczniej, pewniej.

Ale czasem można zjeżdżać też bez ekipy – i jestem przekonany, że wcale nie musi być źle. Tak było na Alasce, tak było w Chile. Tak jest teraz. Wyjeżdżam z Marrakeszu, by zjechać parę razy solo w Atlasie Wysokim, w Maroko. Nie jeździłem jeszcze nigdy w Afryce. To mój piąty kontynent na nartach, poza trasą. I zostały jeszcze tylko dwa! 😉

Palmy i wielbłądy – a w tle ośnieżone szczyty potężnego Atlasu Wysokiego. Dziś będę spał na 2600.


Dodaj komentarz

Narty w Afryce?

Marrakesz, Jamaa al-Fna /Fot.Shutterstock

Jest środek lata, za oknem przelewa się dramatyczny żar, czas więc pomyśleć o formie i o sezonie. W głowie mam co najmniej parę pomysłów i to jest jeden z nich.

Z gór Wysoki Atlas w Maroku ponoć widać Saharę. Nie ma tam rzecz jasna pizzerii ani Wi-Fi w każdej dolince. Wystarczająco daleko jest też do marokańskiego koszmarku o nazwie Agadir. Pusto, dziko, a powyżej 2 tysięcy śnieg powinien leżeć w lutym i marcu. Połączenia lotnicze do Marrakeszu codziennie ma Lufa i Swiss, a z lotniska w Marrakeszu do podnóża gór terenówka jedzie ponoć nieco ponad godzinkę. No i to hasło „narty w Afryce”.

Spośród stałych partnerów wyprawowych, Kuba nie dał się przekonywać długo (mam nadzieję, że jego żona nie czyta tego bloga, bo nie wiem, czy już jej mówił) 😉 Stwierdził tylko, że przyczepi wiązania tourowe do swoich Polsportów. Czy będzie aż tak źle?

Where is my home? Where is my land?

Way down in Africa… 😉