nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Marki narciarskie

W ostatniej notce pisałem o Julbo i zostałem nawet zatytułowany „Panem Żilbo” w jednym z komentarzy. Również Was pozdrawiam, i idąc za ciosem chciałem bardzo krótko napisać o prawidłowej wymowie marek narciarskich. Anglosasi nie wymyślili narciarstwa alpejskiego i bardzo często te starsze marki wywodzą się z Włoch, Francji czy Niemiec. Żaden to wstyd nie wiedzieć, bo nie są one super popularne, ale jeśli zwracacie uwagę czy ktoś na Versace mówi „Wersejs“ – to wiecie, że zangielszczanie wielu marek jest błędem – i możecie być zainteresowani poniższym:

Julbo – [Żilbo z akcentem na ostatnią sylabę]: francuski producent gogli – pisałem już w poprzedniej notce: błędem jest wymowa „dżulbo”.

Rossignol – [Rossiniol – pewnie nikt nie popełnia tu błędu, pamiętajcie tylko, że tam nie ma litery „G“ – podobnie jak w wyrazie „Bolognese“]

Lange – [Len – wymowa angielska]: francuski producent butów należący do Rossignola, którego założycielem był Bob Lange – Amerykanin. Zatem  błędzie są Francuzi wymawiając tę markę „Lanż” (jak w „La Manche”) – a taką wymowę słyszałem mieszkając we Francji. Wymawiamy markę normalnie po angielsku, bez końcowego „E”.

Voelkl – [Felkl – w tym słowie nie ma nigdzie dźwięcznego „W“; jeśli nie urodziliście się w Niemczech to nawet jeśli będziecie bardzo się starać przy wymowie umlautu i tak nigdy Wam nie wyjdzie, więc możecie poprzestać na zwykłym „E“]: kiedyś niepopularny, a ostatnio mocno popularny niemiecki producent nart. Właścicielem Voelkla jest K2.

PS. na poprzednim blogu kolega Olbart zapytał o japońskie kurtki Descente. ja nie wiem. może ktoś zna prawidłową wymowę?


Dodaj komentarz

Konsultanci Eksperci Fachowcy

Chciałem przed Świętami kupić sobie gogle. Poszedłem do Adventure Sports w Galerii Kazimierz. Szukałem Rossi albo Oakley’ów, ale w sumie nie byłem przekonany co do modelu i marki. Chciałem dotknąć, założyć, popaczeć (rzecz dzieje się w Krakowie).

Grzecznie pytam czy mogę zobaczyć jeden, drugi czy trzeci model. Dostaję co chcę, lecz sprzedawca niemal uroczystym tonem, jakby właśnie miało spotkać mnie coś wyjątkowego, oświadcza: „mam jednak dla Pana coś znacznie lepszego”. Chwila pauzy. Czuję, że zaraz stanie się coś wspaniałego. Napięcie rośnie. W końcu mówi: „DŻULBO. Mają zdecydowanie najlepszą optykę. W doskonałych cenach. To klasa sama w sobie.” Uśmiecha się z satysfakcją. Z oczu bije pewność siebie i ekspertyza.

Patrzę na gościa pytająco, bo nie do końca wiem czy myślimy o jednej marce. Słyszałem kilka razy o Julbo: to Francuzi i szczególnie we Francji są popularni (nazwę czyta się „żilbo” z akcentem na ostatnią sylabę). Ale nie chodzi przecież o wymowę­ – każdy może się pomylić. Julbo zawsze było dla mnie marką niszową. Nie jestem jakimś koszmarnym markowym koneserem, ale mimo wszystko wydaje mi się, że Rossi (na rynku sto lat) nie wciśnie mi kitu, nie rozkleją się po pół roku używania, nie będą mieć zniekształceń, itd. Być może Julbo też. Po prostu nie wiem. Nie znam się. Dzielę się wątpliwościami, lecz w słyszę kolejne zapewnienia, że Julbo jest po prostu najlepsze. Na moje kolejne wątpliwości przybiega drugi, bardziej agresywny pan z odsieczą zasypując mnie lawiną faktów:

-Kinga Baranowska wchodziła w nich na K2

-Używają ich himalaiści

-To najlepsze gogle na rynku

-Zdecydowanie najlepsza optyka

-Doskonała ergonomia i wspaniały dizajn

Ze spokojem mówię, że rozumiem, nawet może wierzę, ale szukam raczej gogli z wymienną szybą: jedna ciemna na słońce, a druga biała lub bardzo jasno żółta na mgłę/śnieg. Sprzedawcy są strapieni, bo chyba to całe Julbo nie ma takiego modelu. Nagle jeden wpada na pomysł:

-Ale tu jest najwyższy model Julbo: ma fotochromy. Ściemniają się na słońce i rozjaśniają na mgłę!

Biorę do ręki. W sklepie panuje raczej półmrok, a na pewno warunki dalekie od stoku pokrytego śniegiem, ale szyba gogli jest mimo to ciemnobrązowa. Powtarzam cierpliwie, że te fotochromy to chyba w ograniczonym zakresie i raczej ten zakres jest na jasne słońce, a ja szukam też rozwiązania też na mgłę i śnieg. Sprzedawca jest zrozpaczony. Zaczyna przykładać je do oczu i mówić, że przecież wcale nie są takie ciemne. I powtarza jak mantrę, że mają najlepszą-najlepszą optykę. Julbo-Julbo-Julbo-Julbo.

Mam wrażenie, że jeden sprzedawca – ten przyjaźniejszy zaraz się rozpłacze i zacznie mnie prosić żebym kupił cokolwiek od Julbo. A ten mniej przyjazny, od Kingi Baranowskiej, da mi po ryju jak zdecyduję się na nie-Julbo. Powiedziałem, że nie mam kasy i nic nie kupiłem. Bałem się dostać po ryju, bałem się, że mnie wyśmieją albo zbluzgają. A tak chciałem fajne gogle.

Ja naprawdę rozumiem, że Panowie z Adventure Sports są na dużej prowizji od tego całego Julbo. Ale czy NAPRAWDĘ nie znają umiaru? Utarło się dziwne przekonanie, że kupując w dedykowanych sklepach narciarskich otrzymacie fachową poradę. Miejcie więc ten przykład w pamięci, gdy czytacie wywiady w których zachęcają Was do kupowania tam, bo tylko tam są „prawdziwi eksperci”. Pamiętajcie na jak wiele fachowości możecie liczyć w sklepach narciarskich.

I jeszcze jedno: czy naprawdę uważacie, że w przypadku nart lub butów (a nie tylko gogli) Panowie z Adventure Sports polecą mi *naprawdę* to co dla mnie najlepsze?

I nie liczcie, że w innych sklepach jest lepiej.


Dodaj komentarz

Narty na Mazurach: raczej dla desperatów (mnie podobnych)

No nie spodziewaliście się z pewnością, że zrecenzuję dziś stok w Mrągowie o mocno patetycznej nazwie: Góra Czterech Wiatrów. Góra czy górka, a raczej pagórek jest w odległości już pięciu minut jazdy autem od centrum Mrągowa. Pod wyciągiem czeka na mnie pusty parking: stoi nie więcej niż kilkanaście aut.

Idę do wypożyczalni sprzętu: nigdy nie byłem w gorszej, i chyba faktycznie gorszej wypożyczalni nie ma w całej Europie na zachód od Buga. Dramat. Totalna katastrofa. Sprzęt sprzed 10-15 lat. Buty z grzybem. Syf. Obraz nędzy i rozpaczy. Powiedziałbym wręcz, że strach na tym jeździć, bo sprzęt jest nie tylko stary, ale naprawdę kiepsko utrzymany i bardzo zniszczony: narty mają zorane ślizgi, wyszczerbione, pordzewiałe krawędzie. Kijki są pokrzywione. W tym kontekście za sprężyny z wiązań zdecydowanie nie dałbym głowy. No ale nie mam ze sobą swojego sprzętu. Zaciskam więc zęby, uśmiecham się i biorę co jest. Płacę dwie dychy za dwie godziny. Co ciekawe, cennik uwzględnia opcje wypożyczenia nawet na tydzień. Hehe. Tydzień na nartach na Górze Czterech Wiatrów. Jak teraz piszę te słowa, to się śmieję: trzeba być niezłym hardkorem, żeby wejść w opcję tygodniową.

Górka. Długość: jakieś 300 metrów. Na szczęście nie jest zbyt płasko. Puszczając się z góry na krechę, na dole ma się spokojnie ponad 50 kmph, chociaż taki szybki zjazd niestety nie trwa dłużej niż 20 sekund. Górka pusta, chociaż podobno w krytyczne weekendy i wieczorami potrafi być naprawdę tłoczno.

Warunki świetne. Oczywiście nie ma mowy o zjeździe obok trasy, zresztą na sprzęcie który dostałem – i tak bym się nie odważył. Śniegu jest naprawdę full, wszystko całkiem mocno ubite. Pogoda ekstra: jest lampa i całkiem mocny mróz: minus 14 stopni. Stok jest oświetlany i czynny do dziewiątej wieczorem.

Wyciągi są dwa – oba talerzykowe, a za mojej bytności czynny jest jeden – i to spokojnie wystarcza – kolejek nie ma wcale, a dwie trzecie talerzyków wjeżdża puste (fotki poniżej). Wyciąg się wlecze, jak to talerzyk – ale nie spodziewałem się niczego lepszego, szczególnie, że jeden wjazd kosztuje 1,50PLN.

W zasadzie o ile po pierwszym zjeździe kołacze nam się po głowie myśl „to naprawdę już?”, a po trzech ogarnia nas lekka frustracja, to po dziesięciu-piętnastu zjazdach wpadamy w taki spokojny, lekko nudnawy rytm. Na wyciągu jest okazja przemyśleć sobie sprawy zasadnicze, np. rozważyć sens istnienia, ewentualnie co zrobić, żeby wszechświat był lepszy. A w krótkich przerwach od rozważań można sobie zjechać kilkadziesiąt sekund w dół.

A jakie będzie podsumowanie? Hmmm. Otóż Mrągowo… POLECAM! Serio.

To znaczy… nie myślcie, że polecam Wam przyjechać do Mrągowa specjalnie na narty przez pół Polski. No bez przesady. Ale jeśli jak ja – nie mieliście szans spędzić Świąt w górach, i w dodatku macie naturę antyrodzinnego samotnika, to – o ile nie obawiacie się złapania grzyba z butów z tej koszmarnej wypożyczalni – czemużby w akcie desperacji nie przypiąć tych cholernych nart i nie pozjeżdżać sobie przez dwie godziny? No przecież lepsze to, niż siedzieć przed telewizorem, prawda? Chcę też na koniec jasno powiedzieć: nie ma lepszej górki niż Góra Czterech Wiatrów ani w okolicy bliższej, ani trochę dalszej. Stawiam nawet tezę, że Mrągowo jest lepsze od kilku stacji w Tatrach (np. Witów, o którym już pisałem). Na pewno można też w Mrągowie postawić swoje pierwsze narciarskie kroki.

Ukłony z Mazur!

94023b5ad6

fot. autor: od góry od lewej: widok na stok z dołu, parking, bramki na dole, widok na stok z góry.


Dodaj komentarz

Laponia: Heliskiing u św. Mikołaja

Święta za pasem, myślę więc, że dobrym tematem na notkę, będzie heliskiing daleko za kołem arktycznym, w domu Świętego Mikołaja: w Laponii.

Laponia to kolejne kultowe dla freerajdu miejsce na mapie, które musiałem zaliczyć. Poleciałem tam kompletnie sam. Trasa: najpierw LOTem do Sztokholmu, a potem na daleką północ trasą Sztokholm-Kiruna: linie lotnicze które mają ze dwa samoloty i których nazwy sobie nie przypomnę. Kabina pilotów nie jest oddzielona niczym od przedziału pasażerskiego, a serwis pokładowy ogranicza się do wiklinowego koszyka z kanapkami leżącym na siedzeniu za pilotami z którego każdy z sześciu pasażerów bierze sobie co uważa. „Terminal“ w Kirunie to też ciekawe słowo: to po prostu drewniana buda o rozmiarach 20×20 metrów, i możemy być naprawdę dumni z naszego krajowego terminala na lotnisku w Krakowie. (smiley)

Na lotnisku biorę zarezerwowane wcześniej auto z napędem na cztery koła. Z przodu gigantyczna armada halogenów, wymagająca do zasilania pokładowego reaktora atomowego. Czeka chyba na noc polarną. Wrzucam do auta walizkę, deski. Teraz jakieś trzysta kilometrów jeszcze dalej na północ wzdłuż jedynej drogi w okolicy łączącej Kirunę i port w Narvik. Jadąc drogą, najpierw stopniowo znika zasięg komórki, a potem po kolei wszystkie stacje FM z radia: wyszukiwanie kręci się w kółko, by po trzech cyklach pokazać dość rzadko spotykany na europejskich radiach napis „not found“. I tak miało być już cały czas. Bez radia, bez komórek – i wydawało mi się, że tę elektromagnetyczną pustkę niemal czuję w czystym arktycznym powietrzu…

Sama wizyta w Laponii daje masę frajdy nawet bez jazdy na nartach. Poczucie lokalnych klimatów, odludzia, czystej natury i wspaniałego jedzenia – pozostawia w pamięci ślad do końca życia. Wiele rzeczy, zupełnie dziwnych dla przybysza z zewnątrz, ludzie tutaj traktują w sposób oczywisty: rozmawiam z pilotem helikoptera, zwykły chit-chat o pogodzie. Pyta mnie gdzie się zatrzymałem… Mówię, że daleko… 60km na południe niedaleko rezerwatu Abisko… Pyta: u Dicka i Miny? Ze zdumieniem potwierdzam. –Pozdrów ich jak zobaczysz… No tak. Jestem w Laponii. Tutaj kogoś kto mieszka 60km dalej nazywa się sąsiadem i dobrym znajomym. Trochę inna skala.

Kiedy jadąc jedyną drogą mijasz samochód (a nie zdarza się to często), i w dodatku widzisz, że auto z przeciwka ma na dachu narty – to mrugacie sobie światłami i zatrzymujecie się po obu stronach drogi. Widzisz ludzi pierwszy raz w życiu, ale traktujesz ich, a oni ciebie – jak starych przyjaciół… –Gdzie jeździcie? –Jakie były warunki? –O – a tu moje fotki z wczoraj! –A może coś razem? To niesamowite jak przyjacielsko można potraktować nieznanego sobie człowieka, z którym łączy cię wspólne ześwirowanie w jednym temacie.

Siedemdziesiąty stopień szerokości północnej robi wrażenie – arktyczna Laponia jest najdalej wysuniętym miejscem na północ w jakim byłem. Kolejna związana z tym niespodzianka jaka mnie spotkała – to słońce. Kojarzycie film „Bezsenność” z Alem Pacino? Pamiętam pierwszą noc, kiedy zmęczony dojechałem do pensjonatu Dick’a i Miny, walnąłem się do łóżka i po jakimś czasie obudziło mnie słońce wpadające mi na twarz, dające ostre cienie w pokoju, zrywam się z myślą: „Cholera! Byłem umówiony z przewodnikiem! Śniadanie! Zaspałem! Shiiiiit!“. Biegam po pokoju. Szukam zegarka. Czemu nie dzwonił budzik? No tak. Wszystko jasne. Jest 2:30 w nocy. Dzień polarny.  W kolejne noce zasłaniałem już szczelnie okna. Przez moje kilkanaście dni na miejscu – słońce nie zaszło ani razu.

Góry i jazda…

Góry są na pewno niższe niż Alpy. Leżący na szwedzko-norweskiej granicy masyw Kebnekaise ma szczyty liczące niewiele ponad dwa tysiące metrów. Jednorazowy vertical do zjazdu to z reguły koło tysiąca metrów lub trochę mniej. Heliporty są w okolicy dwa lub trzy. Jeździsz z przewodnikiem i podkreślam, że nie udało mi się wybrać innej opcji (jak np. na Alasce) – inna sprawa, że nie miałem tu dobrej mapy, a bez tego ciężko byłoby jeździć bezpiecznie. Dobrze i tanio jest podłączyć się do jakiejś grupy (idealnie na czwartego): standardowo tutejsze Eurocoptery biorą na pokład przewodnika, pilota i czterech pasażerów.

Narty z przewodnikiem – choć cokolwiek mniej pionierskie – dają też przyjemność i możliwość skupienia się na samej jeździe. Odchodzi również dużo stresów: nie martwisz się o łączność z pilotem, warunki lawinowe, dobór trasy. Dobry guide zapewni też trasę po bardziej optymalnych warunkach śniegowych i w zależności od słońca, temperatury, wiatru i pory dnia polecicie tam gdzie jest naprawdę fajnie.

Trudność górek – w zależności od stopnia zaawansowania ekipy – da się wybierać bez problemu począwszy od płaskiej nudy, przez ciekawe nachylenia, a kończąc na zboczach z których bałbym się zjechać. Przewodnik przed wejściem do heli zrobi z Wami krótki wywiad, zorientuje się jak jeździcie, i pewnie pierwsza górka będzie trochę bardziej zachowawcza, ale już na kolejnych – o ile poziom członków ekipy jest zbliżony – czeka Was dobra zabawa. Jeden z spośród przewodników, z którymi jeździłem miał ciekawą zasadę. Otóż twierdził, że ludzie wspominają narty najfajniej, kiedy on ich wypchnie tak troszkę z ich „strefy komfortu” i kiedy przestaną czuć się zbyt pewnie. Może coś w tym jest: kilka razy rzeczywiście nie czułem się pewnie (smiley). Potem za to była fajna satysfakcja ze zjazdu i rzeczywiście miłe wspomnienia.

Laponia

lądowanie na Vassechoka, Heli o północy, zjazd z Vassentija, GPS @68deg north

Podsumowując: Heliski w Laponii, to dobra opcja z całkiem tanim dolotem na miejsce. Klasowa dzikość, zero ludzi, a wciąż jednak przecież to Unia Europejska  i Schengen. Jeśli próbujemy oszczędzać na helikopterze – to oprócz nart jest opcja wypadu do Narviku, można próbować robić fajne skitury (trzeba mieć mapę!), albo pójść do kompletnie pustego o tej porze roku parku narodowego Abisko.

Bardzo polecam Laponię wszystkim freerajderom.


Dodaj komentarz

Chopok: właśnie wróciłem.

Drugie narty w tym sezonie to Chopok i Jasna – właśnie wróciłem. Nie będzie jednak recenzji ośrodka. A to dlatego, że chociaż z reguły w dystansie trzech godzin od Krakowa nie znajdziecie nic lepszego – to dziś na Chopoku wiał halny i sypał ciężki, gęsty mokry śnieg. Większość wyciągów na samą górę pozostała więc zamknięta.

Po zjechaniu kilku razy z oślich łączek pozostało mi tylko przytroczyć narty do plecaka i wdrapać się na górę. Przyjemny, chociaż krótki zjazd i tyle.

Udało mi się przetestować mocowanie kamery GoPro do narty – efekty możecie zobaczyć na fotce. Kamera nie odpada – to najważniejsze.

Co poza tym? Hmmm. Grudzień, to za wcześnie poza trasę – ale wygląda na to, że na Chopoku będzie już niedługo można trochę pojeździć z boku od ubitego. Nie będzie to może freerajd jaki lubię: z pustką, wolnością od ludzi, maszyn i niezmąconym ręką ludzką krajobrazem – ale zawsze można potrenować i przygotować się do jakiejś większej wyprawy.

Byłem na Chopoku ostatnio z 10 lat temu – myślę, że sporo się zmieniło od tego tego czasu. Nie chcę więc pisać z pamięci. Wyskoczę tam jeszcze w tym sezonie i na pewno wtedy zdam jakąś szerszą relację. Tymczasem w najbliższych planach mam Krippenstein w styczniu i mam nadzieję, że wtedy da się już zjechać z trasy.

pozdrowienia!

Autor


1 komentarz

Salomon/Atomic bujają, a Onet: gulp, gulp, gulp…

Z coraz większą uwagą przyglądam się PR’owi firmy Amer Sports – właścicielowi marek Salomon i Atomic. Recz idzie o technologię, którą Salomon/Atomic nazywają „rocker” czyli bujak.

W wielkim skrócie, jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście: zdaniem Salomona i Atomica jeśli narta będzie miała kształt bujaka – to nawet na trasach będzie łatwiejsza w nauce, bardziej skrętna, da lepszą kontrolę podczas dużych prędkości w przechyleniu, etc. etc. Po prostu taki kształt narty to rzekoma rewolucja i panaceum na wszystkie problemy. Wydaje się, że celem jaki upatrzył sobie Salomon/Atomic jest wręcz zakodowanie w głowach narciarzy, że „nowinka techniczna” o nazwie „rocker” jest absolutną koniecznością dla każdego kto jeździ, i że firma chce aby narciarze pytali się nawzajem: „masz TE narty z rockerem czy te stare”? I tak dalej. Abstrahując w ogólne od mojego zdania na temat posiadania rockera lub jego braku, abstrahując od tego, że pomysł wcale nie jest nowy i ma ponad 10 lat (vide: Volant Spatula), abstrahując od tego co mówią inni producenci i tego, że moim zdaniem nie da się myśleć w kategoriach mieć/nie-mieć rockera, bo rocker wcale nie jest zero-jedynkowy – chcę pokazać coś dużo groźniejszego.

Otóż coraz więcej serwisów narciarskich wrzuca na swoje strony teksty, recenzje i wywiady nieopatrzone nigdzie komentarzem o lokowaniu produktu i materiale marketingowym. Zobaczcie na przykład tę perełkę z onetu:

http://narty.onet.pl/sprzet/andrzej-osuchowski-o-technologii-rocker,1,5324392,artykul.html

i identyczny „wywiad” z narty.pl:

http://www.narty.pl/tresc-artykulu/artykulu/wywiad-z-andrzejem-osuchowskim-o-technologii-rocker-w-narciarstwie.html

i kolejny taki sam „wywiad” tym razem ze skionline.pl:

http://www.skionline.pl/sprzet/osuch-o-technologii-rocker,newsy,5298.html

Zwróćcie uwagę: nigdzie nie ma nazwiska ani nawet podmiotu, który wywiad przeprowadził. Najlepszy polski freerajder opowiada nam natomiast o tych wszystkich zaletach rockera. Cały artykuł skupiony jest na rockerze, gwiazdor „mimochodem” wspomina kilka razy markę Salomon, ale głównie rzucają się w oczy odsyłacze do strony rockerski.pl – wydawałoby się jakaś niezależna strona promująca rocker? Sami nazywają siebie „bazą wiedzy na temat rozwiązania rocker”. Nie jest napisane kim są, nie są podane żadne nazwiska, żadna nazwa firmy/organizacji. Stawiam dolary przeciw orzechom, że to brzydki, marketingowy potworek firmy Amer Sports promujący tylko swoje brandy: Salomon i Atomic. Nie łudźmy się. Tu nie ma żadnej niezależności. Większość ludzi nie wie nawet że te dwie marki to żadna konkurencja, i że to jeden i ten sam właściciel, ale w ich głowach rodzi się schemat: „Mmmhmmm. Czyli ten rocker naprawdę jest świetny. Promują go >>wszyscy<< producenci. Ta >>baza wiedzy<< jest naprawdę niezależna”. I o to chodzi. Ciemny lud to kupi. Biznes się kręci.

Czy można mieć pretensje do Salomona czy Atomica, albo ich właścicieli, że próbują wszelkimi dostępnymi środkami wrzucić swój marketingowy pomysł do umysłów ludzi i wygenerować miliony euro zysku? Średnio. Firma może nie działa do końca etycznie, ale wydaje się, że wszystko jest w granicach prawa.

Czy można mieć pretensje do człowieka, że swoim nazwiskiem promuje sponsora? Wyobrażam sobie, że kolega jest po prostu bardzo zadowolony, że znalazł sponsora. Jeśli Ty czy ja żylibyśmy z nart i dostalibyśmy bogatego sponsora, to czy na pewno zachowalibyśmy się inaczej? Wątpię. (a przy okazji: trzeba oddać szacun człowiekowi: super jeździ)

A więc: pół biedy gwiazdor, pół biedy firma. Zdecydowanie największe pretensje trzeba mieć do redaktorów za to, że przepuszczają takie teksty bez właściwego oznaczenia/komentarza. I to przede wszystkim *ich* zachowanie należy napiętnować.

Artykuł 36 paragraf 3 prawa prasowego mówi wyraźnie:

„Ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób nie budzący wątpliwości, iż nie stanowią one materiału redakcyjnego.”

W portale narciarskie wlewany jest hektolitrami marketingowy szajs i nikt nie protestuje, bo media w kryzysie: jeśli ktoś zapłaci, da redaktorom darmowe narty albo zaprosi chociaż na gratis testy – trzeba pisać! Bez krytycyzmu. Bez zająknienia. Broszura reklamowa + copy + paste = artykuł! Hej! Jest content, są gratisy, i nie trzeba się narobić! Cieszymy się! A że czytelnikom robi się wodę z mózgu… Cóż. Któżby tam się przejmował czytelnikami… Sam Grzegorz Miecugow wyjaśnił to przecież nam wszystkim użalając się nad mediami, że to my – odbiorcy jesteśmy debilami, a media tylko się do nas dostosowują.