nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Kasprowy: trzecia droga i tury na Kopę Kondracką

Pisałem ostatnio o jeździe w Kotle Goryczkowym. Kasprowy – to rzeczywiście najlepsza górka w Polsce, ale co zrobić jeśli komuś nudzi się jazda  góra-dół po obu stronach i chce trochę więcej emocji? Jest na to rada: to off-piste z Kasprowego „trzecią drogą” – tzn. w Świńską Dolinę. A dodatkowy wariant jaki zrobiliśmy tego dnia, to podejście na Kopę Kondracką na fokach i turowym sprzęcie.

Droga nie jest bardzo trudna i jeśli jeździliście już poza trasą – nie powinien to być duży problem. Odradzam jednak ten szlak dla osób zupełnie początkujących, które nigdy nie jeździły poza trasą nawet, jeśli świetnie radzą sobie na najstromszych ubitych trasach w Alpach. Trasę tę robiliśmy jakieś 4-5 lat temu. A wygląda ona następująco (kolor różowy – podejścia, kolor zielony – zjazd):

mapa zjazdu z Kasprowego i podejścia na Kopę Kondracką

mapa zjazdu z Kasprowego i podejścia na Kopę Kondracką

Kluczowa sprawa, to siódma rano pod kolejką na Kasprowy Wierch: do Kuźnic nie dowiezie Was wtedy żaden busik, więc trzeba się szarpnąć na taksówkę. To bardzo ważne, żeby nie ustawił się już ogon na pół godziny – a tak często bywa o 7:30 kiedy rusza na górę pierwszy wagonik. A więc bez śniadania, pod kolejką, zwarci i gotowi ze sprzętem. Śniadanie możecie zjeść na Kasprowym – pyszna jajecznica na słoninie – bardzo polecam.

Na początku nie ma potrzeby przypinać fok, a wiązania turowe również w pozycji zablokowanej. Jeśli nie zamierzacie robić wariantu podejścia na Kopę – możecie generalnie użyć tylko sprzętu zjazdowego. Drogę rozpoczynamy jadąc kawałek regularną trasą która prowadzi do Kotła Goryczkowego. Trasę opuszczamy w miejscu gdzie zakręca o 180 stopni w prawo. Przechodzimy przez liny zabezpieczające i jedziemy granią w kierunku Goryczkowej Czuby. Mijamy trochę bokiem Pośredni Wierch Goryczkowy i dojeżdżamy do miejsca z którego można zjechać w Świńską Dolinę. W tym miejscu z reguły mocno wieje wiatr, i bardzo istotne jest zagrożenie obrywającymi się nawisami śniegu – nie chcecie zapewne skończyć jak ten Pan z Warszawy. Nie chcecie się też pomylić i zjechać na Słowację. Z tych wszystkich powodów dobrze przynajmniej za pierwszym razem wziąć przewodnika albo kogoś kto tamtędy jechał. Nie musimy wtedy polegać na samej mapie – szczególnie przy kiepskiej pogodzie może być trudno trafić. Zjazd w Dolinę Świńską – to już czysty freeride i wszelkie przyjemności temu towarzyszące. Tu fotka:

kopa1

Kiedy dojedziecie do Hali Kondratowej możecie dalej jechać w dół do Kuźnic… Tak jak pisałem – byliśmy na sprzęcie turowym, a w planach mieliśmy wariant skiturowy na Kondracką Kopę. Zjazd i podejście dobrze widać na mapie. A dwie fotki poniżej zrobione na są Hali Kondratowej: przypinamy fotki, a potem ruszamy w górę na Kopę.

kopa2

kopa3

Oczywiście nie muszę chyba przypominać Wam o pełnym sprzęcie lawinowym: sonda, nadajnik, łopata – to absolutne minimum. Wydaje się, że trasa nie jest zbyt wymagająca do podejścia i sprzęt typu raki czy czekan można zostawić w domu, chyba że idziecie naprawdę późną wiosną po zmrożonym śniegu: wtedy trasę można skrócić i wchodzić pod górę po stromym z nartami na plecach i w rakach na butach. Do wszystkiego oczywiście obowiązkowo naładowana komórka, mapa, kompas, GPS. Szerzej o sprzęcie już pisałem tutaj – zachęcam do przeczytania. I to chyba tyle w temacie notki.


Dodaj komentarz

Ski-touring w Tatrach: Morskie Oko i Mnichowe Plecy

Dziś coś z rodzimego podwórka: skitury na Mnichowe Plecy i zjazd do Morskiego Oka. Dla tych, co znają Tatry – to pewnie standardowa trasa. Dla tych co nie znają – warto spróbować. Ja uważam się za początkującego amatora ski-turingu i na tej trasie czułem się super. Mapa wygląda następująco (podejście zaznaczone jest na różowo, zjazd na zielono):

Parametry trasy: Różnica poziomów: około 700 metrów. Czas podejścia: około 4 godziny, czas zjazdu do jeziora: poniżej 20 minut, potem trawers jeziora i zjazd do parkingu – nie więcej niż pół godziny.

Początek na parkingu i już tam można zapiąć narty bez fok – stamtąd bardzo łagodne podejście do schroniska nad Morskim Okiem. W schronisku porządna jajecznica i ruszamy dalej. Na fotce poniżej obok schroniska Mnich (czubata górka po środku zdjęcia) wygląda bardzo stromo i skaliście – dlatego na jego plecy wchodzimy „od tyłu“ (jak to na plecy) – i tamtędy można podejść całkiem wysoko bez sprzętu asekuracyjnego:

Przecięcie Żlebów: Marchwicznego, Urwanego i Szerokiego – to miejsce schodzenia lawin: trzeba tam uważać. Na fotce widać, że co wyrośnie – to co jakiś czas jest koszone przez mniejsze czy większe lawiny. W tle widać Morskie Oko. Najbezpieczniej robić ten trawers rzecz jasna przy jedynce-dwójce. Nie zawsze jednak są tak komfortowe i stabilne warunki do poruszania. Słaba trójka bez przewodnika to już jakieś ryzyko. Na mocną trójkę bez przewodnika chyba bym się nie porwał sam:

W pobliżu Mnichowego Kotła jest już zbyt stromo, żeby wchodzić w linii prostej nawet z fokami i harszlami – jak widać robimy zygzaki:

A to już zjazd z pleców – nie dalej niż 100 metrów od szczytu:

Tutaj znowu w kotle, ale tym razem zjazd trochę z innej perspektywy:

A tutaj już ostatnia fotka i trawers po powierzchni Morskiego Oka – to był fajny dzień!


Dodaj komentarz

Kocham Kraków – zawsze to przecież mówiłem

Jeśli ktokolwiek twierdzi, że kiedykolwiek niby usłyszał ode mnie utyskiwanie na Kraków, jakieś żale, zawodzenie, jakieś wylewanie smutków – to niniejszym ogłaszam: nie mogło to mieć miejsca nigdy, bo Kraków jest zajebisty. Więc przestańcie po prostu kłamać bezczelnie, bo ja kocham to miasto i przecież zawsze tak było i zawsze tak pozostanie. Każdy to wie, i złe języki ludzkie tego nie zmienią.

Wczoraj po pracy o godz. 17:30 zebrałem się wraz z dwoma kolegami (Wojtku, wiem, że tu zaglądasz – więc niniejszym prywata i pozdrowienia) i po niecałej godzinie spokojnej jazdy byliśmy u podnóża Śnieżnicy w Kasinie Wielkiej. Pisałem już o Kasinie raz tutaj – więc nie będę się powtarzał. Skupię się tylko na szybkim opisaniu warunków wczoraj.

Niebieska trasa – niemal półtora kilometra – trochę wymuldzona, trochę oblodzona i trochę płaska. Ale nie wychodzą kamienie ani trawa. Czerwona niestety zamknięta, i sami przekonaliśmy się, że chyba słusznie zamknięta – trochę nam porysowało nartki – ale krawędzie na szczęście całe. Stok nieźle oświetlony, jeździ szybkie poczwórne krzesło, zero kolejek. Karnet od godziny 19 do 22: koszt 30 PLN. Jak otworzą czerwoną to już w ogóle będzie niesłabo.

Pierwszy raz w życiu byłem na nartach po pracy i mi się podobało. Rozdziewiczyłem się w tym temacie i dołączyłem do grona moich kolegów – Krakusów. Tylko paczeć jak zacznę chodzić na nogach i wychodzić na pole.wink


4 Komentarze

Wciąż tylko rocker i rocker: o co w tym chodzi?

Pisałem już o marketingowych potworkach Salomona i Atomica na temat rockera tutaj. Tamten tekst dotyczył w zasadzie nieuczciwości samych redaktorów i portali narciarskich, tym razem jednak chciałbym napisać coś więcej o samym rockerze.

Na różnych modelach z rockerem jeżdżę od roku 2005 – czyli od 8 lat, więc na początku nie wiedziałem do końca o co im chodzi, że rocker to „nowość” i „przełom”. Przede wszystkim obie pary moich osobistych Rossi, a poza nimi inne narty poza trasę które testowałem od NAPRAWDĘ wielu lat: np. K2, Dynastar czy Salomon – miały/mają wszystkie konstrukcję rockera. Jak pisałem w poprzedniej notce na ten temat – profil rockera poza trasę wprowadził Volant Spatula 12 lat temu i żadna to nowość ani przełom.

Chcąc przekonać się samemu o co kaman, pożyczyłem zatem ostatnio tak często wybrandzlowanego „nowego” rockera od Salomona na trasy, model: Enduro RX800. Taki akurat był dostępny. Na początku chcę zastrzec (gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – hehe), że jestem choć jeżdżę trzydzieści lat, to jestem takim małym misiem i bardzo daleko mi do Alberto Tomby czy sióstr Tlałek. Opisuję więc swoje prywatne, subiektywne odczucia z jazdy, które niekoniecznie muszą zgadzać się z oficjalną linią producentów i sponsorowanych przez nich zawodników.

Do rzeczy! Wpiąłem się i jak to dziś w modzie na stokach – rozkraczyłem się niczym Jenna Jameson za swoich najlepszych czasów: nogi szeroko, tyłek wypięty, ręce z przodu (tylko głowy za siebie nie odwracałem). No i przejechałem się kilka razy po ubitym, gibając się jak p*****ny rezus: to w prawo to w lewo. No i co? I co? Jak spisał się ten „nowy” rocker? Hmmm. No ja się nie znam. Ale dla mnie to zwykła, przeciętna, normalna narta carvingowa na trasę, jak dziesiątki innych. Narta skręca łatwo – wystarczy się trochę przechylić, można jeździć jak po szynach: bez problemu, bez uślizgiwania krawędzi. No ale dokładnie tak samo się jeździ na zwykłej slalomowej krótkiej narcie carvingowej. Autentycznie – nie widzę żadnej różnicy.

Nie można na tym jeździć ani specjalnie szybko i nie masz kontroli przy większych prędkościach – bo narta za krótka (168cm), nie pojeździsz poza trasą – bo za bardzo taliowana (78mm pod butem). Ot, zwykły, normalny carving. Bez żadnego przełomu, i bez rewolucji – to na pewno. A dla mnie – małego misia – praktycznie bez różnicy.

Ktoś powie: „ale w pucharze świata używają rockera więc musi być dobry”. Okay. Ten argument kupuję. Tylko, że ja niestety:

  • nie wyczuwam różnicy w smaku między 30-letnim a 12-letnim Chivas Regalem
  • nie słyszę różnicy w kablach stereo z CD do wzmacniacza między takimi pozłacanymi za półtora klocka a takimi za pięć złociszy z MediaMarktu
  • nie czuję również różnicy między zwykłą krótką slalomką na trasy sprzed 3 lat – a taką z rockerem z tego sezonu. Taki już ze mnie plebejczyk, cham i burak. Nie twierdzę, że nie ma ludzi którzy poczuliby różnicę! Absolutnie. Jestem wręcz pewien, że tacy się znajdą. Ja niestety (stety?) do nich się nie zaliczam. Zaryzykowałbym nawet tezę, że wśród czytelników tego bloga również nie znajdą się tacy, którzy wyczuliby różnicę, gdyby rockerowe i nie-rockerowe narty na trasę zakleić im czarną taśmą i kazać poznać na ślepo. Ale tego nigdy nie sprawdzimy, nawet jakoś zacznie się pienić, że by potrafił. No przysięgam: nie ogarniam całego szumu wkoło rockera.

Napisałem, że nie ogarniam? Hmmm. Może powinienem raczej napisać „nie popieram”, bo jednak raczej ogarniam o co chodzi producentom, sklepom sportowym i wszystkim sponsorowanym przez nich ludziom. Otóż ich zdaniem: „Masz przestarzałe narty bez rockera? Wymień! Kup nowe! Wyrzuć stare! Potrzebujesz rockera! Potrzebujesz naszych nowych nart! Potrzebujesz wydać pieniądze! TERAZ!”

I chyba to jest dobre podsumowanie o co chodzi z tym rockerem. Nie dajcie się wkręcać innym. Również tym, co „wypróbowali i uwierzyli”. Czasem sami nie wiedzą, że rocker ich buja!wink

Na zakończenie mój alaskański edit na rockerach K2 Dark Side:


1 komentarz

Krippenstein wczoraj: mokro.

Na szybko. Dziś wróciłem z Krippensteinu. Szerzej o stacji napiszę którymś kolejnym razem, a teraz tylko dwie rzeczy:

Po pierwsze: warunki – gdyby ktoś się wybierał.

Na dole: 6-7 stopni, deszcz;

Na górze: sypie ostro bardzo ciężki, mokry, trzymający, trudny śnieg. Stopień zagrożenia lawinowego: 2 z tendencją do 3. Bardzo silny wiatr – w porywach do 80kmh (sprawdżcie film poniżej);

Trasy: otwarte, ubite, przejezdne;

Poza trasami: na samej górze i na samym dole – warunki bardzo trudne. Po środku jazda możliwa w lasach;

Nie było super ciekawie, ale za kilka dni, o ile temperatura spadnie – może być fajnie. Na pewno wpadnę tam jeszcze kiedyś.

A po drugie:

Krótki, trzyminutowy edit


Dodaj komentarz

Narty na Mazurach: raczej dla desperatów (mnie podobnych)

No nie spodziewaliście się z pewnością, że zrecenzuję dziś stok w Mrągowie o mocno patetycznej nazwie: Góra Czterech Wiatrów. Góra czy górka, a raczej pagórek jest w odległości już pięciu minut jazdy autem od centrum Mrągowa. Pod wyciągiem czeka na mnie pusty parking: stoi nie więcej niż kilkanaście aut.

Idę do wypożyczalni sprzętu: nigdy nie byłem w gorszej, i chyba faktycznie gorszej wypożyczalni nie ma w całej Europie na zachód od Buga. Dramat. Totalna katastrofa. Sprzęt sprzed 10-15 lat. Buty z grzybem. Syf. Obraz nędzy i rozpaczy. Powiedziałbym wręcz, że strach na tym jeździć, bo sprzęt jest nie tylko stary, ale naprawdę kiepsko utrzymany i bardzo zniszczony: narty mają zorane ślizgi, wyszczerbione, pordzewiałe krawędzie. Kijki są pokrzywione. W tym kontekście za sprężyny z wiązań zdecydowanie nie dałbym głowy. No ale nie mam ze sobą swojego sprzętu. Zaciskam więc zęby, uśmiecham się i biorę co jest. Płacę dwie dychy za dwie godziny. Co ciekawe, cennik uwzględnia opcje wypożyczenia nawet na tydzień. Hehe. Tydzień na nartach na Górze Czterech Wiatrów. Jak teraz piszę te słowa, to się śmieję: trzeba być niezłym hardkorem, żeby wejść w opcję tygodniową.

Górka. Długość: jakieś 300 metrów. Na szczęście nie jest zbyt płasko. Puszczając się z góry na krechę, na dole ma się spokojnie ponad 50 kmph, chociaż taki szybki zjazd niestety nie trwa dłużej niż 20 sekund. Górka pusta, chociaż podobno w krytyczne weekendy i wieczorami potrafi być naprawdę tłoczno.

Warunki świetne. Oczywiście nie ma mowy o zjeździe obok trasy, zresztą na sprzęcie który dostałem – i tak bym się nie odważył. Śniegu jest naprawdę full, wszystko całkiem mocno ubite. Pogoda ekstra: jest lampa i całkiem mocny mróz: minus 14 stopni. Stok jest oświetlany i czynny do dziewiątej wieczorem.

Wyciągi są dwa – oba talerzykowe, a za mojej bytności czynny jest jeden – i to spokojnie wystarcza – kolejek nie ma wcale, a dwie trzecie talerzyków wjeżdża puste (fotki poniżej). Wyciąg się wlecze, jak to talerzyk – ale nie spodziewałem się niczego lepszego, szczególnie, że jeden wjazd kosztuje 1,50PLN.

W zasadzie o ile po pierwszym zjeździe kołacze nam się po głowie myśl „to naprawdę już?”, a po trzech ogarnia nas lekka frustracja, to po dziesięciu-piętnastu zjazdach wpadamy w taki spokojny, lekko nudnawy rytm. Na wyciągu jest okazja przemyśleć sobie sprawy zasadnicze, np. rozważyć sens istnienia, ewentualnie co zrobić, żeby wszechświat był lepszy. A w krótkich przerwach od rozważań można sobie zjechać kilkadziesiąt sekund w dół.

A jakie będzie podsumowanie? Hmmm. Otóż Mrągowo… POLECAM! Serio.

To znaczy… nie myślcie, że polecam Wam przyjechać do Mrągowa specjalnie na narty przez pół Polski. No bez przesady. Ale jeśli jak ja – nie mieliście szans spędzić Świąt w górach, i w dodatku macie naturę antyrodzinnego samotnika, to – o ile nie obawiacie się złapania grzyba z butów z tej koszmarnej wypożyczalni – czemużby w akcie desperacji nie przypiąć tych cholernych nart i nie pozjeżdżać sobie przez dwie godziny? No przecież lepsze to, niż siedzieć przed telewizorem, prawda? Chcę też na koniec jasno powiedzieć: nie ma lepszej górki niż Góra Czterech Wiatrów ani w okolicy bliższej, ani trochę dalszej. Stawiam nawet tezę, że Mrągowo jest lepsze od kilku stacji w Tatrach (np. Witów, o którym już pisałem). Na pewno można też w Mrągowie postawić swoje pierwsze narciarskie kroki.

Ukłony z Mazur!

94023b5ad6

fot. autor: od góry od lewej: widok na stok z dołu, parking, bramki na dole, widok na stok z góry.


Dodaj komentarz

Witów: tatrzański koszmarek Jagny

Pochodzę z Radomia. Zastanawiam się, czy gdybym miał masę pieniędzy i w swoim rodzinnym mieście zrobił super infrastrukturę, zainwestował w wypożyczalnię nart, zatrudnił fachowców, zbudował super fajny, nowoczesny wyciąg i system skipassów, zainwestował w super marketing i zapłacił Pirminowi Zurbriggenowi, żeby to wszystko reklamował – i strzelił to wszystko na takim wieeeelkim, płaściuteńkim polu między Gołębiowem-II a torami na Warkę… To czy mógłbym się chwalić, że mam dobrą stację narciarską?

Po jaką cholerę wybrałem się do Witowa? Przysięgam – nie wiem. Byłem w Zakopcu i chyba zadziałał na mnie marketing i twarz Jagny Marczułajtis uśmiechającej się zalotnie z billboardu i zachęcającej do przyjazdu. Chyba właśnie dlatego.

Infrastruktura pod wyciągiem – to chyba najmocniejszy punkt tej stacji. Dobra wypożyczalnia i szeroka gama nart, mili, fachowi ludzie, deski w całkiem dobrym stanie. Tylko nie bardzo wiem po co.

Nie ma sensu opisywać skipassów, czy sprawnie jeżdżącego wyciągu, dobrej wypożyczalni czy niezłego zorganizowanego parkingu pod stacją jeśli zdamy sobie sprawę z jednej istotnej rzeczy… Witów jest… no KOSZMARNIE PŁASKI.

Wypinając się z górnej stacji wyciągu, mogę złączyć nogi, opuścić biernie ręce (i głowę w smutku) i po jakiejś minucie bez wykonania choćby jednego zakrętu – zahamować na dole. Bez rozwijania zawrotnych prędkości, bez szaleństw. Po prostu opór powietrza plus tarcie równoważą g sinus alfa przy jakichś… piętnastu? No dobra – maks siedemnastu kilometrach na godzinę. Uwierzcie: taka jazda jest naprawdę koszmarnie nudna.

Gdyby jeszcze Witów był narciarskim rodzynkiem na mapie Polski… Gdyby na inny stok trzeba było jechać pięć godzin… Zrozumiałbym to – przysięgam. Gdyby tak było – nie usłyszelibyście ode mnie słowa krytyki. Ale w momencie gdy dosłownie pod ręką, zaledwie kilkanaście kilometrów dalej mamy: Nosal, Harendę i Kasprowy – ja jazdy na Witowie – po prostu nie kumam.

No dobra. Jest jedna rzecz, którą sobie wyobrażam jako powód wybrania się do Witowa. Może nauczę tam jeździć swoje córki. Chociaż nawet jeśli, to raczej tylko pierwsze dwa dni, bo jestem dziś przekonany, że pod koniec będą już płakać z nudów i pokazywać paluszkiem w stronę Zakopanego mówiąc prosząco „tata, tammmm, tammmm”.

Reasumując: Witów polecam dla dziewczynek, maksymalnie trzy i pół letnich. A jak Jagna? No całkiem niebrzydka.