nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


8 komentarzy

Portillo, Chile: na trasach

Pisałem już o swojej przygodzie w Portillo TUTAJ. Winien jestem jednak bardziej rzeczowy opis tego miejsca, gdyby ktoś z Was chciał pojechać tam na trasy – a uwierzcie – jest po co. (na wszelki wypadek dodam, że ponieważ to Ameryka Południowa – nazwę tej miejscowości na argentyńsko-chilijskiej granicy czytamy „Portijo”)

Portillo na trasie

Portillo na trasie

To co szokuje w Portillo to liczba czarnych tras. I mówię tu o takich prawdziwych czarnych-czarnych a nie o jakichś włoskich-czarnych albo ciemno-bordowych. Po prostu czarnych jest ponad połowa a reszta to czerwone. Niebieska jest chyba jedna czy dwie – i to bardziej na zasadzie łącznika między czarnymi trasami, albo zjazdu do samego dołu. Tu po prostu jest stromo i bardzo stromo. Nie kojarzę miejscowości w Alpach gdzie byłoby wszędzie TAK stromo jak w Portillo. Na tych najstromszych trasach mamy do dyspozycji specjalne czteroosobowe bardzo szybkie wyciągi talerzykowe: taki „kwartet” talerzyków jest tylko jeden na całym wyciągu, porusza się w przód i tył, i jest uruchamiany na życzenie przez operatora. Wjazd trwa kilkadziesiąt sekund i jest naprawdę szybki. Po wjeździe poprzeczka z talerzykami wraca na swoje miejsce na dole. Ponieważ chętnych jest bardzo niewielu – większość czasu wyciąg stoi. Nie ma żadnych kolejek, po prostu podjeżdżasz, wpinasz się, kciuk w górę do obsługi i ziuuuum na górę. Nie widziałem tego systemu nigdzie w Europie.

Kolejna szokująca rzecz: Portillo otoczone jest zewsząd wysokimi, stromymi i bliskimi górami. Słońce zagląda tutaj naprawdę na krótko. Nie ma restauracji na stokach, nie widać rodzin z dziećmi, nie zaznacie tutaj Apres-ski, nie ma snow-parków, nie wejdziecie po nartach do jacuzzi, a masaż może Wam zrobić najwyżej partner albo partnerka.

Trenują za to reprezentacje narciarstwa alpejskiego. I to nie bylejakie. Widziałem Austriaków i Amerykanów! Przyznaję bez bicia że od czasów Pirmina Zurbiggena i Alberto Tomby, czyli od jakichś 20 lat, jestem na bakier ze znajomością alpejczyków, więc nikogo nie rozpoznałem – ale w sierpniu jeździła tam reprezentacja pieprzonej Austrii i Team USA – czyli sam szczyt pucharu świata! Panowie przez rozgrzewkę nosili na kombinezonach jakieś polary, ale po godzinie je zdjęli i zasuwali w „gumach” w narodowe barwy. Do tego na stoku były obecne całe ich ekipy, trenerzy, obsługa, a wszystkie przejazdy były rejestrowane na video – po prostu full profeska.

Stoki w Portillo są doskonale utrzymane i puste. 90% krzeseł jeździ również pusta. Pozatrasowe narty oprócz mnie nosił tylko Javier, o którym pisałem już wcześniej. To istny raj zarówno dla ludzi którzy szukają wymagających tras i chcą pośmigać na tyczkach, ale też dla freaków narciarstwa pozatrasowego – jak ja. Wypadałoby dodać, że aby cieszyć się fajną i szybką jazdą po trasie, trzeba mieć do tego dobre, twarde narty gigantowe, a nie zbyt miękkie i zbyt szerokie Rossi S7, które miałem ze sobą.

Portillo polecam zdecydowanie bardziej niż pozostałe dwa chilijskie ośrodki w których byłem: Valle Nevado i El Colorado. Jedyny jego mankament, to odległość od Santiago de Chile – ponad 2 godziny drogi, w tym jazda słynną górską drogą „Chrystus Odkupiciel” o której też pisałem już tutaj.

 


4 komentarze

Ubrania narciarskie dla dzieci: mądry wybór?

Z reguły kupuję w Lidlu wino. Akurat wpadłem po butelkę, gdy zobaczyłem kolekcję strojów narciarskich dla dzieci w mocno niewiarygodnych cenach: 55 za kurtkę i 45 za spodnie. Zatrzymałem się na chwilę myśląc, że to pewnie kompletne badziewie – i przyjrzałem się bliżej.

Ubrania są wyposażone w membranę 3000mm (tak – membrana w tej cenie!), – czyli są wiatro- i wodoszczelne. Membrana oddycha, chociaż nie podano parametrów przepuszczalności powietrza. Kurtka ma regulowany ściągacz przeciwśniegowy w pasie, spodnie mają szelki, gumki przeciwśniegowe i wysoki stan – wszystko to co ciuchy narciarskie mieć powinny. Ubrania są średnio ocieplone, zgodnie z obowiązującymi trendami: jeśli jest zimno – zakładasz dziecku dodatkowy polar, jeśli nie – nie jest spocone po kilku chwilach. Wszystskie szwy są wodoszczelne.
Jest 3 wzory kurtek dla dziewczynek, dwa wzory spodni. Dla chłopców chyba też. Pełna rozmiarówka.
Pomyślałem chwilę, mając lekkie wyrzuty sumienia: sam w końcu kupuję markowe ciuchy w cenach grubo wyższych, a dla ukochanych córeczek ma być Lidl? Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że:
Ja spędzam na stoku 20-30 dni rocznie, i moje ciuchy obliczone są na wiele sezonów. Moje maluchy będą w tym sezonie pewnie 5 dni, a na kolejny sezon pewnie wyrosną z tych ubrań. Kupiłem. Dobra jakość. Polecam.
Aktualizacja: a tutaj widać jak się pięknie prezentowały 🙂 – https://nakreche.com/2015/02/02/nauka-dzieci-jazdy-na-nartach/
2014-10-21 21.51.05


Dodaj komentarz

Radosna notka

Jestem dziś w Szwecji. Tutaj już późna, chłodna, deszczowa jesień. Nadchodzącą zimę czuć w powietrzu i widać na ulicach. Ci, którzy zapomnieli o ciepłych płaszczach i czapkach, mają skulone ramiona, postawione kołnierze w marynarkach i wyraźnie zmarszczone miny. Przytupują sobie w miejscu czekając na pociąg. Wilgotne, zimne powietrze przeszywa najgrubsze swetry. Jest szaro, siąpi coś z nieba i na ekranach ich smartfonów co i rusz pojawiają się kropelki. Jutro już na pewno wyciągną z szaf kurtki i ubiorą się ciepło.

Uwielbiam zakładać pierwszy raz w sezonie zimową kurtkę i odnajdować w kieszeniach artefakty z minionych sezonów i zjazdów. Dziś w lewej kieszeni znalazłem kawałek opakowania japońskiej herbaty z Hokkaido… Zima chyba naprawdę niedługo… Nie mogę przestać się uśmiechać, kiedy pomyślę o tamtych zjazdach…

W Tatrach padał już pierwszy śnieg, a w Alpach Soelden i Tux lada dzień przyjmą pierwszych narciarzy spragnionych sezonu. Będzie biało i zimno. Będzie fajnie.

Trzymajcie się!