nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


11 komentarzy

Kirgistan – film

Jeśli porównamy jazdę w Kirgistanie do jazdy na Alasce TUTAJ – to zobaczycie, że Kirgistan to lajcik. Ale mimo to wrzucam film, żeby udokumentować trochę jak było. Jeśli kiedyś będziecie się tam wybierać – warto spojrzeć…

A po drugie, to powiedziałem już Rafałowi, że jak nie kupi w końcu swojego gołpro, to mam to gdzieś i więcej nie robię filmów. Na wszystkich filmach z nart jest po prostu on i tyle. No ileż można.


13 komentarzy

Do zobaczenia Kirgistan!

To nie był wyjazd narciarski, który będę pamiętał szczególnie z powodu nart, chociaż pewnie akurat upadek z konia zapamiętam długo. Warunki były średnie, głównie ze względu na brak opadów i palące non-stop słońce tworzące szreń na powierzchni istniejącego śniegu, którego było dużo. Pewnie poradziłbym Wam pojechać do Kirgistanu poza trasę 2-3 tygodnie wcześniej w sezonie – uczcie się na moich doświadczeniach. 

Ale zapamiętam cały ten wyjazd na długo. Było ciekawie, inspirująco. Muzułmański kraj, zapierające dech w piersiach krajobrazy, trochę dzicy ludzie, których czasem, zupełnie niepotrzebnie, bałem się bardziej niż stromizn na stokach, wspaniałe, majestatyczne sześciotysięczniki no i te cholerne konie, przez które nawet na blogu był hejt.

Do zobaczenia Kirgistan! Do zobaczenia Biszkek! Było NAPRAWDĘ fajnie!




8 komentarzy

Karakol

Być może czytacie moje notki, podziwiacie piękne widoki, śnieg, góry, i myślicie sobie „cholera, a może by przyjechać do Kirgistanu na narty za rok?”.

Bardzo Was do tego zachęcam, jednak uczciwe z mojej strony byłoby pokazanie Wam pełnej prawdy o tym miejscu, a nie tylko słodkaśnych foteczek z jazdy.

Dziś, zamiast relacji z jazdy na skuterach, wrzucę więc kilka fotek z Karakol – miasta w którym mieszkamy. Jeśli komentowaliście „jak cudownie” i „zazdroszczę” – to spójrzcie na to:
Tak na przykład wygląda biuro kirgiskiego notariusza:
A tak salon fryzjerski (nie wiem tylko jak z terminami w tym Atelier):
Tak salon meblowy, który pewnie za kilka lat zmiażdży IKEĘ:
A tak designer outlet:

Poza tym, w tym 70-tysięcznym mieście jest skrzyżowanie ze światłami, kilka warsztatów samochodowych, dwie asfaltowe ulice i co niedzielę największy kirgiski targ zwierząt (koszmarnie śmierdzi również w inne dni tygodnia). Po zmroku nie zaleca się chodzić ulicami (wszystkie bez latarni), a taksówkarze naciągają oczywiście turystów z zachodu. Kirgizi mówią, że upiekło im się, że Sacha Baron Cohen wybrał na kraj Borata – Kazachstan, bo Kazachstan jest znacznie bogatszy i nowocześniejszy od ubogiego i malutkiego sąsiada jakim jest Kirgistan.
Powinniście wiedzieć to wszystko jeśli skuszeni górami i fotkami widoczków z bloga, planowaliście się tu wybrać – do czego jednak mimo wszystko Was gorąco zachęcam.


17 komentarzy

Kirgistan: narty na koniu

Używałem już różnych środków transportu na nartach: od bardziej trywialnych (wyciąg, podchodzenie) do bardziej unikalnych (łódź, latawiec, skuter, ratrak, helikopter). Pomysł z końmi świtał mi w głowie, odkąd przeczytałem o tym, że w Kirgistanie żyje ich ponad 400 tysięcy. Pomyślałem, że jeśli nie zrobimy tego tutaj, nie zrobimy już nigdy w życiu. No bo gdzie jeszcze na świecie narodowy sport to polo na koniach zdechłym kozłem? Albo w którym innym kraju narodowy drink to sfermentowane końskie mleko? Jeśli nie teraz – to nigdy. Musiałem namówić Rafała i zaczęliśmy rozpytywać. Okazało się, że Slava zna Emila, a Emil zna Omurbeka, który jest głównym leśniczym nieopodal wsi воз учук, 35km od Karakola. I tak dotarliśmy do Omurbeka – wesołego Kirgiza ze złotymi zębami od ucha do ucha. Jeśli ktoś z czytających chce to powtórzyć, to podaję namiary do Omurbeka, za jego zgodą: +996 779 78 1445 albo +996 709 78 1445 – a współrzędne GPS: 42.552571N 78.758613E – ale uwaga! da się dotrzeć TYLKO wysoko zawieszonym 4×4 (nie widzieliście nigdy takiego błota w Polsce). Myślę, że utargujecie do 30-40$ za osobo-konia za dzień. Pamiętajcie, że Omurbek musi jechać z Wami i zwieźć Wasze konie z góry po tym jak przesiądziecie się na narty. Podane ceny są przy dwóch osobach. Przy większej liczbie ludzi będzie taniej na głowę. Ale i tak te 30-40$ to taniej niż skipass w Austrii. Omurbek zrobi Wam trwający 5 minut instruktaż: naprzód tu „CIU” i lekko batem po dupie (końskiej, nie swojej ani Omurbeka), stop to „TRRRR” i lejce do siebie, lewo-prawo to lejcami lewo-prawo – koniowi skręca się wtedy głowa, a za głową idzie reszta konia – w sumie proste. No i w siodle trzeba siedzieć „kak mongoł” – czyli nisko i się nie bać, bo inaczej koń ponoć to wyczuje i was zrzuci. W sumie Omurbek był zdziwiony, że potrzebujemy instruktażu, bo w Kirgistanie na koniu umie jeździć każdy – jak na rowerze.

A jak było w drodze? Mówiąc szczerze nie dojechaliśmy tam gdzie chcieliśmy. Było nam szkoda naszych koni brnących w głębokim śniegu. Omurbek bał się chyba, że będziemy chcieli zwrotu kasy i mieliśmy wrażenie, że zabatożyłby te biedne konie na śmierć, żeby tylko weszły na górę. No ale może to tylko wrażenie zepsutego Europejczyka, który nie zna prawdziwego życia? Trudno powiedzieć. Tak czy siak, na wysokości około 2300-2400 metrów mój koń potknął się kolejny raz, ale tym razem nie oparł się na przednich kolanach, tylko zarył pyskiem w śnieg tak, że ja spadłem  z niego do przodu. Spadłem w śnieg – nic mi się nie stało, ale zdecydowaliśmy, że nie wjeżdżamy na planowane 2700. Omurbek chciał wjechać nawet na 3000, ale zapytany, czy robił to kiedyś zimą, odpowiedział szczerze z uśmiechem: „Niet, pierwyj raz”. Ot, kirgiska fantazja. Bardzo nas namawiał i przestał dopiero, kiedy powiedzieliśmy, że „dień charoszyj, dengi niet probljem, spasiba, my tiepier na łyży”. Może i dobrze się stało bo ocenialiśmy, że po roztopach jest spokojnie lawinowa trójka, a w drodze powrotnej widzieliśmy na północnym zboczu, którym mieliśmy jechać dwie urwane deski. Zjechaliśmy więc sobie bardzo-bardzo łagodnym, bezpiecznym i łatwym zboczem do domu Omurbeka. Warunki: lodoszreń, która nas spokojnie utrzymywała na powierzchni – niemal jak na trasie (myślę, że wyżej było znacznie gorzej – szreń łamliwa oznaczająca walkę i brak przyjemności z jazdy).
Uwagi dla chcących powtórzyć nasz plan: zróbcie to na przełomie stycznia i lutego – nie będzie wtedy słońca, a przez to powinien być puch zamiast szreni. W puchu fajniej się jeździ i łatwiej chodzi koniom (tak zrozumiałem od Omurbeka).
Foty:


10 komentarzy

Kirgistan: skutery

Ok. Jesteśmy po dniu na skuterach. Jak idzie? Nie mamy szczęścia do pogody – śniegu co prawda full, ale jest bardzo „trasowo” – czyli wali mega słońce (któryś dzień z rzędu), w dzień roztapiając puch, który w nocy zamarza – i proces się powtarza: tworzy się naprawdę kiepska szreń – a jazda poza trasą to często walka. Skuter wywoził nas na jakieś 3400 – 3600 metrów. Jeździliśmy w układzie: kierowca, jeden Rafał na skuterze za kierowcą, drugi Rafał na linie na nartach za skuterem. Przewyższenia rzędu 1500 metrów każde. Sama góra: warunki w miarę, ale im niżej tym gorzej. Skupiliśmy się więc na pozytywach: ceny, wspaniałe kirgiskie krajobrazy łańcucha Tien-Shan i sześciotysięczniki wkoło. Było też całkiem dziko.

Czego się nauczyliśmy? Kirgiski kierowca skutera nie jedzie tak żeby narciarzowi było dobrze, tylko gna ze specyficzną ruską fantazją. Generalnie gna i nie patrzy za siebie, więc powinien robić to Twój kumpel który siedzi z nim na skuterze. Jak nie będzie zerkał to nawet się nie zorientujecie jak odpadniesz. Ale jest tanio. Jeśli macie podobny pomysł co my – dzwońcie do Slavo (nie mówi totalnie po angielsku): +996 551369963 – spokojnie utargujecie do 60-70$ za dzień.
Słowniczek na off-piste w kirgistanie:
  • Woditiel sniegochoda – kierowca skutera
  • Spasiba, nam nie nada gornowo gida – Dzięki, nie potrzebujemy przewodnika
  • Ja wyjebałsa – przewróciłem się mocno
  • Eta pizdiec – bardzo tu zimno

Foto ze stoków:

A na jutro planujemy coś odpalonego. Nie chcę zapeszać – nie wiem czy wyjdzie…