nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


3 komentarzy

Iran!!!

flaga-iranuNo i przyszło znienacka!
Bilety kupione na Opodo za tysiaka ze wszystkimi opłatami: Warszawa-Teheran przez Ateny – a w cenie bagaż i przewóz nart (tak! to dobrodziejstwa greckich linii Aegean).
Wydaje się, że przy tej cenie nie było wiele czasu na zastanowienie, ale Rafała – jak zwykle, nie trzeba było namawiać długo, a w zasadzie wcale.
Zrobiliśmy bardzo niewielki research, i tak:
1. Po przeczytaniu paru blogów podróżniczych i magazynów narciarskich, wszystko wskazuje że będziemy jeździć w Dizin – zaledwie 70km od Teheranu – są tam wielkie góry i wyciągi wciągające na 3600 metrów!

2. Stawiamy na freetouring. Weźmiemy sprzęt skiturowy. Jazda poza trasami jest w Iranie traktowana jako bez sensu i jest zupełnie niepopularna (a popatrzcie tylko na niezliczone krechy w dowolonym miejscu w Alpach i kolejki pod wyciągami o 5 rano po opadzie śniegu). Będziemy więc wjeżdżać wyciągami, i podchodzić krótkie (do godziny) kawałki. Nie będzie konkurencji, będzie chill.

3. Panie w ambasadzie Iranu były bardzo miłe choć przestrzegły, że procedura wizowa może być długa i upierdliwa. Jedną z konieczności dostania wizy jest zakup ubezpieczenia obejmującego transport zwłok do kraju. Hmmmm.

4. Seks analny i wciąganie koksu karane są w Iranie śmiercią. Będę musiał poważnie porozmawiać z Rafałem.

5. Gdyby naszło nas na jeżdżenie po wyznaczonych trasach, są ponoć osobne stoki dla kobiet i mężczyzn. Jak jeżdżę całe życie – takich cudów nie widziałem. Ponoć nie wolno też wsiąść na to samo krzesełko na wyciągu niezamężnej kobiecie i facetowi. Tych porządków na stokach pilnuje specjalna policja.

6. [edytowane] Musimy zapuścić brody. Bozia dała mi mnóstwo wspaniałych cech, ale niestety nie obdarzyła mnie bujnym zarostem prawdziwego irańskiego drwala. Będę więc wyglął jak trzynastolatek, który jeszcze nie ogolił się pierwszy raz, albo jak Wasza ciocia przechodząca terapię hormonalną.

W miarę zdobywania informacji – na pewno będę wrzucał tu linki. Salem Alejkum!!!


Dodaj komentarz

Wakacje

FullSizeRenderMogłoby się wydawać, że wakacje to czas spokoju, a już na pewno czas spokoju dla autora bloga narciarskiego. Jak zwykle jednak okazuje się, że życie bywa przewrotne…

Z jednej strony intensywnie szukam destynacji na nadchodzący sezon – u mnie jak zwykle wiele zależy od tego, gdzie przewoźnicy zorganizują promocję. Zdradzę tylko, że tym razem szukam czegoś nie tylko na wschód i północ (jak zwykle dotychczas), ale również w pozostałych kierunkach. Czy się uda? Czas pokaże…

Z drugiej strony kończę książkę. Pisząc na „kontrakt” mam do wypełnienia normy wyrażone w setkach tysięcy znaków ze spacjami (jest taka funkcja w wordzie, która to zlicza!). Trochę takie pisanie wydaje się odarte z wyższej sztuki, z humanizmu, z etosu pisarskiego. Jakby malarzowi płacili od centymetra kwadratowego obrazu, albo poecie od rymu. Ale nie narzekam broń Boże, tylko cieszę się raczej, że mam wydawcę i staram się sprostać warunkom umowy. Obdzwaniam więc znajomych po całym świecie, weryfikując opisywane fakty – nie wiadomo w końcu czy pamięć nie zawodzi, a przekręcać nie chcę. Szczególnie (i tu zdradzę odrobinę), że książka ma być w zamyśle reportażem*) lub reportażem podróżniczym. Ludzie w dzisiejszych czasach zajęci, a ja upierdliwy (umowa! terminy!) – domyślam się więc, że przeklinają mnie w różnych strefach czasowych i językach, na co najmniej czterech kontynentach…

Dałem kilku przyjaciołom i dobrym znajomym do przeczytania teksty na różnym etapie. Kilkoro przeczytało (dzięki wielkie za komentarze!), kilkoro się poddało (nie mam wam za złe). Komentarze raczej pozytywne, ale nie wiem, czy czasem nie dlatego, by nie urazić mojej delikatnej i wrażliwej duszy pisarza-debiutanta. Mam więc dużą niepewność jak jest w rzeczywistości. Od września za tekst ma wziąć się profesjonalny redaktor od mojego wydawcy – zobaczymy czy przetrwam ten proces…

Na koniec parę zdań dla czytelników szusujących poza trasą. Jest koniec sierpnia. Czerwony alert. Czas pomyśleć o trzech rzeczach, na które położymy nacisk we wrześniu i październiku. Są to: dieta, kondycja i portale z tanimi lotami! Powodzenia!

 

 

*) za Wikipedią: Reportaż (franc. le reportage – reportaż) – gatunek literacki z pogranicza publicystyki, literatury faktu i literatury pięknej, przez krytykę zwany przewrotnie „bękartem literatury pięknej i brukowej popołudniówki”.


Dodaj komentarz

UVEX: letnia linia lifestyle

20160801_135701000_iOSO sportowych okularach narciarskich UVEX pisałem już tutaj. Tym razem mniej sportowo a bardziej lajfstajlowo – bo i taką linię okularów ma UVEX. Są idealne na lato, doskonałe jakościowo, w zgodzie z ostatnimi trendami, i w pełnej gamie kolorów. Warto dodać, że UVEX to europejska firma produkująca swój asortyment również w Europie.

Pełen katalog jest dostępny na stronie: http://uvex.com.pl/katalogi

Same okulary dostępne w sklepach internetowych i dobrych salonach optycznych.

 


4 komentarzy

Nowe narty – tanio w lipcu

20160714_105358137_iOS

chude jak patyki… ostatni raz miałem taką nartę w posiadaniu jakieś 15 lat temu…

Coraz więcej jeżdżę z córkami. Ostatnio w Zębie jak wariat na szerokich pozatrasowych Rossi Bandit. Zacząłem rozglądać się za szybką nartą w stylu – gigant / super gigant. Byłem we wszystkich skiteamach i paru innych sklepach narciarskich w Warszawie. Kiedy pytałem o narty-wyścigówki powyżej 180cm – sprzedawcy rozkładali ręce i pytali retorycznie „panie – ludzie się tak boją, kto by to kupił”. Pomijam już fakt, że taka narta w skiteamie kosztowałaby majątek.
Zajrzałem do sklepu Ski Race Center w Pruszkowie i po 30 minutach wyszedłem z Salomonem Lab X-race GS, 183cm długości. Jeździłem na czymś podobnym już tutaj i opisywałem jaka to fajna narta na trasę. Model sprzed dwóch sezonów, ale narta nowiutka. A cena? Dżentelmeni nie rozmawiają o kasie. Niech wystarczy, że kupiłem ją za około 25-30% ceny katalogowej (czyli z obniżką ponad 70%). Do tego super fachowy serwis. Dokręcili wiązania i już mam na czym bawić się po trasie🙂 polecam z czystym sumieniem. Sklep ma jakieś umowy z Salomonem i Atomic’em i schodzą do nich niesprzedane wyścigowe narty z całej Polski. A lipiec jest całkiem niezłym miesiącem na takie zakupy🙂


Dodaj komentarz

Prisma i narty

Jest środek lata a ze wzg na olimpiadę nie lecę na płd półkulę – więc nie jeżdzę, tylko siedzę nad książką. W przerwach sprawdzam co tam w necie. No i jest appka – nazywa się prisma – i przepowiadam, że na 2-3 tygodnie wygra ona internety. Zanim wszyscy się nią znudzą i zaczną hejtować, wrzucam kilka narciarskich fotek przerobionych prismą!

A lato w Warszawie wygląda tak😉


16 komentarzy

Jak wydać książkę-debiut?

Blank bookcover with clipping pathJak dziś wydać książkę-debiut?

Cóż… Są dwie drogi:

Pierwsza

Znaleźć profesjonalistę – czyli wydawnictwo. Przekonać go do tego, że dobrze i ciekawie piszesz, przedstawić gotową część książki i dokładny plan na resztę. Podpisać sensowną umowę gwarantującą honorarium, w tym zaliczkę i wpływy od sprzedaży. Skoro wydawca ma doświadczenie i skoro zainwestuje w ciebie i twoją książkę – to zależeć mu będzie na tym, by sprzedać jak najwięcej egzemplarzy. Zadba zatem o odpowiednią dystrybucję i jej dostępność w księgarniach, o reklamę, pozycję na półkach, spotkania autorskie, obecność w mediach i promocję książki.

Druga

Zainwestować parę tysięcy złotych, druknąć paręset egzemplarzy i już można chwalić wśród znajomych, że jest się pisarzem. Niestety druga droga kończy się sukcesem tylko w przypadku ułamka procenta wydanych książek. Brak znajomości zasad promocji i dystrybucji, odpowiednich kontaktów, umów z księgarniami, merchendisingu, itp, itd  kończy się w większości przypadków sprzedaniem parudziesięciu egzemplarzy przez internet i rozdaniem reszty wśród znajomych. Sukces na tej drodze osiągają nieliczni: z reguły ci genialni, nagrodzeni nagrodami pisarskimi. Wtedy księgarnie same chcą mieć ich książki, a ludzie – sami je kupować. Oni nie muszą więc nawet dbać o reklamę ani dystrybucję.

A ja?

Ja nie miałem wystarczająco dużo odwagi i pewności jakości swojego pisania – więc bardzo BARDZO chciałem inwestora: wydawnictwa, które uwierzy, że sprawa się opłaci i książka przyniesie zysk (również dla mnie). Profesjonalnej firmy, która najpierw zainwestuje, a potem zepnie wszystko od A do Z.

Odwiedziłem co najmniej pięć wydawnictw. Szukałem wśród tych najlepszych, największych w tym segmencie literatury, ale też mniejszych, niszowych, podróżniczych. Odpowiedzi jakie słyszałem były odmowne, ale jednak budujące. Np. „pisze pan świetnie, ale pana książka nie wpisuje się w kanon naszych tytułów” i inne – podobne. Jasne – wierzyłem trochę w siebie. Ale pewnie dzięki takim właśnie – miłym odmowom, a nie zwykłym „spieprzaj grafomanie” – było mi łatwiej próbować dalej. Były poprawki (tak naprawdę było cholernie dużo poprawek), były kolejne rozdziały, powstał dokładny plan na dokończenie książki i nienapisane jeszcze rozdziały, rozbudowane zostały bardzo znacząco istniejące treści. Powstała nawet analiza grupy docelowej czytelników.

Aż w końcu, po ponad półtora roku odmów, prób, spotkań i dyskusji, nadeszła ta chwila: MAM UMOWĘ Z WYDAWNICTWEM. Piszę!

O czym będzie książka? Zapewniam, że to NIE przedruk z bloga, i w ogóle z blogiem będzie NIEWIELE wspólnego. Inny styl, inne cele, inne tematy. Ale obiecuję, że wszystko będzie łączyło się z nartami.

Myślę, że do spełnienia marzeń i ujrzenia swojego nazwiska na półce – upłynie pewnie jeszcze grubo ponad pół roku. Ale i tak jest to dla mnie wielki dzień. Dzielę się więc tą radością z Wami!