nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Uvex: lajfstajlowa seria okularów LGL 37 Polavision

ARTYKUŁ ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU

Uvex kojarzy się z najwyższej klasy akcesoriami sportowymi, ale wciąż mało kto wie, że niemiecki potentat w swoim portfolio ma również okulary typowo lajfstajlowe. Rzecz jasna takie okulary nie wyglądają na sportowe „muchy”, nie są na opaskach wkoło głowy i nie są zabezpieczone przed spadnięciem z głowy albo przed parowaniem tak doskonale jak produkty przeznaczone dla sportowców, ale za to możemy w nich wyjść na spacer, na plażę, albo polansować się na Zbawiksie.

Bardzo spodobała mi się seria Uvex LGL 37 Polavision – wzorowana na kultowym modelu Ray-ban ClubMaster (za ułamek jego ceny). W szczególności przypadła mi do gustu konfiguracja kolorów o nazwie Havanna Gold z brązowymi oprawkami i doskonałymi szkłami polaryzacyjnymi pokrytymi złotym lustrem. Uvex wie jak robić dobrej jakości szkła i obok klasycznego designu, właśnie to jest największą zaletą LGL37. Polaryzacja eliminuje odblaski, obraz jest czysty, a kolory żywe. To wszystko powoduje, że uvexy z polaryzacją doskonale nadają się do prowadzenia auta. O zaletach dobrych szkieł polaryzacyjnych dobrze wiedzą też żeglarze – i te okulary z pewnością spełnią ich wymagania. Poza tym LGL 37 Pola spakowane do plecaka narciarskiego, będą stanowić doskonałe akcesorium na ostre alpejskie słońce, kiedy zdejmiemy gogle i będziemy mieć ochotę na drinka na stoku.

Więcej okularów od UVEX’a: https://sportmix.pl/uvex/okulary/

ARTYKUŁ POWSTAŁ PRZY WSPÓŁPRACY Z UVEX


5 Komentarzy

DRD4-7R czyli „gen przygody”

DRD4-7R (rozszyfrowany jako: Dopamine Receptor D4, 7-Repeat) – to gen na jedenastym chromosomie ludzkiego DNA, znany jako „gen nomada” albo „gen przygody”. Ma go około 20% ludzkiej populacji. Ludzie mający w swoim DNA aktywny DRD4-7R uwielbiają podróże, przygody, nieustannie eksplorują i nie mogą usiedzieć w jednym miejscu. Charakteryzują się dużą potrzebą aktywności fizycznej, intelektualnej i społecznej. Gen ma również swoją ciemną stronę: jego posiadacze mają ponadprzeciętne skłonności do podejmowania ryzyka albo np. prób z narkotykami. Sprzyja on również problemom z koncentracją, utrzymaniem uwagi, a nawet rozwojowi zespołu ADHD.

Kiedy wiele lat temu robiłem test swojego DNA, okazało się, że moimi przodkami było plemię nomadów Saami zza koła arktycznego. Obecność aktywnego DRD4-7R była w zasadzie tylko formalnością do potwierdzenia. Wiedziałem to doskonale, bo od zawsze miałem niespokojną duszę i od kiedy sięgnę pamięcią – marzyłem o podróżach. Myślę, że odziedziczyłem DRD4-7R po mojej mamie eksplorującej świat nawet teraz – gdy jest już na emeryturze, i po jej tacie, a moim dziadku. Żywo pamiętam podróże po Polsce wraz z nimi – a to przy okazji święta zmarłych, a to wakacji, ferii, czy zwykłego „wyjazdu do rodziny”. Pamiętam niecierpliwość przed każdą podróżą, i to jak ciężko było zasnąć noc wcześniej. Pamiętam smak jajka na twardo na przydrożnym parkingu i moje ulubione „bułki podróżne” z serdelową i sałatą jedzone w pociągu do Warszawy gdy nie chodziłem jeszcze nawet do podstawówki. Pamiętam ścisk w pekaesie do Nowego Targu, pierwsze wejście na Kasprowy, albo ten strach, gdy mając 8 czy 9 lat, przełaziłem przez siatkę do stacji naprowadzania samolotów z bazy wojsk ruskich nad Bałtykiem, by wymienić z żołnierzami zaoszczędzoną na kolacji wędlinę na czapki wojskowe z czerwoną gwiazdą.

Dziś z podróżami związana jest nierozerwalnie moja praca: od ponad 15 lat robię służbowo samolotem blisko 100 odcinków rocznie, a do tego wszystkiego jeszcze wszystkie prywatne loty o których piszę na blogu. Mieszkałem dotychczas w 6 krajach, pracowałem w 14, a odwiedziłem ponad 50. Do tej pory pozostała mi fascynacja wszelkiego rodzaju mapami i kartografią, a gdy widzę gdzieś globus, ciężko mi się powstrzymać, by nie podejść, nie sprawdzić czy fizyczny, polityczny, czy może historyczny, nie dotknąć i nie pokręcić.

Słynne ogłoszenie Ernesta Shakletona o wyprawie antarktycznej – ciężko uwierzyć, ale ponoć zgłosiło się wielu chętnych! Znowu ten DRD4-7R? 😉

Moi genetyczni bracia z przeszłości nie byli zapewne słynnymi poetami, matematykami albo utalentowanymi malarzami. Pewnie nie gromadziliśmy też wielkich majątków, ani nie byliśmy liderami biznesu. Obstawiam też, że wśród nas nie było zbyt wielu prezydentów, władców ani noblistów.

A jednak wielu z nas przesuwało granice odrobinę dalej, stawiało poprzeczkę cokolwiek wyżej. Naukowcy zgadzają się, że te wszystkie niespokojne dusze odpowiedzialne są za większość odkryć, za eksplorację gór, oceanów i białych plam na mapach. Dzięki DRD4-7R rasa ludzka wyszła z Afryki, zasiedliliśmy Europę a potem obie Ameryki, dzięki niemu wspięliśmy się na ośmiotysięczniki, zdobyliśmy bieguny i polecieliśmy w kosmos. Dzięki niemu postawimy stopę na Marsie. Niemal z pewnością aktywny DRD4-7R mieli Kolumb, Shackleton, Marco Polo, Kukuczka czy Gagarin. Pewnie, że nie mam co się z nimi równać. Ale za to rozumiem ich doskonale i dobrze mi z moją własną kopią DRD4-7R.

Choć przyznaję – czasem widzę też jego gorsze strony: np. gdy kolejny raz muszę wymienić paszport…

…bo znowu nie ma miejsca na wizę.

A ten post został zainspirowany wpisem z bloga With Love – nie potrafię przekazać tematu z takim polotem, jak jego autorka, ale chciałem chociaż podzielić się swoim punktem widzenia na „gen przygody” szczególnie, że mamy go oboje!


2 Komentarze

Dopasowanie butów narciarskich czyli bootfitting: warto spróbować

Na początku napiszę, że na bootfittingu kompletnie się nie znam i opisuję to z pozycji klienta…

Kupiłem ostatnio nowe buty narciarskie: bardzo twarda skorupa – 130 wg. Salomona, przeznaczone na freeride i freetouring.

O ile w sklepie wszystko wydawało się okay (spędziłem w butach 40 minut), o tyle na stoku objawił się fizyczny mankament mojej prawej stopy: mam wystającą lekko ponad standardowy kształt kość podbicia. Gołym okiem tego nie widać, w miękkich butach narciarskich nie ma problemu, ale gdy włożyłem nogi do 130-ek Salomona, po półtorej godziny jazdy ból stawał się nie do zniesienia. Miałem dokładnie ten problem już kiedyś – dawno temu, po kupnie twardych Lange’ów. Wtedy zniechęciłem się, sprzedałem je i kupiłem znacznie bardziej miękkie skiturowe Black Diamondy, które służyły mi do wszelkiej jazdy na nartach.

Po powrocie postanowiłem jednak zasięgnąć rady specjalisty – oddałem buty do warszawskiego serwisu NTN przy Potockiej. Czemu NTN? Znam ich profesjonalizm przy przygotowywaniu nart, nigdy mnie nie zawiedli. I wiem też, że przygotowują buty zawodnikom narciarstwa alpejskiego. To zupełnie inna liga niż ja. W super gigancie czy biegu zjazdowym but przez kilka minut musi być ze stopą jednością. Do granicy bólu. Widziałem kiedyś jak przygotowali buty jednemu juniorowi, i zachęcony ich profesjonalizmem zdecydowałem się powierzyć to zadanie właśnie im.

Cały proces bootfittingu odbył się w kilku etapach:

Najpierw specjalista zrobił ze mną dokładny wywiad: jak jeżdżę, gdzie jeżdżę, po jakich trasach, lub poza trasą po jakich nachyleniach, w jakim śniegu, ile dni w roku, czy również podchodzę, i tak dalej… Potem pogadaliśmy o dyskomforcie. Przymierzałem buty w różnych konfiguracjach, próbując dociskać stopy, palce, zapięcia. W bolące miejsce zostało wysmarowane markerem, a następnie została przyłożona kalka, włożyłem stopę do buta – dzięki temu było wiadomo precyzyjnie które miejsce skorupy jest problemem.

Problem w przypadku moich butów dodatkowo był taki, że problematyczne miejsce wypadało w pobliżu uszczelki. Odpadało więc frezowanie skorupy, by buty nie straciły szczelności. Ponieważ jednak chodziło tylko o milimetr czy może dwa, precyzyjnie została spiłowana w jedynym miejscu klamra, a dodatkowo wsadzono pod piętę wkładkę, która spowodowała minimalne cofnięcie stopy w bucie. Potem mierzyłem buta jeszcze dwa razy zanim został zmontowany.

Jak wspomniałem wcześniej – całe uciskanie w kość było dość nieoczywiste i objawiało się dopiero po pewnym czasie (przy mierzeniu nowego buta w sklepie wszystko wydawało się okej), więc jeśli mam być szczery, po dwukrotnym mierzeniu butów po całym procesie bootfittingu sam już nie byłem pewny co będzie na śniegu: czy dyskomfort pozostanie, czy nie i ew. jak wielki. Wszystko miało okazać się na okazać podczas jazdy.

Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Buty dopiąłem znacznie mocniej niż kiedy sprawiały ból i przejeździłem w nich cztery dni bez absolutnie żadnego problemu. Nie musiałem w zasadzie ich odpinać ani luzować. Jestem ogromnie zadowolony z pracy NTN. Całość kosztowała 140PLN i trochę czasu – 3 czy 4 wizyty na Potockiej. Ale jak widać było warto. Polecam ten serwis z całych sił: to już kolejny raz, gdy dali radę.

Sam słabo znając się na bootfittingu, opisałem tu tylko swoje doświadczenia z pozycji klienta. Więcej o całym procesie bootfittingu i terminach takich jak termoformowanie, odbarczanie, itp. dowiecie się z artykułu NTN: http://www.ntn.pl/artykuly/sprzet/buty-narciarskie-dobor-i-personalizacja/

Autor tego artykułu poleca również sprawdzonych bootfitterów z Krakowa, Bielska i Trójmiasta.


Dodaj komentarz

Ubezpieczenia: aktualizacja

W 2012 roku napisałem posta o ubezpieczeniach na narty. W statystykach widzę, że sporo ludzi trafia tam z google. Minęło jednak 6 lat. Pojawiły się na rynku nowe firmy, nowe produkty, nowe opcje, a niektóre warunki ubezpieczeń nie są już aktualne. Postanowiłem więc przepisać ten post od nowa i dodatkowo przebrnąłem przez nowe OWU (Ogólne Warunki Ubezpieczenia) większości liczących się podmiotów.

Zapraszam:

https://nakreche.com/2012/10/28/ubezpieczenia-nie-daj-sie-przerobic/


33 Komentarze

Szkolenia Lawinowe czyli Monkey Business

Zastanawiałem się nad tą notką od dłuższego czasu. Bo znowu coś skrytykuję, i znowu podpadnę w środowisku, albo znowu shejtują mnie ludzie związani z krytykowanymi podmiotami. Nie mogę jednak siedzieć cicho, kiedy chodzi o bezpieczeństwo ludzi. Przecież w samych Alpach co roku pod lawinami ginie średnio ponad sześćdziesięciu riderów, po obu stronach Tatr – kilkunastu. W momencie, gdy chodzi o ludzkie życie nie ma zbyt wiele miejsca na kompromisy.

Wystarczy wpisać w google „szkolenia lawinowe” i dostajemy setki linków. Turystyka górska zrobiła się bardzo popularna. Zdewaluowała się. Wystarczy spojrzeć ilu riderów jest w schronisku Moko zimą, wystarczy przeszukać instagrama pod kątem fotek ze szczytów. Są nas tysiące.

Kiedy jednak przejrzy się fora internetowe, najczęściej pojawia się następująca sytuacja: ktoś pyta o szkolenie lawinowe, po czym pojawia się masa odpowiedzi: każdy poleca swoje. Ludzie nie mający pojęcia o czymkolwiek mówią: „byłem w fimie X, jest super-profesjonalnie”, bo zobaczyli detektor lawinowy i mogli poszukać zasypanego plecaka przy użyciu detektora. Włos jeży się na głowie, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że dziś szkolenie lawinowe może poprowadzić… KTOKOLWIEK.

Gdy rozmawiam z wieloma znajomymi – wszyscy też jednogłośnie mówią: „tak, byłem! świetne szkolenie!”. Kiedy jednak zaczynam wnikać i zadawać pytania… Jeden ze znajomych opowiedział mi historię ze szkolenia. Przysięgał, że mówi prawdę. Prowadzący zupełnie serio stwierdził, że gdy już zupełnie nie wiadomo, którą drogę wybrać, a zagrożenie lawinowe jest duże, należy iść po śladach kozic, gdyż… cytat: „one coś wiedzą”. Inny uczestnik opowiedział, że w szkoleniu praktycznie kompletnie pominięto aspekt unikania lawin, i skupiono się na ratownictwie detektorem. Po wszystkim grupa zrobiła sobie super-fotki na fejsbunia i dała extra recenzje prowadzącym. Nie mówi się nic o przemianach śniegowych, o pogodzie poprzedzającej dzień w którym oceniamy warunki. Nie mówi się nic o metodykach oceny zagrożenia, albo jeśli już się cokolwiek wspomina – to wyłącznie o Munterze, nie mówiąc nic o innych – nowocześniejszych metodykach (innymi słowy: nie wchodząc zbyt głęboko w szczegóły, zwraca się uwagę na wystawę stoku, kąt nachylenia, nie mówiąc nic o potencjalnych skutkach, ukształtowaniu terenu poniżej, itd.).

„Instruktorzy” tych firm, bez uprawnień przewodnika IVBV/UIAGM/IFMGA ani instruktora PZA, nadrabiają braki w wiedzy i doświadczeniu podejściem do uczestników: bardzo często są mili, fajni, sprawiają wrażenie obytych w górach. Ba! Często stoi za nimi lista szczytów, na które weszli. Wyjazdy i kursy organizowane są na dwa sposoby: albo firma ma licencję i ubezpieczenie biura podróży (mimo, że nie ma kwalifikacji), albo jeszcze gorzej: mnożą się kluby, nie mające nawet osobowości prawnej, nie płacące nawet podatków.

Jednym słowem: panuje niestety wolna amerykanka. W zasadzie fair jest przyznać, że w chwili, gdy piszę te słowa WIĘCEJ jest na rynku podmiotów BEZ uprawnień IVBV/UIAGM/IFGMA lub instruktora PZA, niż z tymi uprawnieniami. I to jest czysta patologia, bo formalnie rzecz biorąc wszystko robione jest legalnie i zgodnie z prawem! W obecnej sytuacji w Polsce, nie mogę rzecz jasna bez 6-letnich studiów, tytułu i praktyki otworzyć gabinetu lekarskiego i przyjmować ludzi by ich leczyć i brać za to kasę. Ba! Egzaminu albo licencji potrzebuję nawet by być taksówkarzem, muzealnikiem czy geodetą. Ale szkolenia lawinowe mogę prowadzić bez żadnych uprawnień.

Czy jestem zwolennikiem regulacji? To trudne pytanie… Nie chciałbym usłyszeć od kogoś „kolejny regulator się znalazł”, poza tym nie jesteśmy górskim krajem jak Szwajcaria czy Austria, więc może jednak regulacje nie mają sensu…. Z drugiej jednak strony – chodzi o ludzkie życie… więc może? Nie mam tu twardej opinii i 100% jasnego osądu. To co wiem na pewno, to fakt, że ludzie wybierający się na szkolenie lawinowe powinni wiedzieć to wszystko o czym piszę, ZANIM wybiorą konkretnego dostawcę. Bo poziomy, jakość wiedzy i sposób jej przekazania różni się w chwili obecnej DRAMATYCZNIE.

A więc kto?!

Z CZYICH usług zatem korzystać? Czy są firmy, których usługi polecam? Nie dowiecie się ode mnie nazw (zbyt dużo już na tym blogu było artykułów, w których podejrzewano mnie o konszachty z różnymi podmiotami). Jestem niezależny, a ten artykuł NIE jest sponsorowany. A więc zanim zdecydujesz się i wybierzesz firmę/podmiot który przeszkoli Cię lawinowo, moje trzy kluczowe rady, to:

  1. Należy sprawdzić przede wszystkim KTO prowadzi szkolenie lawinowe. Powinien być to: albo (najlepiej) przewodnik z uprawnieniami IVBV/UIAGM, albo instruktor PZA (Polskiego Związku Alpinizmu). Obie instytucje gwarantują, że odpowiednia osoba będzie mieć wieloletnie doświadczenie potwierdzone **egzaminami**. Należy dodać, że nie mają wielkiego znaczenia certyfikaty UIMLA (Union of International Mountain Leader Associations). UIMLA zrzesza przewodników prowadzących wycieczki po łatwych trasach trekkingowych!!! Więcej o różnicach przeczytasz tutaj: http://npm.pl/artykuly/pracuje-wsrod-szczytow. Nie mają również znaczenia certyfikaty instruktorów PZN (to tacy, którzy uczą jeździć po trasach), albo instruktorów wspinaczki skałkowej, itd. itp. Koniecznie więc zapytaj o UPRAWNIENIA osoby, która będzie prowadzić szkolenie lawinowe.
  2. Szkolenie lawinowe w Polsce ma sens JEDYNIE w Tatrach. Mogą być rzecz jasna i Alpy (ale zakładam, że jest drożej). Najlepiej będzie, gdy w tym temacie oddam głos legendzie polskiego alpinizmu – Bogumiłowi Słamie: „Taternictwo i alpinizm został wyjęty z grupy sportów podwyższonego ryzyka. Rynek instruktorów uległ wypaczeniom. W środowisku przewodników wysokogórskich istnieje chaos i bałagan. Każdy robi co chce. Ostatnio dowiedziałem się, że gdzieś pod Bielskiem robią kursy lawinowe. No nie można w Beskidach uczyć o lawinach, bo to jest zwyczajnie nieuczciwe. Trzeba uczyć w Tatrach, bo to są jedyne góry, które się do tego nadają, no może poza jednym żlebem na Babiej Górze. Cała nauka o lawinach opiera się o lawinach deskowych, które występują w pewnym okresie, gdy jest odpowiednia struktura śniegu i wiatr. To, że leży śnieg i zakopiemy detektor oraz wbijemy sondę nie wystarczy, to jest oszustwo. Z jednej wiec strony w Polsce tysiące ludzi uczy się gór, a z drugiej wiedza o wspinaczce, o chodzeniu, zdobywaniu ich jest śmieszna.”; więcej: https://www.polskieradio.pl/43/265/Artykul/2061028,K2-dla-Polakow-zdobywanie-K2-powinien-poprzedzic-atak-wspinaczy-na-swoje-ego-Big-Brother-tez-nie-pomogl – przeczytaliście? zwróciliście na słowo-klucz: „oszustwo”? Podpisuję się pod tym, co powiedział Pan Słama.
  3. Musicie zapamiętać: Nauka ratowania to NIE kurs lawinowy. Nauka ratowania to bardzo cenna wiedza, która musi być jednym z *wielu* elementów kursu lawinowego. Rzetelny dostawca powinien udostępnić dokładny program szkolenia: sprawdźcie ile czasu w programie jest miejsca na ratownictwo, a ile na wiedzę o lawinach i na sposoby ich unikania. Upewnijcie się, że osoba przeprowadzająca szkolenie będzie mieć realną wiedzę nie tylko z ratownictwa, ale również z zapobiegania wypadkom lawinowym. Innymi słowy, że punktem centralnym szkolenia NIE będzie szukanie zakopanego plecaka detektorem (nie ważne czy w nocy, czy w trudnych warunkach, czy nawet w samej dupie – to NIE MOŻE być jedynie szukanie zakopanego plecaka detektorem). Przecież PRZEDE WSZYSTKIM chcecie tych lawin unikać, prawda?


10 Komentarzy

5 naj drinków do spróbowania na stoku

Ten post jest sponsorowany i dziś jedziemy lajfstajlowo. Wymieniam Wam 5 drinków, których musicie spróbować jeżdżąc na nartach!

Numer#5

Do spróbowania po północnej stronie Tyrolu: w Austrii, ewentualnie w okolicy Garmisch-Parten w Niemczech: piwo pszeniczne, czyli popularny Weizen albo Hefe-Weizen. Jest co najmniej parę marek wartych uwagi: Paulaner, Erdinger, Franziskaner.

Numer#4

Francja, Włochy, ale również Austria: to aż trzy alpejskie kraje, które słyną z wina. Również na stoku możecie dostać wyśmienite lokalne wino. Mi szczególnie smakuje szczep wytrawny, a jednak lekko słodkawy: Gewurztraminer z Południowego Tyrolu. Jeszcze parę lat temu za butelkę najtańszego Gewurztraminera w Polsce trzeba było zapłacić przynajmniej stówę. Teraz dostępność zwiększyła się, a ceny spadły dzięki Lidlowi i Biedrze, ale i tak dużo taniej po prostu kupić sobie butelkę we Włoszech i przywieźć ją do domu.

Gewurztraminer z Trentino: na stoku w kieliszku a potem w domu w butelce

Numer#3

W te pochmurne i chłodniejsze dni koniecznie napijcie się Bombardino: to drink złożony z podgrzanego ajerkoniaku i bitej śmietany. Istnieje wariacja tego drinka z espresso – nazywa się Calimero. Oba są słodkie, wysokokaloryczne i doskonale rozgrzewają, a Calimero dodatkowo pobudza!

Widzicie cienką warstwę kawy między ajerkoniakiem a bitą śmietaną? To właśnie Calimero

Numer#2

Uwielbiam pić lokalne piwo. Często są to kraftowe piwa z małych browarów – istne perełki warzone przez pasjonatów, ale lubię też próbować lokalne piwo z trochę większych browarów. Warto zapytać zawsze co piją tubylcy w tych górach, gdzie akurat jesteście. Lokalne smaczki to jest to!

Lokalne smaczki: Sapporo, Birra Courmayeur, Alaskan Amber i Sybirska Korona

Numer#1

Wreszcie absolutny król alpejskich drinków: Aperol Spritz – to mieszanka gorzkiego likieru aperol, oraz prosecco i wody gazowanej. Oprócz tego sporo lodu i plasterek cytrusa. Szczególnie dobrze smakuje na wiosnę w pełnym słońcu.

A ten post jest sponsorowany przez słynnego instagramera: HFA.


4 Komentarze

Modele i prognozy pogody na narty

Dziś pogadamy o narciarskich prognozach pogody.

Wszyscy freeriderzy sprawdzają http://wepowder.com i opartą na niej apkę Salomona: PowderQuest (na: iOS i Androida). Oba źródła zawierają super dokładne prognozy dla stacji narciarskich w całych Alpach i nie tylko. Potrafią pokazać nawet różnice w prognozie dla różnych miejsc w każdej ze stacji. Apka zawiera dodatkowo freeride’owe trasy naniesione na mapy topo wraz z ich trudnością. Do tego aktywna w sieci jest całkiem pokaźna społeczność na forum: riderzy z Europy dokumentują w czasie rzeczywistym alpejskie warunki śniegowe.

Z kolei dla narciarzy jeżdżących po trasie, często wyznacznikiem jest strona http://snow-forecast.com. Ma ona zróżnicowanie prognozy na dolną, górną i środkową stację każdego resortu. Oczywiście podobnie jak w wepowder – są prognozy opadów w centymetrach. Bardzo fajną funkcją są też dane historyczne za ostatnie paręnaście lat, z których korzystam za każdym razem gdy planuję wyjazd w dzikie miejsca pokroju Kirgistanu, Maroko czy Iranu. Dzięki temu wiem dość dokładnie w którą część sezonu celować.

Chcę jednak znowu włożyć kij w mrowisko na przykładzie swojego ostatniego wyjazdu do Courmayeur.

Przykład

przykład dotyczy jednego dnia: poniedziałku, 26 marca 2018.

Taką prognozę pokazał we powder (poniedziałek cały ranek i południe – pełne zachmurzenie):

Taką prognozę pokazał snow-forecast (poniedziałek cały ranek i południe – pełne zachmurzenie):

Taką prognozę pokazał google (czerpiący dane z weather underground) – głównie słońce i małe zachmurzenie od rana do wczesnego popołudnia:

Kto miał rację: dedykowane dla narciarzy serwisy we powder i snow-forecast, czy raczej może google?

Taka była rzeczywistość:

Ranek:

Godzina 10 rano:

Godzina 12 w południe:

Takich przykładów było w moim narciarskim życiu SPORO.

Skąd biorą się błędy?

Według nowoczesnych metod przewidywania pogody, błędy w przewidywaniu mogą zdarzać się z dwóch przyczyn:

  1. błąd diagnozy (błąd analizy sytuacji w danym momencie czasu mogący być spowodowany niedokładnym odczytem instrumentów lub niewystarczającą siatką zbierania danych)
  2. błąd prognozy (niewystarczający lub błędny model przewidywania pogody)

Jeśli chodzi o diagnozy i siatkę, można dowiedzieć się, że np. google / weather underground dysponuje danymi z balonów meteo, lotnisk, własnych stacji, a także z ponad (bagatela!) 250 tysięcy prywatnych stacji pogodowych będących własnością pasjonatów pogody, podłączonych do sieci firmy. Dysponując tak gigantyczną siatką i wkładem danych – ich diagnoza sytuacji pogodowej w danym momencie – może być bardzo dokładna.

Jeśli chodzi o prognozę, to zapewne nigdy nie poznamy dokładnych modeli i heurystyk dostawców prognoz pogody (te algorytmy to ściśle strzeżone tajemnice), ALE możemy się domyślać, że google / weather underground dysponuje też potężną mocą obliczeniową i superkomputerami, będącymi w stanie przetworzyć dane wejściowe na podstawie tych algorytmów.

Z kolei przewagą wepowder jest zapewne dość okrojony obszar prognozy: wepowder nie przewiduje pogody dla całego świata, a jedynie dla Alp. W niektórych przypadkach doświadczenie meteorologów z wepowder i ich znajomość historycznych zjawisk specyficznych dla Alp – może wpływać na jakość prognozy. Wciąż bywa bowiem, że człowiek z wiedzą i znajomością meteorologii oraz bogatym doświadczeniem w obserwacji pogodowych zjawisk, jest lepszy od najlepszego algorytmu.

I co z tego?

No właśnie: co z tego? Tak: zgadzam się z Wami – mój przykład powyżej, gdzie wepowder i snow-forecast dało ciała – to dane anegdotyczne. Tak się zdarzyło. Tak nie jest zawsze. Ale to nie jest jedyny moment kiedy zdarzyło się że google wygrał z wepowder i snow-forecast. Ten moment po prostu udokumentowałem. W mojej praktyce tak się zdarza. Całkiem często.

I co z tego? Co chcę powiedzieć? Że wepowder i snow-forecast są do dupy? Zupełnie nie.

Chcę powiedzieć, że:

1. Modele i heurystyki do przewidywania google / weather underground nie są skoncentrowane na dokładnej ilości śniegu jaka ma spaść, a raczej na stopniu zachmurzenia, temperaturze i rodzaju opadów (brak, śnieg, deszcz). Są przez to trochę mniej przydatne dla nas – narciarzy.

2. Śmiem twierdzić, że to co podaje w swoich przewidywaniach google, jest często dokładniejsze od innych prognoz.

3. Po prostu wraz z innymi prognozami – warto sprawdzić też google. Chociażby po to by zdecydować rano, czy bierzemy kamerę, aparat i okulary, czy raczej montujemy w goglach żółtą szybę.

4. Sam korzystam z wszystkich trzech wymienionych źródeł (a oprócz tego również z czwartego: The Weather Channel/Apple).

A co poza tym?

Skoro już mówimy o prognozach, to jest jeszcze parę bardziej lub mniej przydatnych linków. Może raczej mniej niż bardziej, ale dla porządku przytoczę i te najbardziej znane:

https://www.weathertoski.co.uk/ – pasjonat nart i meteorolog Fraser Wilkin tworzy serwis Weather to Ski. Jak pisze, nie ma algorytmów, heurystyk ani big data. Czysty old-school. Tworzy prognozy tak, jak się to robiło kiedyś. Na podstawie swojej wiedzy i doświadczenia. Nie ma prognozy opadów w centymetrach, zachmurzenia ani temperatury. Jest „potencjał świeżego śniegu” w skali 1-5, i podobnie jakość pokrywy w górnej, średniej i niskiej części stacji narciarskiej. Ponadto generalne uwagi, że stoki południowe na wiosnę szybciej stracą śnieg, a północne wolniej. Dla uwiarygodnienia autor podaje ich nazwy. Średnio przydatne, szczególnie, że śledziłem go przez parę dni: prognozy w innych miejscach zmieniają się dynamicznie, a „potencjał” wskazywał cały czas wynik: 3 (czyli Fraser mówi: na dwoje babka wróżyła).

https://www.onthesnow.co.uk/ – serwis skupiony na tym co się zdarzyło, a nie na prognozie. Możemy się dowiedzieć ile centymetrów spadło gdzie i kiedy (przez ostatnie 24 albo 48h). Mają też proste prognozy zachmurzenia, temperatury i rodzaju opadów ciągnięte z norweskiego instytutu meteo. Średnio przydatne.

https://opensnow.com/ – serwis stworzony przez riderów – meteorologów. Wydaje się, że próbują robić to co we powder, ale bardziej na amerykański i kanadyjski rynek. Nie przekonuje mnie zbyt ich tłumaczenie, czemu są lepsi od np. google. Ale może gdybym jeździł częściej w Stanach, z ciekawości zajrzałbym na ich prognozę.

PS. dla chętnych – ciekawa publikacja nt. współczesnego prognozowania pogody: https://journals.ametsoc.org/doi/pdf/10.1175/WAF-821.1