nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


33 Komentarze

Szkolenia Lawinowe czyli Monkey Business

Zastanawiałem się nad tą notką od dłuższego czasu. Bo znowu coś skrytykuję, i znowu podpadnę w środowisku, albo znowu shejtują mnie ludzie związani z krytykowanymi podmiotami. Nie mogę jednak siedzieć cicho, kiedy chodzi o bezpieczeństwo ludzi. Przecież w samych Alpach co roku pod lawinami ginie średnio ponad sześćdziesięciu riderów, po obu stronach Tatr – kilkunastu. W momencie, gdy chodzi o ludzkie życie nie ma zbyt wiele miejsca na kompromisy.

Wystarczy wpisać w google „szkolenia lawinowe” i dostajemy setki linków. Turystyka górska zrobiła się bardzo popularna. Zdewaluowała się. Wystarczy spojrzeć ilu riderów jest w schronisku Moko zimą, wystarczy przeszukać instagrama pod kątem fotek ze szczytów. Są nas tysiące.

Kiedy jednak przejrzy się fora internetowe, najczęściej pojawia się następująca sytuacja: ktoś pyta o szkolenie lawinowe, po czym pojawia się masa odpowiedzi: każdy poleca swoje. Ludzie nie mający pojęcia o czymkolwiek mówią: „byłem w fimie X, jest super-profesjonalnie”, bo zobaczyli detektor lawinowy i mogli poszukać zasypanego plecaka przy użyciu detektora. Włos jeży się na głowie, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że dziś szkolenie lawinowe może poprowadzić… KTOKOLWIEK.

Gdy rozmawiam z wieloma znajomymi – wszyscy też jednogłośnie mówią: „tak, byłem! świetne szkolenie!”. Kiedy jednak zaczynam wnikać i zadawać pytania… Jeden ze znajomych opowiedział mi historię ze szkolenia. Przysięgał, że mówi prawdę. Prowadzący zupełnie serio stwierdził, że gdy już zupełnie nie wiadomo, którą drogę wybrać, a zagrożenie lawinowe jest duże, należy iść po śladach kozic, gdyż… cytat: „one coś wiedzą”. Inny uczestnik opowiedział, że w szkoleniu praktycznie kompletnie pominięto aspekt unikania lawin, i skupiono się na ratownictwie detektorem. Po wszystkim grupa zrobiła sobie super-fotki na fejsbunia i dała extra recenzje prowadzącym. Nie mówi się nic o przemianach śniegowych, o pogodzie poprzedzającej dzień w którym oceniamy warunki. Nie mówi się nic o metodykach oceny zagrożenia, albo jeśli już się cokolwiek wspomina – to wyłącznie o Munterze, nie mówiąc nic o innych – nowocześniejszych metodykach (innymi słowy: nie wchodząc zbyt głęboko w szczegóły, zwraca się uwagę na wystawę stoku, kąt nachylenia, nie mówiąc nic o potencjalnych skutkach, ukształtowaniu terenu poniżej, itd.).

„Instruktorzy” tych firm, bez uprawnień przewodnika IVBV/UIAGM/IFMGA ani instruktora PZA, nadrabiają braki w wiedzy i doświadczeniu podejściem do uczestników: bardzo często są mili, fajni, sprawiają wrażenie obytych w górach. Ba! Często stoi za nimi lista szczytów, na które weszli. Wyjazdy i kursy organizowane są na dwa sposoby: albo firma ma licencję i ubezpieczenie biura podróży (mimo, że nie ma kwalifikacji), albo jeszcze gorzej: mnożą się kluby, nie mające nawet osobowości prawnej, nie płacące nawet podatków.

Jednym słowem: panuje niestety wolna amerykanka. W zasadzie fair jest przyznać, że w chwili, gdy piszę te słowa WIĘCEJ jest na rynku podmiotów BEZ uprawnień IVBV/UIAGM/IFGMA lub instruktora PZA, niż z tymi uprawnieniami. I to jest czysta patologia, bo formalnie rzecz biorąc wszystko robione jest legalnie i zgodnie z prawem! W obecnej sytuacji w Polsce, nie mogę rzecz jasna bez 6-letnich studiów, tytułu i praktyki otworzyć gabinetu lekarskiego i przyjmować ludzi by ich leczyć i brać za to kasę. Ba! Egzaminu albo licencji potrzebuję nawet by być taksówkarzem, muzealnikiem czy geodetą. Ale szkolenia lawinowe mogę prowadzić bez żadnych uprawnień.

Czy jestem zwolennikiem regulacji? To trudne pytanie… Nie chciałbym usłyszeć od kogoś „kolejny regulator się znalazł”, poza tym nie jesteśmy górskim krajem jak Szwajcaria czy Austria, więc może jednak regulacje nie mają sensu…. Z drugiej jednak strony – chodzi o ludzkie życie… więc może? Nie mam tu twardej opinii i 100% jasnego osądu. To co wiem na pewno, to fakt, że ludzie wybierający się na szkolenie lawinowe powinni wiedzieć to wszystko o czym piszę, ZANIM wybiorą konkretnego dostawcę. Bo poziomy, jakość wiedzy i sposób jej przekazania różni się w chwili obecnej DRAMATYCZNIE.

A więc kto?!

Z CZYICH usług zatem korzystać? Czy są firmy, których usługi polecam? Nie dowiecie się ode mnie nazw (zbyt dużo już na tym blogu było artykułów, w których podejrzewano mnie o konszachty z różnymi podmiotami). Jestem niezależny, a ten artykuł NIE jest sponsorowany. A więc zanim zdecydujesz się i wybierzesz firmę/podmiot który przeszkoli Cię lawinowo, moje trzy kluczowe rady, to:

  1. Należy sprawdzić przede wszystkim KTO prowadzi szkolenie lawinowe. Powinien być to: albo (najlepiej) przewodnik z uprawnieniami IVBV/UIAGM, albo instruktor PZA (Polskiego Związku Alpinizmu). Obie instytucje gwarantują, że odpowiednia osoba będzie mieć wieloletnie doświadczenie potwierdzone **egzaminami**. Należy dodać, że nie mają wielkiego znaczenia certyfikaty UIMLA (Union of International Mountain Leader Associations). UIMLA zrzesza przewodników prowadzących wycieczki po łatwych trasach trekkingowych!!! Więcej o różnicach przeczytasz tutaj: http://npm.pl/artykuly/pracuje-wsrod-szczytow. Nie mają również znaczenia certyfikaty instruktorów PZN (to tacy, którzy uczą jeździć po trasach), albo instruktorów wspinaczki skałkowej, itd. itp. Koniecznie więc zapytaj o UPRAWNIENIA osoby, która będzie prowadzić szkolenie lawinowe.
  2. Szkolenie lawinowe w Polsce ma sens JEDYNIE w Tatrach. Mogą być rzecz jasna i Alpy (ale zakładam, że jest drożej). Najlepiej będzie, gdy w tym temacie oddam głos legendzie polskiego alpinizmu – Bogumiłowi Słamie: „Taternictwo i alpinizm został wyjęty z grupy sportów podwyższonego ryzyka. Rynek instruktorów uległ wypaczeniom. W środowisku przewodników wysokogórskich istnieje chaos i bałagan. Każdy robi co chce. Ostatnio dowiedziałem się, że gdzieś pod Bielskiem robią kursy lawinowe. No nie można w Beskidach uczyć o lawinach, bo to jest zwyczajnie nieuczciwe. Trzeba uczyć w Tatrach, bo to są jedyne góry, które się do tego nadają, no może poza jednym żlebem na Babiej Górze. Cała nauka o lawinach opiera się o lawinach deskowych, które występują w pewnym okresie, gdy jest odpowiednia struktura śniegu i wiatr. To, że leży śnieg i zakopiemy detektor oraz wbijemy sondę nie wystarczy, to jest oszustwo. Z jednej wiec strony w Polsce tysiące ludzi uczy się gór, a z drugiej wiedza o wspinaczce, o chodzeniu, zdobywaniu ich jest śmieszna.”; więcej: https://www.polskieradio.pl/43/265/Artykul/2061028,K2-dla-Polakow-zdobywanie-K2-powinien-poprzedzic-atak-wspinaczy-na-swoje-ego-Big-Brother-tez-nie-pomogl – przeczytaliście? zwróciliście na słowo-klucz: „oszustwo”? Podpisuję się pod tym, co powiedział Pan Słama.
  3. Musicie zapamiętać: Nauka ratowania to NIE kurs lawinowy. Nauka ratowania to bardzo cenna wiedza, która musi być jednym z *wielu* elementów kursu lawinowego. Rzetelny dostawca powinien udostępnić dokładny program szkolenia: sprawdźcie ile czasu w programie jest miejsca na ratownictwo, a ile na wiedzę o lawinach i na sposoby ich unikania. Upewnijcie się, że osoba przeprowadzająca szkolenie będzie mieć realną wiedzę nie tylko z ratownictwa, ale również z zapobiegania wypadkom lawinowym. Innymi słowy, że punktem centralnym szkolenia NIE będzie szukanie zakopanego plecaka detektorem (nie ważne czy w nocy, czy w trudnych warunkach, czy nawet w samej dupie – to NIE MOŻE być jedynie szukanie zakopanego plecaka detektorem). Przecież PRZEDE WSZYSTKIM chcecie tych lawin unikać, prawda?


29 Komentarzy

Wiązania Marker Kingpin – opinia: król jest nagi?

źródło fotki: Backcountry Skiing Canada

Wiązania Kingpin Markera parę lat temu wdarły się przebojem na rynek. Są lekkie, łatwe w obsłudze i przeznaczone dla klasycznego skitouringu: sportu w którym przy podejściu liczy się każde sto gram. Rynek skitourowych wiązań pinowych (czyli tych najlżejszych) zdominowany był wcześniej przez firmę Dynafit, ale od jakichś 4-5 lat, po wygaśnięciu części patentów Dynafita, można było zauważyć, że Kingpiny systematycznie zwiększają swój udział w rynku. Nie mam żadnych statystycznych dotyczących udziału Kingpina w rynku, ale scena freeride w Polsce nie jest aż tak duża: jeśli czyta się fora internetowe i ma dziesiątki bliższych i dalszych znajomych, którzy turują i jeżdżą freeride, z łatwością można zaobserwować trendy. Rzecz jasna łatwo podważyć moje obserwacje, ale uważam, że większość polskich freeriderów zgodzi się, że o ile 5-7 lat temu znacząco ponad połowę (a pewnie bliżej 60-80%) polskiego rynku miał Dynafit, to obecnie podobną część ma Marker Kingpin.

Sam jechałem na Kingpinach parę razy (pożyczony sprzęt) i nie miałem do nich większych zastrzeżeń. Faktycznie lekkie (to przecież ich główne założenie) i łatwe w obsłudze. Nie miałem okazji przetestować ich wypinania, bo akurat się nie przewróciłem.

Ale kilkoro znajomych nie miało tyle szczęścia co ja: zerwane więzadła ACL, złamana noga i inne lżejsze kontuzje łączył wspólny mianownik: Marker Kingpin. Przy kolejnej osobie i kolejnej kontuzji zdecydowałem się napisać posta na grupę facebook’a freeriderzy, w którym opisałem swoje obserwacje. Odzew jaki dostałem na priv i maila przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście pod postem wywiązała się dyskusja i sporo było jednoznacznie pozytywnych recenzji wiązań, jednak ciężko było zignorować wszystkie historie jakie przeczytałem i dostałem na maila i czata facebook’a.

Typowa kraksa na Kingpinach

Historie te układały się w jeden wzór i większość brzmiała bardzo-bardzo podobnie, mniej-więcej tak:

Jeżdżę na nartach X lat, w tym freeride Y lat. Kupiłem Kingpiny. Wiązanie miałem ustawione na 6-7-8 w skali DIN przez serwis. Do pewnego momentu wypinały się bardzo dobrze, kiedy trzeba. Aż w końcu nadszedł ten moment, kiedy przy niegroźnym upadku wiązanie się nie wypięło. Złamałem nogę. Zerwałem więzadło. Naderwałem ścięgno. Strzaskałem piszczel. (niepotrzebne skreślić)

I tak dalej…

Tych historii dostałem łącznie 16. Wszystkie z nich opisywały poważne kontuzje jakie były skutkiem wadliwego (zdaniem piszących) działania wiązania. Najlżejsze z nich, to naderwania więzadeł/ścięgien, najpoważniejsze – wieloodłamkowe złamania nogi. Za każdym razem ofiara wypadku miała wiązania ustawione poniżej (a czasem zdecydowanie poniżej) wymagań, które wynikałyby ze skali i definicji DIN. Zarówno z punktu widzenia wagi jak i umiejętności/stylu jazdy (dwa najważniejsze parametry).

Oprócz wymienionych historii dostałem również kilka ocen i opinii o wiązaniach z przeciwnego bieguna: wg. niektórych piszących, wiązania miały wypinać się zbyt często (np. przy podejściu lub agresywnej jeździe), generalnie wtedy kiedy nie powinny, i kiedy wypięcie mogło stanowić niebezpieczeństwo dla narciarza. Historii tego typu było zdecydowanie mniej (około 2-3), w tym jedna pochodziła od ratownika TOPR. Wszystkim piszącym obiecałem z góry anonimowość, jednak wszystkie historie mam udokumentowane z imienia i nazwiska w razie potrzeby.

Reakcja dystrybutora?

Być może jest jednak coś, co umyka mi w ocenie tematu. Być może są jakieś sprawy techniczne, albo istnieją dane statystyczne, które stałyby w sprzeczności z wnioskami jakie próbuję tu wyciągać. Postanowiłem zapytać u źródła, zapytałem więc dystrybutora Markera na Polskę: poznańską firmę SAT.

Poinformowałem o tym, że piszę na blogu notkę i zapytałem kto mógłby mi odpowiedzieć na wątpliwości i pytania dotyczące tego wiązania. Od mojego pytania upłynął tydzień, i nie dostałem dotychczas żadnej odpowiedzi.

A co na to biomechanika?

Sporą dawkę wiadomości i bardzo techniczne artykuły nt. wiązań pinowych (w Stanach, mówi się na nie „wiązania techniczne”) można znaleźć na portalu wildsnow.com. Wypowiadają się w nich konstruktorzy wiązań, ludzie uczestniczący w tworzeniu norm ISO dla wiązań, testerzy wiązań z maszynami mierzącymi naprężenia itp. Wydawało mi się, że mówię po angielsku nieźle, ale do tłumaczenia tych dyskusji i wszystkich słów z zakresu fizyki, biomechaniki i anatomii ludzkiej potrzebowałem słownika. Nawet po przetłumaczeniu na polski, musiałem przypomnieć sobie nazwy ludzkich kości i więzadeł, czy definicję momentu siły, ale w końcu przebrnąłem przez sporą część tych dyskusji. Do tego wszystkiego, aby w pełni wyczuć kontekst wypowiedzi, musimy czytać między liniami i zdawać sobie sprawę, że strona jest amerykańska (a tam łatwo rzuca się bardzo drogimi pozwami sądowymi). Np. w dyskusjach pod artykułami, jeden z twórców norm ISO wiązań pisze o przewagach jednych sposobów wypięć nad innymi, zaczynając tak: „z powodów prawnych nie mogę w tej wypowiedzi użyć nazw niektórych marek”, a następnie całkiem pozytywnie wypowiada się na temat wiązań Dynafita,G3, czy Fritschi.

Dokładna analiza sposobów wypięć, czy wpływu na anatomię człowieka przekracza ramy tego krótkiego artykułu – zainteresowanych odsyłam na WildSnow. Ciekawe dyskusje i artykuły pod nimi:

https://www.wildsnow.com/18803/comparo-toe-jaw-closure-strength-marker-g3-dynafit/

https://www.wildsnow.com/15123/tech-binding-release-testing-acl-broken-leg/

https://www.wildsnow.com/15495/marker-kingpin-toe-pins-possibly-loosen/

https://www.wildsnow.com/22871/ski-world-panics-kingpin-discontinued/

Marker Kingpin vs. Dynafit Radical vs. skrzynki

Na wildsnow jest jednak jeden szczególnie interesujący artykuł, porównujący bardzo fachowo i technicznie wiązania Kingpina i Dynafita – tutaj: https://www.wildsnow.com/18358/dynafit-radical-2-marker-kingpin-comparo/. Konkluzję i interesujące wnioski z tego porównania można streścić w kilku zdaniach, a zainteresowanych głębszą analizą odsyłam do źródła.

Mając wybrów między Dynafit Radical, a Marker Kingpin, musisz zadać sobie pytanie: do czego będę używał tego wiązania. Jeśli w zdecydowanej większości do touringu – Radical jest po pierwsze lżejszy, po drugie bezpieczniejszy od Kingpina (głównie ze względu na obracane przody wiązań). Jego wadą natomiast jest “pływanie” tyłów nart i niedostatecznie dobre prowadzenie i kontrolę nart przy dużych prędkościach (ze względu na konstrukcję tyłów). Jeśli zatem zamierzasz używać wiązania również na trasach, gdzie kontrola nart przy wysokich prędkościach na twardych nawierzchniach jest kluczowa – wybierz Kingpiny ze względu na konstrukcję tylnej części wiązania.

Warto tutaj podkreślić, że autorzy nie dokonali próby porównania tych wiązań z ciężkimi wiązaniami skrzynkowymi (wildsnow – to strona typowo skiturowa, gdzie ludzie liczą często pojedyncze gramy), mimo, że w tym i w innych artykułach określili jednoznacznie niebezpieczeństwa związane z użyciem Kingpina. Ja poszedłbym dalej i porównał trzy parametry przy wyborze wiązania: wagę, bezpieczeństwo oraz kontrolę trakcji przy dużych prędkościach. Parafrazując więc autorów z wildsnow i dodając do równania ciężkie wiązania skrzynkowe, mielibyśmy następującą sytuację:

  1. Jeśli więc zależy Ci przede wszystkim na bezpieczeństwie i wadze (rezygnujesz z trakcji): wybierzesz Dynafit Radical
  2. Jeśli zależy Ci przede wszystkim na bezpieczeństwie i trakcji (rezygnujesz z niskiej wagi): wybierzesz wiązanie skrzynkowe – np. Salomon Guardian.
  3. Jeśli zależy Ci przede wszystkim na wadze i trakcji (rezygnujesz z ***bezpieczeństwa***!!!!): wybierzesz wiązanie Marker Kingpin

A sprzedawcy swoje…

To w zasadzie zupełnie osobny temat, ale jednak warto o nim wspomnieć, dla pełnego obrazu. Będąc w warszawskim Snow-And-Surf na Al. Niepodleglości, i pytając o konkretny model wiązań turowych innej firmy, dostałem odpowiedź od sprzedawcy: „a po co to? bierz Kingpiny – najlżejsze i najlepsze!”. Sprzedawca nie zapytał mnie kompletnie do czego będę ich używał. Nie ważne było, czy będę robił w nich tysiące metrów wertikala każdego dnia, czy może raczej potrzebuję czasem podejść w górę z wyciągu. A może wręcz potrzebuję ich tylko awaryjnie, by podejść średnio raz w sezonie w sytuacji, gdzie drop poniżej okaże się zbyt wysoki dla mnie by zjechać/skoczyć, więc trzeba będzie wyjść kilkadziesiąt metrów w puchu w górę i poszukać innej linii zjazdu? To wszystko nie miało żadnego znaczenia dla sprzedawcy. Nie zająknął się też o generalnych o wadach każdego wiązania pinowego (brak regulacji wypięcia przodu, i tak dalej). A przecież mogę nie zdawać sobie z tego sprawy. Przecież nie wiadomo jak jeżdżę. Jedyne co słyszałem w tym sklepie, to „bierz Kingpiny”.

Snow and Surf nie był jedyny, chociaż najbardziej nachalny. Było jeszcze kilku mniej nachalnych sprzedawców z innych sklepów, od których słyszałem, że „w końcu i tak się przekonam i kupię sobie pinowe wiązania” (a skoro pinowe, to tylko jedne się nadają, szczególnie, że przecież ostatnio jeżdżę na Voelklach).

Nie chcę snuć teorii spiskowych, czemu tak bardzo wielu ludziom zależy na sprzedaży tego konkretnego modelu (a tak to właśnie wygląda z mojej perspektywy), ale: po pierwsze, warto zauważyć jak agresywnie Marker działa (przynajmniej na polskim rynku) i jak duży kawałek tortu zdobył dzięki temu ostatnimi laty… A po drugie, warto pamiętać, jak działają sprzedawcy w innych branżach. Przeczytacie np. tutaj: https://noizz.pl/big-stories/kupujesz-sprzet-rtv-wystrzegaj-sie-sklepowych-konsultantow-sprzedawca-duzej-sieci/l0r90dr

Dyskusja: ciąg dalszy

Pod moim postem na freerajderach wywiązała się przy tym dyskusja. Część ludzi broniła Kingpina, część postulowała brak możliwości wyciągnięcia wniosków z różnych powodów. W dyskusji padały różne kontrargumenty. Myślę, że mogę te kontrargumenty podzielić na następujących pięć grup. Warto się z nimi zapoznać, by mieć pełen obraz sytuacji i samemu wyrobić sobie zdanie w tej sprawie.

Kontrargument#1: Może te Kingpiny były źle ustawione?

Przecież nie mam kluczowych parametrów do ustawienia wiązania jak np. długość skorupy buta albo wzrost – może więc ludzie za bardzo skręcają wiązanie i potem łamią nogi? Cóż… Jeśli słyszę od kogoś „ważę 90kg, jeżdżę 20 lat, jeżdżę szybko/agresywnie, wiązania miałem ustawione na DIN=8”, to przyznacie, że ani skorupa buta, ani wzrost nie mają tu kompletnie ŻADNEGO znaczenia. Przy takich ustawieniach wiązania powinny wypinać się wręcz ZA często, niezależnie od tego jak dużą stopę ma narciarz – i możecie to łatwo sprawdzić w tabelkach ustawień wiązań.

Kontrargument#2: To normalne, że ludzie odnoszą kontuzje na nartach, a o Kingpin mającym taki udział w rynku słychać po prostu najwięcej

Czy na podstawie takich anegdotycznych historii można wyciągać jakieś wnioski? Tak jak pisałem, scena freeride w Polsce jest bardzo mała. Nie słyszałem żadnych (dosłownie: ZERO) podobnych historii od ludzi, którzy parę lat temu używali tylko wiązań pinowych Dynafita, które wtedy były dominujące na rynku. Próbowałem jednak coś zebrać też o Dynaficie. Dowiedzieć się. A usłyszałem szesnaście razy o kraksach na Kingpinach, które powinny się wypiąć, ale się nie wypięły. To skłania do myślenia.

Kontrargument#3: To tylko zbiór szesnastu historii. Nie masz statystyk. Nie da się wyciągać żadnych wniosków na tej podstawie.

Dla jednych 16 historii spośród setek albo nawet tysięcy polskich freeriderów – to bardzo mało. Dla mnie 16 historii poważnych kontuzji do których sam zdołałem dotrzeć, i które łączy JEDEN model wiązania – to CHOLERNIE dużo. Jak jest dla ciebie? 16 to dużo czy mało? Odpowiedz sobie sam.

Kontrargument#4: Mam Kingpina od X lat. Działa idealnie, zawsze się wypinał

Super. Dokładnie tak samo jak większość ludzi, którzy wysłali mi swoje historie. Z małą różnicą. U nich nie było happy endu. Zgadzam się przecież, że generalnie, w przeważającej większości przypadków wiązanie działa poprawnie. Chodzi DOKŁADNIE o przypadki, kiedy jest inaczej – w tym rzecz w całej tej dyskusji i poście.

Kontrargument#5: To byli jacyś Janusze freeride’u. Prawdziwym pro’som to się nie zdarza.

To już totalna bzdura. Pytałem o doświadczenie (albo nie musiałem pytać, bo je znam) przy każdej relacji. Te historie pochodzą w większości od doświadczonych i bardzo doświadczonych freeriderów. Jako przykład pozwolę sobie zacytować Pawła:

Jeżdzę na nartach całe życie, jakieś 25 lat, spędzam w sezonie ostatnio pomiędzy 30 a 150 dni i kupuje nowe wiązania i po tygodniu rozwalam kolano, to szczerze? Nigdy w życiu nie założę narty z tym wiązaniem na nogi […]

Jeśli Paweł nie jest doświadczonym freeriderem, to nie wyobrażam sobie kto nim jest…

Konkluzja

Skrzynki: prawdziwi skiturowcy ich nienawidzą. Są ciężkie, a w dodatku unosząc but, podnosisz pół wiązania. Nie nadają się na długie trawersy, ani dla ludzi, którzy przede wszystkim podchodzą.

Czy coś jest na rzeczy? A może to tylko luźno związane historie, jakie można opisać o dowolnym wiązaniu? Ocena należy do czytelnika. Dla mnie jasne jest, że coś w tym temacie jest, i dlatego zdecydowałem się na tego posta na blogu. Po zebraniu materiału przekraczającego moje oczekiwania i wysłuchaniu wielu naprawdę doświadczonych freeriderów, ja osobiście nie zamierzam kupować tego konkretnego modelu wiązań Markera.


1 komentarz

Maaaaarrakesh! Come to Maaaaarrakesh!

W tak odległe i dzikie rejony – nigdy nie jeżdżę dla samych nart. Kto czytał parę rozdziałów mojej książki – wie, że liczy się dla mnie zasmakowanie lokalnej kultury, rozmowa z drugim człowiekiem. Zanurzenie.

Ale jest też coś bardziej przyziemnego. Bo w takich miejscach jak Atlas – dzikich i nienastawionych na masowego turystę – zawsze może coś zawieźć, coś może się nie udać. Mogą zamknąć wyciągi (jak teraz), mogą zamknąć jedyną drogę, może być bardzo lawiniasto, może nie być śniegu, czy najbardziej prozaicznie: może nie być pogody. Dobrze więc mieć plan B, coś poza nartami, kiedy okaże się, że plan A zawiódł.

Nie… Nie mogę powiedzieć, że Maroko zawiodło. Było fajnie: pojeździłem w Afryce, narysowałem parę kresek na świeżym śniegu zdala od alpejskich tłumów, zasmakowałem wysokich i dzikich gór bez pizzy i wi-fi w każdej dolinie – a to wszystko w **naprawdę** niedużym budżecie! O to przecież chodziło, i wyłączone wyciągi nie popsuły mi humoru (chociaż fakt: musiałem sporo podchodzić i liczyłem na więcej zjazdów).

Fotki z dziś poniżej, a ja pakuję się do Marrakeszu. Plan A był całkiem okay, i czas sprawdzić jak ma się plan B. Coś mówi mi, że tam też nie będzie źle!


1 komentarz

Afryka zjechana…

Tak w dużym skrócie: kompletnie nie kumam o czym ci ludzie rozmawiają (z wzajemnością). Rosyjski, angielski i niemiecki nie działa. Nawet w stopniu słów podstawowych. Tu tylko francuski i arabski. Po arabsku umiem tylko przekląć i się przywitać. Po francusku dodatkowo zapytać o samopoczucie, zamówić jedzenie i kieliszek domowego wina. Więc tak sobie tu mówimy. Ja sobie, oni sobie. Dziś rano dowiedziałem się że główne krzesło na 3200 będzie wyłączone. Powtarzali tylko „prezidą” i „szef”. Nie wiem czy prezidą im zabronił włączać czy może nie raczył się pojawić a tylko on umie to odpalić. Ciężko powiedzieć. Nie chodzi do tej pory.

Na wielkie szczęście wziąłem foki. Więc wyholowałem się wyrwirączką jakieś 200m w górę i wlazłem na jakieś 3100-3200. Trochę bez kondycji jestem niestety, sprzęt też zdecydowanie nie na czyste skitury, no ale jakoś poszło. Tylko że chyba tempem lepiej się nie chwalić.

Zjazd w miarę ok. Spadło dużo śniegu 4-5 dni temu, ale od tamtego momentu full lampa, więc warunki pogarszają się z każdą godziną

W każdym razie Afryka zjechana.


3 Komentarze

Gruzja – dzień #1

Było świetnie.
Nasze ostrożne prognozy się sprawdziły, a decyzja o zabraniu sprzętu turowego – okazała się strzałem w dziesiątkę: górne wyciągi były jeszcze popsute, a pogoda już piękna.
Przez ostatnie dni spadł metr śniegu (to pokazuje jak „prawdziwe” są raporty ze snowforecast, i jak bardzo nie należy ich czytać).
Ponieważ śnieg padał przy huraganowym wietrze – nie było puchu, ale „trzymający” przewiany gips, więc może nie idealnie, ale na pewno mogło być gorzej.
Zrobiliśmy z Rafałem ok 1150 metrów verticala (500 działającymi wyciągami + 650 na fokach) – dobre kilkugodzinne podejście w dziczy – a potem zjazd. Świetny dzień. Nie spodziewaliśmy się tego.

Tyle na gorąco – a wieczorem napiszę coś więcej o samej Gruzji i Kaukazie.

20140319-171631.jpg


2 Komentarze

Raki i czekan na skitury

Podchodzisz na nartach. Robi się coraz bardziej stromo. Foki przestają trzymać i narty zaczynają się zsuwać do tyłu mimo zamontowanych noży. Zygzakowanie nie pomaga albo wręcz nie jest możliwe, bo nie ma na nie miejsca. Być może jesteś w rynnie lub żlebie. Potrzeba Ci dobrego trzymania, dobrej przyczepności, i jest na tyle stromo, że dwie nogi z fokami na nartach i kijki przestają wystarczać.

To właśnie moment, gdy jesteś zmuszony zrobić zmianę ekwipunku. Zdejmujesz narty i przyczepiasz je do plecaka razem z kijami, wyjmujesz czekan i raki.

Nie zawsze na turach stajesz przed taką koniecznością. Często wiesz, że będzie łagodnie i nie ma sensu targać ze sobą tego całego szpeja. Ale kiedy już wiesz, że może być ostrzej – trzeba się przygotować.

Czy kupować raki i czekan?

Jeśli nie jesteś jeszcze pewny/pewna do czego będzie Ci potrzebny – czy będziesz używał sprzętu zimą czy latem, czy do turów, czy do wspinaczki czy turystycznie, czy będzie potrzebny jeden czekan czy dwa – wstrzymałbym się z kupnem i pożyczał sprzęt w dobrej wypożyczalni. Są tam fachowcy, którzy dobrze doradzą ci w wyborze. Jeśli natomiast już wiesz, do czego będą potrzebne: wiesz, że chcesz wchodzić z nartami, zimą w głębokim śniegu albo po lodowcu – wydaje się, że możesz podjąć decyzję.

Na jaki sprzęt się zdecydować?

Lekkie aluminowe raki koszykowe Black Diamond

lekkie aluminowe raki koszykowe Black Diamond – 10 kolców, cena ok. 300PLN

Raki

Nie chcesz ciężkich stalowych raków, które służą do chodzenia po skałach, kamieniach i piargach. Potrzebne ci będą lekkie raki aluminiowe: 10-12 kolców. Aluminium nie powygina się na śniegu i lodzie. Dobrze będzie jeśli raki będą pasować na twoje turowe buty narciarskie jak i na normalne buty do trekkingu.

Jako amator – nie używam raków automatycznych ani półautomatycznych (nadających się do alpinistycznego obuwia technicznego), a popularnych raków koszykowych: mają dość łatwy sposób zakładania i jednocześnie wystarczają póki co na podejścia na które się porywam. Jednocześnie pasują zarówno na buty trekkingowe jak i skiturowe.

Pamiętaj, żeby do raków koniecznie dokupić neoprenowy pokrowiec. Jeśli włożysz je do plecaka bez niego – jest duża szansa, że zniszczysz sobie coś w plecaku, albo przedziurawisz rakami sam plecak.

Dziaba, czyli czekan

czekan do skiturów

czekan do skiturów Petzl: 50cm, 340g. cena ok. 250PLN

Lekki, aluminiowy i raczej krótki. Na pewno nie będziesz targać ze sobą stalowego żelastwa na plecach. Nie będziesz wykuwał nic w skałach i kamieniach, a na lód i śnieg – aluminium na pewno wystarczy. Jeśli nie jesteś ski-alpinistą, czekan nie musi mieć łopatki do robienia stanowiska. Podstawowe kryterium wyboru czekana do turów to waga. Im więcej będziesz chodził – tym bardziej będzie to dla ciebie oczywiste.

Czekan powinien mięć pętlę nadgarstkową, która pomoże utrzymać go w ręku przy ewentualnym nieszczęśliwym ześlizgu.

Reguły dla turystyki górskiej mówiące o długości czekana: wzrost minus 100cm nie mają zastosowania w czekanach do ski-alpinizmu czy skiturów. Tym czekanem nie będziesz się podpierał! Kup raczej krótszy niż dłuższy: często będziesz w śnieg wbijał nie ostrze, a stylisko (tak!) trzymając czekan za głowicę. Poza tym dłuższy czekan – to większy zamach. Mając 190 cm wzrostu uważam, że czekan długości 50-55cm jest dla mnie w sam raz.

Jeden czekan czy dwa?

Większości ludzi wystarcza jeden czekan, ale są fani lodowej wspinaczki, którzy twierdzą, że bywają w miejscach, gdzie z jednym czekanem nie dałoby się podejść. Nigdy nie byłem w takich miejscach i nie używałem dwóch czekanów. Nie umiem zakładać stanowisk, poręczować gór ani wchodzić po skałkach. To jest blog narciarski, a nie alpinistyczny. Mam dużo szacunku dla kolegów – alpinistów: w tym temacie jestem małym misiem i wszystko przede mną: mam świadomość swoich ograniczeń i tu Wam nawet nie próbuję doradzać. Ja mam jeden czekan a nie dwa. Jeśli szukacie specjalistycznego sprzętu ski-alpinistycznego – polecam strony:

Jeśli natomiast interesują Cię moje pozostałe notki dotyczące sprzętu amatorskiego sprzętu skiturowego, to są tutaj: