nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


29 Komentarzy

Wiązania Marker Kingpin – opinia: król jest nagi?

źródło fotki: Backcountry Skiing Canada

Wiązania Kingpin Markera parę lat temu wdarły się przebojem na rynek. Są lekkie, łatwe w obsłudze i przeznaczone dla klasycznego skitouringu: sportu w którym przy podejściu liczy się każde sto gram. Rynek skitourowych wiązań pinowych (czyli tych najlżejszych) zdominowany był wcześniej przez firmę Dynafit, ale od jakichś 4-5 lat, po wygaśnięciu części patentów Dynafita, można było zauważyć, że Kingpiny systematycznie zwiększają swój udział w rynku. Nie mam żadnych statystycznych dotyczących udziału Kingpina w rynku, ale scena freeride w Polsce nie jest aż tak duża: jeśli czyta się fora internetowe i ma dziesiątki bliższych i dalszych znajomych, którzy turują i jeżdżą freeride, z łatwością można zaobserwować trendy. Rzecz jasna łatwo podważyć moje obserwacje, ale uważam, że większość polskich freeriderów zgodzi się, że o ile 5-7 lat temu znacząco ponad połowę (a pewnie bliżej 60-80%) polskiego rynku miał Dynafit, to obecnie podobną część ma Marker Kingpin.

Sam jechałem na Kingpinach parę razy (pożyczony sprzęt) i nie miałem do nich większych zastrzeżeń. Faktycznie lekkie (to przecież ich główne założenie) i łatwe w obsłudze. Nie miałem okazji przetestować ich wypinania, bo akurat się nie przewróciłem.

Ale kilkoro znajomych nie miało tyle szczęścia co ja: zerwane więzadła ACL, złamana noga i inne lżejsze kontuzje łączył wspólny mianownik: Marker Kingpin. Przy kolejnej osobie i kolejnej kontuzji zdecydowałem się napisać posta na grupę facebook’a freeriderzy, w którym opisałem swoje obserwacje. Odzew jaki dostałem na priv i maila przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście pod postem wywiązała się dyskusja i sporo było jednoznacznie pozytywnych recenzji wiązań, jednak ciężko było zignorować wszystkie historie jakie przeczytałem i dostałem na maila i czata facebook’a.

Typowa kraksa na Kingpinach

Historie te układały się w jeden wzór i większość brzmiała bardzo-bardzo podobnie, mniej-więcej tak:

Jeżdżę na nartach X lat, w tym freeride Y lat. Kupiłem Kingpiny. Wiązanie miałem ustawione na 6-7-8 w skali DIN przez serwis. Do pewnego momentu wypinały się bardzo dobrze, kiedy trzeba. Aż w końcu nadszedł ten moment, kiedy przy niegroźnym upadku wiązanie się nie wypięło. Złamałem nogę. Zerwałem więzadło. Naderwałem ścięgno. Strzaskałem piszczel. (niepotrzebne skreślić)

I tak dalej…

Tych historii dostałem łącznie 16. Wszystkie z nich opisywały poważne kontuzje jakie były skutkiem wadliwego (zdaniem piszących) działania wiązania. Najlżejsze z nich, to naderwania więzadeł/ścięgien, najpoważniejsze – wieloodłamkowe złamania nogi. Za każdym razem ofiara wypadku miała wiązania ustawione poniżej (a czasem zdecydowanie poniżej) wymagań, które wynikałyby ze skali i definicji DIN. Zarówno z punktu widzenia wagi jak i umiejętności/stylu jazdy (dwa najważniejsze parametry).

Oprócz wymienionych historii dostałem również kilka ocen i opinii o wiązaniach z przeciwnego bieguna: wg. niektórych piszących, wiązania miały wypinać się zbyt często (np. przy podejściu lub agresywnej jeździe), generalnie wtedy kiedy nie powinny, i kiedy wypięcie mogło stanowić niebezpieczeństwo dla narciarza. Historii tego typu było zdecydowanie mniej (około 2-3), w tym jedna pochodziła od ratownika TOPR. Wszystkim piszącym obiecałem z góry anonimowość, jednak wszystkie historie mam udokumentowane z imienia i nazwiska w razie potrzeby.

Reakcja dystrybutora?

Być może jest jednak coś, co umyka mi w ocenie tematu. Być może są jakieś sprawy techniczne, albo istnieją dane statystyczne, które stałyby w sprzeczności z wnioskami jakie próbuję tu wyciągać. Postanowiłem zapytać u źródła, zapytałem więc dystrybutora Markera na Polskę: poznańską firmę SAT.

Poinformowałem o tym, że piszę na blogu notkę i zapytałem kto mógłby mi odpowiedzieć na wątpliwości i pytania dotyczące tego wiązania. Od mojego pytania upłynął tydzień, i nie dostałem dotychczas żadnej odpowiedzi.

A co na to biomechanika?

Sporą dawkę wiadomości i bardzo techniczne artykuły nt. wiązań pinowych (w Stanach, mówi się na nie „wiązania techniczne”) można znaleźć na portalu wildsnow.com. Wypowiadają się w nich konstruktorzy wiązań, ludzie uczestniczący w tworzeniu norm ISO dla wiązań, testerzy wiązań z maszynami mierzącymi naprężenia itp. Wydawało mi się, że mówię po angielsku nieźle, ale do tłumaczenia tych dyskusji i wszystkich słów z zakresu fizyki, biomechaniki i anatomii ludzkiej potrzebowałem słownika. Nawet po przetłumaczeniu na polski, musiałem przypomnieć sobie nazwy ludzkich kości i więzadeł, czy definicję momentu siły, ale w końcu przebrnąłem przez sporą część tych dyskusji. Do tego wszystkiego, aby w pełni wyczuć kontekst wypowiedzi, musimy czytać między liniami i zdawać sobie sprawę, że strona jest amerykańska (a tam łatwo rzuca się bardzo drogimi pozwami sądowymi). Np. w dyskusjach pod artykułami, jeden z twórców norm ISO wiązań pisze o przewagach jednych sposobów wypięć nad innymi, zaczynając tak: „z powodów prawnych nie mogę w tej wypowiedzi użyć nazw niektórych marek”, a następnie całkiem pozytywnie wypowiada się na temat wiązań Dynafita,G3, czy Fritschi.

Dokładna analiza sposobów wypięć, czy wpływu na anatomię człowieka przekracza ramy tego krótkiego artykułu – zainteresowanych odsyłam na WildSnow. Ciekawe dyskusje i artykuły pod nimi:

https://www.wildsnow.com/18803/comparo-toe-jaw-closure-strength-marker-g3-dynafit/

https://www.wildsnow.com/15123/tech-binding-release-testing-acl-broken-leg/

https://www.wildsnow.com/15495/marker-kingpin-toe-pins-possibly-loosen/

https://www.wildsnow.com/22871/ski-world-panics-kingpin-discontinued/

Marker Kingpin vs. Dynafit Radical vs. skrzynki

Na wildsnow jest jednak jeden szczególnie interesujący artykuł, porównujący bardzo fachowo i technicznie wiązania Kingpina i Dynafita – tutaj: https://www.wildsnow.com/18358/dynafit-radical-2-marker-kingpin-comparo/. Konkluzję i interesujące wnioski z tego porównania można streścić w kilku zdaniach, a zainteresowanych głębszą analizą odsyłam do źródła.

Mając wybrów między Dynafit Radical, a Marker Kingpin, musisz zadać sobie pytanie: do czego będę używał tego wiązania. Jeśli w zdecydowanej większości do touringu – Radical jest po pierwsze lżejszy, po drugie bezpieczniejszy od Kingpina (głównie ze względu na obracane przody wiązań). Jego wadą natomiast jest “pływanie” tyłów nart i niedostatecznie dobre prowadzenie i kontrolę nart przy dużych prędkościach (ze względu na konstrukcję tyłów). Jeśli zatem zamierzasz używać wiązania również na trasach, gdzie kontrola nart przy wysokich prędkościach na twardych nawierzchniach jest kluczowa – wybierz Kingpiny ze względu na konstrukcję tylnej części wiązania.

Warto tutaj podkreślić, że autorzy nie dokonali próby porównania tych wiązań z ciężkimi wiązaniami skrzynkowymi (wildsnow – to strona typowo skiturowa, gdzie ludzie liczą często pojedyncze gramy), mimo, że w tym i w innych artykułach określili jednoznacznie niebezpieczeństwa związane z użyciem Kingpina. Ja poszedłbym dalej i porównał trzy parametry przy wyborze wiązania: wagę, bezpieczeństwo oraz kontrolę trakcji przy dużych prędkościach. Parafrazując więc autorów z wildsnow i dodając do równania ciężkie wiązania skrzynkowe, mielibyśmy następującą sytuację:

  1. Jeśli więc zależy Ci przede wszystkim na bezpieczeństwie i wadze (rezygnujesz z trakcji): wybierzesz Dynafit Radical
  2. Jeśli zależy Ci przede wszystkim na bezpieczeństwie i trakcji (rezygnujesz z niskiej wagi): wybierzesz wiązanie skrzynkowe – np. Salomon Guardian.
  3. Jeśli zależy Ci przede wszystkim na wadze i trakcji (rezygnujesz z ***bezpieczeństwa***!!!!): wybierzesz wiązanie Marker Kingpin

A sprzedawcy swoje…

To w zasadzie zupełnie osobny temat, ale jednak warto o nim wspomnieć, dla pełnego obrazu. Będąc w warszawskim Snow-And-Surf na Al. Niepodleglości, i pytając o konkretny model wiązań turowych innej firmy, dostałem odpowiedź od sprzedawcy: „a po co to? bierz Kingpiny – najlżejsze i najlepsze!”. Sprzedawca nie zapytał mnie kompletnie do czego będę ich używał. Nie ważne było, czy będę robił w nich tysiące metrów wertikala każdego dnia, czy może raczej potrzebuję czasem podejść w górę z wyciągu. A może wręcz potrzebuję ich tylko awaryjnie, by podejść średnio raz w sezonie w sytuacji, gdzie drop poniżej okaże się zbyt wysoki dla mnie by zjechać/skoczyć, więc trzeba będzie wyjść kilkadziesiąt metrów w puchu w górę i poszukać innej linii zjazdu? To wszystko nie miało żadnego znaczenia dla sprzedawcy. Nie zająknął się też o generalnych o wadach każdego wiązania pinowego (brak regulacji wypięcia przodu, i tak dalej). A przecież mogę nie zdawać sobie z tego sprawy. Przecież nie wiadomo jak jeżdżę. Jedyne co słyszałem w tym sklepie, to „bierz Kingpiny”.

Snow and Surf nie był jedyny, chociaż najbardziej nachalny. Było jeszcze kilku mniej nachalnych sprzedawców z innych sklepów, od których słyszałem, że „w końcu i tak się przekonam i kupię sobie pinowe wiązania” (a skoro pinowe, to tylko jedne się nadają, szczególnie, że przecież ostatnio jeżdżę na Voelklach).

Nie chcę snuć teorii spiskowych, czemu tak bardzo wielu ludziom zależy na sprzedaży tego konkretnego modelu (a tak to właśnie wygląda z mojej perspektywy), ale: po pierwsze, warto zauważyć jak agresywnie Marker działa (przynajmniej na polskim rynku) i jak duży kawałek tortu zdobył dzięki temu ostatnimi laty… A po drugie, warto pamiętać, jak działają sprzedawcy w innych branżach. Przeczytacie np. tutaj: https://noizz.pl/big-stories/kupujesz-sprzet-rtv-wystrzegaj-sie-sklepowych-konsultantow-sprzedawca-duzej-sieci/l0r90dr

Dyskusja: ciąg dalszy

Pod moim postem na freerajderach wywiązała się przy tym dyskusja. Część ludzi broniła Kingpina, część postulowała brak możliwości wyciągnięcia wniosków z różnych powodów. W dyskusji padały różne kontrargumenty. Myślę, że mogę te kontrargumenty podzielić na następujących pięć grup. Warto się z nimi zapoznać, by mieć pełen obraz sytuacji i samemu wyrobić sobie zdanie w tej sprawie.

Kontrargument#1: Może te Kingpiny były źle ustawione?

Przecież nie mam kluczowych parametrów do ustawienia wiązania jak np. długość skorupy buta albo wzrost – może więc ludzie za bardzo skręcają wiązanie i potem łamią nogi? Cóż… Jeśli słyszę od kogoś „ważę 90kg, jeżdżę 20 lat, jeżdżę szybko/agresywnie, wiązania miałem ustawione na DIN=8”, to przyznacie, że ani skorupa buta, ani wzrost nie mają tu kompletnie ŻADNEGO znaczenia. Przy takich ustawieniach wiązania powinny wypinać się wręcz ZA często, niezależnie od tego jak dużą stopę ma narciarz – i możecie to łatwo sprawdzić w tabelkach ustawień wiązań.

Kontrargument#2: To normalne, że ludzie odnoszą kontuzje na nartach, a o Kingpin mającym taki udział w rynku słychać po prostu najwięcej

Czy na podstawie takich anegdotycznych historii można wyciągać jakieś wnioski? Tak jak pisałem, scena freeride w Polsce jest bardzo mała. Nie słyszałem żadnych (dosłownie: ZERO) podobnych historii od ludzi, którzy parę lat temu używali tylko wiązań pinowych Dynafita, które wtedy były dominujące na rynku. Próbowałem jednak coś zebrać też o Dynaficie. Dowiedzieć się. A usłyszałem szesnaście razy o kraksach na Kingpinach, które powinny się wypiąć, ale się nie wypięły. To skłania do myślenia.

Kontrargument#3: To tylko zbiór szesnastu historii. Nie masz statystyk. Nie da się wyciągać żadnych wniosków na tej podstawie.

Dla jednych 16 historii spośród setek albo nawet tysięcy polskich freeriderów – to bardzo mało. Dla mnie 16 historii poważnych kontuzji do których sam zdołałem dotrzeć, i które łączy JEDEN model wiązania – to CHOLERNIE dużo. Jak jest dla ciebie? 16 to dużo czy mało? Odpowiedz sobie sam.

Kontrargument#4: Mam Kingpina od X lat. Działa idealnie, zawsze się wypinał

Super. Dokładnie tak samo jak większość ludzi, którzy wysłali mi swoje historie. Z małą różnicą. U nich nie było happy endu. Zgadzam się przecież, że generalnie, w przeważającej większości przypadków wiązanie działa poprawnie. Chodzi DOKŁADNIE o przypadki, kiedy jest inaczej – w tym rzecz w całej tej dyskusji i poście.

Kontrargument#5: To byli jacyś Janusze freeride’u. Prawdziwym pro’som to się nie zdarza.

To już totalna bzdura. Pytałem o doświadczenie (albo nie musiałem pytać, bo je znam) przy każdej relacji. Te historie pochodzą w większości od doświadczonych i bardzo doświadczonych freeriderów. Jako przykład pozwolę sobie zacytować Pawła:

Jeżdzę na nartach całe życie, jakieś 25 lat, spędzam w sezonie ostatnio pomiędzy 30 a 150 dni i kupuje nowe wiązania i po tygodniu rozwalam kolano, to szczerze? Nigdy w życiu nie założę narty z tym wiązaniem na nogi […]

Jeśli Paweł nie jest doświadczonym freeriderem, to nie wyobrażam sobie kto nim jest…

Konkluzja

Skrzynki: prawdziwi skiturowcy ich nienawidzą. Są ciężkie, a w dodatku unosząc but, podnosisz pół wiązania. Nie nadają się na długie trawersy, ani dla ludzi, którzy przede wszystkim podchodzą.

Czy coś jest na rzeczy? A może to tylko luźno związane historie, jakie można opisać o dowolnym wiązaniu? Ocena należy do czytelnika. Dla mnie jasne jest, że coś w tym temacie jest, i dlatego zdecydowałem się na tego posta na blogu. Po zebraniu materiału przekraczającego moje oczekiwania i wysłuchaniu wielu naprawdę doświadczonych freeriderów, ja osobiście nie zamierzam kupować tego konkretnego modelu wiązań Markera.