nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


10 Komentarzy

Ski-touring w Norwegii: przygotowania

SolliJuż tylko trzy tygodnie zostało do ukoronowania sezonu w norweskich fiordach. Bilety już kupione: Warszawa-Kopenhaga-Oslo-Molde. A w Molde – górskiej stolicy Norwegii – czekać na nas będzie ponad 100-letni drewniany szkuner Solli i jej kapitan (chyba trochę młodszy?). W norweskich górach Møre og Romsdal helikoptery są zakazane. Ratraków, wyciągów, ubitych tras, tłumu i innych elementów psujących krajobraz i nastrój – też rzecz jasna brak. A zatem czekają nas podejścia na fokach i zjazdy w totalnej dziczy, czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Łódka przez tydzień będzie naszym mieszkaniem i jednocześnie pływającą bazą wypadową z której rozpoczynać będziemy podejścia. Nie szykujemy się na specjalne wygody: pod pokładem śpi się na kilku drewnianych kojach – to samo pomieszczenie pełni też rolę messy. Netu pewnie nie będzie. Jeść będziemy to co złowimy i sobie ugotujemy. Do dzikiego brzegu w większości miejsc zapewne nie da się przybijać samym statkiem, więc trzeba zabrać ponton i co rano na raty przewozić nim cały sprzęt na brzeg. Mimo wszystko zapowiada się fajna zabawa.

Planujemy dzienne przewyższenia po około 1000 metrów verticala. Trzymamy kciuki za pogodę i ostro przygotowujemy się kondycyjnie do wyprawy. Wylot: 20 kwietnia. Więcej info na bieżąco na blogu…


6 Komentarzy

Krippenstein: czysty ski-touring

Nasz cel tym razem to schronisko Wiesberghaus w samym centrum masywu Dachstein, powrót planujemy tego samego dnia. Wszystko zaczyna się bardzo pozytywnie. Od samego rana wydaje się, że nie musimy się spieszyć. Po luźnym i długim śniadaniu zbieramy się do kolejki i wyjeżdżamy na Hoher Krippenstein. Kawałek nartostradą i na wysokości około 1700m schodzimy z trasy, przypinamy foki i rozpoczynamy marsz. Teren zróżnicowany: trochę płaskiego, trochę podejść (ale nie bardzo ostrych – tylko takich gdzie raczej nie musisz robić zygzaków), trochę zjazdów, które bez odpinania fok zawsze nieporadnie wychodzą. Świeci słonko a w uszach słuchawki. Dopisują humory.

Po połowie drogi zaczyna psuć się pogoda. Marsz zajmuje nam trochę więcej niż się spodziewaliśmy: nie ma wytyczonych szlaków, czasem tylko spotykamy drogowskaz albo tyczke. Do tego od połowy drogi nie ma żadnych śladów – nikt tędy nie szedł od ostatniego opadu śniegu – czyli to my „wytyczamy” trasę, to po naszych śladach będą chodzić inni. W związku z tym musimy często wyciągać mapę, wspomagać się GPS’em, sprawdzać kierunek na kompasie, upewniać się, że nie błądzimy – wszystko sporo zajmuje. Oprócz tego jest duże zachmurzenie, więc przy braku żadnych śladów na śniegu – światło jest bardzo płaskie – często nie widać stromizny stoków, zdarza się nam w ostatniej chwili korygować kierunek podejścia czy zjazdu. To wszystko wydłuża nam marsz. W 3/4 drogi w myślach mamy zupę gulaszową którą zjemy w schronisku – chce nam się jej bardzo. Mamy nadzieję lekko podsuszyć rzeczy, napić się herbaty, odpocząć trochę. Dochodzimy do przełęczy z której widać już schronisko. Jednocześnie zaczyna sypać śnieg i widzimy bardzo niskie chmury sunące w naszą stronę. Oceniamy, że do schroniska mamy 30-40 minut. Na zegarku dochodzi trzecia. Czy damy radę wrócić przed zmierzchem? Mało czasu. Mam w plecaku latarkę czołową, ale wolałbym jej nie używać. Po krótkiej naradzie decyzja: wracamy. Zamiast gulaszowej wciągamy obrzydliwe żele energetyczne i wio z powrotem. Mapa poniżej pokazuje mniej-więcej naszą trasę.

Zrzut ekranu 2013-03-29 o 08.35.57

Założyliśmy foki i zeszliśmy z trasy w punkcie po prawej stronie z napisem „start”. Potem żółte punkty pośrednie do nawigacji. Schronisko to niebieski znacznik „target” po lewej. Niebieska strzałka to miejsce w którym zawróciliśmy. Jak widać: zaledwie 600 metrów w linii prostej od celu.

Rada dla wybierających się do Wiesberghaus: zacznijcie wcześniej niż my. A analiza na chłodno: zakładając, że w schronisku nie udałoby się (i nie chcielibyśmy) zanocować, że z powrotem byłaby mgła lub chmury i pamiętając, że nie mieliśmy namiotu, śpiworów, a plecaki mieliśmy przygotowane „na jeden dzień” – myślę, że była dobra decyzja. Tylko te żele ohydne.


Dodaj komentarz

Krippenstein: ski-touring i freeride

Dialog:

-Jadę w Alpy

-Dokąd?

-Krippenstein

-(znak zapytania w oczach, nic mi to nie mówi)

Tak: wśród narciarzy jeżdżących po trasach, Krippenstein znaczy niewiele: wielka gondola na górę, spora różnica wzniesień, ale praktycznie tylko jedna główna dziesięciokilometrowa trasa plus kilka krótkich dochodzących. Brak snowparków dla nastolatków. Jak na Alpy nic szczególnego. Wiele jest miejsc z dłuższymi trasami i lepszym Après-ski.

Dla narciarstwa pozatrasowego to jednak mekka. Nieprzebrane tereny bez wyciągów, ratraków i ubitych tras. Do tego specyficzne położenie geograficzne powodujące, że spada tu znacznie więcej puchu niż gdzie indziej w Alpach. Nie na darmo rok w rok Krippenstein otrzymuje wyróżnienia od organizacji zrzeszających freeriderów. Skład gondoli do której wchodzi kilkadziesiąt osób wygląda inaczej niż we Włoszech czy innych austriackich wioskach: bardzo niewiele osób trzyma niewinne slalomki czy gigantki. Jest też niezbyt wiele snowboardów. Większość ludzi wyposażona jest w długie i szerokie pozatrasowe „łopaty”, bardzo często z wiązaniami freeturowymi. Pod rozpiętymi kurtkami widać nadajniki lawinowe, wiele osób nosi spore plecaki a z nich wystają trzonki łopatek czy sondy.

Jesteśmy tutaj z Rafałem już drugi raz w sezonie 2012/2013. Tym razem sami we dwóch. W planach były głównie skitury, ale 20cm świeżego puchu w nocy nie pozwala nam skupić się na czystym podchodzeniu. Po pierwszym zdobytym szczycie – puszczamy się w dół w kopny śnieg: nieczęsto w Alpach ma się tyle szczęścia i takie warunki. Dziś w nocy, kiedy to piszę – jest już czyste niebo, pewnie nie popada – więc pewnie jutro będą już typowe tury: trasa już ustalona, mapa przeanalizowana, waypointy naniesione na GPS. Jest niestety lawinowa trójka, więc trzeba mocno uważać.

A film poniżej z dzisiaj, świeżo zmontowany:


2 Komentarze

Mazury: kite-skiing (cont’d)

A więc byłem i trochę pośmigałem. Najpierw słowo o warunkach na mrągowskim jeziorze Czos w ostatnią sobotę: temperatura -5 stopni, piękne słońce, gruby lód przykryty ponad 30cm warstwą przewianego śniegu, wiatr zmienny, północny – z reguły poniżej 10 węzłów ale w porywach aż do 30.

Jak widać na filmie poniżej – były momenty, kiedy kite leżał na ziemi niewzruszony, a były i takie, gdy można było się całkiem szybko poślizgać. Mimo tak zmiennych warunków, miałem sporo radości przebywania na powietrzu przy takiej pięknej pogodzie i weekend uważam za bardzo udany. Jeszcze raz podziękowania dla KiteJunkies za latawiec: okazało się przy tym, że czasem jeszcze nie czuję się zbyt pewnie – szczególnie przy ostrych szkwałach, a pomocy instruktora momentami naprawdę mi brakowało. No ale dałem radę.

Moje plany na lato ilustruje fotografia poniżej. A Wam kto będzie podpinał linki do latawca?

fot: KiteJunkies

 


Dodaj komentarz

Następny weekend na Mazurach

Nigdy nie myślałem, że jeżdżąc na nartach będę mierzył cokolwiek w węzłach. Ale „życie bywa przewrotne” – to w końcu moja ulubiona maksyma (a może raczej frazes). W każdym razie, teraz niczym prawdziwy wilk morski dwa razy dziennie wchodzę na Wind-Guru i na prognozę numeryczną ICM. A prognoza na sobotę w Mrągowie wydaje się być niezła: wiatr koło 10 węzłów to dobra siła dla osoby początkującej – jak ja, a jednocześnie wystarczająco dużo żeby uciągnąć mnie z jakąś sensowną prędkością. Trochę budzą obawy te porywy o sile 20-25 węzłów – ale powinno być okay. Grubość lodu – ponoć niemal pół metra – wystarczająca, żeby jeździć po nim czołgiem. Wiatr północny. Mrągowskie jezioro Czos powinno być idealne. Dla kite-surferów to będzie pewnie oczywiste, ale dla kajtowych świeżynek-narciarzy jak ja – wrzucam interesujące linki:

Numeryczna prognoza ICM

Wind-Guru

Moje początki kite-skiera na lotnisku w podkrakowskim Pobiedniku

Żeby tylko wiatr nie zdechł do soboty.


2 Komentarze

Poza trasą: to jak jest z tą mapą?

Mamy na rynku super urządzenia: ipady, iphone’y, androidy. Urządzenia z wyświetlaczami wysokiej rozdzielczości i wyposażone w GPS i kompas – wydawałoby się, że powinny z powodzeniem być w stanie zastąpić papierowe mapy a nawet je przebić przy uprawianiu freeride czy turów. Dzięki GPS i kompasowi – lokalizacja na mapie byłaby przecież dużo łatwiejsza, szybsza i nie wymagała umiejętności zorientowania mapy. Wyświetlacz wysokiej rozdzielczości pozwala na wyświetlanie mapy z taką ilością szczegółów jak papier. Obudowy wodoodporne na te urządzenia pozwalają na obsługę ich w warunkach padającego śniegu, deszczu, również gdy urządzenie wypadnie w śnieg – nie powinno mu się nic stać.

Czy zatem można olać papierową mapę przy eskapadach poza trasę? Czy samemu używam tych urządzeń?

Hmmm. Moim zdaniem – jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Z kilku powodów:

Pierwszy to: MAPY. Mamy możliwość korzystania z dwóch rodzajów map: topograficzne wektorowe ze źródeł takich jak np. OpenCycleMap – dobrą aplikacją jest tutaj MotionX GPS – pozwala ściągać taką mapę offline. Można też swoją papierową mapę wskanować i skalibrować w aplikację typu Bit Map (odpowiednik Ozi Explorera).

Niestety oba rozwiązania są słabe: wektorówka topo nie ma wystarczającej ilości szczegółów, jest mało dokładna, w skrajnych przypadkach może zabraknąć na mapie jakiegoś małego urwiska, skał czy jaskini. Zaś wskanowana mapa przy powiększeniu 1:1 pokrywa zbyt mały obszar, a przy oddaleniu jest mało czytelna. Jeśli jesteśmy naprawdę daleko od utrzymanych tras (i nie mówię o miejscach takich jak Tatry, gdzie w zasadzie osoba która zna je dobrze może zostawić mapę w ogóle w domu), i korzystamy z mapy 1:25000, potrzeba nam całkiem sporego obszaru, aby zaplanować dobrze a potem zweryfikować trasę podejścia czy zjazdu.

Drugi problem: liczy się ROZMIAR (jak zawsze). Ekran telefonu jest zbyt mały, żeby pokazać w sensownej skali wystarczająco duży obszar mapy – nawet gdy jest to Samsung Galaxy. A przy rozmiarach typu iPad Mini, Samsung Note czy większych – jest niewiele lepiej z wielkością dostępnego obszaru na mapie, a zaczyna już być problem ze schowaniem urządzenia do kieszeni. Chowanie go do plecaka przy każdym zajrzeniu w mapę również jest dyskwalifikujące. Papierowa mapa bez problemu chowa się do kieszeni i w kilka sekund rozkładamy ją do pożądanego rozmiaru, bez odpinania pasów biodrowego i barkowego, zdejmowania plecaka, otwierania go i włączania urządzenia i aplikacji.

Trzeci problem: BATERIA. Bez problemu zniesie kilka godzin używania GPS, ale raczej nie więcej. Przy jeździe przez cały dzień – pod koniec może być znaczący problem z baterią, szczególnie jeśli używamy urządzenia również do robienia fotek, filmów, rejestracji trasy/szybkości, czy rozmów telefonicznych.

A co musi się stać, żeby zacząć używać urządzeń mobilnych i zostawiać mapę w domu? Moim zdaniem przede wszystkim muszą powstać dobre wektorowe mapy ze szczegółami odpowiadającymi rastrowym mapom 1:25000. Zakładam, że takie mapy nie będą za darmo, ale ludzie wybierający się w teren na tury czy freeride zapłacą za dobre i dokładne mapy topograficzne.

Czy zatem zostawiam swojego iPhone’a w plecaku? Nie. Traktuję go jako uzupełnienie. Jak już mówiłem, aplikacja MotionX rejestruje trasę, prędkości – i robi to nieźle. iPhone zapakowany w pancerną obudowę Otterbox jest odporny na śnieg czy deszcz. Ale póki co – to jednak jest tylko gadżet i nie widzę opcji, aby mógł zastąpić w pełni starą, dobrą papierową mapę.

screenshot: Bit Map (kompatybilny z mapami z Ozi Explorera) – zeskanowane mapy rastrowe:

screenshot: MotionX GPS – wektorówki: