nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Heliskiing Alphubel – Tasch

Wybaczcie, że wpisy są tak rzadko: większość wieczorów poświęcam na doktorat, inne nieliczne – na narty, no i na bloga zostaje już niewiele czasu. Sezon wciąż przed nami długi… a jego ukoronowaniem będą dla mnie w kwietniu ski-tury w norweskich fiordach – wtedy będę się rozpisywał – obiecuję! Do tego czasu kilka wypadów na weekendy do Austrii, Słowacji i Zakopca, i pewnie kilka wieczorów w Kasinie – w końcu mieszkam w Krakowie.wink

Dziś chciałem opisać mój drugi Heliskiing w życiu: w Szwajcarii. Jazda w identycznym składzie co opisywana dwa tygodnie temu Monte Rosa – czyli drużyna sponsorowana przez Subaru. Chociaż wysokość na którą wynosi nas helikopter jest tym razem kilkaset metrów niższa niż opisywany wtedy Duforspitze: bo płaściusieńki i idealny do lądowania Alphubel to „tylko” około 4200 mnpm – to deniwelacja/vertical całego zjazdu jest podobny co w przypadku Monte Rosy: bo nie zjeżdżamy w tym przypadku do Zermatt, a do położonej kilkaset metrów niżej wioski o nazwie Tasch w tej samej dolinie.

Jazda podobna do Monte Rosy z kilkoma zasadniczymi różnicami. Pamiętam, że lądowanie na Alphublu obyło się bez żadnych symptomów choroby wysokościowej: może dlatego że 200 metrów niżej, a może dlatego, że byłem kolejne kilka dni w górach i zadziałała aklimatyzacja.

Przed przyziemieniem

Przed przyziemieniem

Sam początek jazdy to szreń łamliwa – czyli pojawiająca się na puchu średnio-gruba warstwa zmrożonego śniegu i lodu. Warstwa na tyle wytrzymała, że nie łamie się podczas jazdy na wprost bez krawędziowania, i jednocześnie na tyle słaba, że podczas skrętów pęka, zapadasz się do środka pod nią i musisz wyszarpywać narty „w górę” niemal przy każdym skręcie… Dla mnie szreń łamliwa – to warunki wykańczające, jazda przestaje być przyjemnością a zaczyna być walką. Taki właśnie był sam początek zjazdu… Walka. Na szczęście po kilkuset metrach wjechaliśmy na inną wystawę – gdzie słońce w ostatnich dniach nie operowało tak mocno i podczas dnia śnieg nie topniał by zamarznąć w nocy – i stworzyć opisywany efekt.

Wysoko w górach...

Wysoko w górach…

Drugi kawałek to już bardziej klasyczne „big mountain” – fajne duże prędkości i dużo endorfin – podobnie jak kilka dni wcześniej na opisywanej na blogu Monte Rosie. Kolejny istotny epizod to ściana. To chyba najbardziej pionowy element po którym zjeżdżałem ever… Ile to mogło być stopni? 70? 75? Ciężko powiedzieć. Oceńcie sami. I w sumie ciężko nazwać to jazdą, bo wygląda to bardziej jak semi-kontrolowany upadek… Było trochę adrenaliny, chociaż ściana miała znacznie krótszą długość (a w zasadzie wysokość) w porównaniu do opisywanej na Monte Rosie rynienki: kilka skrętów i po strachu.

Ściana

Ściana

Dalej – jazda między skałami: często mieliśmy kawałki takie jak na fotce poniżej – nie pytajcie mnie którędy przejechałem dokładnie, bo dużo czasu upłynęło. Ale jakoś trzeba było się przecisnąć. Takie fragmenty, szczególnie jeśli pod spodem jest coś niezbyt bezpiecznego, wymagają wiązań skręconych na przynajmniej dwa stopnie w skali DIN więcej niż zwykle. Trzeba niestety iść na kompromis: na szali z jednej strony są Wasze więzadła krzyżowe i ścięgna Achillesa jeśli narta się nie wypnie kiedy powinna, a z drugiej strony: Wasz kręgosłup jeśli narta wypnie się gdy nie powinna: (np. gdy uderzycie w kamień albo skałę, ale normalnie ustalibyście to uderzenie), a Wy przez wypiętą nartę polecicie w skały… Kompromisy są trudnewinkAle wszystko kończy się okay.

Kamyki

Kamyki

Końcówka to potwornie męczący bieg po płaskim. Ile to było kilometrów. 5? 7? Ciężko powiedzieć – w każdym razie na tyle sporo, żeby wypocić hektolitry. Jest to też kolejny przykład świadczący o tym, że freerajd jest dla deskarzy tylko na filmach Redbulla. Nie mam nic do desek, ale Travis Rice bez otaczającej go świty i ze dwóch śmigłowców – nie dałby rady w takiej topografii – możecie mi wierzyć:

Dolina

Dolina

Ostatnie kilkadziesiąt metrów gdzie zabrakło śniegu – przeszliśmy na butach po trawie do drogi w dolinie, a do Zermatt wracaliśmy busikiem-taksówką.

Mapa topograficzna okolic zjazdu z Alphubla do Tasch jest do ściągnięcia tutaj. Niemal trzy kilometry deniwelacji – i cały dzień spędzony na zjeździe – wspaniałe wspomnienia…

Do następnego wpisu!


2 Komentarze

Heliskiing w Zermatt: zjazd z Monte Rosa / Dufourspitze

Zjazd z Monte Rosy w 2006 roku, to moje pierwsze heli w życiu: lecimy z przewodnikiem i moim mentorem – wspominałem już o nim tutaj przy okazji notki o szkoleniach lawinowych. Jak widać poniżej wszyscy jesteśmy ubrani w bluzy Subaru. Nasz przewodnik załatwił nam na ten wyjazd sponsora – dzięki temu heli jest sporo tańsze. Dziś jesteśmy zatem „Subaru Freeride Team”.

Helikopter przed dolotem do celu rzęzi już mocno i widać, że wiele wyżej ten model już polecieć nie da rady. Wysokość niemal Mont Blanc: coś koło 4500 metrów nad poziomem morza – i jednocześnie najwyższe miejsce w którym kiedykolwiek byłem.

96e499086a

Po przyziemieniu, nieopodal szczytu Duforspitze dostaję lekkiego zamroczenia: jest jakbym oglądał film albo zapalił jointa: wszystko jest tak daleko, lekko kręci mi się w głowie, nie ma nawet adrenaliny, której się spodziewałem. Zamroczenie spowodowane jest nagłym spadkiem ciśnienia i ilości tlenu w powietrzu i jest dość niebezpieczne: mózg nie pracuje jak powinien, i w takich sytuacjach często ludzie popełniają szkolne błędy, zapominają o podstawowych rzeczach, ściągają na siebie lawiny albo wchodzą głową w uruchomiony tylny rotor stojącego helikoptera. Trzeba się skupić.

Nasza trasa dziś jest bardzo zróżnicowana: na początek klasyczny big mountain. Dzikie, bardzo wysokie góry. Przyjemne i nie zbyt-wariackie stromizny. Ten kawałek to po prostu rozkosz jazdą, na dużej prędkości. Po zjeździe kilkaset metrów w dół, wszystkie dziwne objawy i pierwsze symptomy choroby wysokościowej znikają jak ręką odjął. Jest dużo-dużo endorfiny i przyjemności. Śnieg – jak to na wiosnę – raczej twardy, zmrożony, na wierzchu dość cienka warstwa świeżego opadu. Warunki przyjemne.

Potem mocny akcent i adrenalina: koszmarnie stroma rynna z lawiniskiem. Po dojechaniu na krawędź i spojrzeniu w dół w kolanach i brzuchu dostaję mrówek. Nasz guide jest skoncentrowany i poważny. Milkną żarty, kombinujemy którędy i jak to przejechać – odwrotu już nie ma. Lawina już tam zeszła więc teoretycznie prawdopodobieństwo, że zejdzie druga jest odrobinę niższe, ale z drugiej strony wszystkie szkolenia i podręczniki mówią, że dużo wypadków zdarza się właśnie w takich miejscach: tam gdzie teoretycznie wydaje się, że jest trochę bezpieczniej. Guide wydaje nam krótkie komendy, wyznacza bezpieczny odstęp, punkt spotkania i strefy „no-stop” oraz „pod-żadnym-pozorem-no-stop”. Nachylenie to jakieś 60-65 stopni i wywrotka na czymś takim oznacza w zasadzie koziołki kilkaset metrów na sam dół. Dopinamy kaski, wyjmujemy ręce z pasków w kijkach, odpinamy pasy biodrowe plecaków (wtedy nikt nie miał jeszcze ABS’ów), jeszcze raz upewniamy się, że mrugają diody nadajników lawinowych. I jazda.

9664c6b128

Udaje mi się przejechać przez żleb, i po dojechaniu do punktu spotkania przepełnia mnie mieszanka dumy, spełnienia, satysfakcji. Chwilę po złapaniu oddechu robię się zmęczony i senny. Znam to uczucie: to właśnie zeszła adrenalina. Zawsze tak było: czy to po szarpankach w jakimś klubie, czy po idiotycznym przejeździe przez miasto w wieku lat siedemnastu. Teraz jeżdżę autem spokojnie i nie szarpię się z chłopakami, ale po przejeździe taką rynną jest dokładnie tak samo. Najchętniej położyłbym się na chwilę, gdyby było gdzie. Anyway. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej.

Od rynny – już niedługi kawałek-trawers do szwajcarskiego schroniska Monte Rosahutte (2795). Po krótkim odpoczynku i wciągnięciu jakiejś czekolady w schronisku zjeżdżamy dalej. Najpierw jeszcze w miarę prosty i przepiękny kawałek „widokowy” wzdłuż niesamowicie wyglądających seraków. To jedno z piękniejszych zdjęć z tego zjazdu jakie mam.

965464d8d0

Końcówka, to najpierw zupełnie płaski kawałek po lodowcu – kilka kilometrów na szerokich nartach zjazdowych – na których wylewam hektolitry potu: jest maj, zarówno kurtka jak i polar już dawno przyczepione przy plecaku. To właśnie po przejechaniu takich kawałków twierdzę, że na desce snowboardowej nie ma prawdziwego freerajdu. Rzeczywistość alpejska to nie jest film z Travisem Rice: nie ma dwóch śmigłowców, które zabiorą nas na kolejną górkę, nie ma kamer ani ekipy filmowej. Musimy zjechać sami do doliny, jesteśmy zdani na siebie. W praktyce często zdarzają się takie właśnie płaskie kilkukilometrowe kawałki z głębokim śniegiem, gdzie jedziesz łyżwą i odpychasz się kijami. Narciarz zjazdowy jest skatowany. A deskarz? Mógłby tu chyba tylko usiąść i zacząć płakać.

9679c31b15

Jadąc po lodowcu – trzeba bardzo uważać na szczeliny. Jest późna wiosna – większość jest jeszcze zamknięta, ale wiele z nich przykryta jest już dość cienką warstwą śniegu, tworząc „mosty” po których można przejechać. Jeśli wjedziemy na taki pechowy środeczek, a co gorsza jeśli akurat wtedy dociśniemy krawędzie – można zwyczajnie przebić się i wpaść do środka. Mamy co prawda na sobie uprzęże alpinistyczne, a w plecakach liny, ale jedziemy pojedynczo i bez asekuracji. Szczeliny bywają głębokie – nawet na kilkanaście metrów, w dodatku w środku są zwyczajnie wylodzone, więc wyobrażacie sobie, że upadek z tej wysokości na lód zwykle nie kończy się przyjemnie i samo wyciągnięcie pechowca na powierzchnię to nie jest jedynym problem. Tym razem jednak przejeżdżamy szczęśliwie, choć do jednej szczeliny niemal po drodze wpadam…

Na samym końcu dojeżdżamy do dolnej części przygotowanych tras narciarskich dobiegających do Zermatt.

Mapa Topo 1:25k do ściągnięcia tutaj. Jeśli ktoś jest zainteresowany dokładną trasą naszego przejazdu – napiszcie komentarz – chętnie wyjaśnię.


Dodaj komentarz

Laponia: Heliskiing u św. Mikołaja

Święta za pasem, myślę więc, że dobrym tematem na notkę, będzie heliskiing daleko za kołem arktycznym, w domu Świętego Mikołaja: w Laponii.

Laponia to kolejne kultowe dla freerajdu miejsce na mapie, które musiałem zaliczyć. Poleciałem tam kompletnie sam. Trasa: najpierw LOTem do Sztokholmu, a potem na daleką północ trasą Sztokholm-Kiruna: linie lotnicze które mają ze dwa samoloty i których nazwy sobie nie przypomnę. Kabina pilotów nie jest oddzielona niczym od przedziału pasażerskiego, a serwis pokładowy ogranicza się do wiklinowego koszyka z kanapkami leżącym na siedzeniu za pilotami z którego każdy z sześciu pasażerów bierze sobie co uważa. „Terminal“ w Kirunie to też ciekawe słowo: to po prostu drewniana buda o rozmiarach 20×20 metrów, i możemy być naprawdę dumni z naszego krajowego terminala na lotnisku w Krakowie. (smiley)

Na lotnisku biorę zarezerwowane wcześniej auto z napędem na cztery koła. Z przodu gigantyczna armada halogenów, wymagająca do zasilania pokładowego reaktora atomowego. Czeka chyba na noc polarną. Wrzucam do auta walizkę, deski. Teraz jakieś trzysta kilometrów jeszcze dalej na północ wzdłuż jedynej drogi w okolicy łączącej Kirunę i port w Narvik. Jadąc drogą, najpierw stopniowo znika zasięg komórki, a potem po kolei wszystkie stacje FM z radia: wyszukiwanie kręci się w kółko, by po trzech cyklach pokazać dość rzadko spotykany na europejskich radiach napis „not found“. I tak miało być już cały czas. Bez radia, bez komórek – i wydawało mi się, że tę elektromagnetyczną pustkę niemal czuję w czystym arktycznym powietrzu…

Sama wizyta w Laponii daje masę frajdy nawet bez jazdy na nartach. Poczucie lokalnych klimatów, odludzia, czystej natury i wspaniałego jedzenia – pozostawia w pamięci ślad do końca życia. Wiele rzeczy, zupełnie dziwnych dla przybysza z zewnątrz, ludzie tutaj traktują w sposób oczywisty: rozmawiam z pilotem helikoptera, zwykły chit-chat o pogodzie. Pyta mnie gdzie się zatrzymałem… Mówię, że daleko… 60km na południe niedaleko rezerwatu Abisko… Pyta: u Dicka i Miny? Ze zdumieniem potwierdzam. –Pozdrów ich jak zobaczysz… No tak. Jestem w Laponii. Tutaj kogoś kto mieszka 60km dalej nazywa się sąsiadem i dobrym znajomym. Trochę inna skala.

Kiedy jadąc jedyną drogą mijasz samochód (a nie zdarza się to często), i w dodatku widzisz, że auto z przeciwka ma na dachu narty – to mrugacie sobie światłami i zatrzymujecie się po obu stronach drogi. Widzisz ludzi pierwszy raz w życiu, ale traktujesz ich, a oni ciebie – jak starych przyjaciół… –Gdzie jeździcie? –Jakie były warunki? –O – a tu moje fotki z wczoraj! –A może coś razem? To niesamowite jak przyjacielsko można potraktować nieznanego sobie człowieka, z którym łączy cię wspólne ześwirowanie w jednym temacie.

Siedemdziesiąty stopień szerokości północnej robi wrażenie – arktyczna Laponia jest najdalej wysuniętym miejscem na północ w jakim byłem. Kolejna związana z tym niespodzianka jaka mnie spotkała – to słońce. Kojarzycie film „Bezsenność” z Alem Pacino? Pamiętam pierwszą noc, kiedy zmęczony dojechałem do pensjonatu Dick’a i Miny, walnąłem się do łóżka i po jakimś czasie obudziło mnie słońce wpadające mi na twarz, dające ostre cienie w pokoju, zrywam się z myślą: „Cholera! Byłem umówiony z przewodnikiem! Śniadanie! Zaspałem! Shiiiiit!“. Biegam po pokoju. Szukam zegarka. Czemu nie dzwonił budzik? No tak. Wszystko jasne. Jest 2:30 w nocy. Dzień polarny.  W kolejne noce zasłaniałem już szczelnie okna. Przez moje kilkanaście dni na miejscu – słońce nie zaszło ani razu.

Góry i jazda…

Góry są na pewno niższe niż Alpy. Leżący na szwedzko-norweskiej granicy masyw Kebnekaise ma szczyty liczące niewiele ponad dwa tysiące metrów. Jednorazowy vertical do zjazdu to z reguły koło tysiąca metrów lub trochę mniej. Heliporty są w okolicy dwa lub trzy. Jeździsz z przewodnikiem i podkreślam, że nie udało mi się wybrać innej opcji (jak np. na Alasce) – inna sprawa, że nie miałem tu dobrej mapy, a bez tego ciężko byłoby jeździć bezpiecznie. Dobrze i tanio jest podłączyć się do jakiejś grupy (idealnie na czwartego): standardowo tutejsze Eurocoptery biorą na pokład przewodnika, pilota i czterech pasażerów.

Narty z przewodnikiem – choć cokolwiek mniej pionierskie – dają też przyjemność i możliwość skupienia się na samej jeździe. Odchodzi również dużo stresów: nie martwisz się o łączność z pilotem, warunki lawinowe, dobór trasy. Dobry guide zapewni też trasę po bardziej optymalnych warunkach śniegowych i w zależności od słońca, temperatury, wiatru i pory dnia polecicie tam gdzie jest naprawdę fajnie.

Trudność górek – w zależności od stopnia zaawansowania ekipy – da się wybierać bez problemu począwszy od płaskiej nudy, przez ciekawe nachylenia, a kończąc na zboczach z których bałbym się zjechać. Przewodnik przed wejściem do heli zrobi z Wami krótki wywiad, zorientuje się jak jeździcie, i pewnie pierwsza górka będzie trochę bardziej zachowawcza, ale już na kolejnych – o ile poziom członków ekipy jest zbliżony – czeka Was dobra zabawa. Jeden z spośród przewodników, z którymi jeździłem miał ciekawą zasadę. Otóż twierdził, że ludzie wspominają narty najfajniej, kiedy on ich wypchnie tak troszkę z ich „strefy komfortu” i kiedy przestaną czuć się zbyt pewnie. Może coś w tym jest: kilka razy rzeczywiście nie czułem się pewnie (smiley). Potem za to była fajna satysfakcja ze zjazdu i rzeczywiście miłe wspomnienia.

Laponia

lądowanie na Vassechoka, Heli o północy, zjazd z Vassentija, GPS @68deg north

Podsumowując: Heliski w Laponii, to dobra opcja z całkiem tanim dolotem na miejsce. Klasowa dzikość, zero ludzi, a wciąż jednak przecież to Unia Europejska  i Schengen. Jeśli próbujemy oszczędzać na helikopterze – to oprócz nart jest opcja wypadu do Narviku, można próbować robić fajne skitury (trzeba mieć mapę!), albo pójść do kompletnie pustego o tej porze roku parku narodowego Abisko.

Bardzo polecam Laponię wszystkim freerajderom.


5 Komentarzy

Wspomnienia z Alaski: Ale Jazda!

Jazda… No cóż ja będę pisał…  Oszczędzę Wam może marketingu i bzdur: możecie go przeczytać w lajfstajlowych magazynach z napakowanymi panami na okładkach. Tam są takie fajne artykuły… „Znalazłem się w białej komnacie z puchu”… czy jakoś tak… Czytałem, jak nabyłem egzemplarz, bo zaciekawił mnie tytuł na okładce. Cóż. Moim zdaniem nie było żadnej cholernej białej komnaty i nie wiem co miał na myśli autor. Ponieważ jednak rozśmieszył mnie strasznie ten patetyczny opis – sam nie zamierzam silić się na podobny. Ale zaczynam już dryfować… Ad meritum.

Po prostu zerknijcie na filmy – wrzuciłem dwa, które lubię najbardziej. W tak ekstremalnej dziczy – jeździłem jeszcze tylko w Laponii. Warunki na Alasce możecie dobrać do umiejętności: może być płasko, może być stromo i przyjemnie, może być też idiotycznie stromo: każdy ma swoje preferencje i progi komfortu.

Kiedy poniższy filmik „60deg” złożyłem jeszcze na Alasce – pokazałem go dwóm chłopakom z Bostonu. Mocno się podekscytowali i uparli, że muszą lecieć w to miejsce. Namówili pilota – polecieli bez przewodnika. Jeden z nich miał pecha i przewrócił się w połowie stoku. Ponoć koziołkował drugą połowę aż spadł na sam dół. Niestety wiązania miał ustawione na dość twardo i zanim narty się wypięły – poukręcały mu więzadła krzyżowe w obu kolanach. Nie spotkałem ich po wypadku, bo akurat czekałem na podwózkę w innym heliporcie, ale od barmana z pubu obok którego mieszkaliśmy wiem, że polecieli prosto na operację. Chłopak nie mógł się utrzymać na nogach (nogi w kolanach zginały mu się ponoć w lewo i prawo). Pocieszeniem jest to, że rekonstrukcja więzadeł ACL to dziś ponoć standardowa procedura – a chłopak poza tym, że poobijany – nic w sumie nie złamał… Opisywany wypadek miał miejsce na stoku z drugiej części filmu…

 

Drugi filmik – „Freeride” – to dużo mniej adrenaliny, ale za to dużo więcej endorfiny. To dla mnie właśnie esencja poza-trasowej jazdy na nartach i chyba dobrze pokazuje powód dla którego tak mnie to wciągnęło. Łagodny, w miarę prosty stok i czerpanie radości z jazdy. Taka właśnie może być Alaska: nie musisz być super-ekspertem, żeby cieszyć się pustką, wolnością i prędkością.


Dodaj komentarz

Wspomnienia z Alaski: wysokie loty

Alaska jest miejscem z największym odsetkiem pilotów na całym świecie: jeden pilot przypada tu na 78 osób. Słabo rozwinięta sieć dróg czy kolei sprawia, że drobny transport lotniczy jest całkiem popularny i w miarę przystępny cenowo. Ten właśnie unikalny miks: dziczy, gór, dużej szerokości geograficznej, i wielkiego opadu śniegu, połączonych z nie aż tak drogimi cenami przelotów – powoduje, że Alaska jest fantastycznym celem na Heli-skiing.

 

 

 

 

Spotkani przeze mnie przewodnicy i piloci mieli swoje własne nazwy na niektóre szczyty i trasy (np. „Candy”, „Coconut” etc.) – nie liczcie jednak, że znajdziecie te nazwy na jakichkolwiek mapach. Szczyty na Alasce poza kilkunastoma wyjątkami nie mają swoich oficjalnych nazw w związku z czym nie potrafię Wam przekazać z jakich górek zjeżdżałem, poza tym, że pamiętam ich wysokość albo zapisałem dane GPS. Wybór trasy i szczytu odbywa się albo przez przewodnika (jeśli Was na niego stać), albo po konsultacji z pilotem helikoptera na podstawie orientacyjnej trudności, opadu, wiatru, warunków lawinowych, itd. Jednorazowe przewyższenie do zjechania – to z reguły około 1000-1200m „verticala”.

 

Jeśli macie kasę – można kupić sobie wypasiony pakiet z przewodnikiem – wtedy helikopter jest do Waszej dyspozycji na określoną ilość godzin i możecie takich tysiączków verticala zrobić wtedy nawet sześć dziennie. Ta opcja jest dobra nie tylko ze względu na Wasze bezpieczeństwo. Dobry tandem: guide i pilot to pożądane połączenie: przedyskutują warunki meteo: wiatr, opady i słońce danego dnia, i przewodnik wybierze górki z idealnymi warunkami dobrymi dla danej pory dnia: śnieg będzie albo puchowy albo przynajmniej niezmrożony i na pewno nie łamiący się (mnie szreń łamliwa dobija i powoduje, że jazda przestaje być przyjemnością a zaczyna być walką).

Jeśli jednak tak jak ja – oszczędzacie – sposobów jest na latanie jest kilka: albo znalezienie i podłączenie się do jakiejś grupy narciarzy, pod warunkiem, że jest jeszcze miejsce w kabinie (udało mi się kilka razy), albo dostosowanie się do pilota który czasem ma jakieś „sprawy” do załatwienia (powietrzne taxi dla biznesmenów przylatujących w sprawach rurociągu trans-alaskańskiego, albo jakaś przesyłka, etc.), nie wie do końca o której będzie wolny, nie wie kiedy będzie tankował. Wtedy czekamy (czasem po kilka godzin), aż los okaże się łaskawy, a my dostaniemy podwózkę na jakiś dwutysięcznik w sensownej cenie. Kilka razy udało mi się polecieć na 1000 metrów verticala nawet za 50$.

 

Ciekawym i zupełnie niespotykanym w Europie elementem są umiejętności i styl latania pilotów. Wszyscy spotkani tam przeze mnie zostali wyszkoleni w armii amerykańskiej na misjach wojskowych w Somalii, Iraku i Afganistanie latając Apaczami i Black Hawk’ami. Myślę sobie, że latanie po Alasce jest dla tych gości stosunkowo nudne i uważam, że mają oni inne poziomy „akceptacji ryzyka” – jeśli wiecie o co mi chodzi. Bo jak kiedyś do faceta strzelali regularnie stingerami nad Bagdadem a wkoło ginęli mu koledzy, to teraz – kaman, bądźmy szczerzy: przyziemienie albo zawis w warunkach porywistego wiatru, czy lądowanie w kiepskiej widoczności nie jest dla nich jakimś mega wyczynem…

I tak właśnie na Alasce zaliczyłem swoje pierwsze w życiu tzw. „power landing”: kiedy na szczycie góry nie ma miejsca, żeby posadzić maszynę bezpiecznie, wtedy heli albo zawisa kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, albo o ile to możliwe opiera o szczyt chociaż przednią część płóz dla stabilizacji, a Ty musisz wyskakiwać. Każdy narciarz wyskakujący ze sprzętem – to często po sto kilogramów mniej dla śmigłowca który w tym momencie unosi się do góry, co pilot stara się natychmiast kompensować, a przy porywistym wietrze – wydaje się być to co najmniej nietrywialne. Jeśli do tego na zawietrznej górki zrobiły się nawisy śniegu grożące urwaniem, a na szkoleniach lawinowych uczyli cię, aby NIGDY nie podchodzić na taki skraj – nie muszę pisać, że podczas takich „power landing” – nie czułem się raczej zbyt komfortowo.

 

Czy zatem latanie po Alasce jest mniej bezpiecznie od Europy? Może trochę tak. Czy jest mniej bezpiecznie od Uzbekistanu albo Kamczatki? Cóż… Amerykanie przynajmniej heli mają w miarę nowe i sprawne, a Uzbecy i Rosjanie mówią, że mają sprawne.

 

O samej jeździe i warunkach: w kolejnej notce – jeszcze w tym tygodniu.


Dodaj komentarz

Wspomnienia z Alaski: Dzicz

Alaska zawsze była dla mnie miejscem legendarnym i celem ostatecznym. Gigantyczny obszar, dzicz i wielkie, wielkie góry. To również największy opad śniegu na świecie: w masywie Chugach wraz z parkiem narodowym o tej samej nazwie – rocznie spada ponad 13 metrów puchu. To miejsce do wyjazdu w które przygotowałem się niemal rok wertując setki for, stron, tanich lotów i zamęczając ludzi pytaniami. Wreszcie po 42 godzinach podróży i zaliczeniu 5 stref czasowych: Warszawa – Londyn – Nowy Jork – Seattle – Anchorage. Dotarłem.

Najpierw trzeba chyba napisać, że pobytowi na Alasce towarzyszyło mi niesamowite uczucie ekscytacji spowodowane odludziem i izolacją. Alaska jest największym stanem USA, o powierzchni większej niż łączna powierzchnia Francji, Niemiec, Polski, Hiszpanii i Włoch. Czyli jakieś pół Europy. A mieszka tu ledwo tyle ludzi co w Łodzi. Wyjeżdżasz z Anchorage, przebijasz się 100-200km i od tego momentu nie ma nic i nikogo. Cisza. Góry. Natura. To uczucie odludzia potęgował zdecydowanie fakt, że na Alaskę wybrałem się kompletnie sam.

Moim zdaniem alaskańskie wyobcowanie i pustka sprawia, że ludzie stają się sobie jakby bliżsi. Kiedy wchodziłem do baru w jakimś miasteczku (a kolejny najbliższy bar był 2 godziny drogi dalej), siadałem sam przy stoliku, i podczas zamawiania kiełbaski z renifera albo hamburgera z łosia zdradzał mnie obcy akcent – ludzie sami zaczynali ze mną rozmowę. Byli bardzo ciekawi skąd przyjechałem (-Poland? Poland? [znak zapytania w oczach]… -Europe. –Aaaa! Europe! [uśmiech] –you came all the way from Europe?!) i zaczynała się normalna, życzliwa rozmowa. Nie doświadczyłem takiej ciekawości, życzliwości, rozmowności i ciepła w innych miejscach. Zagadywali mnie wszyscy: od barmanów i kierowców ciężarówek, a kończąc na służbach cywilnych, strażnikach i pogotowiu ratunkowym. Okay: być może nie byli gotowi zapraszać kolesia z dziwnym akcentem do domu na obiad – ale czuć było autentyczne zainteresowanie, przyjemność z konweracji i szczerze udzielane rady. Nie trzeba mówić, że prawdziwą frajdą było spotkanie innego narciarza lub grupki: zdarzyło się to może ze trzy razy – ale od razu wymieniliśmy się masą informacji: gdzie jeździć, z kim latać, a może zjechać razem, czego szukamy, jak długo jesteśmy…

Film obrazujący trochę krajobraz, warunki i pustkę:

Z nartami na Alasce łączą się często zupełnie nowe wyzwania jakich nie przeżyliście jeżdżąc nawet ekstremalnie i poza trasami w Alpach. Po pierwsze, jeśli planujecie poruszać się poniżej linii drzew, albo robić ski-tury – warto zaopatrzyć się w sztucer do obrony przed niedźwiedziem. Miejscowi Rangersi doradzali mi nawet konkretne modele z naciskiem, że nie może to być byle pistolecina, ale porządny, samopowtarzalny karabin, który położy Grizzly. Druga rzecz związana bezpośrednio z pierwszą: zapachy. Wyobrażam sobie, że nie wylewacie na siebie fiolki Dior’a przed jazdą na nartach, ale niewskazany jest również ani antyperspirant, ani intensywnie pachnący żel pod prysznic ani jedzenie ryby na śniadanie, nie mówiąc nawet o wożeniu jej w plecaku w kanapkach: nawet jeśli macie ten sztucer – zdecydowanie lepiej jednak nie wabić misia.

Wreszcie po trzecie – musicie wypełnić plecak trochę bardziej niż w Europie aby przygotować się na dłuższą niż zaplanowaną jazdę, spacer lub przeczekanie. Czemu? Ano nasze Alpy mimo wielu dzikich miejsc – są jednak zaludnione dość gęsto: praktycznie w każdej alpejskiej dolinie biegnie droga, co chwila są jakieś wioski. Z reguły jest też zasięg komórek. A Alaska? Zapomnijcie. W górach Chugach – jest jedyna droga: biegnie tak na oko z południowego zachodu – portowej miejscowości Valdez na północny wschód w kierunku granicy z Kanadą. Wzdłuż tej drogi – na przestrzeni kilkuset kilometrów znajdziecie cztery heliporty, ze dwa miasteczka, i ze trzy-cztery inne, mniejsze osady ludzkie, które nie mają nawet nazw, a zamiast adresu: liczbę mil ze słupka przy-drogowego. Tak, tak: to właśnie te miejsca ma na myśli Amazon pisząc czasem „tego produktu nie dostarczamy na Alaskę”.

W poprzek od tej jedynej drogi o której wspomniałem – nie znajdziecie kompletnie nic, oprócz setek, jeśli nie tysięcy nienazwanych przez nikogo szczytów (wysokość z reguły przekracza trochę 2000 mnpm, ale nie zapominajcie jak blisko jest ocean). Podczas jazdy w takim terenie, musicie być więc solidnie przygotowani na pogorszenie pogody i na to, że Heli nie będzie was mógł podjąć z którejś z dolin. W Alpach w takich sytuacjach zjeżdża się do najbliższej drogi i dzwoni po taksówkę. Na Alasce w takich (rzadkich na szczęście) sytuacjach – pozostaje właśnie spacer albo ew. dłuższe oczekiwanie na poprawę warunków.

A jak jest z tym lataniem? Ile verticala można zrobić jednorazowo? Jak tanio znaleźć „lift”? Czy na Alasce lata się bezpieczniej niż w Europie? Napiszę o tym w niedzielę. Czytajcie mnie!wink

Na koniec jeszcze jeden film z Flattop Mtn nieopodal Anchorage: