nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


15 Komentarzy

Tanie Heliski – przegląd: ceny, lokalizacje, tipy

Czy „Tanie Heliski” to oksymoron, który ma mniej więcej tyle samo sensu co „Wegańska Wołowina” albo „Bystry PiSowiec”? Faktycznie – na rynku jest sporo ofert na helikopter przekraczających 1000 Euro dziennie, ale da się jednak wybrać znacznie tańsze perełki. Latałem helikopterem przynajmniej kilkadziesiąt razy w różnych rejonach świata i zawsze zależało mi na maksymalnym odchudzeniu ceny. Gdzie mierzyć? Dokąd jechać? Na co uważać? Przeczytajcie.

Alaska: kiedyś – bosko, teraz raczej nieaktualne

Mój rekordowo tani lot helikopterem miał miejsce właśnie w okolicy Valdez, w górach Chugach na Alasce, 7 lat temu. Zgadałem się z jednym z pilotów, który nie miał wtedy umowy „na wyłączność” z operatorem i robił „to i owo” (woził jakieś cargo, czasem turystom pokazywał Alaskę z góry, czasem był taksówką biznesmenów). Parę wieczorów przesiedzieliśmy przy piwku, żaliłem mu się, że drogie te śmigła dla chłopaka z Polski, i sam zaoferował się, że jeśli kolejnego dnia poczekam na niego w heliporcie, to jak będzie miał chwilę, podrzuci mnie na umówioną górkę za koszt paliwa po drodze. Musiałem tylko wcześniej zostawić auto przy drodze do której miałem potem zjechać, oznaczyć je na GPS, i bez żadnego przewodnika, zupełnie sam, zjechałem sobie za 50 dolarów. Nieźle co?

Nie byłem na Alasce od tamtej chwili, ale od znajomych wiem, że niestety te czasy minęły. Operatorzy bardzo się ucywilizowali (przybyło dwóch – obecnie są to: słynne Valdez Heli-Ski Guides, a oprócz nich: Alaska Rendezvous Lodge i nowe: Valdez Black-Ops oraz H2O Guides). Piloci mają sztywne umowy i latają cały sezon w barwach wybranego z nich. Wygląda to trochę jak jakaś zmowa cenowa czy oligopol, bo ceny poszły koszmarnie w górę. Obecnie należy liczyć się z ceną przynajmniej 1000$ za dzień heliski (z reguły oznacza to 6 liftów). Cena za 6 dni (łącznie z hotelem) od 10 tys. dolarów w górę. Nie moja liga.

Wydaje się więc, że obecnie na budżetowy wypad heliski Alaska raczej odpada, ale dla porządku podaję adresy operatorów:

https://www.valdezheliskiguides.com

http://www.blackopsvaldez.com

https://arlinc.com

http://www.alaskahelicopterskiing.com

Gruzja: jak w Białce, no i te procedury…

Lot otworzył połączenie do Tbilisi, a Wizzair lata regularnie do Kutaisi. Nie dziwota, że Polaków w Kaukazie teraz więcej niż Ruskich, a język polski słyszy się tak często jak w Białce. Gruzja ma też swojego operatora heliski. Ceny nie są złe, ale obłożenie jest spore. Będąc w Gudauri nie udało mi się wcisnąć na żaden wolny slot bez wcześniejszej rezerwacji, jeśli więc przymierzacie się do lotów w Gruzji – warto zarezerwować (i zapłacić) za heliski zawczasu. Wydaje się, że liczba słonecznych dni (albo przynajmniej „flyable”) w Gruzji nie jest najwyższa, ale jeśli ktoś z czytelników korzystał z heliski w Gruzji, latał śmigłem tak jak sobie zaplanował, i nie musiał czekać ani na wolny slot, ani na pogodę – zapraszam do komentowania.

Warto jednak zauważyć, że ostatnio Gruzini mają pecha: najpierw koszmarny wypadek z wyciągiem jadącym do tyłu, a teraz rozwalił im się helikopter z narciarzami – cud, że nikt nie zginął: https://www.wprost.pl/swiat/10111923/kolejny-wypadek-w-gruzinskim-kurorcie-kilka-dni-po-awarii-wyciagu-spadl-helikopter-z-turystami.html

Za trzy górki, Gruzini kasują 380 Euro, co wydaje się niezłą ceną. O ile tylko znajdą nowy helikopter. No i jeśli pasują Wam wschodnie procedury bezpieczeństwa 😉

Więcej: http://www.freeride.ge/heliskiing/

http://heliski.travel/heliski/heliksir-experience/

EDIT: spójrzcie na komentarz P.Hr. poniżej – ciekawe info dot. heliski w Gruzji. Nie wygląda to za dobrze…

Alpy: wiele opcji – można znaleźć niedrogie…

Zjeżdżałem w Alpach w szwajcarskim Zermatt z Monte Rosy i z Alphubla z operatorem Air Zermatt. To było moje „najwyższe” heli kiedykolwiek – maszyna przyziemiła w okolicy 4500m n.p.m. Cena nie była koszmarnie wygórowana, bo z obu szczytów zjeżdżaliśmy do drogi między Zermatt a Visp – i braliśmy stamtąd taksówkę z powrotem do Zermatt – więc helikopter nie musiał po nas wracać (dla chętnych poszukam dobrej mapy topo). Cena – w okolicy 160-180 franków za jeden lot była szczególnie atrakcyjna kiedy frank stał po 2 złote z małym hakiem. Teraz jest trochę gorzej, ale nie jest tak źle. Niestety ta cena NIE zawiera przewodnika. Nie jestem przekonany, czy Air Zermatt obecnie zabierze Was na pokład bez przewodnika, obawiam się, że może być to problem (warto rozważyć zabranie przewodnika IVBV z Polski – będzie taniej niż lokalnie). Dodatkowym argumentem za Air Zermatt jest wertikal: samo Zermatt leży w okolicach 1700m n.p.m, ale zjeżdżasz z 4500 na 1400-1500 – czyli ponad 3 kilometry w dół, a przecież w wielu miejscach na świecie na 3000-3500m wertikala obliczony jest cały dzień jazdy! Jeśli się nie spieszysz, robisz sporo fotek, odpoczywasz sobie i cieszysz się widokami – taki zjazd spokojnie zajmie ci znacznie więcej niż parę godzin.

Więcej: https://www.air-zermatt.ch/wordpress/en

W Alpach można dziś latać w wielu miejscach. Parę bardziej znanych to: Lech, Val d’Isere, Alagna, St. Moritz. Ceny raczej wyższe niż niższe. Ale jeśli macie jakieś pozytywne i *budżetowe* doświadczenia z tych miejsc: wypowiedzcie się w komentarzach!

Kamczatka: pogoda dla bogaczy

Firma Vertikalny Mir, dla której pracuje mój kolega-przewodnik organizuje heliski na Kamczatce nieopodal miasta Pietropawłowsk Kamczacki. Latają tam starymi i potężnymi śmigłowcami Mi-8. Do takiej maszyny wchodzi paręnaście osób (dla porównania – zachodni standard to Eurocopter: 4-5 osób + pilot + przewodnik). Wydawałoby się, że powinno być tanio, bo koszt się rozkłada? Niestety niezupełnie, bo mi Mi-8 spala koszmarne ilości paliwa, a do jego pilotażu trzeba z reguły aż dwóch osób.

Jeśli kiedyś zarobię milion monet albo wygram w lotto – to Kamczatka jest NA BANK na mojej liście: bardzo chciałbym pojeździć po wulkanach. Jeśli jednak nie będę miał tyle szczęścia… cóż. Za 6 dni Heliski i 8 godzin lotu na Kamczatce, cena to „jedynie” 6500 Euro, a do tego trzeba jeszcze na Kamczatkę dolecieć. Dwa lata temu próbowałem z operatorem negocjować pojedyncze dni albo pojedyncze loty (zamiast tygodniowego pakietu) – niestety bez rezultatu.

Więcej: http://www.vertikalny-mir.com/en/

Hokkaido: problem z pogodą

Kiedy pierwszy raz byłem na Hokkaido w 2012 roku – nikt nie mówił o helikopterach. Parę lat później otworzyło się Hokkaido Backcountry Club, które organizuje Heliski. Jeden dzień (6 zjazdów) to koszt 160 tys jenów, czyli ok. 5000 PLN. Zdecydowanie drogo – to raz. A dwa: ze względu na permanentnie niskie pułapy chmur i ciągłe opady śniegu (w końcu z czegoś to Hokkaido jest słynne, prawda?) okolica Niseko, to koszmarny problem z pogodą nadającą się do latania. Na 20 dni w życiu, które spędziłem w Niseko, może jednego dnia widziałem słońce. Jak się domyślacie, w związku z tym helikopter częściej stoi niż lata. Dobrzy znajomi mówili, że czekali 3 dni na lot i się nie doczekali.

Więcej: http://www.hokkaidobackcountryclub.com/en/heli-skiing-en/heli-skiing/

Ale ja bym na Hokkaido jechał raczej na wjazdy skuterem albo ratrakiem. Albo z foki. Nie na heli.

Rumunia: smutna historia

Dużo słyszałem Rumunach i ich dość luźnym podejściu do procedur bezpieczeństwa, lawin itp. Praktykowali ponoć smoleńskie podejście generała Błasika: „zmieścisz się śmiało” i wychodzili z założenia, że im więcej adrenaliny – tym lepiej, jeżdżąc z klientami na przykład przy lawinowej czwórce.

Poza tymi mankamentami, chłopaki były jednak bardzo miłe i ogarnięte, a ja byłem z nimi w kontakcie przez całe parę lat. Pamiętam rozmowę telefoniczną w okolicach 2012 czy może 2013 roku, i ich frustracje spowodowane pogodą. Przez dwa sezony z rzędu musieli ze względu na permanentne mgły i niskie chmury odwołać 90% lotów. Stracone zyski, wkurzeni klienci, sezon spędzony w schronisku i hotelu. Były ponoć tygodniowe grupy, które nie poleciały nigdzie nawet raz. Wkurzyło ich to tak mocno, że na kolejny sezon postanowili zmienić miejscówkę i swoją bazę heli: z pochmurnego obszaru Fagaras prznieśli się w niższe góry, na zachód, bliżej granicy z Węgrami. I faktycznie: w kolejny sezon pogoda była niemal bezchmurna. Tym razem jednak helikopter stał sporą część sezonu w heliporcie z powodu… braku śniegu.

Potem przestałem śledzić ich historię. Wiem, że część z tych przewodników przeniosła się w Alpy i zaczęła pracę u innych operatorów. Kiedy jednak sprawdzam internety – google pokazuje, że heliski w Rumunii działa. Za pakiet tygodniowy, noclegi i 6 dni śmigła liczą sobie 4700 Euro – czyli taniej niż reszta Europy. Pytanie tylko, czy jeśli zdecydujecie się na tę opcję, będziecie mieć szczęście do pogody. Na dwoje babka wróżyła… Ale na pewno powinniście bardzo precyzyjnie sprawdzić jak wyglądają warunki zwrotu kosztów (refund), i czy aby cena hotelu nie jest sztucznie zawyżona, żeby refund za brak lotów był niższy.

Więcej: https://www.mountainguide.ro/en/ski-touring-freeride-romania/heliski-in-romania/

Laponia: niezły i tani produkt

Najlepsze zostawiam na koniec. Kraina św. Mikołaja, Laponia, okolice miejscowości Riksgransen na granicy szwedzko-norwerskiej. Myślicie pewnie: „droga Skandynawia”?  Czeka was niespodzianka: w okolicy Riksgransen znam 4 heliporty i stoi w nich łącznie mniej-więcej 10 helikopterów, a przecież podaż kształtuje cenę! Okazuje się, że w kraju w którym zwykłe piwo w barze kosztuje w przeliczeniu niemal 40PLN, mamy jedno z tańszych heliski na świecie! Helikopter wywozi nas na 3 dropy (3 górki), każdy po około 600-900 metrów wertikala za 1400PLN.

Jeśli jest problem z pogodą, a nie jest nam obca mapa i umiemy powozić skuterem śnieżnym, możemy wypożyczyć go sobie za równowartość tej ceny (ale wtedy rozłoży się ona na liczbę zaangażowanych osób). Jeśli np. jesteśmy we trójkę i podjeżdżać będziemy w systemie kierowca, pasażer i narciarz na linie – mocny skuter będzie kosztował 450PLN za osobę na cały dzień. Zawsze warto mieć plan B na kiepską pogodę – i Riksgransen ten plan zapewnia i to wcale nienajgorszy.

Latałem w Szwecji już paręnaście razy. W zdecydowanej większości przypadków byłem bardzo zadowolony.

Najtańszy operator to: http://www.mountainguide.se/default2.asp?Id=10&languageId=44 – trzeba bookować wcześniej, ale w czasach przelewów SEPA wcześniejsza płatność nie jest problemem.

Trochę droższy produkt: http://abiskomountainlodge.se/vinter/heli-skiing/ – ale jeśli macie kasę – bardzo warto.

Kolejny operator, tym razem z Bjorklinden: http://bjorkliden.com/en/skiing/heliskiing/

Wszyscy trzej operatorzy są w odległości ok. 40 km od siebie: wzdłuż jedynej drogi w tym obszarze: między Kiruną a Narwikiem.

 

Wysiadka! (Laponia, Szwecja)


4 Komentarze

Sezon 2016: fotostory, podsumowanie i 15 świeżych fotek

Tak jak obiecywałem – zrobiłem remanent na kartach pamięci. Dziś zatem podsumowanie tego co się wydarzyło w roku 2016. Piętnaście świeżych fotek. Żadna z nich nie była publikowana na blogu (mogły być czasem podobne), jest więc okazja z jednej strony do refleksji, a z drugiej do jakiegoś świeżego spojrzenia 😉

Na początek ostatnia podróż do Laponii. Na zdjęciu słynna "Brama Laponii" uformowana przez cofający się lodowiec. Po raz kolejny w tym sezonie miałem cholerne szczęście do pogody...

Na początek ostatnia podróż do Laponii. Na zdjęciu słynna „Brama Laponii” uformowana przez cofający się lodowiec. Po raz kolejny w tym sezonie miałem cholerne szczęście do pogody…

 

20160430_041222000_iOS

Wciąż jesteśmy w Laponii. Udało się nacisnąć spust migawki dwa czy trzy razy. Ale ten pierwszy strzał, niemal „z biodra” był jedyny celny… Na kolejnym Rudolf przeskoczył barierkę i zniknął sprzed maski…

 

Możecie wyobrazić sobie proporcję liczby momentów, kiedy spotykałem lisy, renifery, orły i łosie - w porównaniu do momentów kiedy spotykając je, miałem akurat pod ręką włączony ciężki aparat z długą lufą, by strzelić taką fotę jak ta... Nie przyjechałem tam w końcu, by robić zdjęcia...

Możecie wyobrazić sobie proporcję liczby momentów, kiedy spotykałem lisy, renifery, orły i łosie – w porównaniu do momentów kiedy spotykając je, miałem akurat pod ręką włączony ciężki aparat z długą lufą, by strzelić taką fotę jak ta… Nie przyjechałem tam w końcu, by robić zdjęcia…

 

20160502_120244000_iOS

To może nie helikopter. Ale to studwudziestokonny potwór, który dał nam masę radości i ślizgi po jeziore Vassijaure.

 

Cofam się w czasie... Marzec i niskobudżetowy wyjazd w Szwajcarskie Alpy. Może nie było adrenaliny, ale na pewno była radość, szybkość...

Cofam się w czasie… Fotka zrobiona w marcu podczas niskobudżetowego wyjazdu w Szwajcarskie Alpy. Może nie było adrenaliny, ale na pewno była radość, szybkość…

 

...i wspaniała pogoda! :-)

…i wspaniała pogoda! 🙂 #UVEX yeah!

 

20160227_095902639_iOS

Luty – to opisywana na blogu szeroko akcja #KapitanPlaneta a wraz z nią skitoury, nocleg i zjazd pozatrasowy w okolicach Morskiego Oka. Zdjęcie pokazuje pogodę podczas podejścia. Wiedzieliśmy dobrze, że warunki się pogorszą. Ale czy spodziewaliśmy się, że rano wiatr będzie tak silny, że będzie nas przewracał?

 

Dolinka za Mnichem. 1700-1800 m. Decyzja właśnie zapadła: zostajemy na noc. Wkopujemy się w śnieg a potem zaczynamy drążyć jamę.

Dolinka za Mnichem. 1700-1800 m. Decyzja właśnie zapadła: zostajemy na noc. Wkopujemy się w śnieg a potem zaczynamy drążyć jamę.

 

Marcin wziął piersiówkę i wieczór upłynął miło i całkiem szybko. Byliśmy mocno zmęczeni po wykopaniu jamy i szybko usnęliśmy. Nie mówcie, że nie wyglądam pociągająco w tym kokonie... Od tamtego momentu trwa dyskusja, jak bardzo się wtedy do siebie zbliżyliśmy, i czy mówić o tym publicznie...

Marcin wziął piersiówkę i wieczór upłynął miło i całkiem szybko. Byliśmy mocno zmęczeni po wykopaniu jamy i szybko usnęliśmy. Od tamtego momentu trwa dyskusja, jak bardzo się wtedy do siebie zbliżyliśmy, i czy mówić o tym publicznie…

 

Dwa tygodnie po powrocie do Japonii czekał na mnie wyjazd w Tatry do Zęba i cała masa radości i cholernej satysfakcji. Co prawda z zupełnie innego powodu, ale również chodziło o narty. Moje córki zasuwają po tym sezonie po czerwonych trasach i bardzo nieskromnie napiszę, że uważam, że znacząco się do tego przyczyniłem. Sami popatrzcie:

W połowie lutego czekał na mnie wyjazd w Tatry do Zęba i cała masa radości i prawdziwej satysfakcji. Moje córki zasuwają po tym sezonie po czerwonych trasach i bardzo nieskromnie napiszę, że uważam, że znacząco się do tego przyczyniłem. Sami popatrzcie: Rozgrzewka z tatą i wymachy rąk. Jak można się nie uśmiechnąć, patrząc na to zdjęcie?

 

Pierwsze ślizgi na orczyku.

Pierwsze ślizgi na orczyku.

 

20160214_083312765_iOS

Tata tłumaczy, a pilny student słucha

 

O Japonii pisałem już wiele. Najlepszy puch na świecie spowodował, że wróciłem tam po dwóch latach. I nie było rozczarowań. Na tej fotce rozstawiam shiroi-kabe. Czyli białą ścianę... ;-)

O Japonii pisałem już wiele. Najlepszy puch na świecie spowodował, że wróciłem tam po dwóch latach. I nie było rozczarowań. Na tej fotce formuję za sobą Howaitoshīrudo. Czyli białą tarczę… 😉

 

Treeskiing - jazda w drzewach. Jeśli ostatnie godziny po opadzie świeciło słońce lub wiał wiatr - warto wjechać do lasu: tam negatywne skutki jednego i drugiego są znacznie mniejsze... Puch jest miększy i bardziej puchowy. Tylko na drzewa trzeba uważać (Kuba!)...

Treeskiing – jazda w drzewach. Jeśli ostatnie godziny po opadzie świeciło słońce lub wiał wiatr – warto wjechać do lasu: tam negatywne skutki jednego i drugiego są znacznie mniejsze… Puch jest miększy i bardziej puchowy. Tylko na drzewa trzeba uważać (Kuba!)…

 

Ciężko wytłumaczyć co czujesz płynąc w puchu komuś, kto nigdy tego nie doświadczył... Puch to coś jeszcze bardziej płynnego i miękkiego niż woda - dlatego czasownik "płynąć" wydaje się pasować lepiej niż "jadąc". Ale to wciąż nie to...

Ciężko wytłumaczyć co czujesz płynąc w puchu komuś, kto nigdy tego nie doświadczył… Puch to coś jeszcze bardziej płynnego i miękkiego niż woda – dlatego czasownik „płynąć” wydaje się pasować znacznie lepiej niż „jechać”. Jestem pewien, że wrócę w to magiczne miejsce kolejny raz.

 

Podsumowanie

Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzył mi się tak udany sezon jak ten… Puch w Japonii, masa radości z córkami, emocje w Tatrach, szybkość i beztroska w Szwajcarskich Alpach, a na końcu dzicz w Laponii. Czego chcieć więcej? Chciałbym chyba aby wszystkie sezony w przyszłości były tak udany jak ten.

W kolejnym poście postaram się opisać swoje plany na przyszły rok 🙂

 

 


4 Komentarze

Laponia: efekt fejsbuka

Osiem lat temu przyleciałem do Laponii pierwszy raz. Z lotniska Arlanda w Sztokholmie latały linie lotnicze, których nazwy nie pomnę, ale założę się że już nie istnieją. Pamiętam, że przedział pasażerski nie był oddzielony niczym od kokpitu, a zamiast stewardessy na siedzeniu stał wiklinowy koszyk, z którego każdy brał sobie kanapki. Lotnisko w Kirunie było drewnianym barakiem. Nie było autobusu ani rękawa. Facet z obsługi po prostu przyniósł moje narty na ramieniu do „terminala”. Kiedy mijałem Kirunę jadąc dalej na północ, powoli znikały wszystkie dostępne sieci komórkowe, a potem stacje radia FM. Aut w moim kierunku (wyprzedzających lub wyprzedzanych) nie spotkałem żadnych. Auto z przeciwka trafiało się może raz na pół godziny. Kiedy zobaczyłem, że któreś kolejne ma na dachu narty – zacząłem mrugać do niego światłami, zatrzymaliśmy się obok siebie na poboczach, wyskoczyliśmy i zaczęliśmy się dzielić doświadczeniami „kto gdzie jeździł” i „a może razem”. Miałem wrażenie, że byłem niemal pionierem nart w Laponii. Że zobaczyłem i przeżyłem rzeczy, które dane jest przeżyć bardzo niewielu…

Minęło 8 lat…

Dziś do mikroskopijnego lotniska w Kirunie dwa razy dziennie ze Sztokholmu przylatuje gruby Boeing 737 linii SAS.
Kiedy odwiedzam moją starą znajomą – Minę – właścicielkę pensjonatu w pobliżu parku narodowego Abisko – nie mogę poznać okolicy. Hotele, hostele, biura operatorów wycieczek arktycznych – wszystko w maleńkiej kilkusetosobowej miejscowości, w której jeszcze 8 lat temu stał tylko jej pensjonat, a z pozostałych „atrakcji” był jeszcze tylko sklep i stacja kolejowa. Kiedy dzielę się z nią swoimi spostrzeżeniami, Mina mówi:

– Rafa, kiedy byłeś u nas wtedy, większą część roku było pusto. Teraz sezon trwa na okrągło: od października do marca jest sezon zorzy polarnej. Od marca do maja narciarstwo, heliski, skitury, wędkowanie pod lodem. Od maja do lipca – szaleństwo dni polarnego, słońce o północy. Od lipca do października – trekking, wędkarstwo. Mamy 20 pokoi, 4 kabiny i praktycznie pełne obłożenie okrągły rok.

Osiem lat temu z niemałym trudem znalazłem w szwedzkiej części Laponii dwa helikoptery i latali nimi śmiałkowie albo wariaci. Teraz w samym Abisko na helipadzie stoi trzy, w Bjorklinden kolejne dwa i w Riksgransen trzy. Jest pewnie więcej. Heliski stało się rozrywką znacznie bardziej popularną. W kolejce do heli Amerykanie, Włosi, Irlandczycy, Niemcy. Pełna mieszanka. Kiedyś w grupie latałem z Team Riderami – narciarzami ekstremalnymi sponsorowanymi przez Rossi albo Heada. Facetami, którzy odjeżdzali mi po pierwszych trzech skrętach. Teraz? Myślę, że oni mają swoje prywatne heli, a do mojej grupy dołączyła kobieta(!) na desce(!). Jako jedyny w grupie (ten dziwny Polak) umiem obsługiwać nadajnik lawinowy. Przewodnik konsultuje ze mną trasę przejazdu. Czuję się trochę jak pomocnik („Rafa, ja jadę prawym śladem, ty pojedź lewym obok tych skał. Reszta grupy: macie się zmieścić między nasze ślady”). Czekamy na nich sporo. Szczególnie na kobietę na desce.
W niegdyś pustych dolinach, dziś sporo skuterów snieżnych – coś, co osiem lat temu praktycznie nie istniało, dziś jest chlebem powszednim. W samym Riksgransen wypożyczalni skuterów śnieżnych jest trzy. Moje zdumienie sięgnęło zenitu, kiedy po lądowaniu na jednym ze szczytów, którego jedno ze zboczy było wyjątkowo łagodne, wjechały po chwili dwa skutery śnieżne.

Nie zrozumcie mnie źle. To wciąż *ta sama* Laponia. Radość z nart jest ta sama. Znów przynajmniej parę razy dziennie widzę renifery. I znów przynajmniej raz dziennie je zjadam (są pyszne!). Ale coś się zmieniło. Zdewaluowało. Odwiedźcie koniecznie Laponię póki ma wciąż swój urok.


Dodaj komentarz

Laponia – heliski


Laponia to nie Japonia. Nie spada tu 14 metrów puchu. Poza tym jest prawie maj a nie styczeń. Ale Laponia to prawdopodobnie najlepszy wiosenny śnieg w jakim miałem okazję jeździć. Dobry do jazdy wiosenny śnieg jest dość trudny do znalezienia: zbyt twardy/zmrożony – to po prostu lodoszreń. Jeżdząc po niej tracisz plomby w zębach. Zbyt miękki – chwyta narty w zakrętach i powoduje, że jazda zaczyna być walką zamiast przyjemności. Idealny „spring corn” daje ci lekki opór w zakrętach i przykrywa kilkucentrymetrową warstwą twardą szreń. Szybka, agresywna jazda po takim śniegu to prawdziwa rozkosz. 


Miałem szczęście trafić na doskonały tandem: pilot + przewodnik. Pilot umiał też jeździć poza trasą, a przewodnikowi zależało, by klienci byli zadowoleni. Dyskutowali cały czas pogodę, warunki, nasłonecznienie, stromiznę i wysokość – każdy z tych parametrów ma kluczowe znaczenie na miękkość śniegu. Do dyspozycji było dziesiątki nienazwanych szczytów i bardzo wiele wariantów tras wiodących z każdego. Pilot często okrążał każdy szczyt albo podlatywał bliżej, dyskutując trasę z przewodnikiem. Byli po prostu dobrzy. Jazda z przewodnikiem w Europie jest może mniej „dzika”, ale ma swoje bezsprzeczne zalety. 

Było zajebiście. Więcej – jutro. 


1 komentarz

Laponia: Heliskiing u św. Mikołaja

Święta za pasem, myślę więc, że dobrym tematem na notkę, będzie heliskiing daleko za kołem arktycznym, w domu Świętego Mikołaja: w Laponii.

Laponia to kolejne kultowe dla freerajdu miejsce na mapie, które musiałem zaliczyć. Poleciałem tam kompletnie sam. Trasa: najpierw LOTem do Sztokholmu, a potem na daleką północ trasą Sztokholm-Kiruna: linie lotnicze które mają ze dwa samoloty i których nazwy sobie nie przypomnę. Kabina pilotów nie jest oddzielona niczym od przedziału pasażerskiego, a serwis pokładowy ogranicza się do wiklinowego koszyka z kanapkami leżącym na siedzeniu za pilotami z którego każdy z sześciu pasażerów bierze sobie co uważa. „Terminal“ w Kirunie to też ciekawe słowo: to po prostu drewniana buda o rozmiarach 20×20 metrów, i możemy być naprawdę dumni z naszego krajowego terminala na lotnisku w Krakowie. (smiley)

Na lotnisku biorę zarezerwowane wcześniej auto z napędem na cztery koła. Z przodu gigantyczna armada halogenów, wymagająca do zasilania pokładowego reaktora atomowego. Czeka chyba na noc polarną. Wrzucam do auta walizkę, deski. Teraz jakieś trzysta kilometrów jeszcze dalej na północ wzdłuż jedynej drogi w okolicy łączącej Kirunę i port w Narvik. Jadąc drogą, najpierw stopniowo znika zasięg komórki, a potem po kolei wszystkie stacje FM z radia: wyszukiwanie kręci się w kółko, by po trzech cyklach pokazać dość rzadko spotykany na europejskich radiach napis „not found“. I tak miało być już cały czas. Bez radia, bez komórek – i wydawało mi się, że tę elektromagnetyczną pustkę niemal czuję w czystym arktycznym powietrzu…

Sama wizyta w Laponii daje masę frajdy nawet bez jazdy na nartach. Poczucie lokalnych klimatów, odludzia, czystej natury i wspaniałego jedzenia – pozostawia w pamięci ślad do końca życia. Wiele rzeczy, zupełnie dziwnych dla przybysza z zewnątrz, ludzie tutaj traktują w sposób oczywisty: rozmawiam z pilotem helikoptera, zwykły chit-chat o pogodzie. Pyta mnie gdzie się zatrzymałem… Mówię, że daleko… 60km na południe niedaleko rezerwatu Abisko… Pyta: u Dicka i Miny? Ze zdumieniem potwierdzam. –Pozdrów ich jak zobaczysz… No tak. Jestem w Laponii. Tutaj kogoś kto mieszka 60km dalej nazywa się sąsiadem i dobrym znajomym. Trochę inna skala.

Kiedy jadąc jedyną drogą mijasz samochód (a nie zdarza się to często), i w dodatku widzisz, że auto z przeciwka ma na dachu narty – to mrugacie sobie światłami i zatrzymujecie się po obu stronach drogi. Widzisz ludzi pierwszy raz w życiu, ale traktujesz ich, a oni ciebie – jak starych przyjaciół… –Gdzie jeździcie? –Jakie były warunki? –O – a tu moje fotki z wczoraj! –A może coś razem? To niesamowite jak przyjacielsko można potraktować nieznanego sobie człowieka, z którym łączy cię wspólne ześwirowanie w jednym temacie.

Siedemdziesiąty stopień szerokości północnej robi wrażenie – arktyczna Laponia jest najdalej wysuniętym miejscem na północ w jakim byłem. Kolejna związana z tym niespodzianka jaka mnie spotkała – to słońce. Kojarzycie film „Bezsenność” z Alem Pacino? Pamiętam pierwszą noc, kiedy zmęczony dojechałem do pensjonatu Dick’a i Miny, walnąłem się do łóżka i po jakimś czasie obudziło mnie słońce wpadające mi na twarz, dające ostre cienie w pokoju, zrywam się z myślą: „Cholera! Byłem umówiony z przewodnikiem! Śniadanie! Zaspałem! Shiiiiit!“. Biegam po pokoju. Szukam zegarka. Czemu nie dzwonił budzik? No tak. Wszystko jasne. Jest 2:30 w nocy. Dzień polarny.  W kolejne noce zasłaniałem już szczelnie okna. Przez moje kilkanaście dni na miejscu – słońce nie zaszło ani razu.

Góry i jazda…

Góry są na pewno niższe niż Alpy. Leżący na szwedzko-norweskiej granicy masyw Kebnekaise ma szczyty liczące niewiele ponad dwa tysiące metrów. Jednorazowy vertical do zjazdu to z reguły koło tysiąca metrów lub trochę mniej. Heliporty są w okolicy dwa lub trzy. Jeździsz z przewodnikiem i podkreślam, że nie udało mi się wybrać innej opcji (jak np. na Alasce) – inna sprawa, że nie miałem tu dobrej mapy, a bez tego ciężko byłoby jeździć bezpiecznie. Dobrze i tanio jest podłączyć się do jakiejś grupy (idealnie na czwartego): standardowo tutejsze Eurocoptery biorą na pokład przewodnika, pilota i czterech pasażerów.

Narty z przewodnikiem – choć cokolwiek mniej pionierskie – dają też przyjemność i możliwość skupienia się na samej jeździe. Odchodzi również dużo stresów: nie martwisz się o łączność z pilotem, warunki lawinowe, dobór trasy. Dobry guide zapewni też trasę po bardziej optymalnych warunkach śniegowych i w zależności od słońca, temperatury, wiatru i pory dnia polecicie tam gdzie jest naprawdę fajnie.

Trudność górek – w zależności od stopnia zaawansowania ekipy – da się wybierać bez problemu począwszy od płaskiej nudy, przez ciekawe nachylenia, a kończąc na zboczach z których bałbym się zjechać. Przewodnik przed wejściem do heli zrobi z Wami krótki wywiad, zorientuje się jak jeździcie, i pewnie pierwsza górka będzie trochę bardziej zachowawcza, ale już na kolejnych – o ile poziom członków ekipy jest zbliżony – czeka Was dobra zabawa. Jeden z spośród przewodników, z którymi jeździłem miał ciekawą zasadę. Otóż twierdził, że ludzie wspominają narty najfajniej, kiedy on ich wypchnie tak troszkę z ich „strefy komfortu” i kiedy przestaną czuć się zbyt pewnie. Może coś w tym jest: kilka razy rzeczywiście nie czułem się pewnie (smiley). Potem za to była fajna satysfakcja ze zjazdu i rzeczywiście miłe wspomnienia.

Laponia

lądowanie na Vassechoka, Heli o północy, zjazd z Vassentija, GPS @68deg north

Podsumowując: Heliski w Laponii, to dobra opcja z całkiem tanim dolotem na miejsce. Klasowa dzikość, zero ludzi, a wciąż jednak przecież to Unia Europejska  i Schengen. Jeśli próbujemy oszczędzać na helikopterze – to oprócz nart jest opcja wypadu do Narviku, można próbować robić fajne skitury (trzeba mieć mapę!), albo pójść do kompletnie pustego o tej porze roku parku narodowego Abisko.

Bardzo polecam Laponię wszystkim freerajderom.