nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Zima? Zima już jest! (krótka relacja z Soelden)

Piszę te słowa w listopadzie 2012 otwierając sezon w Soelden. Jestem tu już nasty raz i zawsze jest tak samo genialnie. To zdecydowanie najlepsze miejsce w Austrii gdzie możecie się wybrać. A uwierzcie: byłem w wielu…

Nie wspominając nawet o tych mniejszych (Soelden jest wieeeelkie), w mojej opinii, jeśli idzie o jazdę po trasach – do Soelden nie ma startu żadna austriacka stacja narciarska:

  • ani Tux/Zillertal (rozdrobione tereny bez połączenia wyciągami),
  • ani St Anton/Lech/Zuers (stosunkowo nisko i ryzyko kiepskich warunków szczególnie na początku i końcu sezonu, do tego bardzo drogo),
  • ani Stubai (słabe możliwości zjazdu do samego dołu, mniejszy teren, brak możliwości mieszkania niedaleko dolnej stacji),
  • ani Pitztal (dżizas, ta kolejka w tunelu wyłożona łatwopalnym misiem wciąż tam jeździ?)
  • ani w ogóle nic-nic-nic. Jeśli jak ja – jedziecie na weekend albo 3 dni – bez sensu jechać też do Włoch, Szwajcarii czy Francji.

A zatem jest listopad. Poza trasy – śniegu jeszcze nie nasypało. Otwieracie sezon i jedziecie na krótko. Co wybrać? SOELDEN!

Tym razem otwarcie sezonu w Soelden dla mnie i mojego dobrego kumpla – (też Rafała), to był prawdziwy wehikuł czasu:

Nie nosimy kasków, jeździmy klasycznie a nie jak po szynach i udajemy że nie ma kryzysu. Jest za to wolność, telewizory kineskopowe w pensjonacie i Italo Disco na stoku! Tak: Lata osiemdziesiąte wracają w wielkim stylu! Przyłącz się do nas i olej kask w tym sezonie!wink

 


Dodaj komentarz

Witów: tatrzański koszmarek Jagny

Pochodzę z Radomia. Zastanawiam się, czy gdybym miał masę pieniędzy i w swoim rodzinnym mieście zrobił super infrastrukturę, zainwestował w wypożyczalnię nart, zatrudnił fachowców, zbudował super fajny, nowoczesny wyciąg i system skipassów, zainwestował w super marketing i zapłacił Pirminowi Zurbriggenowi, żeby to wszystko reklamował – i strzelił to wszystko na takim wieeeelkim, płaściuteńkim polu między Gołębiowem-II a torami na Warkę… To czy mógłbym się chwalić, że mam dobrą stację narciarską?

Po jaką cholerę wybrałem się do Witowa? Przysięgam – nie wiem. Byłem w Zakopcu i chyba zadziałał na mnie marketing i twarz Jagny Marczułajtis uśmiechającej się zalotnie z billboardu i zachęcającej do przyjazdu. Chyba właśnie dlatego.

Infrastruktura pod wyciągiem – to chyba najmocniejszy punkt tej stacji. Dobra wypożyczalnia i szeroka gama nart, mili, fachowi ludzie, deski w całkiem dobrym stanie. Tylko nie bardzo wiem po co.

Nie ma sensu opisywać skipassów, czy sprawnie jeżdżącego wyciągu, dobrej wypożyczalni czy niezłego zorganizowanego parkingu pod stacją jeśli zdamy sobie sprawę z jednej istotnej rzeczy… Witów jest… no KOSZMARNIE PŁASKI.

Wypinając się z górnej stacji wyciągu, mogę złączyć nogi, opuścić biernie ręce (i głowę w smutku) i po jakiejś minucie bez wykonania choćby jednego zakrętu – zahamować na dole. Bez rozwijania zawrotnych prędkości, bez szaleństw. Po prostu opór powietrza plus tarcie równoważą g sinus alfa przy jakichś… piętnastu? No dobra – maks siedemnastu kilometrach na godzinę. Uwierzcie: taka jazda jest naprawdę koszmarnie nudna.

Gdyby jeszcze Witów był narciarskim rodzynkiem na mapie Polski… Gdyby na inny stok trzeba było jechać pięć godzin… Zrozumiałbym to – przysięgam. Gdyby tak było – nie usłyszelibyście ode mnie słowa krytyki. Ale w momencie gdy dosłownie pod ręką, zaledwie kilkanaście kilometrów dalej mamy: Nosal, Harendę i Kasprowy – ja jazdy na Witowie – po prostu nie kumam.

No dobra. Jest jedna rzecz, którą sobie wyobrażam jako powód wybrania się do Witowa. Może nauczę tam jeździć swoje córki. Chociaż nawet jeśli, to raczej tylko pierwsze dwa dni, bo jestem dziś przekonany, że pod koniec będą już płakać z nudów i pokazywać paluszkiem w stronę Zakopanego mówiąc prosząco „tata, tammmm, tammmm”.

Reasumując: Witów polecam dla dziewczynek, maksymalnie trzy i pół letnich. A jak Jagna? No całkiem niebrzydka.


Dodaj komentarz

Filmy branżowe

Jeśli macie ochotę obejrzeć freeride’owy film w którym będzie baaaardzo duuużo:

  • nachalnego marketingu Redbull’a
  • drażniącego patosu w wyuczonych kwestiach bohaterów
  • desek snowboardowych

wtedy polecam Wam film „Art of Flight“. Zdecydowanie.

Jeśli jednak zależy Wam na wspomnianych elementach trochę mniej, a bardziej szukacie jednak realizmu i dokumentu z równie wspaniałymi zdjęciami, to polecam BARDZO: „The Dream Factory” zrobiony przez Teton Gravity Research. Wszedł niedawno na ekrany wybranych kin – i jest poświęcony Alasce. Dodam tylko, że dwa Eurocoptery (numery boczne: N392NS i N207CH), które „występują“ w tym filmie – miałem okazję „testować“ osobiście wink


Dodaj komentarz

Systemy lawinowe: passive czy active?

Dziś będzie o systemach pozwalających wykryć człowieka pod lawiną. Dla każdej osoby wypuszczającej się poza trasę – taki system jest absolutnie obowiązkowy. Systemy można podzielić na dwie grupy: aktywne i pasywne.

Systemy aktywne to nadajniki lawinowe na baterie (inne nazwy: beacon, pieps, transceiver, tracker; ale nie „beeper”). Nadajnik włączamy jeszcze w domu przed wyjściem a wyłączamy po powrocie. Nadajnik musi nosić każdy członek ekspedycji – zakładamy go pod polar, na bieliznę. W przypadku zejścia lawiny i potrzeby użycia / odnalezienia zasypanego kolegi – wszyscy pozostali członkowie przełączają nadajniki w tryb „rescue”. Wtedy nadajnik staje się narzędziem ratunkowym: widzimy na nim odległość i przybliżony kierunek do zasypanego. Podążając opracowanym (i wcześniej wyćwiczonym) algorytmem jesteśmy w stanie zlokalizować ofiarę w ciągu kilku minut. Sondowanie i odkopanie to z reguły też nie więcej niż kilka minut zakładając że wozimy ze sobą sondę i łopatę.

Należy podkreślić, że w przypadku zasypania lawiną niezwykle istotny jest czas: około 80% ludzi odkopywanych w ciągu 15 minut od zejścia lawiny przeżywa. Dla porównania: jeśli czas odkopania przedłuża się do 30 minut – przeżywalność spada do 20%. Dzieje się dlatego, bo większość ludzi dusi się po około 20 minutach od przysypania, kiedy otaczający ich twarz śnieg wysyci się dwutlenkiem węgla z wydychanego powietrza.

Ponieważ czas jest tak istotny – do używania systemów aktywnych potrzebny jest trening. O szkoleniach lawinowych w których poruszana jest prewencja i ocena śniegu, sposób oceny prawdopodobieństwa zejścia, ale również właśnie ratownictwo, ćwiczenia z poszukiwania, etc. – napiszę osobną notkę, a na teraz powiem tylko, że oznaką szczególnej ignorancji jest noszenie na sobie nadajnika, którego nie umiemy efektywnie używać podczas akcji ratowniczej. Jeśli nawet nie uczestniczyliśmy w szkoleniu – absolutne minimum to testy na „sucho” z dwoma nadajnikami, z których jeden zakopany jest w nieznanym dla nas miejscu, a my staramy się go zlokalizować ze stoperem w ręku.

Ceny podstawowych nadajników z jedną anteną zaczynają się od 800PLN. Warto jednak zainwestować w nadajnik z trzema antenami, jest niewiele droższy a dużo precyzyjniej pokazuje kierunek do zasypanego. Najlepsze (i jednocześnie dość drogie) nadajniki oprócz nadawania pozycji, informują też czy ofiara ma podstawowe funkcje życiowe (bicie serca, ruch płuc) – wtedy, o ile posiadamy kompatybilne urządzenie, w przypadku kilku zasypanych kolegów możemy zdecydować kogo szukamy pierwszego, a dla kogo nie ma sensu już się spieszyć. Takie nadajniki kosztują około 1500PLN.

Okay – tyle na temat systemów aktywnych. Jak jest z systemami pasywnymi?

Pasywne systemy lawinowe to niewymagające zasilania płytki wszyte w odzież, odbijające w specyficzny sposób fale radiowe na określonych częstotliwościach. Sztandarowym twórcą takiego systemu jest firma Recco. Detektory pasywnych systemów lawinowych Recco są drogie, nieporęczne i w zasadzie niedostępne dla użytkownika końcowego. W takie detektory wyposażone są przede wszystkim służby ratunkowe, które po przybyciu na miejsce są w stanie zlokalizować zasypanych.

Czy w takim razie należy kupować odzież z Recco?

Cóż… Będzie subiektywnie: w mojej opinii – system nadaje się doskonale do poszukiwania zwłok. Czemu? Od powiadomienia o zejściu lawiny odpowiednich służb, poprzez wejście do śmigłowca, przelot, odnalezienie lawiniska, wylądowanie, dojście do lawiniska, odszukanie zasypanych aż do czasu ich odkopania – mija z reguły co najmniej kilkadziesiąt minut jeśli nie godzina. A jeśli nie ma pogody na śmigłowiec – to wiele godzin.

Jeśli więc zależy Wam, aby Wasze zwłoki zostały odnalezione w lawinisku w ciągu godzin a nie kilku dni – powinniście zdecydowanie zainwestować w kurtkę z płytką Recco.

Na koniec jeszcze jeden: osobisty „system” lawinowy – zasłyszany od kolegów zajmujących się profesjonalnym wykopywaniem ofiar. Może zdarzyć się, że lawina przysypie nas, ale wokół głowy wytworzy się kieszeń powietrzna pozwalająca nam przetrwać dłużej niż wspomniane 20 minut. Jeśli słyszymy nad sobą odgłosy ekipy ratunkowej, a tym bardziej jeśli dociera do nas szczekanie psa – warto po prostu zsikać się w majtki. Możecie się teraz śmiać, ale wiedzcie, że dla nosa psa-ratownika zapach naszych przesikanych majtek to bezcenna wskazówka – i dzięki temu nasze szanse na szybszą lokalizację istotnie rosną. To NIE jest żart – i takich wskazówek nie przeczytacie na pewno w Malemenie. Należy może tylko dodać, że przy dłuższym przebywaniu pod śniegiem z kieszenią powietrzną – to hipotermia staje się głównym zabójcą, a przesikane majtki sprzyjają dalszemu wychładzaniu się organizmu. Nie ma również żadnych oficjalnych badań na temat korelacji przesikanych majtek i czasu odkopania z lawiny. Sikajmy zatem z rozsądkiem, i dopuśćmy tę opcję do rozważań szczególnie gdy na powierzchni słyszymy psa.

Podsumowanie

Rocznie w samych tylko Alpach ginie pod lawinami średnio 60 freeriderów. Jedynie niewielki procent ginie od obrażeń, a zdecydowana większość dusi się pod śniegiem. Wielu z tych ofiar dałoby się zapobiec dzięki używaniu porządnego sprzętu. Nie daj się zabić: podejdź do sprawy odpowiedzialnie. Przed zjazdem z trasy wypożycz albo kup nadajnik i naucz się go porządnie używać.

Jeśli takie tematy na temat sprzętu są dla Was interesujące – zachęcam do komentarzy: w którejś z kolejnych notek chętnie opiszę i porównam popularne w Europie plecaki lawinowe ABS oraz popularny w Stanach system Avalung.


5 Komentarzy

Wspomnienia z Alaski: Ale Jazda!

Jazda… No cóż ja będę pisał…  Oszczędzę Wam może marketingu i bzdur: możecie go przeczytać w lajfstajlowych magazynach z napakowanymi panami na okładkach. Tam są takie fajne artykuły… „Znalazłem się w białej komnacie z puchu”… czy jakoś tak… Czytałem, jak nabyłem egzemplarz, bo zaciekawił mnie tytuł na okładce. Cóż. Moim zdaniem nie było żadnej cholernej białej komnaty i nie wiem co miał na myśli autor. Ponieważ jednak rozśmieszył mnie strasznie ten patetyczny opis – sam nie zamierzam silić się na podobny. Ale zaczynam już dryfować… Ad meritum.

Po prostu zerknijcie na filmy – wrzuciłem dwa, które lubię najbardziej. W tak ekstremalnej dziczy – jeździłem jeszcze tylko w Laponii. Warunki na Alasce możecie dobrać do umiejętności: może być płasko, może być stromo i przyjemnie, może być też idiotycznie stromo: każdy ma swoje preferencje i progi komfortu.

Kiedy poniższy filmik „60deg” złożyłem jeszcze na Alasce – pokazałem go dwóm chłopakom z Bostonu. Mocno się podekscytowali i uparli, że muszą lecieć w to miejsce. Namówili pilota – polecieli bez przewodnika. Jeden z nich miał pecha i przewrócił się w połowie stoku. Ponoć koziołkował drugą połowę aż spadł na sam dół. Niestety wiązania miał ustawione na dość twardo i zanim narty się wypięły – poukręcały mu więzadła krzyżowe w obu kolanach. Nie spotkałem ich po wypadku, bo akurat czekałem na podwózkę w innym heliporcie, ale od barmana z pubu obok którego mieszkaliśmy wiem, że polecieli prosto na operację. Chłopak nie mógł się utrzymać na nogach (nogi w kolanach zginały mu się ponoć w lewo i prawo). Pocieszeniem jest to, że rekonstrukcja więzadeł ACL to dziś ponoć standardowa procedura – a chłopak poza tym, że poobijany – nic w sumie nie złamał… Opisywany wypadek miał miejsce na stoku z drugiej części filmu…

 

Drugi filmik – „Freeride” – to dużo mniej adrenaliny, ale za to dużo więcej endorfiny. To dla mnie właśnie esencja poza-trasowej jazdy na nartach i chyba dobrze pokazuje powód dla którego tak mnie to wciągnęło. Łagodny, w miarę prosty stok i czerpanie radości z jazdy. Taka właśnie może być Alaska: nie musisz być super-ekspertem, żeby cieszyć się pustką, wolnością i prędkością.


Dodaj komentarz

Wspomnienia z Alaski: wysokie loty

Alaska jest miejscem z największym odsetkiem pilotów na całym świecie: jeden pilot przypada tu na 78 osób. Słabo rozwinięta sieć dróg czy kolei sprawia, że drobny transport lotniczy jest całkiem popularny i w miarę przystępny cenowo. Ten właśnie unikalny miks: dziczy, gór, dużej szerokości geograficznej, i wielkiego opadu śniegu, połączonych z nie aż tak drogimi cenami przelotów – powoduje, że Alaska jest fantastycznym celem na Heli-skiing.

 

 

 

 

Spotkani przeze mnie przewodnicy i piloci mieli swoje własne nazwy na niektóre szczyty i trasy (np. „Candy”, „Coconut” etc.) – nie liczcie jednak, że znajdziecie te nazwy na jakichkolwiek mapach. Szczyty na Alasce poza kilkunastoma wyjątkami nie mają swoich oficjalnych nazw w związku z czym nie potrafię Wam przekazać z jakich górek zjeżdżałem, poza tym, że pamiętam ich wysokość albo zapisałem dane GPS. Wybór trasy i szczytu odbywa się albo przez przewodnika (jeśli Was na niego stać), albo po konsultacji z pilotem helikoptera na podstawie orientacyjnej trudności, opadu, wiatru, warunków lawinowych, itd. Jednorazowe przewyższenie do zjechania – to z reguły około 1000-1200m „verticala”.

 

Jeśli macie kasę – można kupić sobie wypasiony pakiet z przewodnikiem – wtedy helikopter jest do Waszej dyspozycji na określoną ilość godzin i możecie takich tysiączków verticala zrobić wtedy nawet sześć dziennie. Ta opcja jest dobra nie tylko ze względu na Wasze bezpieczeństwo. Dobry tandem: guide i pilot to pożądane połączenie: przedyskutują warunki meteo: wiatr, opady i słońce danego dnia, i przewodnik wybierze górki z idealnymi warunkami dobrymi dla danej pory dnia: śnieg będzie albo puchowy albo przynajmniej niezmrożony i na pewno nie łamiący się (mnie szreń łamliwa dobija i powoduje, że jazda przestaje być przyjemnością a zaczyna być walką).

Jeśli jednak tak jak ja – oszczędzacie – sposobów jest na latanie jest kilka: albo znalezienie i podłączenie się do jakiejś grupy narciarzy, pod warunkiem, że jest jeszcze miejsce w kabinie (udało mi się kilka razy), albo dostosowanie się do pilota który czasem ma jakieś „sprawy” do załatwienia (powietrzne taxi dla biznesmenów przylatujących w sprawach rurociągu trans-alaskańskiego, albo jakaś przesyłka, etc.), nie wie do końca o której będzie wolny, nie wie kiedy będzie tankował. Wtedy czekamy (czasem po kilka godzin), aż los okaże się łaskawy, a my dostaniemy podwózkę na jakiś dwutysięcznik w sensownej cenie. Kilka razy udało mi się polecieć na 1000 metrów verticala nawet za 50$.

 

Ciekawym i zupełnie niespotykanym w Europie elementem są umiejętności i styl latania pilotów. Wszyscy spotkani tam przeze mnie zostali wyszkoleni w armii amerykańskiej na misjach wojskowych w Somalii, Iraku i Afganistanie latając Apaczami i Black Hawk’ami. Myślę sobie, że latanie po Alasce jest dla tych gości stosunkowo nudne i uważam, że mają oni inne poziomy „akceptacji ryzyka” – jeśli wiecie o co mi chodzi. Bo jak kiedyś do faceta strzelali regularnie stingerami nad Bagdadem a wkoło ginęli mu koledzy, to teraz – kaman, bądźmy szczerzy: przyziemienie albo zawis w warunkach porywistego wiatru, czy lądowanie w kiepskiej widoczności nie jest dla nich jakimś mega wyczynem…

I tak właśnie na Alasce zaliczyłem swoje pierwsze w życiu tzw. „power landing”: kiedy na szczycie góry nie ma miejsca, żeby posadzić maszynę bezpiecznie, wtedy heli albo zawisa kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, albo o ile to możliwe opiera o szczyt chociaż przednią część płóz dla stabilizacji, a Ty musisz wyskakiwać. Każdy narciarz wyskakujący ze sprzętem – to często po sto kilogramów mniej dla śmigłowca który w tym momencie unosi się do góry, co pilot stara się natychmiast kompensować, a przy porywistym wietrze – wydaje się być to co najmniej nietrywialne. Jeśli do tego na zawietrznej górki zrobiły się nawisy śniegu grożące urwaniem, a na szkoleniach lawinowych uczyli cię, aby NIGDY nie podchodzić na taki skraj – nie muszę pisać, że podczas takich „power landing” – nie czułem się raczej zbyt komfortowo.

 

Czy zatem latanie po Alasce jest mniej bezpiecznie od Europy? Może trochę tak. Czy jest mniej bezpiecznie od Uzbekistanu albo Kamczatki? Cóż… Amerykanie przynajmniej heli mają w miarę nowe i sprawne, a Uzbecy i Rosjanie mówią, że mają sprawne.

 

O samej jeździe i warunkach: w kolejnej notce – jeszcze w tym tygodniu.


Dodaj komentarz

Wspomnienia z Alaski: Dzicz

Alaska zawsze była dla mnie miejscem legendarnym i celem ostatecznym. Gigantyczny obszar, dzicz i wielkie, wielkie góry. To również największy opad śniegu na świecie: w masywie Chugach wraz z parkiem narodowym o tej samej nazwie – rocznie spada ponad 13 metrów puchu. To miejsce do wyjazdu w które przygotowałem się niemal rok wertując setki for, stron, tanich lotów i zamęczając ludzi pytaniami. Wreszcie po 42 godzinach podróży i zaliczeniu 5 stref czasowych: Warszawa – Londyn – Nowy Jork – Seattle – Anchorage. Dotarłem.

Najpierw trzeba chyba napisać, że pobytowi na Alasce towarzyszyło mi niesamowite uczucie ekscytacji spowodowane odludziem i izolacją. Alaska jest największym stanem USA, o powierzchni większej niż łączna powierzchnia Francji, Niemiec, Polski, Hiszpanii i Włoch. Czyli jakieś pół Europy. A mieszka tu ledwo tyle ludzi co w Łodzi. Wyjeżdżasz z Anchorage, przebijasz się 100-200km i od tego momentu nie ma nic i nikogo. Cisza. Góry. Natura. To uczucie odludzia potęgował zdecydowanie fakt, że na Alaskę wybrałem się kompletnie sam.

Moim zdaniem alaskańskie wyobcowanie i pustka sprawia, że ludzie stają się sobie jakby bliżsi. Kiedy wchodziłem do baru w jakimś miasteczku (a kolejny najbliższy bar był 2 godziny drogi dalej), siadałem sam przy stoliku, i podczas zamawiania kiełbaski z renifera albo hamburgera z łosia zdradzał mnie obcy akcent – ludzie sami zaczynali ze mną rozmowę. Byli bardzo ciekawi skąd przyjechałem (-Poland? Poland? [znak zapytania w oczach]… -Europe. –Aaaa! Europe! [uśmiech] –you came all the way from Europe?!) i zaczynała się normalna, życzliwa rozmowa. Nie doświadczyłem takiej ciekawości, życzliwości, rozmowności i ciepła w innych miejscach. Zagadywali mnie wszyscy: od barmanów i kierowców ciężarówek, a kończąc na służbach cywilnych, strażnikach i pogotowiu ratunkowym. Okay: być może nie byli gotowi zapraszać kolesia z dziwnym akcentem do domu na obiad – ale czuć było autentyczne zainteresowanie, przyjemność z konweracji i szczerze udzielane rady. Nie trzeba mówić, że prawdziwą frajdą było spotkanie innego narciarza lub grupki: zdarzyło się to może ze trzy razy – ale od razu wymieniliśmy się masą informacji: gdzie jeździć, z kim latać, a może zjechać razem, czego szukamy, jak długo jesteśmy…

Film obrazujący trochę krajobraz, warunki i pustkę:

Z nartami na Alasce łączą się często zupełnie nowe wyzwania jakich nie przeżyliście jeżdżąc nawet ekstremalnie i poza trasami w Alpach. Po pierwsze, jeśli planujecie poruszać się poniżej linii drzew, albo robić ski-tury – warto zaopatrzyć się w sztucer do obrony przed niedźwiedziem. Miejscowi Rangersi doradzali mi nawet konkretne modele z naciskiem, że nie może to być byle pistolecina, ale porządny, samopowtarzalny karabin, który położy Grizzly. Druga rzecz związana bezpośrednio z pierwszą: zapachy. Wyobrażam sobie, że nie wylewacie na siebie fiolki Dior’a przed jazdą na nartach, ale niewskazany jest również ani antyperspirant, ani intensywnie pachnący żel pod prysznic ani jedzenie ryby na śniadanie, nie mówiąc nawet o wożeniu jej w plecaku w kanapkach: nawet jeśli macie ten sztucer – zdecydowanie lepiej jednak nie wabić misia.

Wreszcie po trzecie – musicie wypełnić plecak trochę bardziej niż w Europie aby przygotować się na dłuższą niż zaplanowaną jazdę, spacer lub przeczekanie. Czemu? Ano nasze Alpy mimo wielu dzikich miejsc – są jednak zaludnione dość gęsto: praktycznie w każdej alpejskiej dolinie biegnie droga, co chwila są jakieś wioski. Z reguły jest też zasięg komórek. A Alaska? Zapomnijcie. W górach Chugach – jest jedyna droga: biegnie tak na oko z południowego zachodu – portowej miejscowości Valdez na północny wschód w kierunku granicy z Kanadą. Wzdłuż tej drogi – na przestrzeni kilkuset kilometrów znajdziecie cztery heliporty, ze dwa miasteczka, i ze trzy-cztery inne, mniejsze osady ludzkie, które nie mają nawet nazw, a zamiast adresu: liczbę mil ze słupka przy-drogowego. Tak, tak: to właśnie te miejsca ma na myśli Amazon pisząc czasem „tego produktu nie dostarczamy na Alaskę”.

W poprzek od tej jedynej drogi o której wspomniałem – nie znajdziecie kompletnie nic, oprócz setek, jeśli nie tysięcy nienazwanych przez nikogo szczytów (wysokość z reguły przekracza trochę 2000 mnpm, ale nie zapominajcie jak blisko jest ocean). Podczas jazdy w takim terenie, musicie być więc solidnie przygotowani na pogorszenie pogody i na to, że Heli nie będzie was mógł podjąć z którejś z dolin. W Alpach w takich sytuacjach zjeżdża się do najbliższej drogi i dzwoni po taksówkę. Na Alasce w takich (rzadkich na szczęście) sytuacjach – pozostaje właśnie spacer albo ew. dłuższe oczekiwanie na poprawę warunków.

A jak jest z tym lataniem? Ile verticala można zrobić jednorazowo? Jak tanio znaleźć „lift”? Czy na Alasce lata się bezpieczniej niż w Europie? Napiszę o tym w niedzielę. Czytajcie mnie!wink

Na koniec jeszcze jeden film z Flattop Mtn nieopodal Anchorage: