nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Sylwester w Zako

Rano od dziewiątej jeździłem na Harendzie. Dobiłem się, wróciłem do pokoju i poszedłem na spacer do Doliny Kościeliskiej na dobre 3 czy 4 godziny. Było przepięknie. Wrócłem jak już było ciemno. Padnięty. Niestety wieczór Sylwestrowy – więc nie ma szans zjeść w żadnej karczmie, bo wszędzie przygotowania do zabawy. Pizzeria nie przyjmuje zamówień na telefon bo są przeciążeni, w centrum nie ma gdzie zaparkować i do taksówki też nie da się dodzwonić. Na moje szczęście była otwarta Żabka za rogiem. Kupiłem jakiś ser i kabanosy. O dziwo mieli nawet ciepłe pieczywo. Bardzo szybko dopadł mnie sen. Koło północy obudziło mnie na chwilę jak łomotali petardami. Bardzo wszyscy się chyba cieszyli. Jest Nowy Rok, 7:50 rano. Zbieram się pojeźdźić. Wszystkiego Dobrego w Dwa Piętnastym.

IMG_1030

IMG_1017


5 Komentarzy >

No i sypnęło wreszcie.

Jeśli jak ja – macie możliwość wyskoczenia gdzieś bez wcześniejszych planów – okazuje się że można znaleźć coś w Zako nawet na Sylwestra bez drenowania kieszeni dosłownie w ostatniej chwili. Jak? To mój prywatny patent: wchodzicie na booking.com na 3 lub 7 dni przed planowaną datą przyjazdu między godziną 20 i 24 i odświeżacie je często. Powinny się pokazywać nowe (w tym całkiem tanie) oferty. Chodzi o to, że do terminu 3 lub 7 dni przed przyjazdem sporo ludzi trzyma rezerwację z bezpłatnym odwołaniem i wtedy właśnie zwalnia pokój (bo mają lepszy, bo decydują zostać w domu, bo się rozchorowali, itd). Ja znalazłem pokój z łazienką w Zakopanem za stówkę za dobę w Sylwestra.

Jeśli narzekacie na korki – pisałem o tym już tutaj: https://nakreche.com/2013/02/17/kasprowy-dzisiaj/ – i na BOGA: kupcie łańcuchy i pamiętajcie, żeby nie polegać na samych zimówkach. (o praniu mózgów producentów opon pisałem już tutaj: nakreche.com/2012/12/10/opony-zimowe-yada-yada-yada-hmmmm/ ).


1 komentarz

Kasprowy – dzisiaj!

kasprowy dziś

Kasprowy dziś (17 lutego 2013)

Najpierw trochę o Zako: zasadniczo jest nie za wesoło. Stoki są albo płaskie, albo zamknięte, albo koszmarnie zatłoczone. Nosal nie działa od samej góry (przy okazji: ktoś wie może czemu?), na Harendzie tłum, a kolejka do kolejki na Kasprowy trwała w sobotę 4 godziny. Do tego ceny przytłaczają: zarówno jedzenia jak i noclegów: moim zdaniem jak na to co Zako oferuje – jest za drogo. Na Krupówkach tłum koszmarny, a Zakopianka stoi niemal od Pcimia i czasy przejazdu z Krakowa sięgają 3-4 godzin, czasem więcej.

No ale trzeba sobie jakoś radzić. Może kolejnym razem jadąc na Kasprowy skorzystacie z moich uwag:

1. Jazda Zakopianką: polecam jazdę z Automapą i Hołowczycem ale takim, który potrafi połączyć się z Internetem – NAPRAWDĘ wtedy śmigamy – to zdecydowanie najlepsza nawigacja na rynku. Hołek wie na bieżąco gdzie tworzą się wszystkie zatory i co chwila proponuje nam objazdy: a to przez Pcim przed zwężeniem, a to przez Mszanę, Rabkę, i Rdzawkę. Podobnie z powrotem – np. przez środek Nowego Targu. Elektroniczne drogowskazy pokazują Kraków-Zakopane: 3 godziny, a z Hołkiem jedzie się 1h40 i zapewniam: bez żadnych wariactw. Trzeba mu tylko zaufać. Pewien „mistrz kierownicy” z BMW jadący grubo ponad 140 i wyprzedzający na zakrętach i podwójnej ciągłej: stał w korkach i mnie wyprzedzał – tak na zmianę 3 razy.

2. Ceny dostępnych noclegów mnie zabiły, więc wymieniłem uciułane w podróżach służbowych punkty w sieci Accor na nocleg w Mercure Kasprowym – jeśli z tego programu ktoś korzysta – bardzo polecam – działa. Noclegi w Mercure są dostępne nawet dzień wcześniej podczas ferii – kiedy nic innego sensownego już nie znajdziemy.

3. Stoki. Z płaskiego stromego nie zrobię, a jeździć u Jagny w Witowie nie zamierzam – więc strategiczna decyzja: budzik na 6:20, bez śniadania, no i o tej godzinie nie ma busików – więc jesteśmy skazani na taxi do Kuźnic: zamówione na 6:40. 20PLN mniej, 15 minut później i jestem pod kolejką na Kasprowy o godzinie 6:55. Kasa otwiera się o 7:15, więc 20 minut czekania na mrozie. Ale opłaca się: o 7:30 wjeżdżam pierwszą kolejką na górę (i jest wtedy już spory ogonek ludzi w kolejce za mną). Pogoda: miodzio, lampa. Zobaczcie sami fotki. Kasprowy Wierch i Kocioł Gąsiennicowy w słońcu, ale zostawiam Gąsienicowy i sam jedyny jadę w Kocioł Goryczkowy. Jestem PIERWSZY. Warunki stworzone do dużych prędkości: stok idealnie wyratrakowany, dobre nachylenia, kontrastowe światło, i aż do godziny 11 większość krzesełek jeździ pusta. Odpalam zatem GPS i staram się pobić swój życiowy rekord prędkości – 91 km/h. Nie udaje się, ale nie narzekam. Jest minus 11 stopni, w kocioł powoli zaczyna zaglądać słońce, pęd powietrza zapiera dech, jest bardzo niewiele ludzi i jest… FAJNIE. W karczmie przy dolnej stacji krzesełek zjadam PYCHA jajecznicę za 12PLN: najlepsza jajecznica jaką jadłem od dawna – co zresztą potwierdza moją teorię, że na odbiór smaku oprócz samej potrawy wpływają znacząco warunki i nastrój przy jedzeniu.wink

Kocioł Goryczkowy - ślad GPS

Kocioł Goryczkowy – ślad GPS

Podsumowując: w Polsce nie znajdziecie lepszego miejsca do jazdy po trasie. Po prostu nie ma takiego. Jestem o tym przekonany. Olejcie Szczyrk, Krynicę, Białkę czy Wisłę. Pojedźcie w porządne góry. Wielu ludzi narzeka na Zakopane, ale moim zdaniem trzeba tam jechać z głową – a może być całkiem fajnie.

W kolejnej notce opiszę coś dla tych, dla których nachylenia (i emocje) osiągane w Kotle Gąsienicowym i Goryczkowym są zbyt mizerne: zjazd z Kasprowego Wierchu „trzecią drogą” tzn. poza trasą do Hali Kondratowej. Pozdrowienia!


Dodaj komentarz

Ski-touring w Tatrach: Morskie Oko i Mnichowe Plecy

Dziś coś z rodzimego podwórka: skitury na Mnichowe Plecy i zjazd do Morskiego Oka. Dla tych, co znają Tatry – to pewnie standardowa trasa. Dla tych co nie znają – warto spróbować. Ja uważam się za początkującego amatora ski-turingu i na tej trasie czułem się super. Mapa wygląda następująco (podejście zaznaczone jest na różowo, zjazd na zielono):

Parametry trasy: Różnica poziomów: około 700 metrów. Czas podejścia: około 4 godziny, czas zjazdu do jeziora: poniżej 20 minut, potem trawers jeziora i zjazd do parkingu – nie więcej niż pół godziny.

Początek na parkingu i już tam można zapiąć narty bez fok – stamtąd bardzo łagodne podejście do schroniska nad Morskim Okiem. W schronisku porządna jajecznica i ruszamy dalej. Na fotce poniżej obok schroniska Mnich (czubata górka po środku zdjęcia) wygląda bardzo stromo i skaliście – dlatego na jego plecy wchodzimy „od tyłu“ (jak to na plecy) – i tamtędy można podejść całkiem wysoko bez sprzętu asekuracyjnego:

Przecięcie Żlebów: Marchwicznego, Urwanego i Szerokiego – to miejsce schodzenia lawin: trzeba tam uważać. Na fotce widać, że co wyrośnie – to co jakiś czas jest koszone przez mniejsze czy większe lawiny. W tle widać Morskie Oko. Najbezpieczniej robić ten trawers rzecz jasna przy jedynce-dwójce. Nie zawsze jednak są tak komfortowe i stabilne warunki do poruszania. Słaba trójka bez przewodnika to już jakieś ryzyko. Na mocną trójkę bez przewodnika chyba bym się nie porwał sam:

W pobliżu Mnichowego Kotła jest już zbyt stromo, żeby wchodzić w linii prostej nawet z fokami i harszlami – jak widać robimy zygzaki:

A to już zjazd z pleców – nie dalej niż 100 metrów od szczytu:

Tutaj znowu w kotle, ale tym razem zjazd trochę z innej perspektywy:

A tutaj już ostatnia fotka i trawers po powierzchni Morskiego Oka – to był fajny dzień!


Dodaj komentarz

Witów: tatrzański koszmarek Jagny

Pochodzę z Radomia. Zastanawiam się, czy gdybym miał masę pieniędzy i w swoim rodzinnym mieście zrobił super infrastrukturę, zainwestował w wypożyczalnię nart, zatrudnił fachowców, zbudował super fajny, nowoczesny wyciąg i system skipassów, zainwestował w super marketing i zapłacił Pirminowi Zurbriggenowi, żeby to wszystko reklamował – i strzelił to wszystko na takim wieeeelkim, płaściuteńkim polu między Gołębiowem-II a torami na Warkę… To czy mógłbym się chwalić, że mam dobrą stację narciarską?

Po jaką cholerę wybrałem się do Witowa? Przysięgam – nie wiem. Byłem w Zakopcu i chyba zadziałał na mnie marketing i twarz Jagny Marczułajtis uśmiechającej się zalotnie z billboardu i zachęcającej do przyjazdu. Chyba właśnie dlatego.

Infrastruktura pod wyciągiem – to chyba najmocniejszy punkt tej stacji. Dobra wypożyczalnia i szeroka gama nart, mili, fachowi ludzie, deski w całkiem dobrym stanie. Tylko nie bardzo wiem po co.

Nie ma sensu opisywać skipassów, czy sprawnie jeżdżącego wyciągu, dobrej wypożyczalni czy niezłego zorganizowanego parkingu pod stacją jeśli zdamy sobie sprawę z jednej istotnej rzeczy… Witów jest… no KOSZMARNIE PŁASKI.

Wypinając się z górnej stacji wyciągu, mogę złączyć nogi, opuścić biernie ręce (i głowę w smutku) i po jakiejś minucie bez wykonania choćby jednego zakrętu – zahamować na dole. Bez rozwijania zawrotnych prędkości, bez szaleństw. Po prostu opór powietrza plus tarcie równoważą g sinus alfa przy jakichś… piętnastu? No dobra – maks siedemnastu kilometrach na godzinę. Uwierzcie: taka jazda jest naprawdę koszmarnie nudna.

Gdyby jeszcze Witów był narciarskim rodzynkiem na mapie Polski… Gdyby na inny stok trzeba było jechać pięć godzin… Zrozumiałbym to – przysięgam. Gdyby tak było – nie usłyszelibyście ode mnie słowa krytyki. Ale w momencie gdy dosłownie pod ręką, zaledwie kilkanaście kilometrów dalej mamy: Nosal, Harendę i Kasprowy – ja jazdy na Witowie – po prostu nie kumam.

No dobra. Jest jedna rzecz, którą sobie wyobrażam jako powód wybrania się do Witowa. Może nauczę tam jeździć swoje córki. Chociaż nawet jeśli, to raczej tylko pierwsze dwa dni, bo jestem dziś przekonany, że pod koniec będą już płakać z nudów i pokazywać paluszkiem w stronę Zakopanego mówiąc prosząco „tata, tammmm, tammmm”.

Reasumując: Witów polecam dla dziewczynek, maksymalnie trzy i pół letnich. A jak Jagna? No całkiem niebrzydka.