nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Rok temu była niepewność

Latałem w różne mniej lub bardziej bezpieczne regiony świata i jeździłem freeride na pięciu kontynentach. Mimo to, kiedy rok temu startowaliśmy do Teheranu, nie mogłem wyzwolić się z poczucia niepewności. W mojej głowie przewijały się rzeczowniki-hasła: fundamentalizm, terroryzm, bandytyzm, niebezpieczeństwo, dżihadyści.

Tymczasem sposób w jaki Iran pokazywany jest dziś w mediach – sposób który ukształtował nasze o nim myślenie – woła o pomstę do nieba. Bo w konkurencji na najprzyjaźniejszy naród na świecie – Irańczycy z pewnością byliby finalistami. A przecież to właśnie ludzie zostawiają w naszych wspomnieniach najbardziej żywy ślad odwiedzonego miejsca.

Ale Irańczycy to nie tylko życzliwość, gościnność i ciepło. To coś znacznie więcej. Irańczycy są narodem bardzo wykształconym, silnie zurbanizowanym, przedsiębiorczym i pracowitym, a przy tym wszystkim bardzo dumnym. Popełnilibyście wielkie faux-pas porównując Persów do otaczających ich zewsząd Arabów. Jestem pewien, że kiedy tylko znikną wszystkie sankcje nakładane przez zachód, Iran stanie się tygrysem bliskiego wschodu, a jego tłumiony potencjał rozkwitnie z pełną siłą.

Teraz wiemy już to wszystko i lecimy do Iranu uśmiechnięci. Chcemy spędzić przynajmniej dwa dni w Teheranie. Ale najpierw: wysokie góry i dzikie narty.


3 Komentarze

Marokański Riad

Paryż ma swoje katedry, a Nowy Jork drapacze chmur. W Marrakeszu symbolem miasta są Riady. Czym jest Riad? Dosłownie po arabsku Riad znaczy ogród. W Maroko jednak Riad to stary dom, często jeszcze z epoki kolonialnej, bez okien na zewnątrz, ani na ulicę, ale zawsze ze specyficznym atrium, dziedzińcem w środku, osłoniętym ścianami domu ze wszystkich stron. Wewnątrz, w samym atrium często można zobaczyć właśnie ogród, wielką palmę czy fontannę. Historycznie chodziło o to, by nikt nie zaglądał nam do mieszkania. Nawet przez okna. Dawało to prywatność, pozwalało ukryć bogactwo przed wścibskimi oczami sąsiadów, a taki ogród w środku domu, pozwalał się cieszyć słońcem i dawał osłonę przed wiatrem i zimnem. No i po przejściu przez próg kobiety mogły bez obaw zdjąć hidżaby.

Dziś Riady są często w europejskich rękach. Część w małżeństwach mieszanych, część po prostu odkupiona od tubylców. Jest ich w Marrakeszu setki. Riady pozostały jednak symbolem marokańskiej gościnności i lokalnej kultury. Okazją do relaksu, odprężenia, doskonale balansując miejski zgiełk Marrakeszu i wieczny ruch na zewnątrz.

Jeśli kiedykolwiek będziesz w Marrakeszu, zatrzymaj się w jednym z setek Riadów. Spróbuj tradycyjnego marokańskiego tażina, ugotowanego właśnie przez panią domu (albo przez służbę – zależnie od wielkości Riadu i ceny). Zanurz się w lokalną kulturę. To właśnie uwielbiam w samotnych podróżach.

Centralnym punktem mojego Riadu „Marhbabikoum” jest gigantyczna palma wysokości trzech pięter. W innych Riadach może być to fontanna albo ogród drzewek pomarańczowych.

Na dole jest kuchnia, jadalnia, pokój biurowy i pomieszczenia do relaksu i odpoczynku.

Pokoje gościnne (jest ich pięć, każdy z łazienką) zaczynają się od pierwszego piętra. Wszystkie okna wychodzą do wewnątrz, na atrium. Od góry wpada światło słoneczne – przy otwartych okiennicach w pokojach jest w miarę jasno.

Na samej górze taras, widok na Medinę. Wieża w oddali po lewej, na horyzoncie – to słynny Jemaa el-Fna, 10 minut spacerem przez środek Mediny. Wkoło tarasy dzięsiątków innych Riadów.

A tak wygląda wejście od ulicy w Medinie. Drzwi, pomalowana ściana i zero okien.

Nie będę pisał o samym Marrakeszu – bo wystarczająco dużo jest o nim relacji w całej blogosferze. Urzekły mnie Riady – a nie znałem zupełnie tego zjawiska – stąd ta notka.

W każdym razie, jeśli planujecie wspinać się lub zjeżdżać w Atlasie – po prostu musicie poświęcić dzień a najlepiej dwa na Marrakesz. I wydaje się że właśnie w szczycie sensownych warunków narciarskich – czyli w okolicy lutego – w Marrakeszu jest stosunkowo niewielu turystów, sezon dopiero się tu rozkręca, a z hoteli all-inc w okolicach Agadiru jest wystarczająco daleko, by nie chciało im się tu przyjechać.

Marrakesz: must see!


7 Komentarzy

Jak ważny jest instruktor

Jeśli czytacie bloga regularnie – to pewnie pamiętacie moje przejścia i utyskiwanie na instruktorów narciarskich. Mój pogląd bardzo się zmienił, a moje dziewczyny wreszcie trafiły na wspaniałego instruktora.

1. Ma doskonałe przygotowanie dydaktyczne. Sam nigdy nikogo nie uczyłem jeździć – robiłem to z córkami „na czuja”. Trochę z daleka podglądałem – nasz instruktor dokładnie obserwuje dzieci, poprawia każdy drobny błąd, czasem daje indywidulane ćwiczenia. Efekty mnie zdumiały.

2. Ma autentyczą i prawdziwą sympatię do dzieciaków i mega kontakt z nimi. To powoduje, że moje córki nie mogą się doczekać zajęć. Pewnie na niewiele zda się przygotowanie dydatkyczne jeśli dzieci by nie lubiły instruktora. One doskonale wyczuwają, kto naprawdę je lubi, i tę sympatię zwracają w dwójnasób.

3. Praktyka mówi mu gdzie dzieciaki mają granice i gdzie można je zabrać. Sam nie wziąłbym ich tak szybko na czerwoną trasę. On wiedział dokładnie kiedy można to zrobić.

4. Moje córki mają na mnie „sposoby”. Przytulanie, łezka, smutne spojrzenie w oczy – to po prostu małe kobietki, które wiedzą dobrze gdzie nacisnąć, żebym przynajmniej czasem zachował się tak jak one chcą. Przy instruktorze, w grupce innych dzieci – te sposoby nie działają. Na szczęście.

Te wszystkie opisane powyżej cechy powodują, że pierwszy raz w życiu jestem absolutnie przekonany, że nie dałbym rady z maluchami poczynić takich postępów jak udało się jemu. Dziewczyny śmigają po trudnych, czerwonych trasach, wjeżdżają na muldy. Przecierałem też ze zdumienia oczy, kiedy po zajęciach, już „na luzie”, moje gwiazdy, które normalnie nieśmiałe i nieodstępujące mnie na krok (“wszędzie z tatą”) – jeździły sobie SAME na orczyku w górę, potem zjazd z górki, same do kolejki, znowu w górę, i tak parę razy. Także kochani – trzeba dobrze trafić. Ja miałem tym razem szczęście. Jeśli Pan to czyta, Panie Ignacy – to mega dzięki, kask z głowy, szacunek!

PS. Mam wrażenie, że do grupy sześciolatków chętnie dołączyłaby większość mamuś wszystkich dzieci z całego wyjazdu – jeśli wiecie co mam na myśli 😉

PPS. Jeździłem ze szkołą Olton (to nie jest post sponsorowany ani product placement).


4 Komentarze >

Późno zaczynamy sezon w tym roku: Rodzinnie w Alpach – rozruch przed „właściwym” sezonem dla mnie, nauka dla moich maluchów (pierwszy raz w szkółce narciarskiej)… mamy tym razem szczęście do naprawdę fajnego instruktora, który super komunikuje się z dzieciakami. Zbieram się z napisaniem dłuższego postu o szkółkach i narciarskich wyjazdach zorganizowanych. A tymczasem – życzcie nam słońca!


7 Komentarzy

Czemu jesteśmy takimi chujami?

Wiedza tajemna

Ubiegły grudzień czy styczeń. Grupa fejsbukowa freeriderzy. W szczyrku spadło trochę świeżego. Facet wrzuca fotkę – fajne pole, sporo puchu, narciarz stawia piękną firankę za sobą. Daję mu lajka – warunki wyglądają naprawę extra. Ale po chwili myślę, że może w weekend będę miał chwilę by skoczyć w Beskid. Zadaję pytanie „czy mógłbyś napisać gdzie jest zrobiona fotka?”. Cisza. W końcu znajomy tego od fotki daje tylko smileysa.
Po kilku kolejnych fotkach i paru innych nieodpowiedzianych pytaniach „skąd to” – zaczynam rozumieć o co chodzi. Panowie są posiadaczami prawdziwej wiedzy tajemnej, a my – tłuszcza – porysujemy im stoki w sikret-spocie. Mamy się tylko zadowolić że łaskawy pan rzucił nam na fejsa ochłap-fotkę. Łaskawy pan? Nie – zwykły burak.

No friends

Mija jakiś czas. Czytam jakieś forum freeriderskie. Kolejny raz pojawia się hasło „no friends on a powder day”. W skrócie chodzi o to, że jak spadnie puch, to możesz zapomnieć o kolegach – musisz dbać o siebie, przepchać się po chamsku do gondoli – i olać wszystkich żeby tylko samemu założyć pierwszy ślad. Masz mieć w dupie kumpli, i oni powinni ci to potem wybaczyć bo przecież był świeży opad. Takie zwykłe, prymitywne skurwysyństwo. I jeszcze jak pięknie wytłumaczone. To może powinniśmy pójść dalej? Np. wpychać się w kolejki w supermarkecie jeśli nam się spieszy? Najłatwiej przed słabszych: przed staruszki!

Te straszne skutery

Znowu mija jakiś czas. Czytam znowu forum. Dziewczę na skitourach spotkało parę skuterów śnieżnych i wedle jej słów ich kierowcy źle się zachowywali, śmiecili. (cóż bywa: źle się zachowują czasem lekarze, czasem rowerzyści, czasem księża, a czasem uchodźcy… jednak ludzie, mieniący się inteligentnymi piętnują konkretne zachowania, a nie wszystkich ludzi należących do danej grupy… nie dzielą na „my” i „oni” niczym rządząca partia). Pod postem jednak hejt na kierowców skuterów śnieżnych. Wszystkich, wcale nie tych konkretnych. Jechanie po sterotypach. Grupowicze wymieniają się między sobą planami rozpinania żyłek między drzewami żeby skutery powstrzymać. Fala obrzydliwego, śmierdzącego hejtu.

Te straszne splitboardy

Inne forum, inna sytuacja: skitourowcy robią hejt na spliboarderów. Zakładają im w końcu bana na swoją grupę. Splitboarderzy nie mogą już na nią pisać, bo „robią bałagan”… Chyba też dlatego, że nie są „prawdziwymi narciarzami”… Tak jak czarni nie mogą być przecież „prawdziwymi polakami”.

Co się z nami stało? Czemu zachowujemy się tak dennie? Skąd w nas tyle jadu, nienawiści? Przecież wydawałoby się, że jesteśmy wyzwoloną grupą ludzi. Że sport, góry, prędkość, śnieg i wiatr dają nam dystans. Że jesteśmy uśmiechniętymi luzakami. A nie zgorzkniałymi looserami. Czy nie powinny łączyć nas wszystkich góry, miłość do tego samego sportu? Czy nie powinniśmy się cieszyć, że kolega będzie mógł fajnie zjechać w miejscu, w którym nam było dobrze tydzień temu?

Dostaję sporo maili od czytelników bloga i książki: komentujecie mało, ale po statsach i mojej skrzynce widać że czytacie. Nie wyobrażam sobie bym kogokolwiek mógł potraktować w taki sposób: zlać, przemilczeć i pysznić się, że udało mi się znaleźć pustą górkę… Dostałem dotychczas – nie przesadzam – grubo ponad 100 pytań – głównie dotyczących wyjazdów w dzikie miejsca. Zawsze znajdowałem czas by odpowiedzieć, czy pogadać przez telefon…

Zastanawiam się czasami, czy ten obrzydliwy hejt, to jakaś nasza narodowa przypadłość…


Dodaj komentarz >

Wychodzi na to, że reportaż z listopadowego Logo chyba się dobrze wczytał, bo w grudniowym jest kolejny: tym razem o freeride na Spitsbergenie. Takietam moje reportażowe wynurzenia. Jak ktoś książkę czytał, to niespodzianek nie będzie. Tuż za moim reportażem, Franek Przeradzki przedstawia i tłumaczy słownik narciarski – tak na luzie i miło – można się uśmiechnąć. Poza tym jak to w Logo – dużo o stylu dla modnych facetów, sporo gadżetów. Grudniowy numer od wczoraj w kioskach.