nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz >

Wychodzi na to, że reportaż z listopadowego Logo chyba się dobrze wczytał, bo w grudniowym jest kolejny: tym razem o freeride na Spitsbergenie. Takietam moje reportażowe wynurzenia. Jak ktoś książkę czytał, to niespodzianek nie będzie. Tuż za moim reportażem, Franek Przeradzki przedstawia i tłumaczy słownik narciarski – tak na luzie i miło – można się uśmiechnąć. Poza tym jak to w Logo – dużo o stylu dla modnych facetów, sporo gadżetów. Grudniowy numer od wczoraj w kioskach.


13 Komentarzy

Górskie Koterie…

Śledzę ostatnio coraz więcej górskich portali branżowych. Z rozbawieniem czytam co spłodziły ostatnio połączone siły koterii paru wydawców, redakcji i jurorów festiwalowych.
Możecie przeczytać cały tekst tu:
https://www.goryonline.com/gorski-dom–bez–kultury—apel-wydawcow–redakcji-i-organizatorow-festiwali-gorskich,2008561,i.html

Cóż takiego robi szkalowana w każdym akapicie, Pani Red. Beata Słama?
Otóż śmie wytykać redakcjom błędy w ich książkach, pisać recenzje, które nie zawsze są pochlebne i czepia się organizacji festiwali górskich! To jest powodem dla którego czterech wydawców, trzy redakcje i dwa górskie festiwale podpisały się pod apelem o rezygnację z usług redaktorki!

TO SKANDAL! Redaktorka śmie nie spijać sobie wzajemnie z dziubków z innymi redaktorami, wydawcami i gazetkami, jak to się w środowisku od lat utarło. Mało tego! Słama przebija nadęty, patetyczny BALON relacji wśród towarzystwa wzajemnej adoracji redaktorów-jurorów-wydawców działających w systemie naczyń połączonych (nader malutkim na polskim rynku), w którym ręka rękę myje. „ja tu ci posędziuję, ty mi wyślij książkę, to ci zrecenzuję w czasopiśmie, tu nagniemy troszkę regulamin żeby twoja książka weszła, ale ja cię zaproszę na festiwal, ty mi zredagujesz, dam ci zarobić i wszyscy będziemy się lubić”.
Jej recenzje nie są koloru słodko-pierdząco-różowego. Są śmieszne, ostre, ironiczne i czepliwe – to fakt. Może nawet czasem za bardzo. Taki już charakter GDK i cała MASA ludzi go czyta (choć znacznie mniej lajkuje). Redaktorka nie zadaje sobie pytań „komu nastąpię na odcisk? a jak zjadę teraz tego wydawcę, to czy powierzy mi redakcję następnej książki? jak dowalę temu organizatorowi, to czy moja książka przejdzie w kolejnym konkursie? czy nagną do mnie zasady?”. I chwała jej za to. Nie zawsze obiektywna, ale zawsze autentyczna (Ktoś wskaże jeszcze *JEDNEGO* górskiego recenzenta, który byłby autentyczny?).

Sitwę górską widać w Polsce doskonale na przykładzie koszmarnego skandalu Majera w Lądku przed paru tygodniami. Próżno szukać wśród autorów, jurorów, wydawców czy organizatorów oburzenia na jego haniebne słowa… No ale jak się tu oburzać, jak odcinać, skoro przed chwilą się z nim ściskało i piło alkohol? O skandalu napisała nawet GW i natemat, a znane mi portale górskie: ciiiiisza. (Pytacie – co na to GDK? Zabrało głos i wyraziło opinię)

Potrzeba tu odpowiedzieć na pytanie: Czy recenzje na GDK są potrzebne w środowisku? Ciekawy jest felieton Ćwieka na ten temat dostępny na smaku książki: http://smakksiazki.pl/blogobojni-felieton-jakuba-cwieka… Zacytuję fragmenty:

W praktyce wygląda to często tak, że zdecydowanie lepiej jest zgarnąć dziesięć recenzji pochlebnych czy choćby neutralnych, nawet napisanych marnie, niż jedną, na którą wydawca w zasadzie nie ma wpływu. Stąd teksty pojawiające się zaraz po premierze to szał pochwał, a recenzje krytyczne pojawiają się wtedy, gdy do głosu dochodzą blogerzy, którym do książki nie było spieszno, nie dostali jej, a trafili w księgarni lub bibliotece.

[…]

Uważam, że potrzebujemy (…) profesjonalizacji blogosfery zaczynającej się choćby od nieco bardziej krytycznego podejścia do blogów i recenzji. Nieustanne zasłanianie się sformułowaniem „to moja opinia i mam do niej prawo” kończy dialog. (…) choć blogosfera to potencjalnie świetna ścieżka pod marketingowe przechadzki, to jednak przydałoby się nie srać tam, gdzie się jada. Nawet w imię chwilowej korzyści.

Tak – wiem coś o tym – mój wydawca się postarał i sam miałem rzeczony szał pochwał za „Poza trasą”. Problem o którym pisze Ćwiek dotyczy w szczególności polskiego górskiego środowiska – na ile zdołałem je poznać. Nie przeczytałem dotychczas ŻADNEJ krytycznej recenzji mojej książki. Czy to znaczy, że książka jest tak doskonała? Nie oszukujmy się, to moja pierwsza (być może jedyna) książka. Nie jest arcydziełem, napisałem ją dla siebie. Dała mi po prostu masę radości i satysfakcji. I ośmielam się wesprzeć tutaj Panią Redaktor, bo sam jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że NIC NIE MUSZĘ. Żyję z czegoś innego niż pisanie. Zostanę wyklęty przez koterię? Trudno… A odpowiadając na zadane przez siebie wcześniej pytanie: recenzje GDK są dla towarzystwa górskiego, niczym powiew chłodnego, świeżego powietrza w dusznym, zatęchłym, śmierdzącym pokoju.

 

PS. Zaznaczę tylko na koniec, że nie znam osobiście Pani Redaktor, nigdy nie rozmawiałem z nią choćby nawet telefonicznie. Parę razy odgryzałem się na GDK do zbyt czepliwych moim zdaniem recenzji innych książek. Zawsze jednak z dystansem do siebie i bez obrażania Jej Samej. A jeśli kiedykolwiek GDK mnie zjedzie – spokojnie: przeczytam na pewno. Korona mi z głowy nie spadnie, i może zabiorę głos, a może nie. Ale na pewno nie tak żałośnie, jak autorzy apelu, którym cojones brakło nawet by podpisać się nazwiskiem. A zabieram głos w dyskusji, bo zawsze mierzić będą mnie koterie i układy.


2 Komentarze >

Jestem tu trzeci raz mniej-więcej w tym samym czasie roku (przełom kwietnia i maja) i jest dużo bardziej zimowo niż kiedykolwiek. Sypie śnieg a sporo szczytów w chmurach. W związku z tym nie lata heli i musimy sobie jakoś radzić. 

​​


5 Komentarzy

Instruktorzy i instruktorzy

Wróciłem właśnie z Val di Sole. Trafiłem na „Polish Days” – masa fajnych rodaków jeździła. To był spory zorganizowany wyjazd (były imprezy polskie, jacyś celebryci itd) i były też szkółki narciarstwa i sporo polskich instruktorów. Codziennie po godzinie 15 robił się mokry śnieg i spore muldy – wiadomo – jak to Włoszech w marcu. Naturalne, że ludzie gorzej sobie radzili.

Osobiście lubię takie trochę trudniejsze warunki. Lubię „wsiąść” na ogon doświadczonemu instruktorowi w niebieskiej kurtce „ITA” albo „Scuola Sci Italiana a Madonna”, który wycina muldy agresywnie, krótkim skrętem, by sprawdzić jak długo się utrzymam za nim w tempie i śladzie. Zdarza się, że nie za długo, zdarza się że jedziemy tak sobie cały stok.

Tym razem jednak byli również polscy instruktorzy… I co i rusz trafiał się instruktor oklejony naszywkami „SITN” albo „Polski Związek Narciarski”, który na muldach zwyczajnie sobie nie radził! Jeden dramatyczne wygibasy robił co chwila ratując się od gleby, inny pługował i robił stop co chwila (nie prowadząc grupy).

Sporo w życiu naoglądałem się instruktorów, którzy nie są w stanie zjechać poza trasę, czy pojechać poprawnie śmigu. Instruktorów, którzy robili swoje uprawnienia na obozach instruktorskich organizowanych przez AWF’y. Wysłuchałem *wielu* opowieści z *wielu* źródeł o takich obozach, na których chla się z egzaminatorami, a na końcu każdy kursant zdaje końcowy egzamin i dostaje uprawnienia instruktorskie. Całkiem niedawno rozmawiał ze mną instruktor bez uprawnień przewodnika, który regularnie zabiera komercyjnie grupy ludzi w góry poza trasę i twierdzi, że „daje radę bo ma instruktora”.

Jakie są przyczyny tej patoli? Czy środowisko instruktorskie jest w stanie się samo oczyścić?