nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


2 komentarze

Heliskiing w Zermatt: zjazd z Monte Rosa / Dufourspitze

Zjazd z Monte Rosy w 2006 roku, to moje pierwsze heli w życiu: lecimy z przewodnikiem i moim mentorem – wspominałem już o nim tutaj przy okazji notki o szkoleniach lawinowych. Jak widać poniżej wszyscy jesteśmy ubrani w bluzy Subaru. Nasz przewodnik załatwił nam na ten wyjazd sponsora – dzięki temu heli jest sporo tańsze. Dziś jesteśmy zatem „Subaru Freeride Team”.

Helikopter przed dolotem do celu rzęzi już mocno i widać, że wiele wyżej ten model już polecieć nie da rady. Wysokość niemal Mont Blanc: coś koło 4500 metrów nad poziomem morza – i jednocześnie najwyższe miejsce w którym kiedykolwiek byłem.

96e499086a

Po przyziemieniu, nieopodal szczytu Duforspitze dostaję lekkiego zamroczenia: jest jakbym oglądał film albo zapalił jointa: wszystko jest tak daleko, lekko kręci mi się w głowie, nie ma nawet adrenaliny, której się spodziewałem. Zamroczenie spowodowane jest nagłym spadkiem ciśnienia i ilości tlenu w powietrzu i jest dość niebezpieczne: mózg nie pracuje jak powinien, i w takich sytuacjach często ludzie popełniają szkolne błędy, zapominają o podstawowych rzeczach, ściągają na siebie lawiny albo wchodzą głową w uruchomiony tylny rotor stojącego helikoptera. Trzeba się skupić.

Nasza trasa dziś jest bardzo zróżnicowana: na początek klasyczny big mountain. Dzikie, bardzo wysokie góry. Przyjemne i nie zbyt-wariackie stromizny. Ten kawałek to po prostu rozkosz jazdą, na dużej prędkości. Po zjeździe kilkaset metrów w dół, wszystkie dziwne objawy i pierwsze symptomy choroby wysokościowej znikają jak ręką odjął. Jest dużo-dużo endorfiny i przyjemności. Śnieg – jak to na wiosnę – raczej twardy, zmrożony, na wierzchu dość cienka warstwa świeżego opadu. Warunki przyjemne.

Potem mocny akcent i adrenalina: koszmarnie stroma rynna z lawiniskiem. Po dojechaniu na krawędź i spojrzeniu w dół w kolanach i brzuchu dostaję mrówek. Nasz guide jest skoncentrowany i poważny. Milkną żarty, kombinujemy którędy i jak to przejechać – odwrotu już nie ma. Lawina już tam zeszła więc teoretycznie prawdopodobieństwo, że zejdzie druga jest odrobinę niższe, ale z drugiej strony wszystkie szkolenia i podręczniki mówią, że dużo wypadków zdarza się właśnie w takich miejscach: tam gdzie teoretycznie wydaje się, że jest trochę bezpieczniej. Guide wydaje nam krótkie komendy, wyznacza bezpieczny odstęp, punkt spotkania i strefy „no-stop” oraz „pod-żadnym-pozorem-no-stop”. Nachylenie to jakieś 60-65 stopni i wywrotka na czymś takim oznacza w zasadzie koziołki kilkaset metrów na sam dół. Dopinamy kaski, wyjmujemy ręce z pasków w kijkach, odpinamy pasy biodrowe plecaków (wtedy nikt nie miał jeszcze ABS’ów), jeszcze raz upewniamy się, że mrugają diody nadajników lawinowych. I jazda.

9664c6b128

Udaje mi się przejechać przez żleb, i po dojechaniu do punktu spotkania przepełnia mnie mieszanka dumy, spełnienia, satysfakcji. Chwilę po złapaniu oddechu robię się zmęczony i senny. Znam to uczucie: to właśnie zeszła adrenalina. Zawsze tak było: czy to po szarpankach w jakimś klubie, czy po idiotycznym przejeździe przez miasto w wieku lat siedemnastu. Teraz jeżdżę autem spokojnie i nie szarpię się z chłopakami, ale po przejeździe taką rynną jest dokładnie tak samo. Najchętniej położyłbym się na chwilę, gdyby było gdzie. Anyway. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej.

Od rynny – już niedługi kawałek-trawers do szwajcarskiego schroniska Monte Rosahutte (2795). Po krótkim odpoczynku i wciągnięciu jakiejś czekolady w schronisku zjeżdżamy dalej. Najpierw jeszcze w miarę prosty i przepiękny kawałek „widokowy” wzdłuż niesamowicie wyglądających seraków. To jedno z piękniejszych zdjęć z tego zjazdu jakie mam.

965464d8d0

Końcówka, to najpierw zupełnie płaski kawałek po lodowcu – kilka kilometrów na szerokich nartach zjazdowych – na których wylewam hektolitry potu: jest maj, zarówno kurtka jak i polar już dawno przyczepione przy plecaku. To właśnie po przejechaniu takich kawałków twierdzę, że na desce snowboardowej nie ma prawdziwego freerajdu. Rzeczywistość alpejska to nie jest film z Travisem Rice: nie ma dwóch śmigłowców, które zabiorą nas na kolejną górkę, nie ma kamer ani ekipy filmowej. Musimy zjechać sami do doliny, jesteśmy zdani na siebie. W praktyce często zdarzają się takie właśnie płaskie kilkukilometrowe kawałki z głębokim śniegiem, gdzie jedziesz łyżwą i odpychasz się kijami. Narciarz zjazdowy jest skatowany. A deskarz? Mógłby tu chyba tylko usiąść i zacząć płakać.

9679c31b15

Jadąc po lodowcu – trzeba bardzo uważać na szczeliny. Jest późna wiosna – większość jest jeszcze zamknięta, ale wiele z nich przykryta jest już dość cienką warstwą śniegu, tworząc „mosty” po których można przejechać. Jeśli wjedziemy na taki pechowy środeczek, a co gorsza jeśli akurat wtedy dociśniemy krawędzie – można zwyczajnie przebić się i wpaść do środka. Mamy co prawda na sobie uprzęże alpinistyczne, a w plecakach liny, ale jedziemy pojedynczo i bez asekuracji. Szczeliny bywają głębokie – nawet na kilkanaście metrów, w dodatku w środku są zwyczajnie wylodzone, więc wyobrażacie sobie, że upadek z tej wysokości na lód zwykle nie kończy się przyjemnie i samo wyciągnięcie pechowca na powierzchnię to nie jest jedynym problem. Tym razem jednak przejeżdżamy szczęśliwie, choć do jednej szczeliny niemal po drodze wpadam…

Na samym końcu dojeżdżamy do dolnej części przygotowanych tras narciarskich dobiegających do Zermatt.

Mapa Topo 1:25k do ściągnięcia tutaj. Jeśli ktoś jest zainteresowany dokładną trasą naszego przejazdu – napiszcie komentarz – chętnie wyjaśnię.


4 komentarze

Funcarving, czyli źródło złego na stokach

W ciągu ostatnich lat na stokach wydarza się coraz więcej wypadków śmiertelnych. Jazda po ubitym nie wymaga już wielkich umiejętności, ludzie jeżdżą coraz szybciej a kaski na niewiele się przydają. Jest jednak jedna rzecz, którą uważam za szczególnie niebezpieczną: to funcarving.

Funcarving, to jazda po ubitym śniegu, na szerokim stoku, na krótkich nartkach o małym promieniu skrętu i bez kijów. Funcarver jeździ na (relatywnie) dużych prędkościach. Nie na aż tak dużych jak na konkretnych zjazdowych nartach, ale na wystarczająco dużych, aby sobie i komuś zrobić krzywdę przy zderzeniu. Na czym polega jednak główny problem?

Ano na tym, że szczytem szpanu w funcarvingu jest dotykać ręką stoku podczas jazdy. Większość funcarverów specjalnie się przekrzywia, żeby tylko dotknąć – śmiesznie i nieporadnie to wygląda i jest raczej niegroźne, ale są też tacy, którzy nauczyli się wykonywać bardzo długie, głębokie skręty na (relatywnie) dużej prędkości – i dzięki dużej sile odśrodkowej jeżdżą w dużych przechyłach i rzeczywiście szorują rękawicą po stoku. To powoduje, że na szerokim stoku tacy funcarverzy jeżdżą od boku do boku, czasem wręcz wychodząc z zakrętu pod górę.

Większość ludzi zatem zjeżdża w dół, z wyjątkiem kilku bezmózgów którzy śmigają w poprzek stoku. Łatwo sobie wyobrazić rezultat na zatłoczonym stoku: wypadek.

Problem polega również na tym, że funcarverzy niewiele robią sobie z uwag pod swoim adresem. Jeżdżą po zatłoczonych stokach, często przecinają drogę małym dzieciakom. Prędkości jakie rozwijają w połączeniu z bardzo krótką, niemal dziecięcą nartą powodują, że często nie mają kontroli nad kierunkiem jazdy i jeżdżą na granicy wywrotki.

Wszystkie znane mi poważniejsze wypadki i kolizje narciarzy na stokach wydarzyły się z udziałem funcarverów. Jaka na to rada? Cóż. Do głupiego nie trafi, że jest głupi. Jedyna rada, to przenieść się na bardziej strome stoki, bo na stromym funcarver pojeździć „nie umi”. Ciężko tylko poradzić coś rodzicom z dzieciakami, które się uczą…


Dodaj komentarz

Kocham Kraków – zawsze to przecież mówiłem

Jeśli ktokolwiek twierdzi, że kiedykolwiek niby usłyszał ode mnie utyskiwanie na Kraków, jakieś żale, zawodzenie, jakieś wylewanie smutków – to niniejszym ogłaszam: nie mogło to mieć miejsca nigdy, bo Kraków jest zajebisty. Więc przestańcie po prostu kłamać bezczelnie, bo ja kocham to miasto i przecież zawsze tak było i zawsze tak pozostanie. Każdy to wie, i złe języki ludzkie tego nie zmienią.

Wczoraj po pracy o godz. 17:30 zebrałem się wraz z dwoma kolegami (Wojtku, wiem, że tu zaglądasz – więc niniejszym prywata i pozdrowienia) i po niecałej godzinie spokojnej jazdy byliśmy u podnóża Śnieżnicy w Kasinie Wielkiej. Pisałem już o Kasinie raz tutaj – więc nie będę się powtarzał. Skupię się tylko na szybkim opisaniu warunków wczoraj.

Niebieska trasa – niemal półtora kilometra – trochę wymuldzona, trochę oblodzona i trochę płaska. Ale nie wychodzą kamienie ani trawa. Czerwona niestety zamknięta, i sami przekonaliśmy się, że chyba słusznie zamknięta – trochę nam porysowało nartki – ale krawędzie na szczęście całe. Stok nieźle oświetlony, jeździ szybkie poczwórne krzesło, zero kolejek. Karnet od godziny 19 do 22: koszt 30 PLN. Jak otworzą czerwoną to już w ogóle będzie niesłabo.

Pierwszy raz w życiu byłem na nartach po pracy i mi się podobało. Rozdziewiczyłem się w tym temacie i dołączyłem do grona moich kolegów – Krakusów. Tylko paczeć jak zacznę chodzić na nogach i wychodzić na pole.wink


2 komentarze

Wciąż tylko rocker i rocker: o co w tym chodzi?

Pisałem już o marketingowych potworkach Salomona i Atomica na temat rockera tutaj. Tamten tekst dotyczył w zasadzie nieuczciwości samych redaktorów i portali narciarskich, tym razem jednak chciałbym napisać coś więcej o samym rockerze.

Na różnych modelach z rockerem jeżdżę od roku 2005 – czyli od 8 lat, więc na początku nie wiedziałem do końca o co im chodzi, że rocker to „nowość” i „przełom”. Przede wszystkim obie pary moich osobistych Rossi, a poza nimi inne narty poza trasę które testowałem od NAPRAWDĘ wielu lat: np. K2, Dynastar czy Salomon – miały/mają wszystkie konstrukcję rockera. Jak pisałem w poprzedniej notce na ten temat – profil rockera poza trasę wprowadził Volant Spatula 12 lat temu i żadna to nowość ani przełom.

Chcąc przekonać się samemu o co kaman, pożyczyłem zatem ostatnio tak często wybrandzlowanego „nowego” rockera od Salomona na trasy, model: Enduro RX800. Taki akurat był dostępny. Na początku chcę zastrzec (gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – hehe), że jestem choć jeżdżę trzydzieści lat, to jestem takim małym misiem i bardzo daleko mi do Alberto Tomby czy sióstr Tlałek. Opisuję więc swoje prywatne, subiektywne odczucia z jazdy, które niekoniecznie muszą zgadzać się z oficjalną linią producentów i sponsorowanych przez nich zawodników.

Do rzeczy! Wpiąłem się i jak to dziś w modzie na stokach – rozkraczyłem się niczym Jenna Jameson za swoich najlepszych czasów: nogi szeroko, tyłek wypięty, ręce z przodu (tylko głowy za siebie nie odwracałem). No i przejechałem się kilka razy po ubitym, gibając się jak p*****ny rezus: to w prawo to w lewo. No i co? I co? Jak spisał się ten „nowy” rocker? Hmmm. No ja się nie znam. Ale dla mnie to zwykła, przeciętna, normalna narta carvingowa na trasę, jak dziesiątki innych. Narta skręca łatwo – wystarczy się trochę przechylić, można jeździć jak po szynach: bez problemu, bez uślizgiwania krawędzi. No ale dokładnie tak samo się jeździ na zwykłej slalomowej krótkiej narcie carvingowej. Autentycznie – nie widzę żadnej różnicy.

Nie można na tym jeździć ani specjalnie szybko i nie masz kontroli przy większych prędkościach – bo narta za krótka (168cm), nie pojeździsz poza trasą – bo za bardzo taliowana (78mm pod butem). Ot, zwykły, normalny carving. Bez żadnego przełomu, i bez rewolucji – to na pewno. A dla mnie – małego misia – praktycznie bez różnicy.

Ktoś powie: „ale w pucharze świata używają rockera więc musi być dobry”. Okay. Ten argument kupuję. Tylko, że ja niestety:

  • nie wyczuwam różnicy w smaku między 30-letnim a 12-letnim Chivas Regalem
  • nie słyszę różnicy w kablach stereo z CD do wzmacniacza między takimi pozłacanymi za półtora klocka a takimi za pięć złociszy z MediaMarktu
  • nie czuję również różnicy między zwykłą krótką slalomką na trasy sprzed 3 lat – a taką z rockerem z tego sezonu. Taki już ze mnie plebejczyk, cham i burak. Nie twierdzę, że nie ma ludzi którzy poczuliby różnicę! Absolutnie. Jestem wręcz pewien, że tacy się znajdą. Ja niestety (stety?) do nich się nie zaliczam. Zaryzykowałbym nawet tezę, że wśród czytelników tego bloga również nie znajdą się tacy, którzy wyczuliby różnicę, gdyby rockerowe i nie-rockerowe narty na trasę zakleić im czarną taśmą i kazać poznać na ślepo. Ale tego nigdy nie sprawdzimy, nawet jakoś zacznie się pienić, że by potrafił. No przysięgam: nie ogarniam całego szumu wkoło rockera.

Napisałem, że nie ogarniam? Hmmm. Może powinienem raczej napisać „nie popieram”, bo jednak raczej ogarniam o co chodzi producentom, sklepom sportowym i wszystkim sponsorowanym przez nich ludziom. Otóż ich zdaniem: „Masz przestarzałe narty bez rockera? Wymień! Kup nowe! Wyrzuć stare! Potrzebujesz rockera! Potrzebujesz naszych nowych nart! Potrzebujesz wydać pieniądze! TERAZ!”

I chyba to jest dobre podsumowanie o co chodzi z tym rockerem. Nie dajcie się wkręcać innym. Również tym, co „wypróbowali i uwierzyli”. Czasem sami nie wiedzą, że rocker ich buja!wink

Na zakończenie mój alaskański edit na rockerach K2 Dark Side:


8 komentarzy

GoPro: poradnik

Ujęcie z narty

Ujęcie z narty

Dzisiaj na stokach i poza nimi wielu narciarzy używa kamer. Nie widziałem jednak zbyt wielu ciekawych amatorskich editów. Większość ludzi kręci monotonne filmy z głowy i potem albo nie chce im się tego montować, albo wręcz nie ma za bardzo co montować. Wydaje mi się, że mam trochę doświadczenia z najpopularniejszą kamerą na rynku – GoPro – i chciałem się nim trochę podzielić. Jeśli macie ochotę przeczytajcie moje rady dotyczące GoPro.

Wybór modelu i dodatkowego wyposażenia

Jeśli – jak ja – szukacie dobrego balansu cena-wydajność, polecam:

  1. Nie ma sensu kupować GoPro HD Hero3
  2. Nie ma sensu kupować żadnych pilotów, baterii, ekranów, etc.: sporo kosztuje, a nie ma żadnego przełożenia na jakość filmów.
  3. Nie kupujcie uprzęży na tułów (monotonny obraz), ani montażu na kij (monopod tańszy), ani przyssawek (ceny)

Zamiast tego wszystkiego – kupcie nie jedną a DWIE kamery GoPro HD Hero2 outdoor edition. Wiem: bez gadżetów które odradzam, będzie trudniej ustawić kąt albo trudniej włączyć nagrywanie, ale efekt po montażu filmu z dwóch kamer bez gadżetów będzie powalająco lepszy niż z jednej z gadżetami. Cena modelu Hero2 w amerykańskim Amazonie to 199 dolarów za sztukę (niewiele ponad 600PLN), pod warunkiem że ma ją Wam kto przywieźć z USA (Kasiu korzystając z okazji – jeszcze raz podziękowania dla Ciebie jeśli to czytasz!).

Poza standardowym wyposażeniem, gadżety jakie polecam są dwa: jeden to mocowanie na statyw/monopod. Niestety Chińczycy jeszcze nie zrobili zamiennika – kiedy piszę te słowa dostępny jest tylko oryginał za 40PLN. Drugi gadżet to nieoryginalne wkładki absorbujące wilgoć. Na amerykańskim eBayu dostaniecie je za kilka dolarów. Wkładki są kilkurazowego użycia: trzeba upiec je w piekarniku przed kolejnym zastosowaniem. Wkładki bardzo dobrze działają przeciwko parowaniu wnętrza kamery.

Oczywiście cały powyższy opis dotyczy sytuacji, w której liczycie się z kasą. Jeśli budżet macie nieograniczony – kupcie trzy kamery GoPro HD Hero3 Black, i wszystkie dostępne mocowania, baterie, ekrany LCD, WiFi, piloty itd. To wszystko na pewno są fajne gadżety. Wydacie pewnie pięć tysięcy.

Mocowanie

Ujęcie z monopoda

Ujęcie z monopoda

Sposób mocowania jest kluczowy. Pamiętajcie, że przydługie ujęcia z głowy są zwyczajnie nudne i trzeba je przeplatać z innymi. Warto zatem pomyśleć nad następującymi mocowaniami:

  1. Do kasku warto przykleić sferyczne adaptery na wsuwany klip. Osobiście preferuję ujęcia z przodu kasku, a nie z góry, ze świadomością, że ciężko wtedy zsunąć gogle na kask. Z góry kasku gorzej widać narty, a na dole ekranu wchodzi w kadr jego fragment.
  2. Na nartę warto przykleić płaskie adaptery w dwóch, ew. trzech miejscach: blisko czubka (kamera skierowana do tyłu na nas), blisko wiązania przed butem (do przodu), blisko wiązania za butem (do tyłu). UWAGA: nie liczcie że standardowy klej 3M na adapterach wytrzyma mocowania na narcie. Kamera na pewno urwie się po kilku zakrętach. W najlepszym wypadku będziecie sfrustrowani podchodzić po nią pod górę, w najgorszym będziecie mieć o jedno GoPro mniej. Zapomnijcie o klejeniu super-glue i podobnymi sztywnymi wynalazkami. Ja użyłem elastycznego kleju Sikaflex 292i do montowania barierek na statkach. Mega wytrzymały, elastyczny, nie boi się wody i temperatury. Myślę że teraz klips jest nie do oderwania. Wadą montażu na narcie jest przekręcanie się kamery do góry podczas przeciążeń, nawet przy ekstremalnie mocnym skręceniu śruby mocującej. Wydaje się, że powinien pomóc jakiś stały element doklejony do tylnych drzwi kamery opierający ją na narcie – będę to jeszcze testował i dam znać. Przy mocowaniu na narcie ważne aby pamiętać o założeniu silikonowej blokady wypięcia z adaptera. Zapobiegnie ona samoczynnemu wypięciu kamery z adaptera podczas wibracji.
  3. Kolejne dobre mocowanie to monopod trzymany w ręku – jest wtedy trudniej jeździć ale można uzyskać ciekawe ujęcia (na końcu notki, poniżej). Najprostszy monopod można kupić na allegro za kilkanaście-kilkadziesiąt złotych, rozsuwa się do niemal dwóch metrów a po złożeniu bez problemu chowa się do plecaka. Kijek narciarski (przynajmniej 120-130cm) wydaje się okay do fajnych ujęć, chociaż monopod można wysunąć jeszscze dłuższy. Ta opcja jest szczególnie godna polecenia dla deskarzy.

Konfiguracja kamery

Zdecydowanie odradzam używanie trybu FullHD 1020p/30. Nie jest to tryb szerokokątny, i ucina górę i dół. Najlepszy tryb moim zdaniem to 960p/60. Po pierwsze dostajecie szeroki kąt we wszystkich kierunkach, po drugie 60 klatek na sekundę przyda się do ujęć w zwolnionym tempie.

Dodatkowo polecam ustawić domyślny tryb działania GoPro na kamerę. Dzięki temu możecie obsługiwać GoPro bez pilota, na ślepo.

Nauczcie się co sygnalizuje Wam kamera beep’em: jeden beep: start, trzy beepy: stop. Możecie też nauczyć się obsługiwać tryb jednoprzyciskowy: wtedy kamera włączona będzie zawsze filmować. Takie używanie jest szybsze i wymaga odrobinę wprawy.

Filmowanie

Pamiętajcie, że ujęcia z głowy są kluczowe i stanowią podstawę-bazę filmu, ale jeśli będą zbyt długie to film będzie zwyczajnie nudny. Dlatego właśnie poleciłem powyżej tyle mocowań i przynajmniej dwie kamery. Dzięki montażowi i przeplataniu ujęć uzyskacie fajny, dynamiczny film. Jeśli jedziecie sami – warto przemyśleć kombinację: czubek narty + głowa. Jeśli macie kumpla: ten z Was który jedzie pierwszy może mieć kamerę na kasku skierowaną do tyłu, ten który jedzie drugi – do przodu.

Post-produkcja

Ja używam iMovie na Maca. Kosztuje chyba z 10 dolarów, ma wszelkie kodeki, jest prosty w użyciu i ma opcje których potrzebuję. Po prostu fajnie działa. Odradzam wszelkiego rodzaju drogie wynalazki jak Final Cut Pro, albo Adobe Premiere, chyba że macie duży budżet a montowanie filmów to Wasza pasja.

Aktualizacja – Marzec 2015: Popsuł mi się Mac i używam Windowsa. Warto w tym miejscu wymienić kilka darmowych narzędzi do stabilizacji obrazu dostępnych pod Windows. Ja używam następującego zestawu:

  • GoPro Studio pomoże Wam na początek pociąć wielo-gigowy film i wyciąć z niego nie-nudne fragmenty które wstępnie rozważacie jako część filmu
  • VirtualDub to podstawowe narzędzie do filtrów video
  • Wtyczka do VirtualDub’a nazywa się Deshaker – naprawdę fajnie stabilizuje obraz video
  • Handshare enkoduje i pakuje potem efekt Deshaker’a do sensownych rozmiarów i formatu mp4

Efekty

Poniżej krótkie filmy jakie nagrałem przy użyciu wyżej wymienionego zestawu.

Edit z Alaski:

Drugi edit z Alaski:

Edit z Mazur:


1 komentarz

Krippenstein wczoraj: mokro.

Na szybko. Dziś wróciłem z Krippensteinu. Szerzej o stacji napiszę którymś kolejnym razem, a teraz tylko dwie rzeczy:

Po pierwsze: warunki – gdyby ktoś się wybierał.

Na dole: 6-7 stopni, deszcz;

Na górze: sypie ostro bardzo ciężki, mokry, trzymający, trudny śnieg. Stopień zagrożenia lawinowego: 2 z tendencją do 3. Bardzo silny wiatr – w porywach do 80kmh (sprawdżcie film poniżej);

Trasy: otwarte, ubite, przejezdne;

Poza trasami: na samej górze i na samym dole – warunki bardzo trudne. Po środku jazda możliwa w lasach;

Nie było super ciekawie, ale za kilka dni, o ile temperatura spadnie – może być fajnie. Na pewno wpadnę tam jeszcze kiedyś.

A po drugie:

Krótki, trzyminutowy edit