nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


9 Komentarzy

Styl jazdy na nartach po trasie

Zbieram się do tej notki już jakiś czas, szczególnie, że nawet tu – na blogu spotkałem się z krytyką wrzucając fotki z jazdy ze złączonymi kolanami. Internet znawców ma wielu, więc pozwólcie, że i ja napiszę swoją opinię w temacie, chociaż bardzo chcę uniknąć dyskusji „o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy”.

A więc od początku: na ubitych stokach widać ludzi jeżdżących dwoma stylami, lub na sposoby zbliżone do dwóch stylów narciarskich. Podsumujmy je krótko (style, nie osoby):

Styl pierwszy: znacznie bardziej dzisiaj popularny: carving. długi skręt, jazda jak po szynach, w znacznym rozkroku. Tego uczą współcześnie instruktorzy narciarstwa. Tak też jeździ się dzisiaj w pucharze świata.

Styl drugi: coraz mniej liczny na ubitych trasach: klasyczna szkoła narciarska. Kolana razem, kontrola prędkości poprzez uślizgiwanie nart, krótki skręt, dużo bardziej wyprostowana pozycja. Jednym słowem: oldschool.

oldschool vs carving

oldschool vs carving

Umiem jeździć jednym i drugim. A kiedy jeżdżę którym stylem?

  • Na trasie, jeśli jest ranek, idealnie wyratrakowany stok, sztruks i dobra widoczność, a ja mam akurat przypięte jakieś dobre carvery – zdarza mi się jeździć carvingiem, szczególnie na czerwonych trasach przy znacznych prędkościach. Taki carving sprawia sporo przyjemności, i szczególnie z dobrej twardej i długiej narty jesteś w stanie wycisnąć więcej, niż gdybyś jezdził klasycznie. Kiedy wchodzę w zakresy powyżej 70kmh a moje freerideowe narty zaczynają niebezpiecznie wibrować – dobry twardy carver, wypięta dupa i jazda „na tramwaj” to jest to. Należy dodać, że aby taka jazda była bezpieczna na stoku musi panować dodatkowo dobra widoczność i nie może być tłumu. Oceniam, że warunki sprzyjające tej technice panują średnio w nie więcej niż 5% czasu spędzonego na nartach na trasach.
  • Poza trasą, w puchu, szreni, na firnie, w gipsie nie masz wyboru. Jeśli nie umiesz jeździć klasycznym, krótkim skrętem – nie masz szans. Wypięte dupsko i rozkraczone nogi znacznie pogorszą twoją sytuację. Przy bardzo mocnych kolanach możesz próbować carvingu na twardszym firnie, o ile do tego stok jest wystarczająco szeroki na twoje długie skręty. Poza tym jednym wyjątkiem poza trasą rządzi oldschool.
  • Jeśli na trasie panują kiepskie warunki, są spore muldy, oblodzenia, kawałki kopnego śniegu, a w dodatku stok jest ostry – mamy wtedy warunki które oddzielają chłopców od mężczyzn. Naprawdę wąska, bardzo wąska grupa ludzi potrafi jeździć w takiej sytuacji carvingowo. Większość carvingowców idzie do knajpy, a gdy muldy stają się zbyt wysokie, by przecinać je długim skrętem, ostatni i najbardziej zatwardziali z nich przełączają się na krótki skręt i zbliżają do siebie kolana niczym dziewice.
  • Jeśli na stoku panuje tłok lub jest kiepska widoczność – automatycznie zwalniam i rezygnuję z carvingu, bo carving – oznacza dla mnie duże prędkości, a wolny carving to żadna przyjemność. Widziałem na stokach sporo wypadków powodowanych przez bezmyślnych idiotów jeżdżących carvingowo z prędkością, która nie odpowiadała warunkom. Przy znacznych wychyłach w stylu carvingowym sporo czasu nie jedziesz w dół stoku, a w poprzek: od lewej do prawej, mając przy tym dużą prędkość. Jeśli jest dużo ludzi, o niebezpieczny wypadek w tej sytuacji naprawdę nietrudno.

A Wy? Jakim stylem jeździcie?


4 Komentarze

Funcarving, czyli źródło złego na stokach

W ciągu ostatnich lat na stokach wydarza się coraz więcej wypadków śmiertelnych. Jazda po ubitym nie wymaga już wielkich umiejętności, ludzie jeżdżą coraz szybciej a kaski na niewiele się przydają. Jest jednak jedna rzecz, którą uważam za szczególnie niebezpieczną: to funcarving.

Funcarving, to jazda po ubitym śniegu, na szerokim stoku, na krótkich nartkach o małym promieniu skrętu i bez kijów. Funcarver jeździ na (relatywnie) dużych prędkościach. Nie na aż tak dużych jak na konkretnych zjazdowych nartach, ale na wystarczająco dużych, aby sobie i komuś zrobić krzywdę przy zderzeniu. Na czym polega jednak główny problem?

Ano na tym, że szczytem szpanu w funcarvingu jest dotykać ręką stoku podczas jazdy. Większość funcarverów specjalnie się przekrzywia, żeby tylko dotknąć – śmiesznie i nieporadnie to wygląda i jest raczej niegroźne, ale są też tacy, którzy nauczyli się wykonywać bardzo długie, głębokie skręty na (relatywnie) dużej prędkości – i dzięki dużej sile odśrodkowej jeżdżą w dużych przechyłach i rzeczywiście szorują rękawicą po stoku. To powoduje, że na szerokim stoku tacy funcarverzy jeżdżą od boku do boku, czasem wręcz wychodząc z zakrętu pod górę.

Większość ludzi zatem zjeżdża w dół, z wyjątkiem kilku bezmózgów którzy śmigają w poprzek stoku. Łatwo sobie wyobrazić rezultat na zatłoczonym stoku: wypadek.

Problem polega również na tym, że funcarverzy niewiele robią sobie z uwag pod swoim adresem. Jeżdżą po zatłoczonych stokach, często przecinają drogę małym dzieciakom. Prędkości jakie rozwijają w połączeniu z bardzo krótką, niemal dziecięcą nartą powodują, że często nie mają kontroli nad kierunkiem jazdy i jeżdżą na granicy wywrotki.

Wszystkie znane mi poważniejsze wypadki i kolizje narciarzy na stokach wydarzyły się z udziałem funcarverów. Jaka na to rada? Cóż. Do głupiego nie trafi, że jest głupi. Jedyna rada, to przenieść się na bardziej strome stoki, bo na stromym funcarver pojeździć „nie umi”. Ciężko tylko poradzić coś rodzicom z dzieciakami, które się uczą…