nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Przełom w ratownictwie górskim? Wątpię…

Kolega powiedział mi ostatnio „już nie muszę wydawać kilku stów na nadajnik lawinowy – jest na to apka na ajfona!”. Zbadałem to…

Aplikacja rzeczywiście jest do ściągnięcia pod adresem: http://www.isis-application.com/en/

2014-04-06 15.29.30W skrócie w działaniu aplikacji chodzi o to, aby wszsycy członkowie danej ekspedycji/narciarze mieli iphone’y z uruchomioną aplikacją iSIS. W przypadku zejścia lawiny narciarze, których nie złapałaby lawina przełączają swoje iphone’y w tryb odbioru i poszukują zaginionych. Koncepcja prosta – identyczna jak w przypadku nadajników lawinowych. Niby wszystko ładnie, pięknie. A sama aplikacja reklamuje się nawet jako „rewolucja w ratownictwie górskim”.

W czym więc problem? Otóż moim zdaniem taka aplikacja jest bardzo niebezpieczna, a problemów jest co najmniej kilka:

  • Aplikacja do wyszukiwania używa protokołu Bluetooth na częstotliwości 2,4GHz. Dla porównania: klasyczne nadajniki lawinowe operują na częstotliwości 457kHz – i częstotliwość ta została dobrana tak, aby jak najlepiej propagować się przez śnieg i lód. Bluetooth na pewno nie będzie działał tak dobrze. Zasięg Bluetooth to 10m w idealnych warunkach, ale pod śniegiem może spaść o połowę. Zasięg nadajników lawinowych w praktyce (testowałem osobiście pod śniegiem) to co najmniej 30 metrów.  Przy lawinie nawet średniej wielkości nie ma szans na złapanie początkowego sygnału w rozsądnym czasie przy zasięgu rzędu 5-7 metrów. W szczególnych przypadkach złapanie jakiegokolwiek sygnału z iPhone’a może okazać się niemożliwe.
  • 2014-04-06 15.26.24iPhone ma jedną antenę Bluetooth i nie jest w stanie pokazać kierunku lokalizowanego urządzenia, a jedynie siłę jego sygnału. Nadajnik lawinowy ma 3 anteny i pokazuje dość precyzyjnie kierunek do zasypanej osoby.
  • Ekran telefonu jest trudny do obsługi w rękawiczkach i słabo widoczny w jaskrawym słońcu. Ekran mojego nadajnika BCA Tracker2 to stare, sprawdzone diody LED widocznie bardzo dobrze nawet w najjaśniejszym słońcu.
  • W świetle powyższego inne argumenty to w zasadzie szczegóły: nadajnik jest wodoszczelny, ma baterie trzymające wiele godzin i noszony jest na specjalnej uprzęży przy ciele, przez co nie ma ryzyka, że znajdzie się w przypadkowym miejscu kiedy lawina „rozbierze” cię z plecaka czy kurtki.

Reasumując: aplikacja iSis (i inne podobne) i zawarte w niej informacje są nie tylko nadużyciem ale zwykłym oszustwem. Szczerze odradzam używanie tego software’u w górach poza trasą.


Dodaj komentarz

Systemy lawinowe: passive czy active?

Dziś będzie o systemach pozwalających wykryć człowieka pod lawiną. Dla każdej osoby wypuszczającej się poza trasę – taki system jest absolutnie obowiązkowy. Systemy można podzielić na dwie grupy: aktywne i pasywne.

Systemy aktywne to nadajniki lawinowe na baterie (inne nazwy: beacon, pieps, transceiver, tracker; ale nie „beeper”). Nadajnik włączamy jeszcze w domu przed wyjściem a wyłączamy po powrocie. Nadajnik musi nosić każdy członek ekspedycji – zakładamy go pod polar, na bieliznę. W przypadku zejścia lawiny i potrzeby użycia / odnalezienia zasypanego kolegi – wszyscy pozostali członkowie przełączają nadajniki w tryb „rescue”. Wtedy nadajnik staje się narzędziem ratunkowym: widzimy na nim odległość i przybliżony kierunek do zasypanego. Podążając opracowanym (i wcześniej wyćwiczonym) algorytmem jesteśmy w stanie zlokalizować ofiarę w ciągu kilku minut. Sondowanie i odkopanie to z reguły też nie więcej niż kilka minut zakładając że wozimy ze sobą sondę i łopatę.

Należy podkreślić, że w przypadku zasypania lawiną niezwykle istotny jest czas: około 80% ludzi odkopywanych w ciągu 15 minut od zejścia lawiny przeżywa. Dla porównania: jeśli czas odkopania przedłuża się do 30 minut – przeżywalność spada do 20%. Dzieje się dlatego, bo większość ludzi dusi się po około 20 minutach od przysypania, kiedy otaczający ich twarz śnieg wysyci się dwutlenkiem węgla z wydychanego powietrza.

Ponieważ czas jest tak istotny – do używania systemów aktywnych potrzebny jest trening. O szkoleniach lawinowych w których poruszana jest prewencja i ocena śniegu, sposób oceny prawdopodobieństwa zejścia, ale również właśnie ratownictwo, ćwiczenia z poszukiwania, etc. – napiszę osobną notkę, a na teraz powiem tylko, że oznaką szczególnej ignorancji jest noszenie na sobie nadajnika, którego nie umiemy efektywnie używać podczas akcji ratowniczej. Jeśli nawet nie uczestniczyliśmy w szkoleniu – absolutne minimum to testy na „sucho” z dwoma nadajnikami, z których jeden zakopany jest w nieznanym dla nas miejscu, a my staramy się go zlokalizować ze stoperem w ręku.

Ceny podstawowych nadajników z jedną anteną zaczynają się od 800PLN. Warto jednak zainwestować w nadajnik z trzema antenami, jest niewiele droższy a dużo precyzyjniej pokazuje kierunek do zasypanego. Najlepsze (i jednocześnie dość drogie) nadajniki oprócz nadawania pozycji, informują też czy ofiara ma podstawowe funkcje życiowe (bicie serca, ruch płuc) – wtedy, o ile posiadamy kompatybilne urządzenie, w przypadku kilku zasypanych kolegów możemy zdecydować kogo szukamy pierwszego, a dla kogo nie ma sensu już się spieszyć. Takie nadajniki kosztują około 1500PLN.

Okay – tyle na temat systemów aktywnych. Jak jest z systemami pasywnymi?

Pasywne systemy lawinowe to niewymagające zasilania płytki wszyte w odzież, odbijające w specyficzny sposób fale radiowe na określonych częstotliwościach. Sztandarowym twórcą takiego systemu jest firma Recco. Detektory pasywnych systemów lawinowych Recco są drogie, nieporęczne i w zasadzie niedostępne dla użytkownika końcowego. W takie detektory wyposażone są przede wszystkim służby ratunkowe, które po przybyciu na miejsce są w stanie zlokalizować zasypanych.

Czy w takim razie należy kupować odzież z Recco?

Cóż… Będzie subiektywnie: w mojej opinii – system nadaje się doskonale do poszukiwania zwłok. Czemu? Od powiadomienia o zejściu lawiny odpowiednich służb, poprzez wejście do śmigłowca, przelot, odnalezienie lawiniska, wylądowanie, dojście do lawiniska, odszukanie zasypanych aż do czasu ich odkopania – mija z reguły co najmniej kilkadziesiąt minut jeśli nie godzina. A jeśli nie ma pogody na śmigłowiec – to wiele godzin.

Jeśli więc zależy Wam, aby Wasze zwłoki zostały odnalezione w lawinisku w ciągu godzin a nie kilku dni – powinniście zdecydowanie zainwestować w kurtkę z płytką Recco.

Na koniec jeszcze jeden: osobisty „system” lawinowy – zasłyszany od kolegów zajmujących się profesjonalnym wykopywaniem ofiar. Może zdarzyć się, że lawina przysypie nas, ale wokół głowy wytworzy się kieszeń powietrzna pozwalająca nam przetrwać dłużej niż wspomniane 20 minut. Jeśli słyszymy nad sobą odgłosy ekipy ratunkowej, a tym bardziej jeśli dociera do nas szczekanie psa – warto po prostu zsikać się w majtki. Możecie się teraz śmiać, ale wiedzcie, że dla nosa psa-ratownika zapach naszych przesikanych majtek to bezcenna wskazówka – i dzięki temu nasze szanse na szybszą lokalizację istotnie rosną. To NIE jest żart – i takich wskazówek nie przeczytacie na pewno w Malemenie. Należy może tylko dodać, że przy dłuższym przebywaniu pod śniegiem z kieszenią powietrzną – to hipotermia staje się głównym zabójcą, a przesikane majtki sprzyjają dalszemu wychładzaniu się organizmu. Nie ma również żadnych oficjalnych badań na temat korelacji przesikanych majtek i czasu odkopania z lawiny. Sikajmy zatem z rozsądkiem, i dopuśćmy tę opcję do rozważań szczególnie gdy na powierzchni słyszymy psa.

Podsumowanie

Rocznie w samych tylko Alpach ginie pod lawinami średnio 60 freeriderów. Jedynie niewielki procent ginie od obrażeń, a zdecydowana większość dusi się pod śniegiem. Wielu z tych ofiar dałoby się zapobiec dzięki używaniu porządnego sprzętu. Nie daj się zabić: podejdź do sprawy odpowiedzialnie. Przed zjazdem z trasy wypożycz albo kup nadajnik i naucz się go porządnie używać.

Jeśli takie tematy na temat sprzętu są dla Was interesujące – zachęcam do komentarzy: w którejś z kolejnych notek chętnie opiszę i porównam popularne w Europie plecaki lawinowe ABS oraz popularny w Stanach system Avalung.