nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


1 komentarz

Maaaaarrakesh! Come to Maaaaarrakesh!

W tak odległe i dzikie rejony – nigdy nie jeżdżę dla samych nart. Kto czytał parę rozdziałów mojej książki – wie, że liczy się dla mnie zasmakowanie lokalnej kultury, rozmowa z drugim człowiekiem. Zanurzenie.

Ale jest też coś bardziej przyziemnego. Bo w takich miejscach jak Atlas – dzikich i nienastawionych na masowego turystę – zawsze może coś zawieźć, coś może się nie udać. Mogą zamknąć wyciągi (jak teraz), mogą zamknąć jedyną drogę, może być bardzo lawiniasto, może nie być śniegu, czy najbardziej prozaicznie: może nie być pogody. Dobrze więc mieć plan B, coś poza nartami, kiedy okaże się, że plan A zawiódł.

Nie… Nie mogę powiedzieć, że Maroko zawiodło. Było fajnie: pojeździłem w Afryce, narysowałem parę kresek na świeżym śniegu zdala od alpejskich tłumów, zasmakowałem wysokich i dzikich gór bez pizzy i wi-fi w każdej dolinie – a to wszystko w **naprawdę** niedużym budżecie! O to przecież chodziło, i wyłączone wyciągi nie popsuły mi humoru (chociaż fakt: musiałem sporo podchodzić i liczyłem na więcej zjazdów).

Fotki z dziś poniżej, a ja pakuję się do Marrakeszu. Plan A był całkiem okay, i czas sprawdzić jak ma się plan B. Coś mówi mi, że tam też nie będzie źle!


1 komentarz

Góry gór

Góry Atlas w niczym nie przypominają reszty Maroka – rzecz jasna – w naszej świadomości Afryka to pustynia albo przynajmniej palące słońce, a nie ośnieżone czterotysięczniki. Ale jest jeszcze coś co je wyróżnia. To berberyjskie plemiona zamieszkujące Atlas, które nigdy nie zostały całkowicie podbite przez arabskich najeźdźców. Po dziś dzień berberyjska tradycja nie została zapomniana: ludzie w berberyjskich wioskach inaczej się ubierają (dominują krzykliwe kolory), to kobiety wybierają sobie mężów, a sami Berberowie mają często jasną karnację, niebieskie oczy a nawet rude włosy. Ciężko uwierzyć, ale Beberowie w Maroku naprawdę nie płacą podatków – uważają się za ludzi wolnych i są bardzo dumni ze swojej przynależności kulturowej. Trzeba też uważać, by nie nazwać Berbera – Marokańczykiem, bo można go w ten sposób obrazić.

Sam Atlas Wysoki bardzo przypomina mi kirgiskie Tien-Szan. Tysiące kilometrów kwadratowych idealnie płaskiego terenu i nagle, góry strzelają stromo w niebo. Tak bardzo różni się to od Tatr czy Alp, gdzie od Myślenic (albo od węzła Voralpen), zaczynamy wjeżdżać serpentynami między pagórki, ale do wysokich gór – inaczej niż tu – jeszcze daleka droga.

Atlas Wysoki w języku berberyjskim to „Idraren Draren” – czyli góry gór. Przedwczoraj wrzucałem fotki wielbłądów i palm na ich tle – w drodze do nich. Dziś rzut oka z tej drugiej strony.


1 komentarz

Afryka zjechana…

Tak w dużym skrócie: kompletnie nie kumam o czym ci ludzie rozmawiają (z wzajemnością). Rosyjski, angielski i niemiecki nie działa. Nawet w stopniu słów podstawowych. Tu tylko francuski i arabski. Po arabsku umiem tylko przekląć i się przywitać. Po francusku dodatkowo zapytać o samopoczucie, zamówić jedzenie i kieliszek domowego wina. Więc tak sobie tu mówimy. Ja sobie, oni sobie. Dziś rano dowiedziałem się że główne krzesło na 3200 będzie wyłączone. Powtarzali tylko „prezidą” i „szef”. Nie wiem czy prezidą im zabronił włączać czy może nie raczył się pojawić a tylko on umie to odpalić. Ciężko powiedzieć. Nie chodzi do tej pory.

Na wielkie szczęście wziąłem foki. Więc wyholowałem się wyrwirączką jakieś 200m w górę i wlazłem na jakieś 3100-3200. Trochę bez kondycji jestem niestety, sprzęt też zdecydowanie nie na czyste skitury, no ale jakoś poszło. Tylko że chyba tempem lepiej się nie chwalić.

Zjazd w miarę ok. Spadło dużo śniegu 4-5 dni temu, ale od tamtego momentu full lampa, więc warunki pogarszają się z każdą godziną

W każdym razie Afryka zjechana.