nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


3 Komentarze

Narty w Afryce – Atlas Wysoki: co robić? jak żyć?

Sporo osób korzysta z moich rad. Niektórzy się przyznają – inni mniej 😉 Na pohybel grzybiarzom, którzy zazdrośnie strzegą swoich spotów: tutaj znajdziecie instrukcję, jak pojeździć w Atlasie Wysokim w Afryce. Bierzcie i dzielcie się z tego wszyscy.

W drodze w Atlas: niezbyt często można spotkać taki obrazek: wielbłąd w swoim naturalnym środowisku, a w tle ośnieżone szczyty czterotysięczników

Po pierwsze: Miejsca

Z moich dociekań wychodzi, że w Atlasie Wysokim są trzy obszary warte uwagi „narciarsko” – każdy stosunkowo niedaleko (1-2h drogi) od Marrakeszu:

i. Oukaimeden – tam jeździłem ja. Teoretycznie w wiosce jest 3 orczyki (płaskie, krótkie) i główne krzesło, które wywozi na 3200 metrów. Niestety podczas mojego pobytu krzesło stało nieczynne – do tej pory nie wiem czemu (wydaje mi się że ze wzg. na zbyt mało ludzi). Weź więc ze sobą foki. Teren powyżej i z boków wyciągów jest nietknięty – narciarzy jest mało, a z pozatrasowców spotkałem tylko jednego Francuza.

ii. Jebel Toubkal i okolice – najwyższy szczyt Afryki północnej (4167). Typowo skiturowa lokalizacja. Leciałem w samolocie z grupą Austriaków którzy mieli zamiar się tam wdrapać. Jest ponoć podobnie pusto i dziko. Da się turować wkoło po paru schroniskach.

iii. Dolina Ouirka – to target na heliski, pod warunkiem, że go odpalą ponownie. Latali w 2016/2017. W roku 2018 powiedzieli mi, że mają problemy z lokalnymi władzami, które zabraniają im latać. Jeśli szukacie niedrogiego śmigła – warto monitorować tę opcję w przyszłości. Ja na pewno zamierzam. Więcej: http://www.evolution2ma.com

Po drugie: Spanie

Wejście do Chez Juju: jedynego rozsądnego hotelu-hostelu w Oukaimeden

i. W Oukaimeden: Chez Juju – jedyny sensowny hotel/hostel z całkiem niezłym jedzeniem. Wada: mówią serio tylko po francusku. Bookingiem i odpisywaniem na maile (po angielsku) zajmuje się niejaka Stéfanie, ale nie spotkałem jej na miejscu. Kontakt: resachezjuju [małpa] gmail

ii. Pod Jebel: schronisko CAF. Ponoć bywa zatłoczone. Koniecznie booknij miejsce. http://www.refugedutoubkal.com/index.php

iii. W dolinie Ouirka: butikowy hotel Kasbah Agounsane – drogo, no ale jak kogoś stać na heliski, to zabronisz mu? http://heliskimarrakech.com/during-your-stay/?lang=en/#hebergement

Po trzecie (też ważne): Marrakesz

Riad Marhbabikoum – Marrakesz

Serdecznie polecam Riad (czym jest Riad? Kliknij tu) małżeństwa Khalila i Veronique: „Marhbabikoum”. Oboje pomogli mi zorganizować transfery, byli nawet pomocni w tłumaczeniu różnych spraw przez telefon. Riad stoi w odległości 10 minut spaceru od słynnego placu Jamaa el-Fna i 5 minut od pałacu el Bahia – w samym środku Mediny w Marrakeszu. Jest czysto, komfortowo, wszędzie blisko. Jeśli kiedykolwiek tam wrócę na bank zatrzymam się u nich. LINK. I jeszcze do trip advisora tutaj.

Po czwarte: Ruchy na miejscu

i. Taxi/bus/van w góry – można łapać na lotnisku, ja polecam napisać do Khalila: wyjdzie może parę Euro drożej, ale będzie bez niespodzianek: kierowca nie zatrzyma się w środku drogi, żebyście dopłacali za bagaż, narty, paliwo, drugą osobę itd.

ii. Pożyczenie auta – naczytałem się horrorów o wypożyczaniu aut w Marrakeszu i nie znalazłem żadnej wypożyczalni (włącznie z markowymi) bez dramatycznych opisów naciągania, łysych opon, popsutych aut. Więc zdecydowałem się na transfery tym razem, ale jeśli będę tam znowu – pożyczę auto z rekomendacji Khalila. Z ubezpieczeniem, bieżnikiem na oponach i w stanie pozwalającym jechać po ostrych górskich serpentynach.

iii. Po Marrakeszu: na piechotę. Jeśli zatrzymasz się w centrum – wszędzie jest blisko. Transfer na lotnisko zajmuje 15 minut. Ja zapłaciłem 70 pln ale chyba przepłaciłem (z drugiej strony: wiozłem dwumetrowe narty które słabo wchodzą do sedanów.

Góry Gór – czyli Atlas Wysoki

Po piąte: Ceny

Jest znacznie taniej niż w Alpach:

Za skipass w Oukaimeden 100 dirhamów dziennie (30pln) zakładając że krzesło jest otwarte. Ja płaciłem połowę tego bo było zamknięte.

Heliski: około 800 eur za dwa dni z noclegiem i wyżywieniem (połowa tego co w Alpach).

Noclegi: około 30-50 eur za noc za dwuosobowy pokój ze śniadaniem (zarówno w górach jak i w Riadzie). Schronisko oczywiście tańsze.

Posiłek z dwóch dań (np sałatka marokańska i tajin z jagnięciną albo kuskus z merguezami): 80-150 dirhamów (25-50pln). Jedzenie w Maroko jest obłędnie pyszne. Jeśli jednak meczet jest blisko – zapomnijcie o winie czy browcu. Wegetarianie za to będą mieć wypas: nie dość że większość posiłków jest dostępna również w wersji vege, to jeszcze są znacznie tańsze od tych z mięsem. O wegan mnie nie pytajcie bo do tej pory nie ogarnąłem, co to dokładnie znaczy.

Po szóste: Sprzęt

Da się wypożyczyć, ale tylko sprzęt z poprzedniej epoki sprzed 20 lat. Nie licz na jakiekolwiek freeride’owe narty. Musisz przytargać to ze sobą.

Jak widzicie numer „seryjny” mojego skipassu – to 358 od początku sezonu. Jeśli przyjmiemy, że sprzedawali je od 1 stycznia, to do 12 lutego upłynęło około 40 dni. To daje średnio 9 sprzedanych skipassów dziennie. No dochodzą jeszcze ulgowe. Tygodniowych nie sprzedawali. To zgadza się chyba z tym co widziałem. Narciarzy było mało. Bardzo mało. Nie wiem czy 9, czy 15, czy 25. Ale mało. I to byli ci „trasowi” 🙂 Czy daje Wam to teraz obraz porysowania stoków poza trasą w porównaniu np. do Alp? 🙂 PS. nie, nie jest zbliżeniowy :-)))

Po siódme: Język

Maroko było najcięższym krajem ever, by się dogadać. Marrakesz – to jeszcze pół biedy. Ale w górach – najprostszych angielskich słów nie zna nikt. Żadnych. Nawet liczebników do pięciu albo proszę-dziękuję. Francuski oczywiście rozwiązałby wszystkie problemy. W Japonii czy Iranie dużo lepiej znają angielski – koślawo, ale jakoś się dogadasz, no i przy tym wszystkim ludzie tam przynajmniej *starają się* być pomocni – jest w nich jakaś wola, by cię zrozumieć i pomoć. A w Maroko najgorsze jest to, że lokalsi przyjmują również „francuską postawę”: nie mówisz do nich w języku który rozumieją? Cóż…Wtedy po prostu nie chce im się z tobą gadać i koniec. Kelner cię nie obsłuży, gość na wyciągu nie sprzeda biletu – to wszystko jest twój problem a nie ich. Nauczony doświadczeniem – następnym razem wziąłbym jakiś słownik francuski offline.

Po ósme: Przelot

Ja leciałem rejsowymi samolotami Austriana i Swissa przez Wiedeń/Genewę, bo taką mam robotę, że sporo latam, zbieram mile i potem dzięki temu mogę polecieć darmo. Ale spokojnie. Da się tam dolecieć również jak nie jesteś konsultantem.

Do Marrakeszu nie lata obecnie (luty 2018) nic z Warszawy, ale jest bezpośredni lot z miasta seksu i biznesu (z Krakowa). Dobry news jest taki, że środek lutego, to jest tuż przed głównym sezonem turystycznym, gdy ludzie walą do Maroko podczas naszej wiosny. Jest więc nadzieja na dobrą cenę. Bilet w dwie strony kupiony odpowiednio wcześniej powinien zamknąć się w dwóch stówach + narty.

Jest też opcja ubrania się w klapki, zabrania nart do reklamówki, wtopienia się w tłum i lotu do Agadiru wraz z klientami hoteli all-inc, a potem transferu stamtąd w góry. Nie próbowałem – jeśli wam się uda – napiszcie jak tego dokonać. (Do Agadiru latają zarówno chartery jak i tanie linie z co najmniej paru miast w Polsce). AKTUALIZACJA: czytelnik zachęca do używania tej opcji. Trzeba tylko znaleźć dobre i pewne auto na lotnisku w Agadirze. Czas dojazdu Agadir-Oukaimeden: 4,5h (dzięki Kuba)

Jest też opcja dolotu przez jeden z hubów Ryanaira – czyli np. Bergamo. Wadą takiej opcji jest to, że za same narty zapłcimy Michaelowi O’Leary’emu aż cztery razy. Ale z drugiej strony: jeśli bilet będzie za 19,90, to wciąż może być niedrogo…

Po dziewiąte: Czy w ogóle warto?

Jak widać bez problemu dało się rysować świeże kreski. Gdybym jeszcze tylko miał siłe podejść wystarczająco dużo razy, by zdewastować ten stok…

A może powinno być „po pierwsze”.

No właśnie. Maroko to nie były narty życia: głębszy śnieg był na Alasce, lepsza przygoda na Spitsbergebie, a fajniejsze zjazdy w Iranie.

Chociaż… jeśli Twój dotychczasowy freeride to Stubai – to nie mam wątpliwości, że Maroko *jest* lepsze. I o wiele tańsze. I bardziej egzotyczne. Wszystko polega więc na tym czego szukasz i do czego się porównujesz. Jeśli szukasz dzikich, wysokich gór, pierwszych kresek, a do tego masz ochotę na trochę egzotyki – to tak: Maroko jest dla Ciebie. W czasach kiedy do Gruzji przyjeżdża tyle Polaków co do Białki, a w Niseko na ulicach słyszy się polski – Atlas Wysoki wcale nie jest złą opcją.

Więcej u mnie na blogu – relacja na gorąco z wyjazdu:

PS. Dla chętnych – mam mapę topograficzną Atlasu Wysokiego. Polubcie bloga na fejsie i napiszcie mi maila.


1 komentarz

Maaaaarrakesh! Come to Maaaaarrakesh!

W tak odległe i dzikie rejony – nigdy nie jeżdżę dla samych nart. Kto czytał parę rozdziałów mojej książki – wie, że liczy się dla mnie zasmakowanie lokalnej kultury, rozmowa z drugim człowiekiem. Zanurzenie.

Ale jest też coś bardziej przyziemnego. Bo w takich miejscach jak Atlas – dzikich i nienastawionych na masowego turystę – zawsze może coś zawieźć, coś może się nie udać. Mogą zamknąć wyciągi (jak teraz), mogą zamknąć jedyną drogę, może być bardzo lawiniasto, może nie być śniegu, czy najbardziej prozaicznie: może nie być pogody. Dobrze więc mieć plan B, coś poza nartami, kiedy okaże się, że plan A zawiódł.

Nie… Nie mogę powiedzieć, że Maroko zawiodło. Było fajnie: pojeździłem w Afryce, narysowałem parę kresek na świeżym śniegu zdala od alpejskich tłumów, zasmakowałem wysokich i dzikich gór bez pizzy i wi-fi w każdej dolinie – a to wszystko w **naprawdę** niedużym budżecie! O to przecież chodziło, i wyłączone wyciągi nie popsuły mi humoru (chociaż fakt: musiałem sporo podchodzić i liczyłem na więcej zjazdów).

Fotki z dziś poniżej, a ja pakuję się do Marrakeszu. Plan A był całkiem okay, i czas sprawdzić jak ma się plan B. Coś mówi mi, że tam też nie będzie źle!