nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie

Przygoda w Portillo

18 komentarzy

Portillo. Wyciąg krzesełkowy. Obok mnie tubylec. Widać po ciemnej karnacji. Gapi sie na moje narty i głupio się uśmiecha. Patrzę na niego. Na plecach anty-lawinowy ABS a do nóg ma przypięte Salomon Q-115. Tak samo szerokie i (tutaj) nietypowe jak moje Rossi S7. Chyba kumam. Głupio się uśmiecham do niego. Zagaduję po angielsku. Nie. Po niemiecku. Nie. Wiedziałem że rosyjski niewiele zmieni i równie dobrze mógłbym próbować po kaszubsku. On tylko po hiszpańsku a w zasadzie po chilijsku. Zrozumiałem tylko że ma na imię Javier, pracuje w hotelu w Portillo i że dziś ma wolne. Chcę zagadać „może coś razem?”. Javier to akurat rozumie dobrze i kiwa z zapałem głową. Myślę sobie, że może jako „lokal” coś pokaże ciekawego. Dojeżdżamy. Javier pokazuje żebym jechał za nim. Jadę. Zjeżdżamy z trasy. Krótki trawers a potem wszystkie ślady prowadzą w lewo, a on gupek, w kamole największe, między skały chce dalej trawersować. Słabo to wygląda więc delikatnie oponuję. Javier wystawia białe zęby w szczerym uśmiechu, twardo pokazuje na kamole i coś mówi „Rafael, Rafael, cośtam-cośtam”. No dobra raz się żyje. Przeciskamy się jakoś. Dwa razy mam ochotę zawrócić ale jakimś cudem zostaję. Trzeba podejść jeszcze kawałek. Wdrapujemy się 10 czy 20 minut. Javier cały czas do mnie po chilijsku tokuje. Jestem na niego trochę zły. Chociaż może bardziej na siebie. Do czasu…

Po podejściu ukazuje się przede mną południowe zbocze otoczone skałami, 40 stopni nachylenia idealnego nietkniętego, mięciutkiego, dziewiczego, nieprzewianego puchu, przykrywającego wiosenny corn rozgrzany słońcem. Jest niesamowicie. Jazda jaka rzadko. Jedna z tych chwil, które pamiętasz do końca życia… Orgazm. Odlot. Obłęd. Przed włączeniem się na uregulowany stok Javier namawia mnie na postój. (Mamo nie czytaj dalej tej notki). Świeci nisko słońce. Jest pięknie. Andy są epickie. Javier wyciąga jointa. Częstuje. Spalamy. Chill. W dole zamarznięte jezioro. Słońce powoli zachodzi za górę. Javier milknie. Kiwamy głowami. Mamy w głowach ostatnie półtorej godziny. Niesamowity puch. Niesamowite widoki. Braterstwo. Dochodzę do wniosku że bez sensu mówić do Javiera po angielsku bo i tak nic nie rozumie. Więc zaczynam mówić po polsku. W języku Mickiewicza idzie mi jednak lepiej niż w języku Szekspira. „Dzięki Javier za ten zjazd. To było naprawdę dobre.” On kiwa głową. Rozumie. Na pewno rozumie. Za to właśnie kocham samotne wyjazdy na narty.

2014-08-17 10.57.21

18 thoughts on “Przygoda w Portillo

  1. No to dałeś radę!

  2. to jest własnie to 🙂

  3. Pana bloga czyta młodzież. Zastanowił się Pan nad tym?

  4. A ja myślałam, że zaczniecie się całować.

  5. Przywiez go do Polski 🙂

  6. Czasami mysle ze Ty to wszystko zmyslasz. TO nie jest realne.

  7. Pingback: Portillo, Chile: na trasach | nakreche

Skomentuj tutaj (pole email możesz zostawić puste)...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s