nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


5 Komentarzy

Dokąd na trasę?

Jak co roku, jest teraz taki moment, że z pewnością kilkoro znajomych zadzwoni do mnie i zada mi to samo pytanie: „Rafał, to gdzie pojechać na narty w Alpy? Poleć coś.”.

Nieważne czy narty z rodziną, z paczką, czy wyjazd męski czy w dwie pary… Warianty są różne. Ale lista wspólnych warunków jakie najczęściej słyszę w takich sytuacjach, to:

  1. ma być nie za drogo
  2. ma być nie za daleko
  3. ma być fajna pogoda
  4. ma być śnieg i dużo tras

 

Po takim wstępie od razu skreślam Francję i Szwajcarię. Nie da się tam dojechać „na raz” autem bez noclegu, a samolotem jest raczej za drogo. Po chwili zastanowienia odpadają również Niemcy – Alp tam za wiele nie ma, a te porządne miejsca w Niemczech, jak Garmisch-Partenkirchen do tanich na pewno nie należą.

W grze pozostają zatem Włochy i Austria, a tu rozstrzygającym warunkiem jest pogoda.

Bo choć czy to Tyrol (Austria), czy Południowy Tyrol (Włochy) – a geograficznie to z reguły nie więcej niż kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej – istnieją w sieci wytłumaczenia naukowe, czemu statystycznie we Włoszech jest więcej słońca. Meteorolodzy ględzą coś, że te chmury jakoś magicznie zatrzymują się nad najwyższymi graniami oddzielającymi Austrię i Włochy i pozostają w Austrii, i że tworzą się bardziej na północnych niż południowych zboczach. Nie wiem dokładnie i chyba nie o to chodzi, żeby tłumaczyć czemu tak jest. Faktem jest, że jeśli sprawdzicie statystyki słonecznych dni w roku – miejscówki narciarskie w Austrii nie mają porównania do tych we Włoszech.

A więc Włochy. A co we Włoszech? Odrzucam od razu te dalekie z Polski regiony jak np. wspaniała Dolina Aosty, gdzie jedzie się autem tyle co do Francji. Trzeba wybierać Dolomity. Ponieważ kolejny warunek przekazywany przez znajomych mówi, że ma być sporo tras, stoków i pewny śnieg nawet wiosną, odrzucamy te mniejsze miejscowości, jak Vipiteno, Passo Tonale i kilka innych. Zostaje nam kilka największych: Kronplatz, Val Gardena, Bormio/Livigno czy Cortina d’Ampezzo no i słynna Madonna di Campiglio. Z tych wszystkich miejscówek moim zdaniem najbardziej przystępny cenowo zespół trzech kurortów w Dolinie Słońca: Folgarida, Marilleva i Madonna di Campiglio.

Rzućcie okiem np. na to – byłem tam kilka lat temu:

http://www.interhome.pl/wlochy/trentino-poludniowy-tyrol/marilleva-1400/apartamenty-residence-albare-it3650.200.16/

Czteroosobowe mieszkanie z wyposażoną kuchnią to koszt około 2200-2600 PLN za tydzień (cena różni się w zależności od miesiąca). Jeśli jedziecie we czwórkę – na głowę wychodzi 550-650 PLN! Na terenie kompleksu jest spożywczak, więc nie musicie stołować się w knajpach, ale najważniejsze jest to, że te mieszkania są położone niemal NA TRASIE: wychodzicie, zapinacie dechy i jazda.

Uprzedzam jednak: słowo „apartament” w tytule – to lekka przesada: ot, zwykły kwadrat w Alpach – nie liczcie na luksusy – kompleks ma już ze 30 lat i czasy świetności za sobą. Musicie też wiedzieć, że te mieszkania są po „tańszej” stronie górki – czyli we Folgaridzie i Marillevie, w przeciwieństwie do luksusowej i szpanerskiej Madonny. Oczywiście jeśli kupicie skipass na całe Val Di Sole – macie bezproblemowy dostęp do stoków w całej Dolinie czyli grubo powyżej 100 kilometrów tras. A jeśli jedziecie naprawdę późną wiosną i obawiacie się o śnieg – kilkanaście kilometrów dalej jest zawsze w razie czego lodowiec.

Podsumowując: polecam Wam Marillevę i uważam, że w takiej cenie ciężko będzie dostać czegoś co byłoby: nie za daleko, ze sporą szansą na fajną pogodę i z dostępem do takiej liczby tras.


9 Komentarzy

Narty latem w Europie

Lato. Narty. Wydawałoby się, że te dwie rzeczy nie chodzą w parze. Większość ludzi którym mówię, że ostatni weekend jeździłem na nartach patrzy na mnie jak na wariata. A jednak! Nic bardziej mylnego.

W lipcu też da się pojeździć – i to całkiem przyjemnie. Może tylko po trasie, może nie przez cały dzień, może nie wszędzie. Okay. Ale: jest przynajmniej kilka znanych i fajnych ośrodków które po wjechaniu na odpowiednią wysokość (z reguły powyżej 3000 metrów) oferują kilkanaście/kilkadziesiąt kilometrów utrzymanych tras, sporą szansę fajnej pogody i całkiem puste stoki. W dodatku jeśli mamy szczęście – spotkamy w takich miejscach trenujących do olimpiady czy pucharu świata zawodników.

Co zatem robić, żeby fajnie pojeździć? Jest kilka zasad, których warto się trzymać:

1. Wstań wcześnie

Ponieważ słońce wschodzi wcześnie i operuje latem mocno – około g. 12-13 na stokach robi się wodno-lodowa breja. W krytycznym momencie ze śniegu zmieszanego z wodą może zrobić się zawiesina w którą narta bez stawiania oporów nawet w ruchu na boki. W takich warunkach można się już tylko ciąć. Dlatego trzeba wykorzystać każdą chwilę od samego rana, wjechać na górę pierwszą kolejką (czasem 7:45, czasem 8:15) i wykorzystać czas do oporu.

2. Użyj kremu z wysokim faktorem

Widziałem poparzonych ludzi na lodowcach. Jeśli zapomnicie się posmarować – możecie popsuć sobie wyjazd. Nie zapomnijcie o uszach i karku. I grubo kremu. Grubo.

3. Ostrożnie z krótkim rękawem. 

Wiem, że wygląda fajnie i jeździ się przyjemnie. Ale szczególnie przy szybkim zjeździe upadek i poślizg po bardzo ostrym firnie (malusieńkich grudkach lodu) może skończyć się poważnymi otarciami (oby tylko do krwi).

Tux Latem

A gdzie jeździć? Do niedawna latem moje ulubione było Soelden. Teraz niestety latem jest zamknięte dla narciarzy a otwarte tylko dla pederastów. Przepraszam. Pedestrianów. Mimo to jest jeszcze kilka miejsc do rozważenia:

1. Zaczynam oczywiście od najlepszego moim zdaniem Hintertux w dolinie Zillertal – ostatni zjazd z autostrady przed Innsbruckiem. 22km tras. All year round.

2. Masyw Dachstein w Karyntii. Bliżej dla Polaków niż Tyrol. Kilkanaście kilo utrzymanych tras. Fajnie.

3. Polsko-rosyjski „Kic” czyli Kitzsteinhorn w Kaprun / Zell am see. Nie lubię tego miejsca i nie polecam. Ale latem da się jeździć jeśli macie mus.

4. Szwajcarskie Zermatt i jazda na lodowcu Theodul. Ponad 25 km tras. W zimie w Zermatt jest doskonałe alpejskie Heli, a w lecie można jeździć po trasach. Jednak dla nas – Polaków: trochę drogo i trochę daleko.

Reasumując: jeśli jedziecie z Polski – polecam Tux i Dachstein. Szczególnie gdy dochodzi do nas kolejna pieprzona fala upałów – fajnie zrelaksować się na lodowcu!


1 komentarz

Kasprowy – dzisiaj!

kasprowy dziś

Kasprowy dziś (17 lutego 2013)

Najpierw trochę o Zako: zasadniczo jest nie za wesoło. Stoki są albo płaskie, albo zamknięte, albo koszmarnie zatłoczone. Nosal nie działa od samej góry (przy okazji: ktoś wie może czemu?), na Harendzie tłum, a kolejka do kolejki na Kasprowy trwała w sobotę 4 godziny. Do tego ceny przytłaczają: zarówno jedzenia jak i noclegów: moim zdaniem jak na to co Zako oferuje – jest za drogo. Na Krupówkach tłum koszmarny, a Zakopianka stoi niemal od Pcimia i czasy przejazdu z Krakowa sięgają 3-4 godzin, czasem więcej.

No ale trzeba sobie jakoś radzić. Może kolejnym razem jadąc na Kasprowy skorzystacie z moich uwag:

1. Jazda Zakopianką: polecam jazdę z Automapą i Hołowczycem ale takim, który potrafi połączyć się z Internetem – NAPRAWDĘ wtedy śmigamy – to zdecydowanie najlepsza nawigacja na rynku. Hołek wie na bieżąco gdzie tworzą się wszystkie zatory i co chwila proponuje nam objazdy: a to przez Pcim przed zwężeniem, a to przez Mszanę, Rabkę, i Rdzawkę. Podobnie z powrotem – np. przez środek Nowego Targu. Elektroniczne drogowskazy pokazują Kraków-Zakopane: 3 godziny, a z Hołkiem jedzie się 1h40 i zapewniam: bez żadnych wariactw. Trzeba mu tylko zaufać. Pewien „mistrz kierownicy” z BMW jadący grubo ponad 140 i wyprzedzający na zakrętach i podwójnej ciągłej: stał w korkach i mnie wyprzedzał – tak na zmianę 3 razy.

2. Ceny dostępnych noclegów mnie zabiły, więc wymieniłem uciułane w podróżach służbowych punkty w sieci Accor na nocleg w Mercure Kasprowym – jeśli z tego programu ktoś korzysta – bardzo polecam – działa. Noclegi w Mercure są dostępne nawet dzień wcześniej podczas ferii – kiedy nic innego sensownego już nie znajdziemy.

3. Stoki. Z płaskiego stromego nie zrobię, a jeździć u Jagny w Witowie nie zamierzam – więc strategiczna decyzja: budzik na 6:20, bez śniadania, no i o tej godzinie nie ma busików – więc jesteśmy skazani na taxi do Kuźnic: zamówione na 6:40. 20PLN mniej, 15 minut później i jestem pod kolejką na Kasprowy o godzinie 6:55. Kasa otwiera się o 7:15, więc 20 minut czekania na mrozie. Ale opłaca się: o 7:30 wjeżdżam pierwszą kolejką na górę (i jest wtedy już spory ogonek ludzi w kolejce za mną). Pogoda: miodzio, lampa. Zobaczcie sami fotki. Kasprowy Wierch i Kocioł Gąsiennicowy w słońcu, ale zostawiam Gąsienicowy i sam jedyny jadę w Kocioł Goryczkowy. Jestem PIERWSZY. Warunki stworzone do dużych prędkości: stok idealnie wyratrakowany, dobre nachylenia, kontrastowe światło, i aż do godziny 11 większość krzesełek jeździ pusta. Odpalam zatem GPS i staram się pobić swój życiowy rekord prędkości – 91 km/h. Nie udaje się, ale nie narzekam. Jest minus 11 stopni, w kocioł powoli zaczyna zaglądać słońce, pęd powietrza zapiera dech, jest bardzo niewiele ludzi i jest… FAJNIE. W karczmie przy dolnej stacji krzesełek zjadam PYCHA jajecznicę za 12PLN: najlepsza jajecznica jaką jadłem od dawna – co zresztą potwierdza moją teorię, że na odbiór smaku oprócz samej potrawy wpływają znacząco warunki i nastrój przy jedzeniu.wink

Kocioł Goryczkowy - ślad GPS

Kocioł Goryczkowy – ślad GPS

Podsumowując: w Polsce nie znajdziecie lepszego miejsca do jazdy po trasie. Po prostu nie ma takiego. Jestem o tym przekonany. Olejcie Szczyrk, Krynicę, Białkę czy Wisłę. Pojedźcie w porządne góry. Wielu ludzi narzeka na Zakopane, ale moim zdaniem trzeba tam jechać z głową – a może być całkiem fajnie.

W kolejnej notce opiszę coś dla tych, dla których nachylenia (i emocje) osiągane w Kotle Gąsienicowym i Goryczkowym są zbyt mizerne: zjazd z Kasprowego Wierchu „trzecią drogą” tzn. poza trasą do Hali Kondratowej. Pozdrowienia!


Dodaj komentarz

Freestyle czyli hipsterzy z gimnazjum

Na sam początek, aby uciąć spekulacje i posypać głowę popiołem: TAK – zdarzało mi się jeździć na tych śmiesznych, króciutkich nartkach z podgiętymi końcami z tyłu. Wiem co to pipe i 360, miałem kurtkę na rapie, i jarałem się w opór dobrym railem. Nie wymiatałem może jakoś za bardzo, a groupies na stokach zarywałem tylko w przeciętnych ilościach.

Ale to było dawno. Teraz mam już zarost. Przeszedłem mutację. Dojrzałem.

Wiecie kiedy mi się skończyło? Po tym jak roztrzaskałem nadgarstek, w ręku miałem 4 grube śruby wystające na zewnątrz i kilka drucików. Po tym jak przestałem chodzić do pracy na kilka miesięcy i pomyślałem sobie, że cholera może mnie zwolnią. Po tym kiedy zobaczył mnie szef i choć nic mi nie powiedział, to w jego oczach mogłem przeczytać „może byś k**** dorósł, Rafał?”.

I stawiam tezę, że nie znajdę kolesia który fika koziołki na nartach i ma poważną pracę i dzieci.

Kontakt z naturą, górami, puchem – to wszystko nie liczy się we freestajlu. Bo we freestajlu jeździsz blisko tłumu i groupies. We freestajlu liczy się ile stopni wykręcisz no i czy kolor kurtki pasuje Ci do nart. We freestajlu jeździsz DLA LUDZI a nie DLA SIEBIE. Raz na dwa lata wybijasz sobie bark, łamiesz rękę albo nogę. Taki już jesteś super-świr-gimnazjalista. No chyba, że jesteś freestylerem teoretykiem: co prawda nosisz hipsterską wełnianą czapkę, ale większość czasu spędzasz na dyskusjach z kolegami, siedzeniu na stoku, budowaniu skoczni, paleniu trawy, ew. dowolnym miksie wspomnianych czynności. Jak zrobisz przejazd, to 3 skocznie ominiesz, raila w zasadzie też, na tej jednej wyskoczysz tak próbnie na 40cm, a potem wjedziesz wyciągiem i znowu będziesz debatował 2 godziny. W czapce. Wełnianej. Tacy też są.

Jeździłem jakiś czas temu w Laax nieopodal największego, albo jednego z większych parków freestyle w Europie. Dowozili ich tam do tego parku gimbusami jakimiś i nie było dnia, aby pogotowie nie zwiozło przynajmniej dwóch gości z połamanymi rękoma albo wybitymi barkami. Łzy w oczkach, wełniane czapki, krok spodni w kolanach. No żałość. To byli Ci, którzy znaleźli w sobie odwagę i postanowili nie poprzestać na teorii. Nie będą chodzić do szkoły przez kilka tygodni i ominie ich klasówka z przyrody. No i ile opowieści w klasie!

I żeby nie było: Nie potępiam chłopaków za to, że skaczą po rurkach. Każdy ma swój sposób na jazdę. Ale na Boga – panowie – nie róbcie z fikania, k***, koziołków religijnej sprawy w kolorowych magazynach… „moje życie to freestyle”, „poza freestyle nie liczy się nic”… Błagam!

 

PS. Irytujące jest też, kiedy wiele serwisów (w tym nanarty) wrzuca freeride i freestyle do jednego worka pod jeden dach. Z równym powodzeniem można by mówić, że nie ma różnicami między świnkami i świnkami morskimi.

 


5 Komentarzy

Funcarving, czyli źródło złego na stokach

W ciągu ostatnich lat na stokach wydarza się coraz więcej wypadków śmiertelnych. Jazda po ubitym nie wymaga już wielkich umiejętności, ludzie jeżdżą coraz szybciej a kaski na niewiele się przydają. Jest jednak jedna rzecz, którą uważam za szczególnie niebezpieczną: to funcarving.

Funcarving, to jazda po ubitym śniegu, na szerokim stoku, na krótkich nartkach o małym promieniu skrętu i bez kijów. Funcarver jeździ na (relatywnie) dużych prędkościach. Nie na aż tak dużych jak na konkretnych zjazdowych nartach, ale na wystarczająco dużych, aby sobie i komuś zrobić krzywdę przy zderzeniu. Na czym polega jednak główny problem?

Ano na tym, że szczytem szpanu w funcarvingu jest dotykać ręką stoku podczas jazdy. Większość funcarverów specjalnie się przekrzywia, żeby tylko dotknąć – śmiesznie i nieporadnie to wygląda i jest raczej niegroźne, ale są też tacy, którzy nauczyli się wykonywać bardzo długie, głębokie skręty na (relatywnie) dużej prędkości – i dzięki dużej sile odśrodkowej jeżdżą w dużych przechyłach i rzeczywiście szorują rękawicą po stoku. To powoduje, że na szerokim stoku tacy funcarverzy jeżdżą od boku do boku, czasem wręcz wychodząc z zakrętu pod górę.

Większość ludzi zatem zjeżdża w dół, z wyjątkiem kilku bezmózgów którzy śmigają w poprzek stoku. Łatwo sobie wyobrazić rezultat na zatłoczonym stoku: wypadek.

Problem polega również na tym, że funcarverzy niewiele robią sobie z uwag pod swoim adresem. Jeżdżą po zatłoczonych stokach, często przecinają drogę małym dzieciakom. Prędkości jakie rozwijają w połączeniu z bardzo krótką, niemal dziecięcą nartą powodują, że często nie mają kontroli nad kierunkiem jazdy i jeżdżą na granicy wywrotki.

Wszystkie znane mi poważniejsze wypadki i kolizje narciarzy na stokach wydarzyły się z udziałem funcarverów. Jaka na to rada? Cóż. Do głupiego nie trafi, że jest głupi. Jedyna rada, to przenieść się na bardziej strome stoki, bo na stromym funcarver pojeździć „nie umi”. Ciężko tylko poradzić coś rodzicom z dzieciakami, które się uczą…


Dodaj komentarz

Kocham Kraków – zawsze to przecież mówiłem

Jeśli ktokolwiek twierdzi, że kiedykolwiek niby usłyszał ode mnie utyskiwanie na Kraków, jakieś żale, zawodzenie, jakieś wylewanie smutków – to niniejszym ogłaszam: nie mogło to mieć miejsca nigdy, bo Kraków jest zajebisty. Więc przestańcie po prostu kłamać bezczelnie, bo ja kocham to miasto i przecież zawsze tak było i zawsze tak pozostanie. Każdy to wie, i złe języki ludzkie tego nie zmienią.

Wczoraj po pracy o godz. 17:30 zebrałem się wraz z dwoma kolegami (Wojtku, wiem, że tu zaglądasz – więc niniejszym prywata i pozdrowienia) i po niecałej godzinie spokojnej jazdy byliśmy u podnóża Śnieżnicy w Kasinie Wielkiej. Pisałem już o Kasinie raz tutaj – więc nie będę się powtarzał. Skupię się tylko na szybkim opisaniu warunków wczoraj.

Niebieska trasa – niemal półtora kilometra – trochę wymuldzona, trochę oblodzona i trochę płaska. Ale nie wychodzą kamienie ani trawa. Czerwona niestety zamknięta, i sami przekonaliśmy się, że chyba słusznie zamknięta – trochę nam porysowało nartki – ale krawędzie na szczęście całe. Stok nieźle oświetlony, jeździ szybkie poczwórne krzesło, zero kolejek. Karnet od godziny 19 do 22: koszt 30 PLN. Jak otworzą czerwoną to już w ogóle będzie niesłabo.

Pierwszy raz w życiu byłem na nartach po pracy i mi się podobało. Rozdziewiczyłem się w tym temacie i dołączyłem do grona moich kolegów – Krakusów. Tylko paczeć jak zacznę chodzić na nogach i wychodzić na pole.wink


4 Komentarze

Wciąż tylko rocker i rocker: o co w tym chodzi?

Pisałem już o marketingowych potworkach Salomona i Atomica na temat rockera tutaj. Tamten tekst dotyczył w zasadzie nieuczciwości samych redaktorów i portali narciarskich, tym razem jednak chciałbym napisać coś więcej o samym rockerze.

Na różnych modelach z rockerem jeżdżę od roku 2005 – czyli od 8 lat, więc na początku nie wiedziałem do końca o co im chodzi, że rocker to „nowość” i „przełom”. Przede wszystkim obie pary moich osobistych Rossi, a poza nimi inne narty poza trasę które testowałem od NAPRAWDĘ wielu lat: np. K2, Dynastar czy Salomon – miały/mają wszystkie konstrukcję rockera. Jak pisałem w poprzedniej notce na ten temat – profil rockera poza trasę wprowadził Volant Spatula 12 lat temu i żadna to nowość ani przełom.

Chcąc przekonać się samemu o co kaman, pożyczyłem zatem ostatnio tak często wybrandzlowanego „nowego” rockera od Salomona na trasy, model: Enduro RX800. Taki akurat był dostępny. Na początku chcę zastrzec (gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – hehe), że jestem choć jeżdżę trzydzieści lat, to jestem takim małym misiem i bardzo daleko mi do Alberto Tomby czy sióstr Tlałek. Opisuję więc swoje prywatne, subiektywne odczucia z jazdy, które niekoniecznie muszą zgadzać się z oficjalną linią producentów i sponsorowanych przez nich zawodników.

Do rzeczy! Wpiąłem się i jak to dziś w modzie na stokach – rozkraczyłem się niczym Jenna Jameson za swoich najlepszych czasów: nogi szeroko, tyłek wypięty, ręce z przodu (tylko głowy za siebie nie odwracałem). No i przejechałem się kilka razy po ubitym, gibając się jak p*****ny rezus: to w prawo to w lewo. No i co? I co? Jak spisał się ten „nowy” rocker? Hmmm. No ja się nie znam. Ale dla mnie to zwykła, przeciętna, normalna narta carvingowa na trasę, jak dziesiątki innych. Narta skręca łatwo – wystarczy się trochę przechylić, można jeździć jak po szynach: bez problemu, bez uślizgiwania krawędzi. No ale dokładnie tak samo się jeździ na zwykłej slalomowej krótkiej narcie carvingowej. Autentycznie – nie widzę żadnej różnicy.

Nie można na tym jeździć ani specjalnie szybko i nie masz kontroli przy większych prędkościach – bo narta za krótka (168cm), nie pojeździsz poza trasą – bo za bardzo taliowana (78mm pod butem). Ot, zwykły, normalny carving. Bez żadnego przełomu, i bez rewolucji – to na pewno. A dla mnie – małego misia – praktycznie bez różnicy.

Ktoś powie: „ale w pucharze świata używają rockera więc musi być dobry”. Okay. Ten argument kupuję. Tylko, że ja niestety:

  • nie wyczuwam różnicy w smaku między 30-letnim a 12-letnim Chivas Regalem
  • nie słyszę różnicy w kablach stereo z CD do wzmacniacza między takimi pozłacanymi za półtora klocka a takimi za pięć złociszy z MediaMarktu
  • nie czuję również różnicy między zwykłą krótką slalomką na trasy sprzed 3 lat – a taką z rockerem z tego sezonu. Taki już ze mnie plebejczyk, cham i burak. Nie twierdzę, że nie ma ludzi którzy poczuliby różnicę! Absolutnie. Jestem wręcz pewien, że tacy się znajdą. Ja niestety (stety?) do nich się nie zaliczam. Zaryzykowałbym nawet tezę, że wśród czytelników tego bloga również nie znajdą się tacy, którzy wyczuliby różnicę, gdyby rockerowe i nie-rockerowe narty na trasę zakleić im czarną taśmą i kazać poznać na ślepo. Ale tego nigdy nie sprawdzimy, nawet jakoś zacznie się pienić, że by potrafił. No przysięgam: nie ogarniam całego szumu wkoło rockera.

Napisałem, że nie ogarniam? Hmmm. Może powinienem raczej napisać „nie popieram”, bo jednak raczej ogarniam o co chodzi producentom, sklepom sportowym i wszystkim sponsorowanym przez nich ludziom. Otóż ich zdaniem: „Masz przestarzałe narty bez rockera? Wymień! Kup nowe! Wyrzuć stare! Potrzebujesz rockera! Potrzebujesz naszych nowych nart! Potrzebujesz wydać pieniądze! TERAZ!”

I chyba to jest dobre podsumowanie o co chodzi z tym rockerem. Nie dajcie się wkręcać innym. Również tym, co „wypróbowali i uwierzyli”. Czasem sami nie wiedzą, że rocker ich buja!wink

Na zakończenie mój alaskański edit na rockerach K2 Dark Side: