nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


9 Komentarzy

Narty latem w Europie

Lato. Narty. Wydawałoby się, że te dwie rzeczy nie chodzą w parze. Większość ludzi którym mówię, że ostatni weekend jeździłem na nartach patrzy na mnie jak na wariata. A jednak! Nic bardziej mylnego.

W lipcu też da się pojeździć – i to całkiem przyjemnie. Może tylko po trasie, może nie przez cały dzień, może nie wszędzie. Okay. Ale: jest przynajmniej kilka znanych i fajnych ośrodków które po wjechaniu na odpowiednią wysokość (z reguły powyżej 3000 metrów) oferują kilkanaście/kilkadziesiąt kilometrów utrzymanych tras, sporą szansę fajnej pogody i całkiem puste stoki. W dodatku jeśli mamy szczęście – spotkamy w takich miejscach trenujących do olimpiady czy pucharu świata zawodników.

Co zatem robić, żeby fajnie pojeździć? Jest kilka zasad, których warto się trzymać:

1. Wstań wcześnie

Ponieważ słońce wschodzi wcześnie i operuje latem mocno – około g. 12-13 na stokach robi się wodno-lodowa breja. W krytycznym momencie ze śniegu zmieszanego z wodą może zrobić się zawiesina w którą narta bez stawiania oporów nawet w ruchu na boki. W takich warunkach można się już tylko ciąć. Dlatego trzeba wykorzystać każdą chwilę od samego rana, wjechać na górę pierwszą kolejką (czasem 7:45, czasem 8:15) i wykorzystać czas do oporu.

2. Użyj kremu z wysokim faktorem

Widziałem poparzonych ludzi na lodowcach. Jeśli zapomnicie się posmarować – możecie popsuć sobie wyjazd. Nie zapomnijcie o uszach i karku. I grubo kremu. Grubo.

3. Ostrożnie z krótkim rękawem. 

Wiem, że wygląda fajnie i jeździ się przyjemnie. Ale szczególnie przy szybkim zjeździe upadek i poślizg po bardzo ostrym firnie (malusieńkich grudkach lodu) może skończyć się poważnymi otarciami (oby tylko do krwi).

Tux Latem

A gdzie jeździć? Do niedawna latem moje ulubione było Soelden. Teraz niestety latem jest zamknięte dla narciarzy a otwarte tylko dla pederastów. Przepraszam. Pedestrianów. Mimo to jest jeszcze kilka miejsc do rozważenia:

1. Zaczynam oczywiście od najlepszego moim zdaniem Hintertux w dolinie Zillertal – ostatni zjazd z autostrady przed Innsbruckiem. 22km tras. All year round.

2. Masyw Dachstein w Karyntii. Bliżej dla Polaków niż Tyrol. Kilkanaście kilo utrzymanych tras. Fajnie.

3. Polsko-rosyjski „Kic” czyli Kitzsteinhorn w Kaprun / Zell am see. Nie lubię tego miejsca i nie polecam. Ale latem da się jeździć jeśli macie mus.

4. Szwajcarskie Zermatt i jazda na lodowcu Theodul. Ponad 25 km tras. W zimie w Zermatt jest doskonałe alpejskie Heli, a w lecie można jeździć po trasach. Jednak dla nas – Polaków: trochę drogo i trochę daleko.

Reasumując: jeśli jedziecie z Polski – polecam Tux i Dachstein. Szczególnie gdy dochodzi do nas kolejna pieprzona fala upałów – fajnie zrelaksować się na lodowcu!


2 Komentarze

Kaprun / Zell am See: Słabizna

Żeby było wiarygodnie – muszę dotrzymać obietnicy danej na początku i wypada mi kogoś zjechać. Cel wybrałem dość banalny i łatwo mi w niego postrzelać.

To polsko-rosyjska miejscowość leżąca w środkowej Austrii. Nie piszę celowo, że Kaprun – bo to o nim mowa – leży w Alpach, bo to jakbym napisał, że Rosja leży w Europie. Opinie są zasadniczo podzielone i nawet jak ktoś pokaże palcem Kaliningrad, albo odwoła się do ich słowiańskiego dziedzictwa, to ja i tak będę miał wątpliwości. I z Rosją w Europie i z Kaprun w Alpach. W każdym razie wszyscy Polacy i Rosjanie przebywający w tej malowniczej miejscowości powiedzieli rodzinie i znajomym, że „byli w Alpach”. To już może przestanę czepiać się szczegółów. Ad meritum.

No okay: jest lodowiec! I co z tego? Jeśli już zdecydowaliśmy się pokonać tysiąc-ileś tam kilometrów – to oblepiony orczykami, płaski i dość mizerny Kitzsteinhorn to nie jest szczyt marzeń. Fajnych, stromych tras w Kaprun jest jak na lekarstwo. Zapytacie: „Chwila, chwila – przecież weszliśmy właśnie na mapkę narciarską Kaprun, a tam jak wół: cała masa czerwonych tras! Co ty gadasz koleś?!”. No właśnie. Równie dobrze mogliby oznaczyć te wypłaszczenia jako „double black diamond” – miałoby to podobny sens, a przynajmniej wszyscy wiedzieliby, że robią sobie jaja. Bo te trasy, które austriaccy marketingowcy zaznaczyli na czerwono na swoich mapkach – w innych kurortach byłyby zdecydowanie niebieskie. Wręcz błękitne! Moim zdaniem to po prostu wkurzające naciąganie ludzi. Podkreślę jeszcze raz: w Kaprun jest PŁASKO. Do tego większość wyciągów to orczyki.

Oczywiście trzeba być fair i przyznać, że Austriacy starają się robić całą resztę porządnie: te wyciągi są całkiem szybkie, trasy utrzymane – jak to w Austrii, Apres ski – dostępne i liczne. Ale moim zdaniem za austriackie ceny, jazdę autem tyle czasu – można by oczekiwać więcej.

Maniery w Kaprun jak to w Polsce,  albo raczej jak w Zakopanem podczas prawosławnych Świąt Bożego Narodzenia. Nie jestem durnym rasistą-rusofobem, ale naprawdę kultura wielu z naszych sąsiadów pozostawia wiele do życzenia. Pijane hordy drące japę i przechodzące przez miejscowość nocą, wpychanie w kolejkach do wyciągów, dochodzenie z boku do kolejki – to niestety ich i nasza również – domena. Wydaje się, że z tego właśnie powodu do Kaprun przyjeżdża stosunkowo mało Austriaków czy Niemców.

Do tego dochodzą jeszcze żenujące napisy „no picnic” w restauracjach na stokach, do których nasi pobratymcy często się nie stosują.

Czemu tak jest? Odpowiedź jest banalna: to najbliższa Polsce (i Rosji) miejscowość narciarska z jako-tako dużym terenem narciarskim i lodowcem.

Dla mnie jednak pozostaje zagadką, czemu nie przejechać 200km dalej na porządny, duży lodowiec z dobrze zróżnicowanymi trasami. Bo jeśli ktoś przejechał te 1000 czy 1200km, to kolejne 200 nie powinno zrobić chyba aż takiej różnicy?

A te 200km dalej, to prawdziwe Alpy: większe zróżnicowanie stoków, prawdziwie czerwone i czarne trasy, większe tereny narciarskie, więcej tras i wyciągów, mniejsze kolejki i większa kultura na stokach i poza nimi. Będę na pewno opisywał te miejsca.

A reasumując: odradzam Kaprun. Zamiast tego – pojedźcie w Alpy. Te prawdziwe.