nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


8 Komentarzy

Gogle z GPS’em i wyświetlaczem

Zeal Z3 GPS: potrafią podać na szybie prędkość, temperaturę albo kierunek do karczmy

Na rynku pojawiła się nowa nisza: gogle z GPS’em i wyświetlaczem HUD, parowane ze smartfonem. Nie jest to już jeden produkt-ciekawostka. O klientów inteligentnych gogli konkuruje kilku poważnych producentów, m.in. Oakley czy Zeal – warto więc przyjrzeć się tym produktom. Do czego zatem służą inteligentne gogle? Przejrzałem dostępne funkcje. Producenci dają możliwość:

  • podglądu aktualnej prędkości na stoku (chyba w razie kontroli radarowej)
  • mierzenia czasu spędzonego w powietrzu podczas skoków (to dla gimbazy – już widzę te wybite barki i nadgarstki przy zawodach pt. „będę miał dłuższy airtime od ciebie”)
  • sterowania muzyką (jeśli jesteśmy na tyle lekkomyślni, żeby robić to podczas jazdy na nartach)
  • integracji z mapami wybranych kurortów i „punkty użyteczności publicznej” stoków narciarskich, jak np. toaleta czy karczma (bez komentarza)

W zależności od modelu i producenta, gogle dają możliwość podglądu parametrów na malutkim ekraniku, bądź rzucają obraz na szybę gogli (HUD) tak, że mamy go cały czas przed oczyma. Sterowanie funkcjami odbywa się na dwa sposoby: albo przyciskami na goglach, albo przy użyciu bezprzewodowego, wodoszczelnego pilota noszonego na nadgarstku jak zegarek. Zaawansowane opcje konfiguracji wybieramy przy użyciu aplikacji na smartfonie z którym gogle komunikują się przez Bluetooth lub WiFi.

Moduł Recon wraz z wyświetlaczem instalowany w goglach

Moduł Recon wraz z wyświetlaczem instalowany w goglach

Strony producentów inteligentnych gogli:

Jedyną naprawdę użyteczną dla mnie funkcją jest odczyt aktualnej wysokości. Fajnie byłoby widzieć obok tego mapę topograficzną, ale domyślam się, że jakość i rozdzielczość ekranów na to jeszcze nie pozwala. Niestety jednak, mimo dostępnych czujników i możliwości technologicznych, żaden z producentów nie zdecydował się na podłączenie kompasu i nawigacji do wcześniej zdefiniowanych przez nas na mapie smartfona waypointów / punktów orientacyjnych. A wystarczyłyby po prostu kierunek, odległość i proste przełączanie między kilkoma zdefiniowanymi punktami. To uczyniłoby takie gogle naprawdę ciekawym produktem dla amatorów skiturów czy jazdy poza trasą.Niestety póki co nie przychodzi mi do głowy powód dla którego chciałbym widzieć informacje o prędkości czy temperaturze. Nigdy również nie słucham muzyki na nartach.

W chwili gdy piszę te słowa (październik 2015), dla mnie te gogle, to po prostu drogi gadżet bez żadnego sensownego zastosowania. Być może sytuacja zmieni się szybciej niż przypuszczamy, bo wydaje się, że sprawa użyteczności takich gogli sprowadza się jedynie do odpowiedniego ich oprogramowania.

Jeśli mamy akurat wolne 2-3 tysiące złotych i stać nas na wydanie ich na średnio potrzebne rzeczy – czemu nie. W przeciwnym wypadku – stanowczo odradzam „inteligentne gogle”, przynajmniej do czasu kiedy producenci nie wyposażą ich w naprawdę potrzebne funkcje.


4 Komentarze

Jak przeżyć pod lawiną: airbag czy avalung?

Lawiny są główną przyczyną śmierci narciarzy pozatrasowych. W samych tylko Alpach rocznie w lawinach ginie parędzięsiąt osób. Jednak stosunkowo nieduży procent ludzi ginie z powodu obrażeń wywołanych zejściem lawiny: zdarza się to głównie w lawinach z wiosennego, mokrego, ciężkiego śniegu, oraz w lawinach śnieżno-kamiennych. W normalnych, śnieżnych lawinach schodzących zimą, ludzie giną głównie z powodu uduszenia: po zejściu lawiny, człowiek jest uwięziony pod śniegiem, i w miarę oddychania, śnieg wkoło głowy wysyca się dwutlenkiem węgla z wydychanego powietrza. Dodatkowo roztopiony śnieg wokół ust szybko zamarza tworząc lodową skorupę, która nie przepuszcza świeżego tlenu. W takich warunkach, po 20-25 minutach od zejścia lawiny dusi się 80% narciarzy.

By temu zaradzić jeździmy w specjalnych plecakach. Na świecie obowiązują dwa standardy plecaków używanych podczas zejścia lawiny. Oba mają zupełnie inny mechanizm działania. W Europie bardzo szeroko rozpowszechnione są plecaki lawinowe typu airbag: duża poduszka powietrzna jest wyzwalana ręcznie przez narciarza podczas zejścia lawiny. Sprężone powietrze w ułamek sekundy wypełnia wielkie balony przy plecaku. Doświadczenia pokazują, że okruchy w lawinie o mniejszej gęstości i większej objętości (a więc narciarz z otwartymi poduszkami) znacznie częściej pozostają na wierzchu zatrzymującej się lawiny. Dzięki tej poduszce narciarz ma więc większą szansę utrzymać się na powierzchni lawiny i nie zostać zasypanym.

Po lewej airbag ABS z odpalonymi poduchami, po prawej Black Diamond Avalung - przy szelce widać niebieski ustnik Avalung

Po lewej airbag ABS z odpalonymi poduchami. Po prawej Black Diamond Avalung: przy szelce widać niebieską rurkę i żółty ustnik Avalunga

Ciekawy jednak jest fakt, który chciałbym poruszyć w tej notce: jeżdżąc poza Europą – np. na Alasce – zauważyłem, że dużo popularniejsze wśród narciarzy i przewodników były plecaki typu Avalung. O co w nich chodzi? Plecak typu Avalung ma ustnik i prowadzącą do niego rurkę od urządzenia do rozprowadzania toksycznego dwutlenku węgla w okolicy pleców, zamiast w pobliżu ust. Doświadczenie pokazuje, że w przypadku zasypania średni czas przeżycia człowieka oddychającego za pomocą Avalunga pod lawiną wydłuża się z kilkunastu minut do paru godzin. Czemu Amerykanie, a często również Azjaci chętniej używają Avalunga zamiast Airbaga? Warto się przyjrzeć ich argumentom:

  • Kiedy zaczyna schodzić lawina – naszym głównym zadaniem, podczas gdy lawina jest jeszcze w ruchu, jest walka o wyjechanie z niej. Przy podcięciu deski śniegu i „slajdzie” – o ile wciąż jesteśmy na nartach – powinniśmy skoncetrować swoje wysiłki nad nabraniem dużej prędkości i ucieczce w bok z lawiny. Jeśli lawina nas podcięła, należy spróbować stanąć na narty i postępować jak wyżej. Odpalenie poduszek znacznie ogranicza szybkie, płynne ruchy i szybką jazdę na nartach. W zasadzie plecak z odpalonymi poduszkami skazuje nas na niekontrolowany spadek w lawinie – mając jedynie nadzieję, że gdy wszystko się zatrzyma – pozostaniemy na wierzchu.
  • Większe okruchy śniegu (a więc narciarz z odpalonymi poduszkami) przenoszone są na czoło schodzącej lawiny – tam gdzie działają największe siły. Istnieje zwiększone ryzyko obrażeń spowodowanych tymi siłami. Bez plecaka z odpalonymi poduszkami, nawet jeśli przypadkowo zostaniemy przeniesieni na czoło lawiny, jest szansa, że lawina nas „połknie”, po czym wyrzuci z powrotem na wierzch gdzieś z tyłu, gdzie będziemy mogli kontynuować walkę i próbować przemieścić się w bok schodzącej lawiny tam gdzie siły są najmniejsze.
  • studnia śnieżna

    studnia śnieżna

    Avalung pomoże nam również w scenariuszu wypadku nie-lawinowego. Podczas jazdy w lesie, szczególnie po burzach śnieżnych, istnieje ryzyko wpadnięcia do tzw. studni śnieżnych, które tworzą się wkoło drzew. Doświadczenie pokazuje, że ludzie nie są w stanie wydostać się z takiej studni o własnych siłach i często giną dusząc się.

  • Z airbagiem bywają problemy związane z przewożeniem go samolotem. Ze względu na ładunek wybuchowy do uwolnienia poduszki – musimy zgłosić przewóz airbaga załodze. Teoretycznie kapitan może nie wyrazić zgody na jego przewiezienie. Miałem kiedyś z tym problem, chociaż ponoć obecnie jest z tym dużo lepiej. Z Avalungiem nie ma problemów przy przewożeniu go samolotem.

Dlatego właśnie większość przewodników, których spotkałem na Alasce nie lubi poduszek i preferuje Avalung. Czy Avalung jest idealny? Na pewno nie. Pamiętajmy, że trzeba wsadzić ustnik do ust – co może być trudne kiedy lawina nas już kotłuje. Że jak już zostaniemy zasypani, nawet z prawidłowo użytym Avalungiem udusimy się i tak po paru godzinach, i że wtedy zaczyna też w grę wchodzić hipotermia. I tak dalej, i tak dalej.

Należy mieć więc w głowie wszystkie za i przeciw przy wyborze swojego rozwiązania. W tej notce moim celem jest podniesienie często zapominanych zalet rozwiązania Avalung i wskazanie jego przewag nad Airbagiem w określonych scenariuszach. Wybór należy rzecz jasna do Was.

Poniższy film zarejestrowany na Alasce kamerą GoPro pokazuje prawdziwy przypadek zasypania przez lawinę narciarza wyposażonego w Avalung, oraz następującą po nim akcję ratowniczą:


12 Komentarzy

Fotostory Spitsbergen 2015

Dziś czasu trochę więcej. Poniżej kilka fotek wraz opisem, zrobionych podczas naszej wyprawy na Spitsbergen.

 

Photo 12-04-15 12 51 57Na początku błędnie założyliśmy, że Spitsbergen jest norweski. Spitsbergen nie należy jednak do żadnego kraju, a Norwegia nim jedynie administruje. Wylatując z Norwegii, przechodzisz odprawę paszportową, wylatujesz ze strefy Schengen, a przylatując na Spitsbergen nikt Cię nie sprawdza. Jesteś w niebycie, w zawieszeniu, poza jakimkolwiek krajem. Na Spitsbergen może przylecieć lub przypłynąć każdy, i każdy może tam pracować i mieszkać dowolnie długo. Dwa główne „miasta” to norweskie Longyearbyen (około 2000 ludzi – na fotce powyżej w dolinie w oddali) i rosyjski Barentsburg (kilkadziesiąt około 500 osób). Góry na Spitsbergenie rzadko przekraczają tysiąc metrów, ale ich podstawa jest na poziomie morza.

 

S1010012Niedźwiedzie polarne mają znaczący wpływ na życie mieszkańców. Wychodzenie poza osadę bez karabinu strzelca wyborowego o wysokim kalibrze jest zakazane. Obowiązują konkretne procedury: przy poruszaniu się z bronią w mieście, musi być ona rozładowana, a np. przy wchodzeniu do baru należy oddać ją barmanowi. Widok kobiety idącej w mieście z ciężkim Mauserem nie jest niczym szczególnym. Przy wyjeździe z Longyearbyen należy broń obowiązkowo załadować, bez wprowadzania pierwszego naboju do komory. Kiedy spostrzeżesz niedźwiedzia należy broń przeładować, wprowadzić nabój do komory i być gotowym do oddania strzału. Ostatni śmiertelny wypadek z udziałem niedźwiedzia zdarzył się na Spitsbergenie w 2012 roku kiedy niedźwiedź zabił jedną a ranił ciężko dwie osoby. Rocznie kilka z nich jest zabijanych przez ludzi w obronie własnej. Parę dni przed naszym przyjazdem jeden z niedźwiedzi był odstraszany od Longyearbyen petardami i pistoletami hukowymi – udało się go odstraszyć i oszczędzić mu życie.

 

Photo 10-04-15 16 44 10Na naszą czwórkę mieliśmy dwa Mausery, kaliber 30-06. Z reguły jeden karabin miał ze sobą ktoś, kto akurat prowadził skuter, a drugi któryś z narciarzy (jak na fotce – akurat ja). Nie było to zbyt wygodne przy jeździe na nartach, ale obowiązkowe.

 

Photo 14-04-15 10 41 40Skuter śnieżny to na Spitsbergenie podstawowy środek transportu od jesieni do późnej wiosny. Ponieważ zdecydowaliśmy się nie wchodzić pod górę na nartach i fokach (Maciek jeździ na desce… ach ci deskarze – wieczne problemy!), musieliśmy użyć skutera do poruszania się po górach. Z perspektywy, mogę napisać jedno: jazda po płaskim to pestka, ale jazda po górach to prawdziwe wyzwanie. Przeżyliśmy prawdziwe momenty grozy, kiedy w kilkusetmetrowym, bardzo stromym żlebie skuter nie dał rady podjechać, skręt nie był możliwy bo groził wywrotką, a skuter w końcu zakopał się po górną gąsiennicę. Godzina szuflowania łopatami w niebezpiecznym, bardzo stromym terenie zakończyła naszą przygodę szczęśliwie. Jesteśmy teraz bogatsi o wiedzę, pod jak stromą górę skuter jest w stanie podjechać.

 

DCIM100GOPROByliśmy we czterech, i wydaje nam się, że jeden skuter na cztery osoby – to dobra decyzja. Pod górę, dwie siedzą na skuterze (kierowca i pasażer), a dwie są na linach ciągnięte przez skuter. Z góry trzy osoby może zjeżdżać na nartach, a jedna zwozi skuter. Wydaje nam się, że przy innych proporcjach nie byłoby tak fajnie. Nie muszę dodawać poza tym, że jest dużo przyjemniej, gdy koszt skutera dzieli się na cztery osoby, a nie na na dwie. Przez te cztery dni na miejscu, zrobiliśmy naszym skuterem prawie 400 km.

 

Photo 11-04-15 12 10 30Spitsbergen to nie tylko niedźwiedzie. Natura jest piękna, dzika i na wyciągnięcie ręki. Widzieliśmy pardwy, fokę, kilka kozic i dziesiątki, jeśli nie setki reniferów – jak ten na fotce. Co ciekawe renifery wyglądały też całkiem groźnie i praktycznie się nas nie bały. Podczas wjazdu w jedną z dolin wąskim kanionem, wyskakując z za góry niemal wpadliśmy na jedno ze stad. Samice skupiły się z tyłu wkoło siebie, a samiec alfa ani drgnął, dość groźnie się nam przyglądając. Do końca pobytu w tej dolinie Rafał (samiec alfa z naszego stada) nie rozstawał się z karabinem i też groźnie łypał na konkurenta.

 

Spitsbergen - zjazdŚnieg nie był idealny. Raczej mocno zmrożona lodoszreń, często zmiękczona trochę na wierzchu całodziennym słońcem. Czasem po nocy było góra dwa centymetry świeżego puchu. To za mało, żeby jazda była niczym sen, jak miało to miejsce np. w Japonii. Ale jeśli uważasz na oblodzenia, możesz mieć całkiem fajną zabawę. Niestety wydaje się, że Spitsbergen jest zbyt daleko na północ, by jazda w prawdziwym, głębokim puchu była możliwa. W lutym, czy na początku marca, kiedy opad jest większy, trwa noc polarna, a po ciemku na nartach jeździ się raczej ciężko.

 

Photo 12-04-15 23 55 26Dzień polarny. W środku kwietnia zachodzi jeszcze słońce, chociaż przez całą dobę jest jasno. Fotka powyżej została zrobiona o północy. Od 25 kwietnia słońce nie zachodzi w ogóle i kręci się tylko w koło przez pół roku. W Longyearbyen jest nawet zegar słoneczny, który przy dobrej pogodzie działa całą dobę 🙂

 

Photo 11-04-15 13 14 59Ocean Arktyczny. Podczas dobrej pogody wjeżdżaliśmy skuterem nawet na 800-900 metrów nad poziomem morza. Widoki na ocean sięgające kilkudziesięciu kilometrów były niesamowite. Zjechać na nartach można było do samej wody. W okolicy Spitsbergenu Ocean Arktyczny nie zamarza tylko dzięki prądowi zatokowemu, który istotnie ogrzewa Spitsbergen. Nie to, żeby było tam ciepło, ale bez niego byłoby jeszcze zimniej.

 

Jeśli będziecie wybierać się na Spits’a – koniecznie odezwijcie się do mnie mailowo. Chętnie doradzę i odpowiem na pytania!


15 Komentarzy

Test okularów UVEX Sportstyle 302

Sportstyle 302 w użyciu

Sportstyle 302 w użyciu

UVEX poprosił mnie o przetestowanie okularów narciarskich UVEX Sportstyle 302.

Gdzie mógłbym przetestować okulary przeciwsłoneczne do jazdy na nartach? Chyba nie ma lepszego miejsca, niż stoki włoskiej Doliny Słońca – Val Di Sole – wiosną. Praca bloggera jest ciężka. Jak pisałem wcześniej: spakowałem kanapki z jajkiem, wsiadłem w Rajan-era (#SekretyKuźniara), jestem i testuję.

Moje wrażenia:

UVEX Sportstyle 302 to nie są okulary, które założysz do miasta, jeśli chcesz coś wyrwać. Wyglądasz w nich jakbyś wyszedł z filmu puszczanego w latach osiemdziesiątych: ni to Terminator – ni to MacGyver – ni to mucha Tse-Tse.

Ale też Sportstyle 302 nie służy do wyrywania, a zdecydowanie bardziej przydaje się do jazdy na nartach. Okulary zrobione są solidnie, tworzywo jest przyjemne w dotyku, mają miękkie noski, co ma wpływ na komfort ich noszenia. Wentylacja szyb powoduje, że nawet, jeśli odrobine zaparują, i ruszysz na nartach do dołu – po dosłownie 2-3 sekundach po parze na szkłach nie ma śladu. Jest to najlepsza wentylacja szyb, jaką spotkałem w okularach – naprawdę działa. Pianka otaczająca oprawę szkieł ma za zadanie ochronę szkieł przed potem i dodatkowy komfort dla twarzy. Okulary posiadają wymienne boki: można założyć klasyczne okularowe zauszniki, ale zamiast nich w kilka sekund można założyć gumkę, co bardzo upodabnia okulary do gogli i powoduje, że nie spadną nam z nosa przy upadku, czy bardzo dynamicznej jeździe po muldach.

okulary w dwóch opcjach konfiguracji

okulary w dwóch opcjach konfiguracji

Generalnie okulary idealnie spełniają swoje zadanie i nie można się przyczepić do niczego z wyjątkiem designu – ale to już kwestia indywidualna. Potrzeba dokładnego zakrycia oczu przed promieniami z boku narzuca taki właśnie kształt okularów jaki mają. Jeśli komuś się nie podoba – musi kupić sobie okulary lajfstajlowe, w których ładnie będzie się prezentował, z pełną świadomością ich wad przy uprawianiu wyczynowego sportu.

Generalnie: Polecam!


16 Komentarzy

Test narty z pucharu świata: Salomon X-Race

Ostatnio w Soelden miałem okazję przetestować narty wyścigowe z pucharu świata (tzw. „world cup’owe”) Salomon X-Race o długości 180cm. Salomon oznacza je również kodem „free to go fast” – co wróży nieźle fanom dużych prędkości. Czy tak jest rzeczywiście? Zobaczmy…

DCIM102GOPRO
Narta ładnie się prezentuje. Szczególnie w porównaniu do freeride’owych nart na których zwykle jeżdżę, Salomon wydawał mi się bardzo smukły z piękną talią, niczym Cindy Crawford. (co prawda nie 90-60-90 😉 , ale 102-67-87) – dawno nie jeździłem na narcie, która pod butem miałaby mniej niż 7 centymetrów. I to się czuje: kiedy wjedziesz w odrobinę głębszy śnieg, poczujesz natychmiast, że na tym modelu nie tędy droga. Chudzina Salomona nie daje sobie rady, co chwila jest „łapana” w zakrętach. W kopnym śniegu to nie jazda, ale raczej w moim przypadku walka.

Wystarczy jednak wjechać na twardy, dobrze ubity stok, by poczuć to, do czego ta narta została stworzona. Idealne trzymanie w zakrętach i w dużych przechyłach. Krawędzie wycinające niemal dziury w oblodzeniach. Bardzo duża twardość i sprężystość narty, a co za tym idzie pewność jazdy, pełna kontrola i panowanie przy dużych prędkościach. Przy 80-90 km/h, kiedy mój miękki freeride’owy Rossi Super7 zaczyna się niepewnie trząść i wibrować – tutaj dopiero zaczyna się zabawa! Przy dużej prędkości i dobrym dociśnięciu narty w zakręcie i wyczuciu jej sprężystości narta sama nas „wyrzuca” z jednego zakrętu w drugi i jazda staje się niesamowitą przyjemnością – popatrzcie sami:

DCIM102GOPRO

Wejście w zakręt z dużą prędkością i dociśnięcie narty do twardego stoku…

 

DCIM102GOPRO

…i po pół sekundy dostajemy tę energię w prezencie: narta wyrzuca nas w powietrze niczym sprężyna przy przejściu w kolejny skręt 🙂

Takie wejście w rytm wymaga trochę wprawy i dobrze jest wyczuć tę specyficzną amplitudę przy trochę wolniejszej jeździe dociskając nartę / kucając rytmicznie. Ale kiedy już wyczujemy nartę i wejdziemy w większy zakres prędkości – przyjemność z jazdy jest naprawdę duża, i co ważne, wszystko odbywa sie z zachowaniem pełnej kontroli.

Jazda wyścigówką Salomona była dla mnie dużą przyjemnością. Jeśli jesteście w górach i nie macie swoich desek – warto poprosić w wypożyczalni o ten model. Szczególnie jeśli wstaliście rano, stoki są puste i dobrze ubite – gwarantuję wam dobrą zabawę.


18 Komentarzy

Zegarek w górach

Aktualizacja 18 sierpnia 2017: technologia poszła do przodu… zapraszam do zapoznania się z nowszym postem w tym temacie: https://nakreche.com/2017/08/18/garmin-fenix-3-testrecenzja/

 

Oryginalny post z 2014 roku:

 

Dzisiaj nie będzie o teście konkretnego sprzętu. Dziś będzie kilka moich przemyśleń dotyczących zegarka w góry i poza trasy narciarskie. Na rynku robi się coraz ciaśniej: producenci prześcigają się w wymyślaniu urządzeń zintegrowanych ze smartfonami, podającymi tętno czy pozycje GPS. Często urządzenia te są drogie, i często kompletnie niepraktyczne. No bo co mi w prawdziwych górach po zegarku który padnie po dwóch dniach używania?

Suunto Vector na moim ręku w helikopterze na Alasce: Wysokościomierz, kompas, duży czytelny wyświetlacz

Suunto Vector na moim ręku w helikopterze na Alasce: wysokościomierz, kompas, duży czytelny wyświetlacz

Ostatnio znajomy kupił taki „górski” zegarek, i wydał na niego kupę kasy. A wiadomo niestety, że sprzedawcy w sklepach outdoorowych często nie wyszli nawet na za miasto z mapą, a co dopiero w prawdziwe góry, daleko od osad ludzkich. Nie ma to jednak znaczenia, bo i tak będą starać się wcisnąć wam wszystko od czego mają największą premię. Pomyślałem sobie wtedy, że szkoda, że nie napisałem wcześniej tego tekstu, bo być może pomogłoby mu nie wyrzucać pieniędzy w błoto.

Zacznę od tego co w zegarku moim zdaniem NIE JEST potrzebne.

  • GPS. To bez sensu. Zużywa tylko bardzo baterię. Taki zegarek co dzień lub maksymalnie kilka dni trzeba ładować. Jeśli jest to urządzenie, które ma ratować w założeniu życie, po prostu nie możemy sobie na to pozwolić. Od tego sezonu noszę przy sobie zawsze dwa GPS’y, ale żaden z nich nie jest w zegarku. Mój pierwszy GPS to SPOT GEN3: rejestruje cały czas ślad, wysyła go na bieżąco do internetu a przede wszystkim jest w stanie wezwać pomoc w obszarze poza zasięgiem telefonów komórkowych – przez satelitę. Działa nieprzerwanie przez miesiąc. Mój drugi GPS jest w smartfonie: z reguły jest na nim mapa i jakieś waypoint’y. Do smartfona noszę jedną lub dwie zapasowe baterie.
  • Pulsometr. Kaman. Naprawdę interesuje cię jak bardzo rośnie ci tętno przy podejściu na czterech tysiącach metrów? Jeśli tak mówisz, to chyba znaczy, że nie podchodziłeś na czterech tysiącach. Góry to nie jest pieprzona sala gimnastyczna. Pulsometr to gadżet który tylko czerpie cenną energię w Twoim zegarku. Jeśli za 5 lat wymyślą baterie 100 razy bardziej pojemne od tego co jest dostępne na rynku – będę wielkim orędownikiem GPS’ów i pulsometrów w zegarkach górskich. Póki co – uważam to za zbędny gadżet.
Suunto Core

Suunto Core

Co w zegarku JEST potrzebne.

  • Wysokościomierz barometryczny (nie GPS!). Po skalibrowaniu – wysokościomierz „starcza” z reguły na dzień włóczenia się po górach. Potem trzeba go skalibrować ponownie. Wysokościomierz pozwoli odnaleźć ci się bardzo szybko na poziomicy na mapie – co jest bezcenną informacją. Dobry, dokładny wysokościomierz to podstawa. Dobrze skalibrowany wysokościomierz barometryczny jest dużo dokładniejszy niż wysokościomierz oparty o GPS.
  • Kompas. Pokazuje kierunek, działa szybko, w miarę precyzyjnie. Drenuje baterię, ale włączasz go tylko na kilka-kilkanaście sekund, kiedy potrzebujesz określić kierunek podejścia bądź zjazdu.
  • Czytelny wyświetlacz. Kiedy będziesz sprawdzał wysokość albo kierunek w zamieci, czy w nocy, zegarek musi umożliwić ci robić to czytelnie i szybko. Duże cyfry na wyświetlaczu to bardzo przydatna cecha dobrego, górskiego zegarka.
  • Bateria. Ma wystarczyć przynajmniej na tydzień intensywnego używania. Wszystko poniżej dyskwalifikuje zegarek do zastosowań górskich, a czyni z niego jedynie średnio przydatny gadżet do pochwalenia się przed kumplami.

Powyższe założenia spełnia dość podstawowy model Suunto – Vector. Również trochę droższy Suunto Core (nad którym się zastanawiam) wydaje się być sensownym wyborem w góry. Powyższe funkcje ma również seria Casio Pathfinder, z których model PAG240-1 jest dodatkowo zasilany bateriami słonecznymi i będzie działał przez pół roku bez dostępu światła.


7 Komentarzy

Nowy plecak lawinowy od Black Diamond: Jetforce Airbag

Na rynku pojawił się nowy plecak lawinowy od firmy Black Diamond. Wydaje się, że jest istotnie różny od plecaków lawinowych produkowanych dotychczas, w tym od słynnych ABS’ów. Główna różnica polega na użyciu wysokowydajnego wentylatora na baterie w celu napełnienia poduszek powietrznych. Rozwiązanie to posiada interesujące cechy i zalety:

  • Nie potrzebujesz nabojów sprężonego powietrza. Po prostu, w przypadku użycia poduszki, po powrocie do domu ładujesz baterię i jesteś gotowy do wypadu następnego dnia. Dzięki temu, możesz trenować odpalanie plecaka i w zasadzie nic to nie kosztuje.
  • Jedna bateria wystarcza na 3 odpalenia, a więc nawet w trakcie jednego dnia możesz uruchomić poduszkę kilka razy. Dzięki temu przy złapaniu nawet przez niewielką lawinę – unikasz myślenia „a może dam radę wyjechać” i nie musisz „oszczędzać” poduszki. Jeśli czujesz się odrobinę zagrożony – odpalasz.
  • Po około trzech minutach od uruchomienia, wentylator zmienia kierunek i poduszka jest zasysana do środka. Dzięki temu: po pierwsze dużo łatwiej składa się ją do kolejnego użycia, ale co ważniejsze, w przypadku całkowitego zasypania, za twoją głową powstaje potężna kieszeń powietrzna, która istotnie przedłuży czas twojego przeżycia.
  • Ponieważ w plecaku nie ma pojemników pod wysokim ciśnieniem ani ładunków pirotechnicznych – możesz go bez problemu przewozić samolotem.

Plecak jest sprzedawany w trzech pojemnościach: 11, 28 i 40 litrów – a więc sensowne jednodniowe modele.

Jedyną wadą jest bardzo wysoka cena: w chwili obecnej około 850 euro.

Specyfikacja:

http://eu.blackdiamondequipment.com/en/jetforce-airbag/ 

Więcej o plecaku możecie obejrzeć na tym video:

 


22 Komentarze

Test gogli UVEX Downhill 2000

ZAWARTOŚĆ SPONSOROWANA

Moje dotychczasowe bolączki z goglami:

  • przy intensywnym wysiłku mocno parują i wiecznie muszę je wycierać; czasem są zaparowane już kilka sekund po wytarciu szmatką, i w takich momentach po prostu nie ma sensu ich zakładać.
  • są za jasne w słońcu – bolą oczy, a w krytycznych przypadkach dostaję zapalenia spojówek
  • są za ciemne we mgle – nic nie widać do tego stopnia, że trzeba je zdejmować
  • niewiele lepiej jest z szybami które potrafią się adaptować do warunków oświetlenia, czyli tzw. fotochromami – ponieważ mają często zbyt ograniczony zakres adaptacji
Uvex Downhill 2000 na stoku w Chile

UVEX Downhill 2000 na stoku w Chile

Dlatego z radością podszedłem do testu gogli UVEX’a: z jednej strony chciałem zobaczyć co też UVEX wymyślił, z drugiej – byłem ciekawy (ale też sceptyczny), czy firma poradziła sobie z rzeczami, które mnie irytowały w goglach do tej pory. Gogle miałem okazję testować podczas wypadu do Chile w sierpniu 2014 zarówno na trasie jak i poza trasą. Poniżej – moje wrażenia.

Parowanie

Szyby w goglach Downhill 2000 są podwójne i zespolone ze sobą: każda para składa się z szyby przezroczystej wewnętrznej pokrytej substancjami utrudniającymi skraplanie się pary wodnej i kolorowej szyby zewnętrznej filtrującej promieniowanie UV. Szyby zainstalowane są w wentylowanych oprawkach, które zapewniają dostęp świeżego powietrza i i są skonstruowane tak, aby odprowadzać na zewnątrz ogrzane powietrze. Uzupełnieniem tego zestawu jest membrana klimatyczna: wodoszczelna i wiatroszczelna, ale przepuszczająca na zewnątrz parę wodną – czyli pot, działająca na podobnej zasadzie, co membrany w nowoczesnych ubraniach sportowych. Dzięki tym wszystkim elementom gogle praktycznie nie parują. Podczas tygodniowej jazdy w Andach nie zdarzyło się to ani razu, pomimo wystawienia gogli na poważne próby. Intensywny wysiłek fizyczny, intensywne pocenie się, zakładanie gogli na czapkę na spoconej głowie, a potem wjazdy na wyciągach przy bezwietrznej pogodzie, itd. – mimo tych wszystkich czynności gogle nie zaparowały ani razu. Jestem przekonany, że moje stare gogle nie wytrzymałyby tego wszystkiego bez wielokrotnego, irytującego zaparowania.

Wymienne szyby

Cały bajer w goglach UVEX polega na tym, że mają wymienne szyby. Miałem okazję przetestować 3 rodzaje szyb w Chile. Ich oznaczenia to S0, S1, S2, S3, S4, gdzie S0 to szyby na jazdę nocną (białe, przeźroczyste), S1 na mgłę i chumry, s2 na umiarkowane zachmurzenie bądź zmienne warunki, S3 na słońce, S4 (najciemniejsze) na lodowiec i jasne słońce wysoko w górach.

Poniższe fotki zostały zrobione już w Polsce i pokazują wygląd poszczególnych używanych przeze mnie szyb:

Szyby S1: na mgłę i duże zachmurzenie. Żółty kolor wyostrza kształty.

Szyby S1: na mgłę i duże zachmurzenie. Żółty kolor wyostrza kształty.

Różowe szyby LiteMirror Pink: na średnie zachmurzenie i zmienne warunki

Różowe szyby S2 LiteMirror Pink: na średnie zachmurzenie, przejaśnienia i zmienne warunki

Szyby S3, typu Lustra LiteMirror Silver: na ostre słońce.

Szyby S3, typu lustra – LiteMirror Silver: na ostre słońce.

Wymiana szyb, nawet w rękawiczkach, nie zajmuje dłużej niż 30 sekund: są precyzyjnie dopasowane do oprawek, i dobrze, solidnie wykonane. Po kilkunastu wymianach szyb, guma oprawki nie jest wyrobiona, dalej przylega dobrze do szyb, nie ma luzów ani przedarć.

Dzięki wymiennym szybom – mamy WRESZCIE jasność dopasowaną do otaczających warunków. W dzisiejszym narciarstwie mamy prognozy pogody, które są precyzyjne i sprawdzają się w 90%. Dzięki temu, rano, po przestudiowaniu prognozy przed wypadem na narty, zakładamy odpowiednią szybę i cieszymy się komfortową jazdą aż do kolejnego dnia. To się naprawdę sprawdza!

Pozostałe technologie użyte w goglach

  • Technologia wykonania szkieł Decentered Lens pozwala na widzenie bez zniekształceń. Mówiąc szczerze, w innych goglach nie był to problem, więc nie poczułem tu dużej różnicy
  • Welurowa pianka dostosowuje się dobrze do kształtu twarzy – to również standard wykończeń gogli dobrych producentów.
  • Silikonowo-gumowy pasek zapobiega ślizganiu się gogli po kasku.

Na koniec wypada dodać, że gogle produkowane są w Niemczech, podczas kiedy większość konkurentów przeniosła produkcję do Chin. Wiem dobrze, że w bardzo wielu segmentach nie ustrzeżemy się przed produktami chińskimi. Ze często nie mamy wyboru i musimy kupować chińskie rzeczy. Pisałem już tu, na tym blogu kiedyś o CSR. Dla mnie ma znaczenie, czy moich gogli nie wykonał siedmiolatek za głodową stawkę, lub czy może nie stracił przy tym palców. Jeżeli mam wybór – kupuję produkty wykonane w krajach respektujących prawa pracownicze i nie trujących środowiska. Jeśli jest to dla ciebie argument – wybierzesz gogle UVEX.

Podsumowanie

Gogle UVEX sprawdziły się dobrze, szczególnie mając w pamięci problemy jakie miałem z innymi goglami dotychczas. Nie parują, da się je dostosować do warunków atmosferycznych, są dobrze i solidnie wykonane. Szczerze polecam. Cena gogli z jedną parą szyb to około 400PLN.