nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


5 Komentarzy

Funcarving, czyli źródło złego na stokach

W ciągu ostatnich lat na stokach wydarza się coraz więcej wypadków śmiertelnych. Jazda po ubitym nie wymaga już wielkich umiejętności, ludzie jeżdżą coraz szybciej a kaski na niewiele się przydają. Jest jednak jedna rzecz, którą uważam za szczególnie niebezpieczną: to funcarving.

Funcarving, to jazda po ubitym śniegu, na szerokim stoku, na krótkich nartkach o małym promieniu skrętu i bez kijów. Funcarver jeździ na (relatywnie) dużych prędkościach. Nie na aż tak dużych jak na konkretnych zjazdowych nartach, ale na wystarczająco dużych, aby sobie i komuś zrobić krzywdę przy zderzeniu. Na czym polega jednak główny problem?

Ano na tym, że szczytem szpanu w funcarvingu jest dotykać ręką stoku podczas jazdy. Większość funcarverów specjalnie się przekrzywia, żeby tylko dotknąć – śmiesznie i nieporadnie to wygląda i jest raczej niegroźne, ale są też tacy, którzy nauczyli się wykonywać bardzo długie, głębokie skręty na (relatywnie) dużej prędkości – i dzięki dużej sile odśrodkowej jeżdżą w dużych przechyłach i rzeczywiście szorują rękawicą po stoku. To powoduje, że na szerokim stoku tacy funcarverzy jeżdżą od boku do boku, czasem wręcz wychodząc z zakrętu pod górę.

Większość ludzi zatem zjeżdża w dół, z wyjątkiem kilku bezmózgów którzy śmigają w poprzek stoku. Łatwo sobie wyobrazić rezultat na zatłoczonym stoku: wypadek.

Problem polega również na tym, że funcarverzy niewiele robią sobie z uwag pod swoim adresem. Jeżdżą po zatłoczonych stokach, często przecinają drogę małym dzieciakom. Prędkości jakie rozwijają w połączeniu z bardzo krótką, niemal dziecięcą nartą powodują, że często nie mają kontroli nad kierunkiem jazdy i jeżdżą na granicy wywrotki.

Wszystkie znane mi poważniejsze wypadki i kolizje narciarzy na stokach wydarzyły się z udziałem funcarverów. Jaka na to rada? Cóż. Do głupiego nie trafi, że jest głupi. Jedyna rada, to przenieść się na bardziej strome stoki, bo na stromym funcarver pojeździć „nie umi”. Ciężko tylko poradzić coś rodzicom z dzieciakami, które się uczą…


Dodaj komentarz

Kocham Kraków – zawsze to przecież mówiłem

Jeśli ktokolwiek twierdzi, że kiedykolwiek niby usłyszał ode mnie utyskiwanie na Kraków, jakieś żale, zawodzenie, jakieś wylewanie smutków – to niniejszym ogłaszam: nie mogło to mieć miejsca nigdy, bo Kraków jest zajebisty. Więc przestańcie po prostu kłamać bezczelnie, bo ja kocham to miasto i przecież zawsze tak było i zawsze tak pozostanie. Każdy to wie, i złe języki ludzkie tego nie zmienią.

Wczoraj po pracy o godz. 17:30 zebrałem się wraz z dwoma kolegami (Wojtku, wiem, że tu zaglądasz – więc niniejszym prywata i pozdrowienia) i po niecałej godzinie spokojnej jazdy byliśmy u podnóża Śnieżnicy w Kasinie Wielkiej. Pisałem już o Kasinie raz tutaj – więc nie będę się powtarzał. Skupię się tylko na szybkim opisaniu warunków wczoraj.

Niebieska trasa – niemal półtora kilometra – trochę wymuldzona, trochę oblodzona i trochę płaska. Ale nie wychodzą kamienie ani trawa. Czerwona niestety zamknięta, i sami przekonaliśmy się, że chyba słusznie zamknięta – trochę nam porysowało nartki – ale krawędzie na szczęście całe. Stok nieźle oświetlony, jeździ szybkie poczwórne krzesło, zero kolejek. Karnet od godziny 19 do 22: koszt 30 PLN. Jak otworzą czerwoną to już w ogóle będzie niesłabo.

Pierwszy raz w życiu byłem na nartach po pracy i mi się podobało. Rozdziewiczyłem się w tym temacie i dołączyłem do grona moich kolegów – Krakusów. Tylko paczeć jak zacznę chodzić na nogach i wychodzić na pole.wink


4 Komentarze

Wciąż tylko rocker i rocker: o co w tym chodzi?

Pisałem już o marketingowych potworkach Salomona i Atomica na temat rockera tutaj. Tamten tekst dotyczył w zasadzie nieuczciwości samych redaktorów i portali narciarskich, tym razem jednak chciałbym napisać coś więcej o samym rockerze.

Na różnych modelach z rockerem jeżdżę od roku 2005 – czyli od 8 lat, więc na początku nie wiedziałem do końca o co im chodzi, że rocker to „nowość” i „przełom”. Przede wszystkim obie pary moich osobistych Rossi, a poza nimi inne narty poza trasę które testowałem od NAPRAWDĘ wielu lat: np. K2, Dynastar czy Salomon – miały/mają wszystkie konstrukcję rockera. Jak pisałem w poprzedniej notce na ten temat – profil rockera poza trasę wprowadził Volant Spatula 12 lat temu i żadna to nowość ani przełom.

Chcąc przekonać się samemu o co kaman, pożyczyłem zatem ostatnio tak często wybrandzlowanego „nowego” rockera od Salomona na trasy, model: Enduro RX800. Taki akurat był dostępny. Na początku chcę zastrzec (gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – hehe), że jestem choć jeżdżę trzydzieści lat, to jestem takim małym misiem i bardzo daleko mi do Alberto Tomby czy sióstr Tlałek. Opisuję więc swoje prywatne, subiektywne odczucia z jazdy, które niekoniecznie muszą zgadzać się z oficjalną linią producentów i sponsorowanych przez nich zawodników.

Do rzeczy! Wpiąłem się i jak to dziś w modzie na stokach – rozkraczyłem się niczym Jenna Jameson za swoich najlepszych czasów: nogi szeroko, tyłek wypięty, ręce z przodu (tylko głowy za siebie nie odwracałem). No i przejechałem się kilka razy po ubitym, gibając się jak p*****ny rezus: to w prawo to w lewo. No i co? I co? Jak spisał się ten „nowy” rocker? Hmmm. No ja się nie znam. Ale dla mnie to zwykła, przeciętna, normalna narta carvingowa na trasę, jak dziesiątki innych. Narta skręca łatwo – wystarczy się trochę przechylić, można jeździć jak po szynach: bez problemu, bez uślizgiwania krawędzi. No ale dokładnie tak samo się jeździ na zwykłej slalomowej krótkiej narcie carvingowej. Autentycznie – nie widzę żadnej różnicy.

Nie można na tym jeździć ani specjalnie szybko i nie masz kontroli przy większych prędkościach – bo narta za krótka (168cm), nie pojeździsz poza trasą – bo za bardzo taliowana (78mm pod butem). Ot, zwykły, normalny carving. Bez żadnego przełomu, i bez rewolucji – to na pewno. A dla mnie – małego misia – praktycznie bez różnicy.

Ktoś powie: „ale w pucharze świata używają rockera więc musi być dobry”. Okay. Ten argument kupuję. Tylko, że ja niestety:

  • nie wyczuwam różnicy w smaku między 30-letnim a 12-letnim Chivas Regalem
  • nie słyszę różnicy w kablach stereo z CD do wzmacniacza między takimi pozłacanymi za półtora klocka a takimi za pięć złociszy z MediaMarktu
  • nie czuję również różnicy między zwykłą krótką slalomką na trasy sprzed 3 lat – a taką z rockerem z tego sezonu. Taki już ze mnie plebejczyk, cham i burak. Nie twierdzę, że nie ma ludzi którzy poczuliby różnicę! Absolutnie. Jestem wręcz pewien, że tacy się znajdą. Ja niestety (stety?) do nich się nie zaliczam. Zaryzykowałbym nawet tezę, że wśród czytelników tego bloga również nie znajdą się tacy, którzy wyczuliby różnicę, gdyby rockerowe i nie-rockerowe narty na trasę zakleić im czarną taśmą i kazać poznać na ślepo. Ale tego nigdy nie sprawdzimy, nawet jakoś zacznie się pienić, że by potrafił. No przysięgam: nie ogarniam całego szumu wkoło rockera.

Napisałem, że nie ogarniam? Hmmm. Może powinienem raczej napisać „nie popieram”, bo jednak raczej ogarniam o co chodzi producentom, sklepom sportowym i wszystkim sponsorowanym przez nich ludziom. Otóż ich zdaniem: „Masz przestarzałe narty bez rockera? Wymień! Kup nowe! Wyrzuć stare! Potrzebujesz rockera! Potrzebujesz naszych nowych nart! Potrzebujesz wydać pieniądze! TERAZ!”

I chyba to jest dobre podsumowanie o co chodzi z tym rockerem. Nie dajcie się wkręcać innym. Również tym, co „wypróbowali i uwierzyli”. Czasem sami nie wiedzą, że rocker ich buja!wink

Na zakończenie mój alaskański edit na rockerach K2 Dark Side:


13 Komentarzy

GoPro: poradnik

Pięć lat temu napisałem poradnik robienia fotek i filmów narciarskich GoPro i był to jeden z częściej odwiedzanych postów na tym blogu. Jest jednak rok 2018. Po takim czasie post jednak mocno się zdezaktualizował: wyszły nowe kamery, nowe gadżety, nowe oprogramowanie. Czas zatem napisać go od nowa.

Dzisiaj na trasach i poza nimi wielu narciarzy używa kamer sportowych. Bardzo niewielki procent z tych filmów da się przekuć na ciekawy amatorski edit. Większość ludzi kręci monotonne filmy z głowy i potem albo nie chce im się tego montować, albo wręcz nie ma za bardzo co montować. Mam trochę doświadczenia z najpopularniejszą kamerą na rynku – GoPro – i chciałem się nim trochę podzielić. Jeśli macie ochotę przeczytajcie moje rady dotyczące GoPro.

Wybór modelu i dodatkowego wyposażenia

Gopro Hero Session

Jeśli – jak ja – szukacie dobrego balansu cena-wydajność, polecam:

  1. Nie ma sensu kupować najdroższych dostępnych modeli GoPro (w szczególności modeli kręcących w rozdzielczości 4K – takich jak HERO6, których cena zbliża się do 2 tysięcy)
  2. Nie ma sensu kupować żadnych pilotów, baterii, ekranów, etc.: sporo kosztuje, a nie ma żadnego przełożenia na jakość filmów.
  3. Nie kupujcie uprzęży na tułów (monotonny obraz)

Zamiast tego wszystkiego – kupcie nie jedną drogą a DWIE małe i tanie kamery GoPro Hero4 Session (znane również jako Hero Session). Wiem: bez gadżetów które odradzam, będzie trudniej ustawić kąt albo trudniej włączyć nagrywanie, ale efekt po montażu filmu z dwóch kamer bez gadżetów będzie powalająco lepszy niż z jednej z gadżetami. Cena nowego modelu Hero Session to obecnie około 600 PLN. Mała kamera jest lżejsza a przez to wygodniejsza, ale też bezpieczniejsza w użyciu, jeśli montujesz ją np. na kasku (czemu bezpieczniejsza? przeczytaj tutaj czemu Michael Schumacher leżał w śpiączce przez rok)

Poza standardowym wyposażeniem, gadżet jaki polecam to mocowanie na kijek. Niestety Chińczycy jeszcze nie zrobili zamiennika – kiedy piszę te słowa dostępny jest tylko oryginał za około 90 PLN.

Oczywiście cały powyższy opis dotyczy sytuacji, w której liczycie się z kasą. Jeśli budżet macie nieograniczony – kupcie trzy kamery GoPro Hero6 Black, i wszystkie dostępne mocowania, baterie, ekrany LCD, WiFi, piloty itd. To wszystko na pewno są fajne gadżety. Wydacie pewnie osiem tysięcy.

Mocowanie

mocowanie na kijek narciarski

Sposób mocowania jest kluczowy. Pamiętajcie, że przydługie ujęcia z głowy są zwyczajnie nudne i trzeba je przeplatać z innymi. Warto zatem pomyśleć nad następującymi mocowaniami:

  1. Do kasku warto przykleić sferyczne adaptery na wsuwany klip. Osobiście preferuję ujęcia z przodu kasku, a nie z góry, ze świadomością, że ciężko wtedy zsunąć gogle na kask. Z góry kasku gorzej widać narty, a na dole ekranu wchodzi w kadr fragment.
  2. Na nartę warto przykleić płaskie adaptery w dwóch, ew. trzech miejscach: blisko czubka (kamera skierowana do tyłu na nas), blisko wiązania przed butem (do przodu), blisko wiązania za butem (do tyłu). UWAGA: nie liczcie że standardowy klej 3M na adapterach wytrzyma mocowania na narcie. Kamera na pewno urwie się po kilku zakrętach. W najlepszym wypadku będziecie sfrustrowani podchodzić po nią pod górę, w najgorszym będziecie mieć o jedno GoPro mniej. Zapomnijcie o klejeniu super-glue i podobnymi sztywnymi wynalazkami. Ja użyłem elastycznego kleju Sikaflex 292i do montowania barierek na statkach. Mega wytrzymały, elastyczny, nie boi się wody i temperatury. Myślę że teraz klips jest nie do oderwania. Wadą montażu na narcie jest przekręcanie się kamery do góry podczas przeciążeń, nawet przy ekstremalnie mocnym skręceniu śruby mocującej. Wydaje się, że powinien pomóc jakiś stały element doklejony do tylnych drzwi kamery opierający ją na narcie – będę to jeszcze testował i dam znać. Przy mocowaniu na narcie ważne aby pamiętać o założeniu silikonowej blokady wypięcia z adaptera. Zapobiegnie ona samoczynnemu wypięciu kamery z adaptera podczas wibracji.
  3. Kolejne dobre mocowanie to mocowanie na kijek narciarski. Moje kije są teleskopowe i rozsuwają do 150cm, ale nawet ze standardowych dla mnie 135cm długości jakich używam, da się robić sensowny film i fotki. Nawet gdy nie mam zamontowanego GoPro – od kilku lat na jednym z kijków mam przymocowany na stałe uchwyt do GoPro – w niczym on nie przeszkadza. Trzeba tylko raz na parę dni sprawdzić czy nie poluzowały się śruby mocujące. Deskarze, zamiast kijka narciarskiego mogą kupić monopod (na allegro ceny zaczynają się od kilkudziesięciu PLN)
  4. Dobrze dać jedną kamerę kumplowi, który jedzie tuż za tobą, a drugą nagrywać np. z głowy lub z kija i przeplatać te dwa ujęcia. To doda filmowi dynamiki.

Konfiguracja kamery

Konfiguracja kamery: najlepsze tryby to 1440-30 oraz 960-60

Zdecydowanie polecam używanie trybu innego niż szerokokątny (tzn. bez litery „W” – Wide), który nie ucina góry i dołu. Najlepsze tryby moim zdaniem to:

  • 1440@30fps, oraz
  • 960@60fps

W wymienionych trybach dostajecie szeroki kąt we wszystkich kierunkach. Wybierzcie 60 klatek na sekundę jeśli będziecie potem chcieli ujęć w zwolnionym tempie. Proporcje proponowanych przeze mnie trybów to 4:3 (a nie 16:9 – dlatego odradzam tryb 1080-30, który ucina dół i górę. ). Górę i dół zawsze możecie przyciąć potem ręcznie.

Dodatkowo polecam ustawić dwa domyślne tryby działania GoPro, dzięki którym możecie obsługiwać GoPro bez pilota, na ślepo:

  1. Film (krótkie przyciśnięcie przycisku nagrywania)
  2. Zdjęcia poklatkowe, co pół sekundy (długie przyciśnięcie przycisku nagrywania)

Nauczcie się co sygnalizuje Wam kamera beep’em: jeden beep: start, trzy beepy: stop.

Filmowanie

Pamiętajcie, że ujęcia z głowy są kluczowe i stanowią podstawę-bazę filmu, ale jeśli będą zbyt długie to film będzie zwyczajnie nudny. Dlatego właśnie poleciłem powyżej tyle mocowań i przynajmniej dwie kamery. Dzięki montażowi i przeplataniu ujęć uzyskacie fajny, dynamiczny film. Jeśli jedziecie sami – warto przemyśleć kombinację: czubek narty + głowa. Jeśli macie kumpla: ten z Was który jedzie pierwszy może mieć kamerę na kasku skierowaną do tyłu, ten który jedzie drugi – do przodu, albo na kiju wysoko.

Post-produkcja: film

Na Maca warto używać iMovie. Kosztuje chyba z 10 dolarów, ma wszelkie kodeki, jest prosty w użyciu i ma opcje których potrzebuję. Po prostu fajnie działa. Odradzam wszelkiego rodzaju drogie wynalazki jak Final Cut Pro, albo Adobe Premiere, chyba że macie duży budżet a montowanie filmów to Wasza pasja.

Warto w tym miejscu wymienić kilka darmowych narzędzi do stabilizacji obrazu dostępnych pod Windows. Ja używam następującego zestawu:

  • GoPro Studio pomoże Wam na początek pociąć wielo-gigowy film i wyciąć z niego nie-nudne fragmenty które wstępnie rozważacie jako część filmu
  • VirtualDub to podstawowe narzędzie do filtrów video
  • Wtyczka do VirtualDub’a nazywa się Deshaker – naprawdę fajnie stabilizuje obraz video
  • Handshare enkoduje i pakuje potem efekt Deshaker’a do sensownych rozmiarów i formatu mp4

Post-produkcja: zdjęcia

Tutaj nieoceniony będzie Adobe Lightroom. Do Lightroom’a warto zaopatrzyć się w zestaw presetów na śnieg/zimę. Dzięki nim możecie edytować fotki szybciej i robić to jak ja – gdy nie jesteście profesjonalnymi fotografami i nie znacie super-dokładnie wszystkich funkcji tego narzędzia. W sieci dostępnych jest wiele tysięcy darmowych i płatnych presetów – polecam oczywiście te darmowe, np. ze strony CreativeTacos.

Jeśli macie czas i umiejętności bawić się z Lightroomem, polecam również poradnik obróbki zdjęć zimowych ze strony Layers Magazine.

Warto w tym miejscu dodać, że w chwili obecnej żadna z kamer GoPro nie ma możliwości robienia zdjęć w formacie RAW w trybie seryjnym. Kamery Hero5 Black i Hero6 Black robią tylko pojedyncze zdjęcia RAW.

Efekt zabawy wspomnianymi presetami, montażu GoPro na kiju i wspomnianych wyżej ustawień dla kamery Hero4 Session:

fotka z GoPro Hero4 Session: jedna z fotek poklatkowych 0.5 sek, rozdzielczosc 1440, mocowanie na kij, post-processing w Adobe Lightroom


1 komentarz

Krippenstein wczoraj: mokro.

Na szybko. Dziś wróciłem z Krippensteinu. Szerzej o stacji napiszę którymś kolejnym razem, a teraz tylko dwie rzeczy:

Po pierwsze: warunki – gdyby ktoś się wybierał.

Na dole: 6-7 stopni, deszcz;

Na górze: sypie ostro bardzo ciężki, mokry, trzymający, trudny śnieg. Stopień zagrożenia lawinowego: 2 z tendencją do 3. Bardzo silny wiatr – w porywach do 80kmh (sprawdżcie film poniżej);

Trasy: otwarte, ubite, przejezdne;

Poza trasami: na samej górze i na samym dole – warunki bardzo trudne. Po środku jazda możliwa w lasach;

Nie było super ciekawie, ale za kilka dni, o ile temperatura spadnie – może być fajnie. Na pewno wpadnę tam jeszcze kiedyś.

A po drugie:

Krótki, trzyminutowy edit


Dodaj komentarz

St. Anton am Arlberg, Courchevel i St. Moritz: co je łączy?

W oczekiwaniu na kolejny wyjazd – pozwolę sobie na notkę luźno związaną z samymi nartami, lecz opisującą trzy narciarskie stacje w Alpach. Te trzy tytułowe miejscowości w trzech różnych krajach: Sankt Anton am Arlberg na skraju austriackiego Tyrolu, Courchevel we francuskich Trzech Dolinach i St. Moritz w szwajcarskiej Gryzonii – z pozoru nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Słyszałem już dawno temu, że nie jest tam tanio, ale kilkanaście lat temu miałem osobistą misję przetestowania wszystkich większych ośrodków narciarskich w Europie – więc musiałem zawitać i tam, aby wyrobić sobie opinię. Pamiętam, że były to moje początki pracy po studiach, ale jako, że mieszkałem i pracowałem wtedy w Niemczech i zarabiałem w Euro – było mi trochę łatwiej finansowo, chociaż w niektórych przypadkach musiałem jednak zamieszkać nieopodal kurortu i dojeżdżać do opisywanych miejsc w ciągu dnia na samą jazdę na nartach.

Pamiętam też, że spośród tych trzech miejscowości jedynie Courchevel przyciągnęło moją uwagę trasami narciarskimi. Połączenie Courchevel z systemem narciarskim Trzech Dolin daje dostęp do imponującej ilości 600km tras. Do tego dostęp do trzytysięczników Val Thorens powoduje, że warunki będziemy mieć od jesieni do późnej wiosny. Ani St. Moritz, ani St. Anton nie może poszczycić się podobnie imponującą siatką tras. A więc Courchevel oddaję szacunek za jakość, wielkość i zróżnicowanie tras. St. Anton i St. Moritz przyciągnęło moją uwagę zupełnie czymś innym. Być może trasy tam nie są takie złe. Piszę tylko, że zwróciłem uwagę na zupełnie coś innego. A zatem na co? Co łączy te trzy narciarskie stacje?

Od czego by tu zacząć…

Na początek może kilka dowcipów:

Córka noworuskiego biznesmena przychodzi do ojca i oświadcza, że ma zamiar wyjść za mąż:

– Za kogo?

– Za popa.

– Zwariowałaś?

– Serce, nie sługa, tato.

– Dobrze, przyjdźcie razem jutro.

Córka przyprowadza młodego diakona. Jedzą, piją. Ojciec mówi:

– Wiesz, że moja córka co miesiąc musi mieć inną kreację za dziesięć tysięcy dolców? Jak wy będziecie żyć? Jak ty ją utrzymasz?

– Bóg pomoże…

– A w dodatku ona przyzwyczajona co tydzień latać do fryzjera do Paryża. I co?

– Bóg pomoże…

– Ona jeździ tylko Ferrari i Porsche, i musi mieć zawsze najnowszy model. Jak ty sobie wyobrażasz życie z nią?

– Bóg pomoże…

Gdy narzeczony poszedł, córka pyta biznesmena:

– I jak, tato, spodobał ci się?

– Burak – to fakt, ale podobało mi się, jak mnie nazywał bogiem.

========================================================

Nowy Ruski demonstruje gościom swój nowy dom. Zachodzą do salonu przekształconego w galerię, Nowy Ruski się chwali:

– A ten obraz namalował Roztropowicz, a ten zielony to dzieło Czajkowskiego, a ten w kącie to dzielo Prokofiewa!

Jeden z gości nieśmiało pyta:

– Ale ci wszyscy artyści to muzycy…

– Zgadza się, ale jak ja mówię człowiekowi maluj, to on maluje!!

========================================================

W gabinecie chirurga, ze złamaną ręką siedzi nowy ruski.

– Ma pan złamana rękę. Będziemy musieli założyć gips.

– Koleś, jaki gips? Kładź marmur ja płacę!

========================================================

Przychodzi małżeństwo Noworuskich do Luwru.

– Biedniutko tu – mówi mąż

– Biedniutko, ale czyściutko – odpowiada żona

========================================================

A więc jak już się domyślacie – pierwszy czynnik łączący te miejscowości to język rosyjski. Słychać go głównie na ulicach, w knajpach i w butikach, trochę mniej na stokach. Nie chcę wyjść na rusofoba: mam przyjaciół Rosjan – to normalni, fajni ludzie. Ale Rosjanie przebywający w tych miejscowościach to właśnie ta „nowa” grupa Rosjan – jak w dowcipach powyżej.

Porsche czy Hummery pod hotelem należały do tych biedniejszych i bardziej pospolitych marek aut, a zupełnie często było widać Lamborghini i Bentleye.

Wiecie, że w Warszawie nie mamy sklepu Prady albo Louis Vuitton? Co powiecie na Pradę w St Moritz? A na Louis Vuitton w Courchevel? Nie ściemniam! Te butiki naprawdę tam są! I między tymi sklepami przechadzają się z torbami pełnymi zakupów ociekające złotem dziewczyny, a w zasadzie chyba powinienem napisać: modelki. Wychodzą sobie butików ze znudzonymi minami i całe zblazowane. Plac Zbawiciela przy tym wymięka, a warszawskim hipsterom radzę uczyć się swojego zblazowania od ślicznotek z St Moritz.

Byliście na Via Della Stiga w Mediolanie? J No! To mniej-więcej ten klimat. Niestety o ile w Mediolanie są to zawodowe modelki, to w St Anton, St Moritz i Couchevel te piękne dziewczyny są na wakacjach z pięćdziesięcio i sześćdziesięcioletnimi panami z wielkiiiimi brzucholami. Mówiącymi po rosyjsku. I oczywiście – znowu stereotyp: wydaje się, że ci panowie nie doszli do swoich milionów uczciwą drogą.

Menu w restauracjach? Główne dania grubo powyżej 100 euro, co zmusiło mnie do żarcia kabanosów ze SPAR’a (oczywiście nie ma SPAR’a w St Anton). Czułem się tam jak plebs, choć być może ten post to nic innego jak zawiść i zazdrość w stosunku do ludzi którym w życiu się powiodło?

Luksus… zdarzyło mi się jeść trufle kiedyś jak mieszkałem we Francji. Taką odrobinę. Wiecie: z nabożeństwem, kieliszkiem wina, hę-hą, onanizm kulinarny po prostu. A Ruscy w St Moritz kładą je sobie na pizzę! I to GRUBO! Przysięgam. 150 swissów za jedną.

Idę dalej: patrzę helikopter leci. Puls mi rośnie, bo już wtedy ciułałem korporacyjne pensje na swoje pierwsze heli. Więc patrzę w górę i myślę: na który szczyt poleci… Haha. Na szczyt?! Zapomnijcie. Heli jest tam po to, żeby dolecieć do hotelu z lotniska kilkadziesiąt kilometrów dalej (bo przecież prywatny jet nie usiądzie w samej górskiej miejscowości). W zasadzie, jestem gotów zaryzykować, że większość Rosjan z Courchevel w ogóle nie jeździ nawet na nartach, ale woli pić wódkę.

I żeby nie kończyć tak dramatycznie zawistnie, może napiszę tak:

Wielu z nas… ta tłuszcza… która nie może pozwolić sobie na pizzę z truflami za 150 CHF, na wyrzucenie na zakupy w butikach kilku tysięcy euro, czy na lądowanie prajwat dżetem w pobliskim Grenoble – a więc wielu z nas może głupio się poczuć w tych miejscowościach.

Dla całej reszty, dla której wymienione czynności nie są problemem napiszę, że niekoniecznie trasy narciarskie odpowiadają tam cenom – ale cóż. Może to wcale nie chodzi o narty tylko, żeby spotkać się z podobnymi sobie i strzelić sobie tę pizzę z truflami? To już sami musicie zdecydować, bo ja się nie znam…

Przede mną kolejny wyjazd poza trasę: Krippenstein. Mam nadzieję, że warunki pozwolą, aby poszaleć. Postaram się wrzucić jakiś opis w niedzielę.


Dodaj komentarz

Marki narciarskie

W ostatniej notce pisałem o Julbo i zostałem nawet zatytułowany „Panem Żilbo” w jednym z komentarzy. Również Was pozdrawiam, i idąc za ciosem chciałem bardzo krótko napisać o prawidłowej wymowie marek narciarskich. Anglosasi nie wymyślili narciarstwa alpejskiego i bardzo często te starsze marki wywodzą się z Włoch, Francji czy Niemiec. Żaden to wstyd nie wiedzieć, bo nie są one super popularne, ale jeśli zwracacie uwagę czy ktoś na Versace mówi „Wersejs“ – to wiecie, że zangielszczanie wielu marek jest błędem – i możecie być zainteresowani poniższym:

Julbo – [Żilbo z akcentem na ostatnią sylabę]: francuski producent gogli – pisałem już w poprzedniej notce: błędem jest wymowa „dżulbo”.

Rossignol – [Rossiniol – pewnie nikt nie popełnia tu błędu, pamiętajcie tylko, że tam nie ma litery „G“ – podobnie jak w wyrazie „Bolognese“]

Lange – [Len – wymowa angielska]: francuski producent butów należący do Rossignola, którego założycielem był Bob Lange – Amerykanin. Zatem  błędzie są Francuzi wymawiając tę markę „Lanż” (jak w „La Manche”) – a taką wymowę słyszałem mieszkając we Francji. Wymawiamy markę normalnie po angielsku, bez końcowego „E”.

Voelkl – [Felkl – w tym słowie nie ma nigdzie dźwięcznego „W“; jeśli nie urodziliście się w Niemczech to nawet jeśli będziecie bardzo się starać przy wymowie umlautu i tak nigdy Wam nie wyjdzie, więc możecie poprzestać na zwykłym „E“]: kiedyś niepopularny, a ostatnio mocno popularny niemiecki producent nart. Właścicielem Voelkla jest K2.

PS. na poprzednim blogu kolega Olbart zapytał o japońskie kurtki Descente. ja nie wiem. może ktoś zna prawidłową wymowę?


Dodaj komentarz

Konsultanci Eksperci Fachowcy

Chciałem przed Świętami kupić sobie gogle. Poszedłem do Adventure Sports w Galerii Kazimierz. Szukałem Rossi albo Oakley’ów, ale w sumie nie byłem przekonany co do modelu i marki. Chciałem dotknąć, założyć, popaczeć (rzecz dzieje się w Krakowie).

Grzecznie pytam czy mogę zobaczyć jeden, drugi czy trzeci model. Dostaję co chcę, lecz sprzedawca niemal uroczystym tonem, jakby właśnie miało spotkać mnie coś wyjątkowego, oświadcza: „mam jednak dla Pana coś znacznie lepszego”. Chwila pauzy. Czuję, że zaraz stanie się coś wspaniałego. Napięcie rośnie. W końcu mówi: „DŻULBO. Mają zdecydowanie najlepszą optykę. W doskonałych cenach. To klasa sama w sobie.” Uśmiecha się z satysfakcją. Z oczu bije pewność siebie i ekspertyza.

Patrzę na gościa pytająco, bo nie do końca wiem czy myślimy o jednej marce. Słyszałem kilka razy o Julbo: to Francuzi i szczególnie we Francji są popularni (nazwę czyta się „żilbo” z akcentem na ostatnią sylabę). Ale nie chodzi przecież o wymowę­ – każdy może się pomylić. Julbo zawsze było dla mnie marką niszową. Nie jestem jakimś koszmarnym markowym koneserem, ale mimo wszystko wydaje mi się, że Rossi (na rynku sto lat) nie wciśnie mi kitu, nie rozkleją się po pół roku używania, nie będą mieć zniekształceń, itd. Być może Julbo też. Po prostu nie wiem. Nie znam się. Dzielę się wątpliwościami, lecz w słyszę kolejne zapewnienia, że Julbo jest po prostu najlepsze. Na moje kolejne wątpliwości przybiega drugi, bardziej agresywny pan z odsieczą zasypując mnie lawiną faktów:

-Kinga Baranowska wchodziła w nich na K2

-Używają ich himalaiści

-To najlepsze gogle na rynku

-Zdecydowanie najlepsza optyka

-Doskonała ergonomia i wspaniały dizajn

Ze spokojem mówię, że rozumiem, nawet może wierzę, ale szukam raczej gogli z wymienną szybą: jedna ciemna na słońce, a druga biała lub bardzo jasno żółta na mgłę/śnieg. Sprzedawcy są strapieni, bo chyba to całe Julbo nie ma takiego modelu. Nagle jeden wpada na pomysł:

-Ale tu jest najwyższy model Julbo: ma fotochromy. Ściemniają się na słońce i rozjaśniają na mgłę!

Biorę do ręki. W sklepie panuje raczej półmrok, a na pewno warunki dalekie od stoku pokrytego śniegiem, ale szyba gogli jest mimo to ciemnobrązowa. Powtarzam cierpliwie, że te fotochromy to chyba w ograniczonym zakresie i raczej ten zakres jest na jasne słońce, a ja szukam też rozwiązania też na mgłę i śnieg. Sprzedawca jest zrozpaczony. Zaczyna przykładać je do oczu i mówić, że przecież wcale nie są takie ciemne. I powtarza jak mantrę, że mają najlepszą-najlepszą optykę. Julbo-Julbo-Julbo-Julbo.

Mam wrażenie, że jeden sprzedawca – ten przyjaźniejszy zaraz się rozpłacze i zacznie mnie prosić żebym kupił cokolwiek od Julbo. A ten mniej przyjazny, od Kingi Baranowskiej, da mi po ryju jak zdecyduję się na nie-Julbo. Powiedziałem, że nie mam kasy i nic nie kupiłem. Bałem się dostać po ryju, bałem się, że mnie wyśmieją albo zbluzgają. A tak chciałem fajne gogle.

Ja naprawdę rozumiem, że Panowie z Adventure Sports są na dużej prowizji od tego całego Julbo. Ale czy NAPRAWDĘ nie znają umiaru? Utarło się dziwne przekonanie, że kupując w dedykowanych sklepach narciarskich otrzymacie fachową poradę. Miejcie więc ten przykład w pamięci, gdy czytacie wywiady w których zachęcają Was do kupowania tam, bo tylko tam są „prawdziwi eksperci”. Pamiętajcie na jak wiele fachowości możecie liczyć w sklepach narciarskich.

I jeszcze jedno: czy naprawdę uważacie, że w przypadku nart lub butów (a nie tylko gogli) Panowie z Adventure Sports polecą mi *naprawdę* to co dla mnie najlepsze?

I nie liczcie, że w innych sklepach jest lepiej.