nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


2 Komentarze

Istebna czy Wisła? (czyli wrażenia z weekendu)

Miałem mus wyskoczyć w weekend na narty. Czasu mało, praca w piątek, praca w poniedziałek: dwa dni jazdy. Za daleko na Słowację czy w Alpy – została Polska. Kasprowy nieczynny. Więc skończyło się na poszukiwaniu czegokolwiek, gdzie tylko dosypali śniegu armatkami. W środku tygodnia nie byli pewni czy dadzą radę otworzyć Jaworzynę i Wierchomlę, więc zdecydowałem, że trzeba jechać gdzieś gdzie bankowo będą warunki. Zostały w zasadzie dwie opcje: Białka albo Śląsk Cieszyński. Bardzo nie przepadam za Kotelnicą, Białką i przyległościami, więc wybór padł na Wisłę i Istebną.

Co polecam? Jakie mam wrażenia z obu miejsc? Zarówno Wisła w Soszowie jak i Istebna na Złotym Groniu postarały się o śnieg. Nigdzie nie wystawały kamienie, trasa była w obu miejscach przygotowana od rana, kolejki bardzo małe tu i tu. W obu miejscach szybkie, wydajne krzesełka – sprawnie działają, trochę walą w dupę, ale nie przesadzajmy – klaps w dupę nikomu jeszcze nie zaszkodził. Również ceny karnetów bardzo podobne: 30 PLN za godzinę, 40 za dwie, 50 za trzy, 60 za karnet od godziny 8 do 13.tej. W Istebnej byłem w sobotę, a w Wiśle w niedzielę: w obu przypadkach parkingi bardzo pojemne, udało się zaparkować nie dalej niż 2 minuty spaceru od dolnej stacji. W obu miejscach otwarte wypożyczalnie sprzętu (nie korzystałem), w obu da się zjeść śniadanie, czy napić sie herbaty (ceny identyczne: jajecznica z trzech jajek: 8 PLN). Wiadomo było, że nie porywam się poza trasy, że otwiera się sezon i że po prostu chcę złapać trochę śniegu, wiatru i prędkości na przygotowanym stoku.

Jakie zatem były różnice? Zasadnicze. Przede wszystkim: wyciąg Złoty Groń kłamie. Łże grubo i po chamsku. Na ich stronie stoi jak wół, że na Złotym Groniu otwarte jest 1,3km tras. To wielka-wieeeelka ściema – i nigdy więcej nie wierzcie w to co zobaczycie na ich stronie. Otwarta była *jedna* trasa o długości 400, moooże 500 metrów. Bardzo płaska, dla początkujących. Trasa ta przedstawiana w górnym odcinku jako czerwona to również wielka ściema. Jest płasko. Bardzo płasko. Jazda znudziła mnie w zasadzie po 30 minutach. Oczywiście o refundacji z powodu niezgodności faktów z opisem na stronie nie ma mowy (byłem gotów pojechać gdzieś indziej). Istebna nadaje się dla rodzin z dziećmi. Ale nawet rodziny z dziećmi powinny BARDZO uważać na informacje na stronie – Istebna po prostu kłamie.

A Soszów/Wisła? Dużo lepiej. Jedna otwarta trasa – ale tym razem pełna zgodność opisu z sytuacją: długość 800-900 metrów, trasa czerwona – zgodnie z tym co wszyscy rozumiemy jako czerwona. Nie zbyt płaska, nie zbyt trudna – idealna na otwarcie sezonu.

Nie macie chyba wątpliwości co polecam? Wybierajcie się do Wisły do Soszowa. Nie są to Alpy, ale można fajnie otworzyć sezon i pośmigać bez strasznego tłoku w fajnych warunkach. Poniżej mapki obu miejsc.

Ściema! Nie wierzcie w te odległości ani w informacje na stronie stoku!

Ściema! Nie wierzcie w te odległości ani w informacje na stronie stoku!

Wisła - Soszów: na otwarcie sezonu jeździłem czerwoną jedynką...

Wisła – Soszów: na otwarcie sezonu jeździłem czerwoną jedynką…


18 Komentarzy

Zegarek w górach

Aktualizacja 18 sierpnia 2017: technologia poszła do przodu… zapraszam do zapoznania się z nowszym postem w tym temacie: https://nakreche.com/2017/08/18/garmin-fenix-3-testrecenzja/

 

Oryginalny post z 2014 roku:

 

Dzisiaj nie będzie o teście konkretnego sprzętu. Dziś będzie kilka moich przemyśleń dotyczących zegarka w góry i poza trasy narciarskie. Na rynku robi się coraz ciaśniej: producenci prześcigają się w wymyślaniu urządzeń zintegrowanych ze smartfonami, podającymi tętno czy pozycje GPS. Często urządzenia te są drogie, i często kompletnie niepraktyczne. No bo co mi w prawdziwych górach po zegarku który padnie po dwóch dniach używania?

Suunto Vector na moim ręku w helikopterze na Alasce: Wysokościomierz, kompas, duży czytelny wyświetlacz

Suunto Vector na moim ręku w helikopterze na Alasce: wysokościomierz, kompas, duży czytelny wyświetlacz

Ostatnio znajomy kupił taki „górski” zegarek, i wydał na niego kupę kasy. A wiadomo niestety, że sprzedawcy w sklepach outdoorowych często nie wyszli nawet na za miasto z mapą, a co dopiero w prawdziwe góry, daleko od osad ludzkich. Nie ma to jednak znaczenia, bo i tak będą starać się wcisnąć wam wszystko od czego mają największą premię. Pomyślałem sobie wtedy, że szkoda, że nie napisałem wcześniej tego tekstu, bo być może pomogłoby mu nie wyrzucać pieniędzy w błoto.

Zacznę od tego co w zegarku moim zdaniem NIE JEST potrzebne.

  • GPS. To bez sensu. Zużywa tylko bardzo baterię. Taki zegarek co dzień lub maksymalnie kilka dni trzeba ładować. Jeśli jest to urządzenie, które ma ratować w założeniu życie, po prostu nie możemy sobie na to pozwolić. Od tego sezonu noszę przy sobie zawsze dwa GPS’y, ale żaden z nich nie jest w zegarku. Mój pierwszy GPS to SPOT GEN3: rejestruje cały czas ślad, wysyła go na bieżąco do internetu a przede wszystkim jest w stanie wezwać pomoc w obszarze poza zasięgiem telefonów komórkowych – przez satelitę. Działa nieprzerwanie przez miesiąc. Mój drugi GPS jest w smartfonie: z reguły jest na nim mapa i jakieś waypoint’y. Do smartfona noszę jedną lub dwie zapasowe baterie.
  • Pulsometr. Kaman. Naprawdę interesuje cię jak bardzo rośnie ci tętno przy podejściu na czterech tysiącach metrów? Jeśli tak mówisz, to chyba znaczy, że nie podchodziłeś na czterech tysiącach. Góry to nie jest pieprzona sala gimnastyczna. Pulsometr to gadżet który tylko czerpie cenną energię w Twoim zegarku. Jeśli za 5 lat wymyślą baterie 100 razy bardziej pojemne od tego co jest dostępne na rynku – będę wielkim orędownikiem GPS’ów i pulsometrów w zegarkach górskich. Póki co – uważam to za zbędny gadżet.
Suunto Core

Suunto Core

Co w zegarku JEST potrzebne.

  • Wysokościomierz barometryczny (nie GPS!). Po skalibrowaniu – wysokościomierz „starcza” z reguły na dzień włóczenia się po górach. Potem trzeba go skalibrować ponownie. Wysokościomierz pozwoli odnaleźć ci się bardzo szybko na poziomicy na mapie – co jest bezcenną informacją. Dobry, dokładny wysokościomierz to podstawa. Dobrze skalibrowany wysokościomierz barometryczny jest dużo dokładniejszy niż wysokościomierz oparty o GPS.
  • Kompas. Pokazuje kierunek, działa szybko, w miarę precyzyjnie. Drenuje baterię, ale włączasz go tylko na kilka-kilkanaście sekund, kiedy potrzebujesz określić kierunek podejścia bądź zjazdu.
  • Czytelny wyświetlacz. Kiedy będziesz sprawdzał wysokość albo kierunek w zamieci, czy w nocy, zegarek musi umożliwić ci robić to czytelnie i szybko. Duże cyfry na wyświetlaczu to bardzo przydatna cecha dobrego, górskiego zegarka.
  • Bateria. Ma wystarczyć przynajmniej na tydzień intensywnego używania. Wszystko poniżej dyskwalifikuje zegarek do zastosowań górskich, a czyni z niego jedynie średnio przydatny gadżet do pochwalenia się przed kumplami.

Powyższe założenia spełnia dość podstawowy model Suunto – Vector. Również trochę droższy Suunto Core (nad którym się zastanawiam) wydaje się być sensownym wyborem w góry. Powyższe funkcje ma również seria Casio Pathfinder, z których model PAG240-1 jest dodatkowo zasilany bateriami słonecznymi i będzie działał przez pół roku bez dostępu światła.


7 Komentarzy

Nowy plecak lawinowy od Black Diamond: Jetforce Airbag

Na rynku pojawił się nowy plecak lawinowy od firmy Black Diamond. Wydaje się, że jest istotnie różny od plecaków lawinowych produkowanych dotychczas, w tym od słynnych ABS’ów. Główna różnica polega na użyciu wysokowydajnego wentylatora na baterie w celu napełnienia poduszek powietrznych. Rozwiązanie to posiada interesujące cechy i zalety:

  • Nie potrzebujesz nabojów sprężonego powietrza. Po prostu, w przypadku użycia poduszki, po powrocie do domu ładujesz baterię i jesteś gotowy do wypadu następnego dnia. Dzięki temu, możesz trenować odpalanie plecaka i w zasadzie nic to nie kosztuje.
  • Jedna bateria wystarcza na 3 odpalenia, a więc nawet w trakcie jednego dnia możesz uruchomić poduszkę kilka razy. Dzięki temu przy złapaniu nawet przez niewielką lawinę – unikasz myślenia „a może dam radę wyjechać” i nie musisz „oszczędzać” poduszki. Jeśli czujesz się odrobinę zagrożony – odpalasz.
  • Po około trzech minutach od uruchomienia, wentylator zmienia kierunek i poduszka jest zasysana do środka. Dzięki temu: po pierwsze dużo łatwiej składa się ją do kolejnego użycia, ale co ważniejsze, w przypadku całkowitego zasypania, za twoją głową powstaje potężna kieszeń powietrzna, która istotnie przedłuży czas twojego przeżycia.
  • Ponieważ w plecaku nie ma pojemników pod wysokim ciśnieniem ani ładunków pirotechnicznych – możesz go bez problemu przewozić samolotem.

Plecak jest sprzedawany w trzech pojemnościach: 11, 28 i 40 litrów – a więc sensowne jednodniowe modele.

Jedyną wadą jest bardzo wysoka cena: w chwili obecnej około 850 euro.

Specyfikacja:

http://eu.blackdiamondequipment.com/en/jetforce-airbag/ 

Więcej o plecaku możecie obejrzeć na tym video:

 


22 Komentarze

Test gogli UVEX Downhill 2000

ZAWARTOŚĆ SPONSOROWANA

Moje dotychczasowe bolączki z goglami:

  • przy intensywnym wysiłku mocno parują i wiecznie muszę je wycierać; czasem są zaparowane już kilka sekund po wytarciu szmatką, i w takich momentach po prostu nie ma sensu ich zakładać.
  • są za jasne w słońcu – bolą oczy, a w krytycznych przypadkach dostaję zapalenia spojówek
  • są za ciemne we mgle – nic nie widać do tego stopnia, że trzeba je zdejmować
  • niewiele lepiej jest z szybami które potrafią się adaptować do warunków oświetlenia, czyli tzw. fotochromami – ponieważ mają często zbyt ograniczony zakres adaptacji
Uvex Downhill 2000 na stoku w Chile

UVEX Downhill 2000 na stoku w Chile

Dlatego z radością podszedłem do testu gogli UVEX’a: z jednej strony chciałem zobaczyć co też UVEX wymyślił, z drugiej – byłem ciekawy (ale też sceptyczny), czy firma poradziła sobie z rzeczami, które mnie irytowały w goglach do tej pory. Gogle miałem okazję testować podczas wypadu do Chile w sierpniu 2014 zarówno na trasie jak i poza trasą. Poniżej – moje wrażenia.

Parowanie

Szyby w goglach Downhill 2000 są podwójne i zespolone ze sobą: każda para składa się z szyby przezroczystej wewnętrznej pokrytej substancjami utrudniającymi skraplanie się pary wodnej i kolorowej szyby zewnętrznej filtrującej promieniowanie UV. Szyby zainstalowane są w wentylowanych oprawkach, które zapewniają dostęp świeżego powietrza i i są skonstruowane tak, aby odprowadzać na zewnątrz ogrzane powietrze. Uzupełnieniem tego zestawu jest membrana klimatyczna: wodoszczelna i wiatroszczelna, ale przepuszczająca na zewnątrz parę wodną – czyli pot, działająca na podobnej zasadzie, co membrany w nowoczesnych ubraniach sportowych. Dzięki tym wszystkim elementom gogle praktycznie nie parują. Podczas tygodniowej jazdy w Andach nie zdarzyło się to ani razu, pomimo wystawienia gogli na poważne próby. Intensywny wysiłek fizyczny, intensywne pocenie się, zakładanie gogli na czapkę na spoconej głowie, a potem wjazdy na wyciągach przy bezwietrznej pogodzie, itd. – mimo tych wszystkich czynności gogle nie zaparowały ani razu. Jestem przekonany, że moje stare gogle nie wytrzymałyby tego wszystkiego bez wielokrotnego, irytującego zaparowania.

Wymienne szyby

Cały bajer w goglach UVEX polega na tym, że mają wymienne szyby. Miałem okazję przetestować 3 rodzaje szyb w Chile. Ich oznaczenia to S0, S1, S2, S3, S4, gdzie S0 to szyby na jazdę nocną (białe, przeźroczyste), S1 na mgłę i chumry, s2 na umiarkowane zachmurzenie bądź zmienne warunki, S3 na słońce, S4 (najciemniejsze) na lodowiec i jasne słońce wysoko w górach.

Poniższe fotki zostały zrobione już w Polsce i pokazują wygląd poszczególnych używanych przeze mnie szyb:

Szyby S1: na mgłę i duże zachmurzenie. Żółty kolor wyostrza kształty.

Szyby S1: na mgłę i duże zachmurzenie. Żółty kolor wyostrza kształty.

Różowe szyby LiteMirror Pink: na średnie zachmurzenie i zmienne warunki

Różowe szyby S2 LiteMirror Pink: na średnie zachmurzenie, przejaśnienia i zmienne warunki

Szyby S3, typu Lustra LiteMirror Silver: na ostre słońce.

Szyby S3, typu lustra – LiteMirror Silver: na ostre słońce.

Wymiana szyb, nawet w rękawiczkach, nie zajmuje dłużej niż 30 sekund: są precyzyjnie dopasowane do oprawek, i dobrze, solidnie wykonane. Po kilkunastu wymianach szyb, guma oprawki nie jest wyrobiona, dalej przylega dobrze do szyb, nie ma luzów ani przedarć.

Dzięki wymiennym szybom – mamy WRESZCIE jasność dopasowaną do otaczających warunków. W dzisiejszym narciarstwie mamy prognozy pogody, które są precyzyjne i sprawdzają się w 90%. Dzięki temu, rano, po przestudiowaniu prognozy przed wypadem na narty, zakładamy odpowiednią szybę i cieszymy się komfortową jazdą aż do kolejnego dnia. To się naprawdę sprawdza!

Pozostałe technologie użyte w goglach

  • Technologia wykonania szkieł Decentered Lens pozwala na widzenie bez zniekształceń. Mówiąc szczerze, w innych goglach nie był to problem, więc nie poczułem tu dużej różnicy
  • Welurowa pianka dostosowuje się dobrze do kształtu twarzy – to również standard wykończeń gogli dobrych producentów.
  • Silikonowo-gumowy pasek zapobiega ślizganiu się gogli po kasku.

Na koniec wypada dodać, że gogle produkowane są w Niemczech, podczas kiedy większość konkurentów przeniosła produkcję do Chin. Wiem dobrze, że w bardzo wielu segmentach nie ustrzeżemy się przed produktami chińskimi. Ze często nie mamy wyboru i musimy kupować chińskie rzeczy. Pisałem już tu, na tym blogu kiedyś o CSR. Dla mnie ma znaczenie, czy moich gogli nie wykonał siedmiolatek za głodową stawkę, lub czy może nie stracił przy tym palców. Jeżeli mam wybór – kupuję produkty wykonane w krajach respektujących prawa pracownicze i nie trujących środowiska. Jeśli jest to dla ciebie argument – wybierzesz gogle UVEX.

Podsumowanie

Gogle UVEX sprawdziły się dobrze, szczególnie mając w pamięci problemy jakie miałem z innymi goglami dotychczas. Nie parują, da się je dostosować do warunków atmosferycznych, są dobrze i solidnie wykonane. Szczerze polecam. Cena gogli z jedną parą szyb to około 400PLN.

 


8 Komentarzy

Portillo, Chile: na trasach

Pisałem już o swojej przygodzie w Portillo TUTAJ. Winien jestem jednak bardziej rzeczowy opis tego miejsca, gdyby ktoś z Was chciał pojechać tam na trasy – a uwierzcie – jest po co. (na wszelki wypadek dodam, że ponieważ to Ameryka Południowa – nazwę tej miejscowości na argentyńsko-chilijskiej granicy czytamy „Portijo”)

Portillo na trasie

Portillo na trasie

To co szokuje w Portillo to liczba czarnych tras. I mówię tu o takich prawdziwych czarnych-czarnych a nie o jakichś włoskich-czarnych albo ciemno-bordowych. Po prostu czarnych jest ponad połowa a reszta to czerwone. Niebieska jest chyba jedna czy dwie – i to bardziej na zasadzie łącznika między czarnymi trasami, albo zjazdu do samego dołu. Tu po prostu jest stromo i bardzo stromo. Nie kojarzę miejscowości w Alpach gdzie byłoby wszędzie TAK stromo jak w Portillo. Na tych najstromszych trasach mamy do dyspozycji specjalne czteroosobowe bardzo szybkie wyciągi talerzykowe: taki „kwartet” talerzyków jest tylko jeden na całym wyciągu, porusza się w przód i tył, i jest uruchamiany na życzenie przez operatora. Wjazd trwa kilkadziesiąt sekund i jest naprawdę szybki. Po wjeździe poprzeczka z talerzykami wraca na swoje miejsce na dole. Ponieważ chętnych jest bardzo niewielu – większość czasu wyciąg stoi. Nie ma żadnych kolejek, po prostu podjeżdżasz, wpinasz się, kciuk w górę do obsługi i ziuuuum na górę. Nie widziałem tego systemu nigdzie w Europie.

Kolejna szokująca rzecz: Portillo otoczone jest zewsząd wysokimi, stromymi i bliskimi górami. Słońce zagląda tutaj naprawdę na krótko. Nie ma restauracji na stokach, nie widać rodzin z dziećmi, nie zaznacie tutaj Apres-ski, nie ma snow-parków, nie wejdziecie po nartach do jacuzzi, a masaż może Wam zrobić najwyżej partner albo partnerka.

Trenują za to reprezentacje narciarstwa alpejskiego. I to nie bylejakie. Widziałem Austriaków i Amerykanów! Przyznaję bez bicia że od czasów Pirmina Zurbiggena i Alberto Tomby, czyli od jakichś 20 lat, jestem na bakier ze znajomością alpejczyków, więc nikogo nie rozpoznałem – ale w sierpniu jeździła tam reprezentacja pieprzonej Austrii i Team USA – czyli sam szczyt pucharu świata! Panowie przez rozgrzewkę nosili na kombinezonach jakieś polary, ale po godzinie je zdjęli i zasuwali w „gumach” w narodowe barwy. Do tego na stoku były obecne całe ich ekipy, trenerzy, obsługa, a wszystkie przejazdy były rejestrowane na video – po prostu full profeska.

Stoki w Portillo są doskonale utrzymane i puste. 90% krzeseł jeździ również pusta. Pozatrasowe narty oprócz mnie nosił tylko Javier, o którym pisałem już wcześniej. To istny raj zarówno dla ludzi którzy szukają wymagających tras i chcą pośmigać na tyczkach, ale też dla freaków narciarstwa pozatrasowego – jak ja. Wypadałoby dodać, że aby cieszyć się fajną i szybką jazdą po trasie, trzeba mieć do tego dobre, twarde narty gigantowe, a nie zbyt miękkie i zbyt szerokie Rossi S7, które miałem ze sobą.

Portillo polecam zdecydowanie bardziej niż pozostałe dwa chilijskie ośrodki w których byłem: Valle Nevado i El Colorado. Jedyny jego mankament, to odległość od Santiago de Chile – ponad 2 godziny drogi, w tym jazda słynną górską drogą „Chrystus Odkupiciel” o której też pisałem już tutaj.

 


4 Komentarze

Kaski Narciarskie: Uvex – Test

ZAWARTOŚĆ SPONSOROWANA

uvex one plus pro

uvex Oneplus Pro

Podczas wyjazdu do Chile miałem okazję przetestować kask Uvex, model Oneplus Pro. Kask raczej górnopółkowy, wyposażony w bardzo dobre systemy dopasowania rozmiaru, kontroli temperatury i możliwe dodatki. Cena kasku to około 600PLN. Dziś chciałem podzielić się testem z Wami.

Wygoda i dopasowanie rozmiaru

Pamiętacie czasy, kiedy kask trzeba było dobrać idealnie na rozmiar? Jesli był odrobinę za duży, ruszał się cały na głowie, jeśli zbyt mały cisnął w głowę i nie dało się w nim długo jeździć. Nawet jeśli dobraliście idealny rozmiar – jeśli na stoku spociła się Wam głowa, kask znowu zaczynał ruszac w przód i tył i przydałby się odrobinę ciaśniejszy. Zle dobrany kask potrafił naprawdę skutecznie uprzykrzyć dzień jazdy na nartach.

Teraz ten problem odszedł w niepamięć. Uvex sprzedaje swoje kaski teraz w dwóch rozmiarach: większy i mniejszy – i każdy z nich ma dopasowywaną obręcz z pokrętłem (BOA), którym w kilka sekund dopasowujemy kask na głowę. Kasku używałem przez tydzień – z pokrętłem nie było problemu, zawsze działało tak jak należało, nigdy się nie zacięło, a obręcz nigdy sama się nie poluzowała. Kolejne kliknięcia obręczy były wystarczająco małe, aby dobrze dopasować kask do głowy.

Kask jest wygodny, bardzo lekki, a zdaniem producenta jednocześnie bardzo wytrzymały. Oczywiście w warunkach domowo-stokowych nie robiłem crash-testów – pozostaje tutaj ufać marce i firmie uvex, że model Oneplus Pro wykonany w najbezpieczniejszej dostępnej na rynku technologii hybrydowej (zewnetrzny hardshell z polikarbonu + wewnętrzna pianka typu EPS) jest rzeczywiście wytrzymały.

Kontrola temperatury

system dopasowania rozmiaru kasku

system dopasowania rozmiaru kasku

W moim przypadku – to istotna sprawa. Szukałem kasku, który łatwo i szybko dawałby się przestawić na tryb „wiosenny” np. podczas intensywnych podejść albo męczącej jazdy po szreni. W momentach zwiększonego wysiłku musisz po prostu szybko dostosować izolację, żeby po pięciu minutach nie być mokrym.

Testowany Uvex spełnił moje oczekiwania: po pierwsze w kasku są otwierane wloty powietrza. Przesuwana klamra na czubku kasku w sekundę umożliwia dodatkową wentylację. Po drugie łatwo wysuwane nauszniki to drugi krok do dobrego chłodzenia. Problemem może tutaj być potencjalne zgubienie nausznika. Mi się to nie zdarzyło, ale wyobrażam sobie, że szczególnie osoby jeżdżące bez plecaków są narażone na gubienie przedmiotów pałętających się po kieszeniach.

Kask rzeczywiście nie grzeje za bardzo jeśli tego nie chcemy i otworzymy wloty i zdejmiemy nauszniki. Jednocześnie, nawet gdy jest dość zimno kask będzie dobrze izolował głowę. W ekstremalnie zimnych warunkach, możemy założyć pod kask kominiarkę, i nie będzie nas uciskał dzięki opisanemu powyżej systemowi dopasowania rozmiaru.

Dodatki

Montaż kamery Gopro: Szukałem kasku, który nie będzie miał wlotów powietrza po środku tak, aby przykleić na środku klips do kamery. Jeśli szukacie kasku i używacie gopro – to będzie dla Was istotny parametr.

Zaczep na gogle: to w zasadzie standard w dzisiejszych kaskach, ale ważne żeby zaczep nie odpinał się sam zbyt łatwo a jednocześnie, by dał się odpiąć bez problemu w rękawiczkach. Testowany kask miał gumowy zaczep spełniający te wymagania.

Kolor

wyjmowane pady do uszu

wyjmowane pady do uszu

To w zasadzie jedyny mankament testowanego kasku: błyszczący czarny kolor był mało odporny na zarysowania. Lecąc samolotem przypinam kask do plecaka, przez co narażony jest on cały czas na otarcia w podróży. Tak było i tym razem – po tygodniu na kasku pojawiło się kilka otarć. Nie boli mnie to specjalnie, ale ci z Was, którzy szukają kasku odpornego na ślady użytkowania, wybiorą pewnie barwy matowe, a nie błyszczące.

Firma

Cóż – wiemy wszyscy, że na rynku jest pełno nowalijek: jest POC, jest 4F, są różne kaski z Biedronki. Jeśli jeździłbym sobie bezpiecznie po stoku, mógłbym rozważyć kupno np. kurtki narciarskiej albo plecaka z takiej firmy. O tyle, w przypadku kasku narciarskiego chodzi o coś znacznie więcej niż moda i kolor. Chodzi o bezpieczeństwo. Za bezpieczeństwem muszą stać lata badań, tysiące testów i sporo pieniędzy. Nie twierdzę, że Uvex jest jedyną firmą, która robi bezpieczne kaski, ale jeśli myślicie o kupnie kasku – wybrałbym TYLKO sprawdzoną firmę, obecną na rynku od WIELU lat. Uvex jest na pewno jedną z nich.

IMG_9311

a to oneplus pro na stoku 🙂

 


5 Komentarzy

Chilijskie jedzenie…

Wróciłem już z Chile. Narciarsko może dupy nie urwało – głównie przez ciepłą zimę i El Nino, ale to w końcu pierwszy raz w życiu Ameryka Południowa, nowa kultura, nowi ludzie – wyjazd bardzo fajny i udany.

Teraz mam trochę szoku: biuro, praca, młyn, kocioł. Mam jednak chwilę, i chciałbym napisać Wam o jedzeniu, którego udało mi się spróbować.

 

Na początek klasyk: Bifo de Lomo con agregado - czyli stek wołowy z dodatkiem. Dodatkiem z reguły może być puree, ryż, frytki czy sałatka. Da się znaleźć niewydumane miejsca w Bellavista, gdzie zapłacicie za to 20pln i będzie naprawdę pycha.

Na początek klasyk: Bifo de Lomo con Agregado – czyli dosłownie: stek wołowy z dodatkiem. Dodatkiem z reguły może być puree, ryż, frytki czy sałatka. Da się znaleźć niewydumane miejsca w Bellavista, gdzie zapłacicie za to 20pln i będzie naprawdę pycha.

 

Kieliszek Pisco Sour - to standardowy chilijski aperitif. Do mocnego alkoholu Pisco dodaje się białko jajka i serwuje schłodzony. Pycha! Od około 9 złotych w podstawowych miejscach do 20 w lepszych.

Kieliszek Pisco Sour – to standardowy chilijski aperitif. Do mocnego alkoholu Pisco dodaje się ubite białko jajka, cukier trzcinowy, dużo soku z limonki i cynamon. Serwuje się schłodzony. Pycha! Od około 9 złotych w podstawowych miejscach do 20 w lepszych.

 

Kolejny chilijski klasyk - Chorillana [czyt. korijana]. Frytki, a na nich na bogato kawałki grillowanego mięsa polane żółtym serem. Jeśli mam być szczery - mi nie podeszło. Bardzo ciężkie - nawet z dużą ilością czerwonego wina. 35 złotych. Duuużo.

Kolejny chilijski klasyk – Chorillana [czyt. korijana]. Frytki, a na nich na bogato kawałki grillowanego mięsa polane żółtym serem. Jeśli mam być szczery – mi nie podeszło. Bardzo ciężkie – nawet z dużą ilością czerwonego wina. 35 złotych. Duuużo jedzenia.

A skoro jesteśmy przy winie. Tak często podaje się Una copa di vino de la casa. Prawie się wylało. Ale przynajmniej nikt nikogo o skąpstwo nie posądzi! Nnnno! 9-12pln.

A skoro jesteśmy przy winie. Tak często podaje się Una Copa di Vino de la Casa – czyli kieliszek wina domowego. Prawie się wylało. Ale przynajmniej nikt nikogo o skąpstwo nie posądzi! Nnnno! 9-12pln.

 

Jeśli nie ma wina stołowego, można dostać małe butelki (0,375l), co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto jak ja - podróżuje sam. 20-35pln.

Jeśli nie ma wina stołowego, można dostać małe butelki (0,375l), co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto jak ja – podróżuje sam. 20-35pln.

 

To z kolei to rekomendacja Lonely Planet: El tralusa a la trauca - morszczuk pieczony w folii w zaprawie z chorizo. Ponoć typowy dla chile - i choć może nie wygląda - jest bardzo pyszny. Około 40pln.

To z kolei to rekomendacja Lonely Planet: El merluza a la trauca – morszczuk pieczony w folii w zaprawie z chorizo. Ponoć typowy dla chile – i choć może nie wygląda – jest bardzo pyszny. Około 40pln.

 

Na koniec szklaneczka mocnego Pisco z lodem. 18pln.

Na koniec szklaneczka mocnego Pisco z lodem. 18pln.


8 Komentarzy

Takie rzeczy tylko w Chile

Teraz modne są w mediach testy, pogromcy mitów i różne poważne programy rozrywkowe (np. Warsaw Shore), gdzie testuje się jak daleko człowiek może się posunąć w piciu wódki i takich różnych.

Żeby nie wypaść z obiegu, i utrzymać się w głównym nurcie mediów, zdecydowałem, że mój blog nie może być gorszy! Przewodnik LonelyPlanet pisze, że ponoć w Chile można rano pojeździć na nartach w Andach, a po południu poplażować nad Pacyfikiem. Prawda czy Fałsz? Mit czy Kit? Rzuciłem wyzwanie LonelyPlanet. Dość ściemy! W końcu czas sprawdzić, czy ta przereklamowana książeczka jest cokolwiek warta.

Na narty wybrałem El Colorado, nie byłem w nim jeszcze, ale El Colorado jest najbliżej położonym Santiago miejscem gdzie jest wystarczająco dużo śniegu aby pojeździć. Na plażowanie natomiast wybór padł na Laguna Verde nad Pacyfikiem, nieopodal Valparaiso słynącego z pysznego wina i wąskich, klimatycznych uliczek, jedynie godzinkę drogi od Santiago.

Dzień zaczął się wcześnie, ale standardowo. Dzięki mojej chorobie po zmianie czasu o 5 rano jestem już jak zwykle wkurwiony na nogach, a o 7:00 siedzę spakowany w batmobilu (patrz: poprzedni post). Dodatkowe wyposażenie auta stanowią tym razem: jeansy, klapki, polo i szorty plażowe. Jestem zmobilizowany i ukierunkowany na cel. W końcu pracuję w korporacji. Te cechy wyrobiłem w sobie do perfekcji.

Po około półtorej godziny szaleńczej gonitwy po serpentynach okazało się, że w El Colorado jestem… 40 minut przed otwarciem wyciągów i muszę poczekać. Okay. Czekam. 9. Zapinam dechy i jadę! Trasy. Poza kilkoma „boczkami”, poza trasą nie ma śniegu, ale uciecha przednia: bardzo mało ludzi, hasam sobie bokiem, tyłem, przodem, na głowie, jak kto woli. Mijają godziny. Wiem, że nie będę jeździł cały dzień, więc jest intensywnie. Bez przerw. Bez jakiegoś cholernego postoju na siku, albo że niby kolana siadają. O 13 jestem wypluty i nie mam siły już na nic. W dodatku mam żółte oczy, bo nie sikałem. Ale przecież nie przyjechałem tu dla przyjemności. O 13:30 po szybkiej kanapce siedzę w aucie. Czeka mnie trudne zadanie. Google pokazuje, że do Laguna Verde jest 170km i 3 godziny, ale wiadomo, że google nie do końca się zna. Po 2,5h szaleńczej jazdy, życiu na krawędzi i wyprzedzaniu na czwartego (i szybkim postoju na re-fill mojego batmobila), o godzinie 15:50 melduję się na plaży Laguna Verde nad Oceanem Spokojnym. Wieje bryza, fale uderzają o piaszczysty brzeg. Relaks.

Mit: podtrzymany. 

Oto dowody:

Godzina 10 rano, El Colorado

Godzina 10 rano, El Colorado, Andy

Godzina 16, Laguna Verde

Godzina 16, Laguna Verde, Ocean Spokojny

Uwagi:

1. Temperatura nad oceanem (jakieś 19 stopni) nie zachęciła mnie do założenia szortów i klapków.

2. Plaża była totalnie pusta, prawdopodobnie dlatego, że po pierwsze w Chile zaczęła się chyba szkoła, po drugie oficjalnie jest tu wciąż wczesna wiosna.

3. Sformułowania „szaleńcza jazda” użyłem aby podnieść dramatyzm (w mediach liczy się teraz adrenalina). W rzeczywistości mój Suzuki Jimny na autostradzie wyciągał 120km/h po równym, pod górę max stówkę, a z górki nie testowałem bo się bałem. (rozumiecie: luzy na kierownicy, poziom hałasu w przedziale pasażersko-bagażowym, dziwny stukot z dołu).