nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


2 Komentarze

Poza trasą: to jak jest z tą mapą?

Mamy na rynku super urządzenia: ipady, iphone’y, androidy. Urządzenia z wyświetlaczami wysokiej rozdzielczości i wyposażone w GPS i kompas – wydawałoby się, że powinny z powodzeniem być w stanie zastąpić papierowe mapy a nawet je przebić przy uprawianiu freeride czy turów. Dzięki GPS i kompasowi – lokalizacja na mapie byłaby przecież dużo łatwiejsza, szybsza i nie wymagała umiejętności zorientowania mapy. Wyświetlacz wysokiej rozdzielczości pozwala na wyświetlanie mapy z taką ilością szczegółów jak papier. Obudowy wodoodporne na te urządzenia pozwalają na obsługę ich w warunkach padającego śniegu, deszczu, również gdy urządzenie wypadnie w śnieg – nie powinno mu się nic stać.

Czy zatem można olać papierową mapę przy eskapadach poza trasę? Czy samemu używam tych urządzeń?

Hmmm. Moim zdaniem – jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Z kilku powodów:

Pierwszy to: MAPY. Mamy możliwość korzystania z dwóch rodzajów map: topograficzne wektorowe ze źródeł takich jak np. OpenCycleMap – dobrą aplikacją jest tutaj MotionX GPS – pozwala ściągać taką mapę offline. Można też swoją papierową mapę wskanować i skalibrować w aplikację typu Bit Map (odpowiednik Ozi Explorera).

Niestety oba rozwiązania są słabe: wektorówka topo nie ma wystarczającej ilości szczegółów, jest mało dokładna, w skrajnych przypadkach może zabraknąć na mapie jakiegoś małego urwiska, skał czy jaskini. Zaś wskanowana mapa przy powiększeniu 1:1 pokrywa zbyt mały obszar, a przy oddaleniu jest mało czytelna. Jeśli jesteśmy naprawdę daleko od utrzymanych tras (i nie mówię o miejscach takich jak Tatry, gdzie w zasadzie osoba która zna je dobrze może zostawić mapę w ogóle w domu), i korzystamy z mapy 1:25000, potrzeba nam całkiem sporego obszaru, aby zaplanować dobrze a potem zweryfikować trasę podejścia czy zjazdu.

Drugi problem: liczy się ROZMIAR (jak zawsze). Ekran telefonu jest zbyt mały, żeby pokazać w sensownej skali wystarczająco duży obszar mapy – nawet gdy jest to Samsung Galaxy. A przy rozmiarach typu iPad Mini, Samsung Note czy większych – jest niewiele lepiej z wielkością dostępnego obszaru na mapie, a zaczyna już być problem ze schowaniem urządzenia do kieszeni. Chowanie go do plecaka przy każdym zajrzeniu w mapę również jest dyskwalifikujące. Papierowa mapa bez problemu chowa się do kieszeni i w kilka sekund rozkładamy ją do pożądanego rozmiaru, bez odpinania pasów biodrowego i barkowego, zdejmowania plecaka, otwierania go i włączania urządzenia i aplikacji.

Trzeci problem: BATERIA. Bez problemu zniesie kilka godzin używania GPS, ale raczej nie więcej. Przy jeździe przez cały dzień – pod koniec może być znaczący problem z baterią, szczególnie jeśli używamy urządzenia również do robienia fotek, filmów, rejestracji trasy/szybkości, czy rozmów telefonicznych.

A co musi się stać, żeby zacząć używać urządzeń mobilnych i zostawiać mapę w domu? Moim zdaniem przede wszystkim muszą powstać dobre wektorowe mapy ze szczegółami odpowiadającymi rastrowym mapom 1:25000. Zakładam, że takie mapy nie będą za darmo, ale ludzie wybierający się w teren na tury czy freeride zapłacą za dobre i dokładne mapy topograficzne.

Czy zatem zostawiam swojego iPhone’a w plecaku? Nie. Traktuję go jako uzupełnienie. Jak już mówiłem, aplikacja MotionX rejestruje trasę, prędkości – i robi to nieźle. iPhone zapakowany w pancerną obudowę Otterbox jest odporny na śnieg czy deszcz. Ale póki co – to jednak jest tylko gadżet i nie widzę opcji, aby mógł zastąpić w pełni starą, dobrą papierową mapę.

screenshot: Bit Map (kompatybilny z mapami z Ozi Explorera) – zeskanowane mapy rastrowe:

screenshot: MotionX GPS – wektorówki:


4 Komentarze

Wciąż tylko rocker i rocker: o co w tym chodzi?

Pisałem już o marketingowych potworkach Salomona i Atomica na temat rockera tutaj. Tamten tekst dotyczył w zasadzie nieuczciwości samych redaktorów i portali narciarskich, tym razem jednak chciałbym napisać coś więcej o samym rockerze.

Na różnych modelach z rockerem jeżdżę od roku 2005 – czyli od 8 lat, więc na początku nie wiedziałem do końca o co im chodzi, że rocker to „nowość” i „przełom”. Przede wszystkim obie pary moich osobistych Rossi, a poza nimi inne narty poza trasę które testowałem od NAPRAWDĘ wielu lat: np. K2, Dynastar czy Salomon – miały/mają wszystkie konstrukcję rockera. Jak pisałem w poprzedniej notce na ten temat – profil rockera poza trasę wprowadził Volant Spatula 12 lat temu i żadna to nowość ani przełom.

Chcąc przekonać się samemu o co kaman, pożyczyłem zatem ostatnio tak często wybrandzlowanego „nowego” rockera od Salomona na trasy, model: Enduro RX800. Taki akurat był dostępny. Na początku chcę zastrzec (gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – hehe), że jestem choć jeżdżę trzydzieści lat, to jestem takim małym misiem i bardzo daleko mi do Alberto Tomby czy sióstr Tlałek. Opisuję więc swoje prywatne, subiektywne odczucia z jazdy, które niekoniecznie muszą zgadzać się z oficjalną linią producentów i sponsorowanych przez nich zawodników.

Do rzeczy! Wpiąłem się i jak to dziś w modzie na stokach – rozkraczyłem się niczym Jenna Jameson za swoich najlepszych czasów: nogi szeroko, tyłek wypięty, ręce z przodu (tylko głowy za siebie nie odwracałem). No i przejechałem się kilka razy po ubitym, gibając się jak p*****ny rezus: to w prawo to w lewo. No i co? I co? Jak spisał się ten „nowy” rocker? Hmmm. No ja się nie znam. Ale dla mnie to zwykła, przeciętna, normalna narta carvingowa na trasę, jak dziesiątki innych. Narta skręca łatwo – wystarczy się trochę przechylić, można jeździć jak po szynach: bez problemu, bez uślizgiwania krawędzi. No ale dokładnie tak samo się jeździ na zwykłej slalomowej krótkiej narcie carvingowej. Autentycznie – nie widzę żadnej różnicy.

Nie można na tym jeździć ani specjalnie szybko i nie masz kontroli przy większych prędkościach – bo narta za krótka (168cm), nie pojeździsz poza trasą – bo za bardzo taliowana (78mm pod butem). Ot, zwykły, normalny carving. Bez żadnego przełomu, i bez rewolucji – to na pewno. A dla mnie – małego misia – praktycznie bez różnicy.

Ktoś powie: „ale w pucharze świata używają rockera więc musi być dobry”. Okay. Ten argument kupuję. Tylko, że ja niestety:

  • nie wyczuwam różnicy w smaku między 30-letnim a 12-letnim Chivas Regalem
  • nie słyszę różnicy w kablach stereo z CD do wzmacniacza między takimi pozłacanymi za półtora klocka a takimi za pięć złociszy z MediaMarktu
  • nie czuję również różnicy między zwykłą krótką slalomką na trasy sprzed 3 lat – a taką z rockerem z tego sezonu. Taki już ze mnie plebejczyk, cham i burak. Nie twierdzę, że nie ma ludzi którzy poczuliby różnicę! Absolutnie. Jestem wręcz pewien, że tacy się znajdą. Ja niestety (stety?) do nich się nie zaliczam. Zaryzykowałbym nawet tezę, że wśród czytelników tego bloga również nie znajdą się tacy, którzy wyczuliby różnicę, gdyby rockerowe i nie-rockerowe narty na trasę zakleić im czarną taśmą i kazać poznać na ślepo. Ale tego nigdy nie sprawdzimy, nawet jakoś zacznie się pienić, że by potrafił. No przysięgam: nie ogarniam całego szumu wkoło rockera.

Napisałem, że nie ogarniam? Hmmm. Może powinienem raczej napisać „nie popieram”, bo jednak raczej ogarniam o co chodzi producentom, sklepom sportowym i wszystkim sponsorowanym przez nich ludziom. Otóż ich zdaniem: „Masz przestarzałe narty bez rockera? Wymień! Kup nowe! Wyrzuć stare! Potrzebujesz rockera! Potrzebujesz naszych nowych nart! Potrzebujesz wydać pieniądze! TERAZ!”

I chyba to jest dobre podsumowanie o co chodzi z tym rockerem. Nie dajcie się wkręcać innym. Również tym, co „wypróbowali i uwierzyli”. Czasem sami nie wiedzą, że rocker ich buja!wink

Na zakończenie mój alaskański edit na rockerach K2 Dark Side:


13 Komentarzy

GoPro: poradnik

Pięć lat temu napisałem poradnik robienia fotek i filmów narciarskich GoPro i był to jeden z częściej odwiedzanych postów na tym blogu. Jest jednak rok 2018. Po takim czasie post jednak mocno się zdezaktualizował: wyszły nowe kamery, nowe gadżety, nowe oprogramowanie. Czas zatem napisać go od nowa.

Dzisiaj na trasach i poza nimi wielu narciarzy używa kamer sportowych. Bardzo niewielki procent z tych filmów da się przekuć na ciekawy amatorski edit. Większość ludzi kręci monotonne filmy z głowy i potem albo nie chce im się tego montować, albo wręcz nie ma za bardzo co montować. Mam trochę doświadczenia z najpopularniejszą kamerą na rynku – GoPro – i chciałem się nim trochę podzielić. Jeśli macie ochotę przeczytajcie moje rady dotyczące GoPro.

Wybór modelu i dodatkowego wyposażenia

Gopro Hero Session

Jeśli – jak ja – szukacie dobrego balansu cena-wydajność, polecam:

  1. Nie ma sensu kupować najdroższych dostępnych modeli GoPro (w szczególności modeli kręcących w rozdzielczości 4K – takich jak HERO6, których cena zbliża się do 2 tysięcy)
  2. Nie ma sensu kupować żadnych pilotów, baterii, ekranów, etc.: sporo kosztuje, a nie ma żadnego przełożenia na jakość filmów.
  3. Nie kupujcie uprzęży na tułów (monotonny obraz)

Zamiast tego wszystkiego – kupcie nie jedną drogą a DWIE małe i tanie kamery GoPro Hero4 Session (znane również jako Hero Session). Wiem: bez gadżetów które odradzam, będzie trudniej ustawić kąt albo trudniej włączyć nagrywanie, ale efekt po montażu filmu z dwóch kamer bez gadżetów będzie powalająco lepszy niż z jednej z gadżetami. Cena nowego modelu Hero Session to obecnie około 600 PLN. Mała kamera jest lżejsza a przez to wygodniejsza, ale też bezpieczniejsza w użyciu, jeśli montujesz ją np. na kasku (czemu bezpieczniejsza? przeczytaj tutaj czemu Michael Schumacher leżał w śpiączce przez rok)

Poza standardowym wyposażeniem, gadżet jaki polecam to mocowanie na kijek. Niestety Chińczycy jeszcze nie zrobili zamiennika – kiedy piszę te słowa dostępny jest tylko oryginał za około 90 PLN.

Oczywiście cały powyższy opis dotyczy sytuacji, w której liczycie się z kasą. Jeśli budżet macie nieograniczony – kupcie trzy kamery GoPro Hero6 Black, i wszystkie dostępne mocowania, baterie, ekrany LCD, WiFi, piloty itd. To wszystko na pewno są fajne gadżety. Wydacie pewnie osiem tysięcy.

Mocowanie

mocowanie na kijek narciarski

Sposób mocowania jest kluczowy. Pamiętajcie, że przydługie ujęcia z głowy są zwyczajnie nudne i trzeba je przeplatać z innymi. Warto zatem pomyśleć nad następującymi mocowaniami:

  1. Do kasku warto przykleić sferyczne adaptery na wsuwany klip. Osobiście preferuję ujęcia z przodu kasku, a nie z góry, ze świadomością, że ciężko wtedy zsunąć gogle na kask. Z góry kasku gorzej widać narty, a na dole ekranu wchodzi w kadr fragment.
  2. Na nartę warto przykleić płaskie adaptery w dwóch, ew. trzech miejscach: blisko czubka (kamera skierowana do tyłu na nas), blisko wiązania przed butem (do przodu), blisko wiązania za butem (do tyłu). UWAGA: nie liczcie że standardowy klej 3M na adapterach wytrzyma mocowania na narcie. Kamera na pewno urwie się po kilku zakrętach. W najlepszym wypadku będziecie sfrustrowani podchodzić po nią pod górę, w najgorszym będziecie mieć o jedno GoPro mniej. Zapomnijcie o klejeniu super-glue i podobnymi sztywnymi wynalazkami. Ja użyłem elastycznego kleju Sikaflex 292i do montowania barierek na statkach. Mega wytrzymały, elastyczny, nie boi się wody i temperatury. Myślę że teraz klips jest nie do oderwania. Wadą montażu na narcie jest przekręcanie się kamery do góry podczas przeciążeń, nawet przy ekstremalnie mocnym skręceniu śruby mocującej. Wydaje się, że powinien pomóc jakiś stały element doklejony do tylnych drzwi kamery opierający ją na narcie – będę to jeszcze testował i dam znać. Przy mocowaniu na narcie ważne aby pamiętać o założeniu silikonowej blokady wypięcia z adaptera. Zapobiegnie ona samoczynnemu wypięciu kamery z adaptera podczas wibracji.
  3. Kolejne dobre mocowanie to mocowanie na kijek narciarski. Moje kije są teleskopowe i rozsuwają do 150cm, ale nawet ze standardowych dla mnie 135cm długości jakich używam, da się robić sensowny film i fotki. Nawet gdy nie mam zamontowanego GoPro – od kilku lat na jednym z kijków mam przymocowany na stałe uchwyt do GoPro – w niczym on nie przeszkadza. Trzeba tylko raz na parę dni sprawdzić czy nie poluzowały się śruby mocujące. Deskarze, zamiast kijka narciarskiego mogą kupić monopod (na allegro ceny zaczynają się od kilkudziesięciu PLN)
  4. Dobrze dać jedną kamerę kumplowi, który jedzie tuż za tobą, a drugą nagrywać np. z głowy lub z kija i przeplatać te dwa ujęcia. To doda filmowi dynamiki.

Konfiguracja kamery

Konfiguracja kamery: najlepsze tryby to 1440-30 oraz 960-60

Zdecydowanie polecam używanie trybu innego niż szerokokątny (tzn. bez litery „W” – Wide), który nie ucina góry i dołu. Najlepsze tryby moim zdaniem to:

  • 1440@30fps, oraz
  • 960@60fps

W wymienionych trybach dostajecie szeroki kąt we wszystkich kierunkach. Wybierzcie 60 klatek na sekundę jeśli będziecie potem chcieli ujęć w zwolnionym tempie. Proporcje proponowanych przeze mnie trybów to 4:3 (a nie 16:9 – dlatego odradzam tryb 1080-30, który ucina dół i górę. ). Górę i dół zawsze możecie przyciąć potem ręcznie.

Dodatkowo polecam ustawić dwa domyślne tryby działania GoPro, dzięki którym możecie obsługiwać GoPro bez pilota, na ślepo:

  1. Film (krótkie przyciśnięcie przycisku nagrywania)
  2. Zdjęcia poklatkowe, co pół sekundy (długie przyciśnięcie przycisku nagrywania)

Nauczcie się co sygnalizuje Wam kamera beep’em: jeden beep: start, trzy beepy: stop.

Filmowanie

Pamiętajcie, że ujęcia z głowy są kluczowe i stanowią podstawę-bazę filmu, ale jeśli będą zbyt długie to film będzie zwyczajnie nudny. Dlatego właśnie poleciłem powyżej tyle mocowań i przynajmniej dwie kamery. Dzięki montażowi i przeplataniu ujęć uzyskacie fajny, dynamiczny film. Jeśli jedziecie sami – warto przemyśleć kombinację: czubek narty + głowa. Jeśli macie kumpla: ten z Was który jedzie pierwszy może mieć kamerę na kasku skierowaną do tyłu, ten który jedzie drugi – do przodu, albo na kiju wysoko.

Post-produkcja: film

Na Maca warto używać iMovie. Kosztuje chyba z 10 dolarów, ma wszelkie kodeki, jest prosty w użyciu i ma opcje których potrzebuję. Po prostu fajnie działa. Odradzam wszelkiego rodzaju drogie wynalazki jak Final Cut Pro, albo Adobe Premiere, chyba że macie duży budżet a montowanie filmów to Wasza pasja.

Warto w tym miejscu wymienić kilka darmowych narzędzi do stabilizacji obrazu dostępnych pod Windows. Ja używam następującego zestawu:

  • GoPro Studio pomoże Wam na początek pociąć wielo-gigowy film i wyciąć z niego nie-nudne fragmenty które wstępnie rozważacie jako część filmu
  • VirtualDub to podstawowe narzędzie do filtrów video
  • Wtyczka do VirtualDub’a nazywa się Deshaker – naprawdę fajnie stabilizuje obraz video
  • Handshare enkoduje i pakuje potem efekt Deshaker’a do sensownych rozmiarów i formatu mp4

Post-produkcja: zdjęcia

Tutaj nieoceniony będzie Adobe Lightroom. Do Lightroom’a warto zaopatrzyć się w zestaw presetów na śnieg/zimę. Dzięki nim możecie edytować fotki szybciej i robić to jak ja – gdy nie jesteście profesjonalnymi fotografami i nie znacie super-dokładnie wszystkich funkcji tego narzędzia. W sieci dostępnych jest wiele tysięcy darmowych i płatnych presetów – polecam oczywiście te darmowe, np. ze strony CreativeTacos.

Jeśli macie czas i umiejętności bawić się z Lightroomem, polecam również poradnik obróbki zdjęć zimowych ze strony Layers Magazine.

Warto w tym miejscu dodać, że w chwili obecnej żadna z kamer GoPro nie ma możliwości robienia zdjęć w formacie RAW w trybie seryjnym. Kamery Hero5 Black i Hero6 Black robią tylko pojedyncze zdjęcia RAW.

Efekt zabawy wspomnianymi presetami, montażu GoPro na kiju i wspomnianych wyżej ustawień dla kamery Hero4 Session:

fotka z GoPro Hero4 Session: jedna z fotek poklatkowych 0.5 sek, rozdzielczosc 1440, mocowanie na kij, post-processing w Adobe Lightroom


Dodaj komentarz

Marki narciarskie

W ostatniej notce pisałem o Julbo i zostałem nawet zatytułowany „Panem Żilbo” w jednym z komentarzy. Również Was pozdrawiam, i idąc za ciosem chciałem bardzo krótko napisać o prawidłowej wymowie marek narciarskich. Anglosasi nie wymyślili narciarstwa alpejskiego i bardzo często te starsze marki wywodzą się z Włoch, Francji czy Niemiec. Żaden to wstyd nie wiedzieć, bo nie są one super popularne, ale jeśli zwracacie uwagę czy ktoś na Versace mówi „Wersejs“ – to wiecie, że zangielszczanie wielu marek jest błędem – i możecie być zainteresowani poniższym:

Julbo – [Żilbo z akcentem na ostatnią sylabę]: francuski producent gogli – pisałem już w poprzedniej notce: błędem jest wymowa „dżulbo”.

Rossignol – [Rossiniol – pewnie nikt nie popełnia tu błędu, pamiętajcie tylko, że tam nie ma litery „G“ – podobnie jak w wyrazie „Bolognese“]

Lange – [Len – wymowa angielska]: francuski producent butów należący do Rossignola, którego założycielem był Bob Lange – Amerykanin. Zatem  błędzie są Francuzi wymawiając tę markę „Lanż” (jak w „La Manche”) – a taką wymowę słyszałem mieszkając we Francji. Wymawiamy markę normalnie po angielsku, bez końcowego „E”.

Voelkl – [Felkl – w tym słowie nie ma nigdzie dźwięcznego „W“; jeśli nie urodziliście się w Niemczech to nawet jeśli będziecie bardzo się starać przy wymowie umlautu i tak nigdy Wam nie wyjdzie, więc możecie poprzestać na zwykłym „E“]: kiedyś niepopularny, a ostatnio mocno popularny niemiecki producent nart. Właścicielem Voelkla jest K2.

PS. na poprzednim blogu kolega Olbart zapytał o japońskie kurtki Descente. ja nie wiem. może ktoś zna prawidłową wymowę?


Dodaj komentarz

Konsultanci Eksperci Fachowcy

Chciałem przed Świętami kupić sobie gogle. Poszedłem do Adventure Sports w Galerii Kazimierz. Szukałem Rossi albo Oakley’ów, ale w sumie nie byłem przekonany co do modelu i marki. Chciałem dotknąć, założyć, popaczeć (rzecz dzieje się w Krakowie).

Grzecznie pytam czy mogę zobaczyć jeden, drugi czy trzeci model. Dostaję co chcę, lecz sprzedawca niemal uroczystym tonem, jakby właśnie miało spotkać mnie coś wyjątkowego, oświadcza: „mam jednak dla Pana coś znacznie lepszego”. Chwila pauzy. Czuję, że zaraz stanie się coś wspaniałego. Napięcie rośnie. W końcu mówi: „DŻULBO. Mają zdecydowanie najlepszą optykę. W doskonałych cenach. To klasa sama w sobie.” Uśmiecha się z satysfakcją. Z oczu bije pewność siebie i ekspertyza.

Patrzę na gościa pytająco, bo nie do końca wiem czy myślimy o jednej marce. Słyszałem kilka razy o Julbo: to Francuzi i szczególnie we Francji są popularni (nazwę czyta się „żilbo” z akcentem na ostatnią sylabę). Ale nie chodzi przecież o wymowę­ – każdy może się pomylić. Julbo zawsze było dla mnie marką niszową. Nie jestem jakimś koszmarnym markowym koneserem, ale mimo wszystko wydaje mi się, że Rossi (na rynku sto lat) nie wciśnie mi kitu, nie rozkleją się po pół roku używania, nie będą mieć zniekształceń, itd. Być może Julbo też. Po prostu nie wiem. Nie znam się. Dzielę się wątpliwościami, lecz w słyszę kolejne zapewnienia, że Julbo jest po prostu najlepsze. Na moje kolejne wątpliwości przybiega drugi, bardziej agresywny pan z odsieczą zasypując mnie lawiną faktów:

-Kinga Baranowska wchodziła w nich na K2

-Używają ich himalaiści

-To najlepsze gogle na rynku

-Zdecydowanie najlepsza optyka

-Doskonała ergonomia i wspaniały dizajn

Ze spokojem mówię, że rozumiem, nawet może wierzę, ale szukam raczej gogli z wymienną szybą: jedna ciemna na słońce, a druga biała lub bardzo jasno żółta na mgłę/śnieg. Sprzedawcy są strapieni, bo chyba to całe Julbo nie ma takiego modelu. Nagle jeden wpada na pomysł:

-Ale tu jest najwyższy model Julbo: ma fotochromy. Ściemniają się na słońce i rozjaśniają na mgłę!

Biorę do ręki. W sklepie panuje raczej półmrok, a na pewno warunki dalekie od stoku pokrytego śniegiem, ale szyba gogli jest mimo to ciemnobrązowa. Powtarzam cierpliwie, że te fotochromy to chyba w ograniczonym zakresie i raczej ten zakres jest na jasne słońce, a ja szukam też rozwiązania też na mgłę i śnieg. Sprzedawca jest zrozpaczony. Zaczyna przykładać je do oczu i mówić, że przecież wcale nie są takie ciemne. I powtarza jak mantrę, że mają najlepszą-najlepszą optykę. Julbo-Julbo-Julbo-Julbo.

Mam wrażenie, że jeden sprzedawca – ten przyjaźniejszy zaraz się rozpłacze i zacznie mnie prosić żebym kupił cokolwiek od Julbo. A ten mniej przyjazny, od Kingi Baranowskiej, da mi po ryju jak zdecyduję się na nie-Julbo. Powiedziałem, że nie mam kasy i nic nie kupiłem. Bałem się dostać po ryju, bałem się, że mnie wyśmieją albo zbluzgają. A tak chciałem fajne gogle.

Ja naprawdę rozumiem, że Panowie z Adventure Sports są na dużej prowizji od tego całego Julbo. Ale czy NAPRAWDĘ nie znają umiaru? Utarło się dziwne przekonanie, że kupując w dedykowanych sklepach narciarskich otrzymacie fachową poradę. Miejcie więc ten przykład w pamięci, gdy czytacie wywiady w których zachęcają Was do kupowania tam, bo tylko tam są „prawdziwi eksperci”. Pamiętajcie na jak wiele fachowości możecie liczyć w sklepach narciarskich.

I jeszcze jedno: czy naprawdę uważacie, że w przypadku nart lub butów (a nie tylko gogli) Panowie z Adventure Sports polecą mi *naprawdę* to co dla mnie najlepsze?

I nie liczcie, że w innych sklepach jest lepiej.


1 komentarz

Salomon/Atomic bujają, a Onet: gulp, gulp, gulp…

Z coraz większą uwagą przyglądam się PR’owi firmy Amer Sports – właścicielowi marek Salomon i Atomic. Recz idzie o technologię, którą Salomon/Atomic nazywają „rocker” czyli bujak.

W wielkim skrócie, jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście: zdaniem Salomona i Atomica jeśli narta będzie miała kształt bujaka – to nawet na trasach będzie łatwiejsza w nauce, bardziej skrętna, da lepszą kontrolę podczas dużych prędkości w przechyleniu, etc. etc. Po prostu taki kształt narty to rzekoma rewolucja i panaceum na wszystkie problemy. Wydaje się, że celem jaki upatrzył sobie Salomon/Atomic jest wręcz zakodowanie w głowach narciarzy, że „nowinka techniczna” o nazwie „rocker” jest absolutną koniecznością dla każdego kto jeździ, i że firma chce aby narciarze pytali się nawzajem: „masz TE narty z rockerem czy te stare”? I tak dalej. Abstrahując w ogólne od mojego zdania na temat posiadania rockera lub jego braku, abstrahując od tego, że pomysł wcale nie jest nowy i ma ponad 10 lat (vide: Volant Spatula), abstrahując od tego co mówią inni producenci i tego, że moim zdaniem nie da się myśleć w kategoriach mieć/nie-mieć rockera, bo rocker wcale nie jest zero-jedynkowy – chcę pokazać coś dużo groźniejszego.

Otóż coraz więcej serwisów narciarskich wrzuca na swoje strony teksty, recenzje i wywiady nieopatrzone nigdzie komentarzem o lokowaniu produktu i materiale marketingowym. Zobaczcie na przykład tę perełkę z onetu:

http://narty.onet.pl/sprzet/andrzej-osuchowski-o-technologii-rocker,1,5324392,artykul.html

i identyczny „wywiad” z narty.pl:

http://www.narty.pl/tresc-artykulu/artykulu/wywiad-z-andrzejem-osuchowskim-o-technologii-rocker-w-narciarstwie.html

i kolejny taki sam „wywiad” tym razem ze skionline.pl:

http://www.skionline.pl/sprzet/osuch-o-technologii-rocker,newsy,5298.html

Zwróćcie uwagę: nigdzie nie ma nazwiska ani nawet podmiotu, który wywiad przeprowadził. Najlepszy polski freerajder opowiada nam natomiast o tych wszystkich zaletach rockera. Cały artykuł skupiony jest na rockerze, gwiazdor „mimochodem” wspomina kilka razy markę Salomon, ale głównie rzucają się w oczy odsyłacze do strony rockerski.pl – wydawałoby się jakaś niezależna strona promująca rocker? Sami nazywają siebie „bazą wiedzy na temat rozwiązania rocker”. Nie jest napisane kim są, nie są podane żadne nazwiska, żadna nazwa firmy/organizacji. Stawiam dolary przeciw orzechom, że to brzydki, marketingowy potworek firmy Amer Sports promujący tylko swoje brandy: Salomon i Atomic. Nie łudźmy się. Tu nie ma żadnej niezależności. Większość ludzi nie wie nawet że te dwie marki to żadna konkurencja, i że to jeden i ten sam właściciel, ale w ich głowach rodzi się schemat: „Mmmhmmm. Czyli ten rocker naprawdę jest świetny. Promują go >>wszyscy<< producenci. Ta >>baza wiedzy<< jest naprawdę niezależna”. I o to chodzi. Ciemny lud to kupi. Biznes się kręci.

Czy można mieć pretensje do Salomona czy Atomica, albo ich właścicieli, że próbują wszelkimi dostępnymi środkami wrzucić swój marketingowy pomysł do umysłów ludzi i wygenerować miliony euro zysku? Średnio. Firma może nie działa do końca etycznie, ale wydaje się, że wszystko jest w granicach prawa.

Czy można mieć pretensje do człowieka, że swoim nazwiskiem promuje sponsora? Wyobrażam sobie, że kolega jest po prostu bardzo zadowolony, że znalazł sponsora. Jeśli Ty czy ja żylibyśmy z nart i dostalibyśmy bogatego sponsora, to czy na pewno zachowalibyśmy się inaczej? Wątpię. (a przy okazji: trzeba oddać szacun człowiekowi: super jeździ)

A więc: pół biedy gwiazdor, pół biedy firma. Zdecydowanie największe pretensje trzeba mieć do redaktorów za to, że przepuszczają takie teksty bez właściwego oznaczenia/komentarza. I to przede wszystkim *ich* zachowanie należy napiętnować.

Artykuł 36 paragraf 3 prawa prasowego mówi wyraźnie:

„Ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób nie budzący wątpliwości, iż nie stanowią one materiału redakcyjnego.”

W portale narciarskie wlewany jest hektolitrami marketingowy szajs i nikt nie protestuje, bo media w kryzysie: jeśli ktoś zapłaci, da redaktorom darmowe narty albo zaprosi chociaż na gratis testy – trzeba pisać! Bez krytycyzmu. Bez zająknienia. Broszura reklamowa + copy + paste = artykuł! Hej! Jest content, są gratisy, i nie trzeba się narobić! Cieszymy się! A że czytelnikom robi się wodę z mózgu… Cóż. Któżby tam się przejmował czytelnikami… Sam Grzegorz Miecugow wyjaśnił to przecież nam wszystkim użalając się nad mediami, że to my – odbiorcy jesteśmy debilami, a media tylko się do nas dostosowują.


5 Komentarzy

Zawartość plecaka i sprzęt

Generalnie nie jestem gadżeciarzem ani onanistą sprzętowym, ale ponieważ było od Was wiele pytań (uśmiech) dotyczących zawartości mojego plecaka i sprzętu jakiego używam – otwieram się przed Wami niczym książka z której możecie wszystko przeczytać i opisuję niniejszym cóż takiego wożę ze sobą na freerajd…

zawartość plecaka

zawartość mojego plecaka

A ZATEM:

Typowy freerajdowy plecak Rossignol „na jeden dzień”. Pojemność: 35 litrów. Ma mocowanie do nart po obu stronach i wbudowaną osłonę na kręgosłup: tzw. „żółwia”, wygodny, szeroki pas biodrowy, a sam jest stosunkowo wąski i nie krępuje ruchów rękami (np. do tyłu) podczas jazdy. Czemu nie jest to plecak lawinowy z ABS? Ano dlatego, że przeżyłem koszmarne problemy z przewozem ABS’a samolotem (ma w sobie małe ładunki pirotechniczne). ABS’a wypożyczam zatem na miejscu jeśli istnieje taka potrzeba.

Trzy-antenowy detektor lawinowy Backcountry Access Tracker2. Wielokrotnie przetrenowany i obtestowany (również na czas). Sygnalizuje odległość i kierunek do zasypanej ofiary na wyświetlaczu LED. Czemu wybrałem staroświecko, wręcz topornie wyglądający LED? Po pierwsze w przeciwieństwie do wyświetlaczy LCD – diody LED są widoczne bez problemów w najjaśniejszym słońcu, po drugie w ekstremalnym zimnie LCD naprawdę wolno działa, powoli przełączają się w nim kryształy – co może dać zafałszowany wynik i przedłużyć akcję poszukiwawczą, a LED zawsze reaguje natychmiast bez względu na temperaturę. Tracker2 jest kompatybilny ze wszystkimi detektorami na rynku – działa na częstotliwości 457 kHz.

Lekka aluminiowa łopata BCA ze zdejmowanym trzonkiem. Łopata w plecaku to sprawa kluczowa. Śnieg w lawinisku jest bardzo często zbyt zbity aby efektywnie kopać rękami czy nartą: łopata to jedyny ratunek dla zasypanych, pomijając nawet czas kopania łopatą w porównaniu do innych metod. A wg. różnych badań kopanie śniegu rękoma, o ile w ogólne możliwe, jest przynajmniej pięć razy wolniejsze od kopania łopatą. Jeśli założymy, że łopatą wykopiemy wysondowanego kolegę w 10 minut – to rękoma zajmie nam to 50 minut, a kolega dawno się udusi. Kolejna ważna sprawa: łopata nie może być plastikowa, bo się złamie.

Lekka, aluminiowa sonda lawinowa Ortovox o długości 240 centymetrów. Posiada systemem szybkiego montażu umożliwiający złożenie w ciągu kilku sekund. Warto nauczyć się nią dobrze posługiwać i odróżniać zakopany plecak od skał, kamieni ale też np. od kosówki rosnącej pod śniegiem – co już nie jest wcale trywialne. Nic więc nie zastąpi treningu sondą w terenie.

Latarka / czołówka BlackDiamond Spot posiadająca dwa rodzaje diod LED: skupione z zasięgiem 70 metrów oraz rozproszone bliskiego dystansu. 70 lumenów i ponoć aż 200 godzin czasu pracy na bateriach. Mam ją od niedawna na awaryjne sytuacje, po różnych nieciekawych przygodach na Alasce.

Kamera: GoPro Hero HD2. Czasem wożę dwie takie kamery (i od razu podziękowania za pożyczanie drugiej: Bartek, Filip – dzięki!). Klipsy do montowania kamery: na kasku (dwa) i narcie (dwa). Naprzemienne ujęcia z dwóch kamer są o wiele ciekawsze i dają się fajnie montować.

Porcja energii: czasem żelowy baton energetyczny, czasem żel w saszetkach, czasem zwykła czekolada. W dzikszym terenie może przydać się kilka porcji na zapas.

Raki BlackDiamond: półsztywne, lekkie, aluminiowe, 10 kolców. Nie nadają się co prawda na chodzenie po kamieniach czy piargach – ale na lodowiec albo zmrożony śnieg są idealne, a przy tym są dużo lżejsze niż stalowe. W terenach takich jak puch czy głęboki śnieg zamiast raków – foki pod narty.

Folia termiczna NRC: odbijająca promieniowanie cieplne – w sytuacjach ekstremalnych chroni przed szokiem termicznym, zapobiega wychłodzeniu i hipotermii. Pamiętamy na pewno wszyscy – w warunkach zimowych: srebrny kolor *do wewnątrz*.

Sucha ciasna czapka ZARA (do założenia zamiast kasku) i suche skarpetyMarks&Spencer. No dobra, żartuję. To nie blog Kasi Tusk. Producent czapki i skarpet: nieznany.

Telefon/GPS/zapasowy kompas: Apple iPhone w pancernej obudowie Otterbox Defender. Z reguły podstawowa aplikacja to MotionX GPS z załadowanymi mapami topo terenu w którym jeżdżę. Nie zastąpi jednak na pewno papierowej mapy. Przydatny również jako gadżet: np. rejestrator prędkości i trasy albo jako kolejna kamera/aparat. Sam moduł telefonu przydaje się w Tatrach czy Alpach. W bardziej dzikich terenach jest raczej bezużyteczny i niezbędna jest krótkofalówka.

Buff. Zawsze dogryza mi Bartek jak widzi jak w nim biegam. W sumie, to przez buffa na głowie chyba wstydzi biegać się ze mną, bo Bartek jest bardzo trendy a ja w buffie wyglądam jakbym utknął w okolicach roku 1988. A po co buff na freerajd? Np. zamiat kominiarki podczas jazdy w prawdziwym puchu. Albo zamiast szalika. Albo czapki. Poza tym mój buff, to buff sentymentalny kupiony daleko za kołem podbiegunowym w Laponii – lubię go! Nawet jak macie swojego Bartka, który się z Was śmieje: polecam Wam buffa.

Zapasowa, zewnętrzna bateria do telefonu/GPS’a. Pojemność 2000 mAh. Daje jeden pełny charge iPhone’a (no może w zimnie prawie pełny). Tego również nauczyło mnie doświadczenie: ta bateria jest absolutnie krytyczna i zawsze naładowana. Niestety ciężka: waży prawie pół kilo.

Zegarek Suunto Vector wyposażony w kompas i wysokościomierz barometryczny (a więc znacznie dokładniejszy niż GPS), z dużym czytelnym wyświetlaczem. Kupiony dobre 8 lat temu i używany z powodzeniem i dużym pożytkiem. Należy tylko pamiętać o porannej kalibracji wysokościomierza, a będzie dawał niezawodne odczyty przez cały dzień bez fluktuacji i niepewności wskazań: dzięki niemu można odnaleźć właściwą sobie poziomicę na mapie w kilka chwil.

Mapa topograficzna: idealnie w skali 1:25k, ewentualnie 1:50k. Inne skale – raczej bezużyteczne.

Nieduży nóż szwajcarski. Trzeba pamiętać o wyjmowaniu z plecaka przed przelotem samolotem.

Power Tape: zastosowanie wydaje się oczywiste do np. przerwanej kurtki/spodni, sklejenia plecaka, etc. Co ciekawe kolega-przewodnik zastosował ją na mnie samym, kiedy używałem pożyczonych butów do ski-turów, które zaczęły mnie obcierać: ważne wtedy, aby użyć taśmy zanim pękną bąble i zejdzie naskórek: jest wtedy szansa na w miarę bezbolesną kontynuację podejścia. Power Tape może pomóc też w sytuacjach krytycznych od opatrunków, przez konstrukcję usztywnień do ratowania życia włącznie.

Do tego jakieś picie, prowiant i chyba tyle…