nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


8 Komentarzy

Gogle z GPS’em i wyświetlaczem

Zeal Z3 GPS: potrafią podać na szybie prędkość, temperaturę albo kierunek do karczmy

Na rynku pojawiła się nowa nisza: gogle z GPS’em i wyświetlaczem HUD, parowane ze smartfonem. Nie jest to już jeden produkt-ciekawostka. O klientów inteligentnych gogli konkuruje kilku poważnych producentów, m.in. Oakley czy Zeal – warto więc przyjrzeć się tym produktom. Do czego zatem służą inteligentne gogle? Przejrzałem dostępne funkcje. Producenci dają możliwość:

  • podglądu aktualnej prędkości na stoku (chyba w razie kontroli radarowej)
  • mierzenia czasu spędzonego w powietrzu podczas skoków (to dla gimbazy – już widzę te wybite barki i nadgarstki przy zawodach pt. „będę miał dłuższy airtime od ciebie”)
  • sterowania muzyką (jeśli jesteśmy na tyle lekkomyślni, żeby robić to podczas jazdy na nartach)
  • integracji z mapami wybranych kurortów i „punkty użyteczności publicznej” stoków narciarskich, jak np. toaleta czy karczma (bez komentarza)

W zależności od modelu i producenta, gogle dają możliwość podglądu parametrów na malutkim ekraniku, bądź rzucają obraz na szybę gogli (HUD) tak, że mamy go cały czas przed oczyma. Sterowanie funkcjami odbywa się na dwa sposoby: albo przyciskami na goglach, albo przy użyciu bezprzewodowego, wodoszczelnego pilota noszonego na nadgarstku jak zegarek. Zaawansowane opcje konfiguracji wybieramy przy użyciu aplikacji na smartfonie z którym gogle komunikują się przez Bluetooth lub WiFi.

Moduł Recon wraz z wyświetlaczem instalowany w goglach

Moduł Recon wraz z wyświetlaczem instalowany w goglach

Strony producentów inteligentnych gogli:

Jedyną naprawdę użyteczną dla mnie funkcją jest odczyt aktualnej wysokości. Fajnie byłoby widzieć obok tego mapę topograficzną, ale domyślam się, że jakość i rozdzielczość ekranów na to jeszcze nie pozwala. Niestety jednak, mimo dostępnych czujników i możliwości technologicznych, żaden z producentów nie zdecydował się na podłączenie kompasu i nawigacji do wcześniej zdefiniowanych przez nas na mapie smartfona waypointów / punktów orientacyjnych. A wystarczyłyby po prostu kierunek, odległość i proste przełączanie między kilkoma zdefiniowanymi punktami. To uczyniłoby takie gogle naprawdę ciekawym produktem dla amatorów skiturów czy jazdy poza trasą.Niestety póki co nie przychodzi mi do głowy powód dla którego chciałbym widzieć informacje o prędkości czy temperaturze. Nigdy również nie słucham muzyki na nartach.

W chwili gdy piszę te słowa (październik 2015), dla mnie te gogle, to po prostu drogi gadżet bez żadnego sensownego zastosowania. Być może sytuacja zmieni się szybciej niż przypuszczamy, bo wydaje się, że sprawa użyteczności takich gogli sprowadza się jedynie do odpowiedniego ich oprogramowania.

Jeśli mamy akurat wolne 2-3 tysiące złotych i stać nas na wydanie ich na średnio potrzebne rzeczy – czemu nie. W przeciwnym wypadku – stanowczo odradzam „inteligentne gogle”, przynajmniej do czasu kiedy producenci nie wyposażą ich w naprawdę potrzebne funkcje.


4 Komentarze

Jak przeżyć pod lawiną: airbag czy avalung?

Lawiny są główną przyczyną śmierci narciarzy pozatrasowych. W samych tylko Alpach rocznie w lawinach ginie parędzięsiąt osób. Jednak stosunkowo nieduży procent ludzi ginie z powodu obrażeń wywołanych zejściem lawiny: zdarza się to głównie w lawinach z wiosennego, mokrego, ciężkiego śniegu, oraz w lawinach śnieżno-kamiennych. W normalnych, śnieżnych lawinach schodzących zimą, ludzie giną głównie z powodu uduszenia: po zejściu lawiny, człowiek jest uwięziony pod śniegiem, i w miarę oddychania, śnieg wkoło głowy wysyca się dwutlenkiem węgla z wydychanego powietrza. Dodatkowo roztopiony śnieg wokół ust szybko zamarza tworząc lodową skorupę, która nie przepuszcza świeżego tlenu. W takich warunkach, po 20-25 minutach od zejścia lawiny dusi się 80% narciarzy.

By temu zaradzić jeździmy w specjalnych plecakach. Na świecie obowiązują dwa standardy plecaków używanych podczas zejścia lawiny. Oba mają zupełnie inny mechanizm działania. W Europie bardzo szeroko rozpowszechnione są plecaki lawinowe typu airbag: duża poduszka powietrzna jest wyzwalana ręcznie przez narciarza podczas zejścia lawiny. Sprężone powietrze w ułamek sekundy wypełnia wielkie balony przy plecaku. Doświadczenia pokazują, że okruchy w lawinie o mniejszej gęstości i większej objętości (a więc narciarz z otwartymi poduszkami) znacznie częściej pozostają na wierzchu zatrzymującej się lawiny. Dzięki tej poduszce narciarz ma więc większą szansę utrzymać się na powierzchni lawiny i nie zostać zasypanym.

Po lewej airbag ABS z odpalonymi poduchami, po prawej Black Diamond Avalung - przy szelce widać niebieski ustnik Avalung

Po lewej airbag ABS z odpalonymi poduchami. Po prawej Black Diamond Avalung: przy szelce widać niebieską rurkę i żółty ustnik Avalunga

Ciekawy jednak jest fakt, który chciałbym poruszyć w tej notce: jeżdżąc poza Europą – np. na Alasce – zauważyłem, że dużo popularniejsze wśród narciarzy i przewodników były plecaki typu Avalung. O co w nich chodzi? Plecak typu Avalung ma ustnik i prowadzącą do niego rurkę od urządzenia do rozprowadzania toksycznego dwutlenku węgla w okolicy pleców, zamiast w pobliżu ust. Doświadczenie pokazuje, że w przypadku zasypania średni czas przeżycia człowieka oddychającego za pomocą Avalunga pod lawiną wydłuża się z kilkunastu minut do paru godzin. Czemu Amerykanie, a często również Azjaci chętniej używają Avalunga zamiast Airbaga? Warto się przyjrzeć ich argumentom:

  • Kiedy zaczyna schodzić lawina – naszym głównym zadaniem, podczas gdy lawina jest jeszcze w ruchu, jest walka o wyjechanie z niej. Przy podcięciu deski śniegu i „slajdzie” – o ile wciąż jesteśmy na nartach – powinniśmy skoncetrować swoje wysiłki nad nabraniem dużej prędkości i ucieczce w bok z lawiny. Jeśli lawina nas podcięła, należy spróbować stanąć na narty i postępować jak wyżej. Odpalenie poduszek znacznie ogranicza szybkie, płynne ruchy i szybką jazdę na nartach. W zasadzie plecak z odpalonymi poduszkami skazuje nas na niekontrolowany spadek w lawinie – mając jedynie nadzieję, że gdy wszystko się zatrzyma – pozostaniemy na wierzchu.
  • Większe okruchy śniegu (a więc narciarz z odpalonymi poduszkami) przenoszone są na czoło schodzącej lawiny – tam gdzie działają największe siły. Istnieje zwiększone ryzyko obrażeń spowodowanych tymi siłami. Bez plecaka z odpalonymi poduszkami, nawet jeśli przypadkowo zostaniemy przeniesieni na czoło lawiny, jest szansa, że lawina nas „połknie”, po czym wyrzuci z powrotem na wierzch gdzieś z tyłu, gdzie będziemy mogli kontynuować walkę i próbować przemieścić się w bok schodzącej lawiny tam gdzie siły są najmniejsze.
  • studnia śnieżna

    studnia śnieżna

    Avalung pomoże nam również w scenariuszu wypadku nie-lawinowego. Podczas jazdy w lesie, szczególnie po burzach śnieżnych, istnieje ryzyko wpadnięcia do tzw. studni śnieżnych, które tworzą się wkoło drzew. Doświadczenie pokazuje, że ludzie nie są w stanie wydostać się z takiej studni o własnych siłach i często giną dusząc się.

  • Z airbagiem bywają problemy związane z przewożeniem go samolotem. Ze względu na ładunek wybuchowy do uwolnienia poduszki – musimy zgłosić przewóz airbaga załodze. Teoretycznie kapitan może nie wyrazić zgody na jego przewiezienie. Miałem kiedyś z tym problem, chociaż ponoć obecnie jest z tym dużo lepiej. Z Avalungiem nie ma problemów przy przewożeniu go samolotem.

Dlatego właśnie większość przewodników, których spotkałem na Alasce nie lubi poduszek i preferuje Avalung. Czy Avalung jest idealny? Na pewno nie. Pamiętajmy, że trzeba wsadzić ustnik do ust – co może być trudne kiedy lawina nas już kotłuje. Że jak już zostaniemy zasypani, nawet z prawidłowo użytym Avalungiem udusimy się i tak po paru godzinach, i że wtedy zaczyna też w grę wchodzić hipotermia. I tak dalej, i tak dalej.

Należy mieć więc w głowie wszystkie za i przeciw przy wyborze swojego rozwiązania. W tej notce moim celem jest podniesienie często zapominanych zalet rozwiązania Avalung i wskazanie jego przewag nad Airbagiem w określonych scenariuszach. Wybór należy rzecz jasna do Was.

Poniższy film zarejestrowany na Alasce kamerą GoPro pokazuje prawdziwy przypadek zasypania przez lawinę narciarza wyposażonego w Avalung, oraz następującą po nim akcję ratowniczą:


7 Komentarzy

K2 Hellbent: recenzja

2015-01-27 12.59.55-2

Mam na nogach dwa snowboardy, czy coś?

To trzecie freeride’owe łopaty od K2, na których miałem przyjemność śmigać. Po jeździe na sławnych modelach Pon2oon oraz Darkside na Alasce – przyszedł czas na okręt flagowy freeride’owej rodziny K2: model Hellbent, na którym miałem okazję poszusować w styczniu tego roku w Krippenstein. Ponad 13cm szerokości pod butem i ponad 16cm w najszerszym miejscu, sprawia, że już przy zapinaniu tej narty czujesz do niej respekt. Jeśli porównasz powierzchnię jaką masz do dyspozycji pod nogami w stosunku do przeciętnej narty carvingowej, to okaże się, że w tym przypadku jest jej niemal dwa(!) razy więcej.

Faktycznie: niemal dwumetrowym monstrum nie skręca się łatwo na ubitej trasie. To zdecydowanie nie jest model dla nowicjusza: nie wystarczy się przechylić, by narta weszła w skręt. Każdy zakręt wymaga pewnej siły i zdecydowanego wypchnięcia nart. Promień skrętu? Grubo ponad 20 metrów, ale przed jazdą nawet tego nie sprawdziłem – i mówiąc szczerze, nie ma to żadnego sensu – bo ta narta nie służy do jazdy carvingowej.

Hellbent na ubitym nie sprawuje się zbyt dobrze, ale nie po to został przecież stworzony...

K2 Hellbent na ubitym nie sprawuje się zbyt dobrze, ale nie po to został przecież stworzony…

Poza tym Hellbent jest raczej miękki – to oznacza, że przy wysokiej prędkości na ubitym stoku, wchodzi w nieprzyjemne wibracje, a w głębokich przechyłach nie daje odpowiedniego wsparcia – ale w końcu nie do tego został stworzony.

Bo wystarczy wjechać w puch, by szybko odkryć jej niesamowite zalety. To właśnie tu zaczyna działać pełen rocker i tu zaczyna się prawdziwa jazda. Kiedy na twardym przy kursie na wprost, ze śniegiem stykało się nie więcej niż 60-70% narty – teraz, po wjeździe w puch zaczyna działać całe 190cm długości narty.  K2 Hellbent pływa w głębokim śniegu bardzo pewnie. W warunkach, kiedy nie liczą się krawędzie, a powierzchnia, narta jest nad wyraz zwrotna (zwłaszcza wziąwszy pod uwagę niemal dwa metry długości), oraz całkiem szybka jak na nartę na puch. Jazda poza trasą na Hellbent to prawdziwa przyjemność. Pamiętając narty poza trasę sprzed dekady, chciałoby się zapytać: gdzie był wtedy K2 Hellbent?

Jeśli chodzi o estetykę i design – cóż… Każdy ma inny gust… Estetyka Hellbent jest specyficzna: rysunek na obu nartach przedstawia postać wyglądającą na starego człowieka z głową orła, z nożem w dłoni, poruszającego się z pomocą „balkonika” dla niepełnosprawnych. Mnie osobiście nie do końca to przekonało – ale wyobrażam sobie, że gimbaza będzie zachwycona. Z drugiej jednak strony, co tu dużo gadać: pewnie gimbaza będzie też śmigać na Hellbentach dwa razy efektowniej niż ja sam.

DCIM101GOPRO

Dopiero w takich warunkach doceniamy K2 Hellbent – niestety nie ma jak zobaczyć, że jadę tu właśnie na nich 🙂

Reasumując: obecnie moja ulubiona narta to Rossignol S7 / Super7, ale K2 Hellbent z powodzeniem jej dorównuje. Doskonała narta poza trasę, którą z czystym sumieniem polecam.


12 Komentarzy

Fotostory Spitsbergen 2015

Dziś czasu trochę więcej. Poniżej kilka fotek wraz opisem, zrobionych podczas naszej wyprawy na Spitsbergen.

 

Photo 12-04-15 12 51 57Na początku błędnie założyliśmy, że Spitsbergen jest norweski. Spitsbergen nie należy jednak do żadnego kraju, a Norwegia nim jedynie administruje. Wylatując z Norwegii, przechodzisz odprawę paszportową, wylatujesz ze strefy Schengen, a przylatując na Spitsbergen nikt Cię nie sprawdza. Jesteś w niebycie, w zawieszeniu, poza jakimkolwiek krajem. Na Spitsbergen może przylecieć lub przypłynąć każdy, i każdy może tam pracować i mieszkać dowolnie długo. Dwa główne „miasta” to norweskie Longyearbyen (około 2000 ludzi – na fotce powyżej w dolinie w oddali) i rosyjski Barentsburg (kilkadziesiąt około 500 osób). Góry na Spitsbergenie rzadko przekraczają tysiąc metrów, ale ich podstawa jest na poziomie morza.

 

S1010012Niedźwiedzie polarne mają znaczący wpływ na życie mieszkańców. Wychodzenie poza osadę bez karabinu strzelca wyborowego o wysokim kalibrze jest zakazane. Obowiązują konkretne procedury: przy poruszaniu się z bronią w mieście, musi być ona rozładowana, a np. przy wchodzeniu do baru należy oddać ją barmanowi. Widok kobiety idącej w mieście z ciężkim Mauserem nie jest niczym szczególnym. Przy wyjeździe z Longyearbyen należy broń obowiązkowo załadować, bez wprowadzania pierwszego naboju do komory. Kiedy spostrzeżesz niedźwiedzia należy broń przeładować, wprowadzić nabój do komory i być gotowym do oddania strzału. Ostatni śmiertelny wypadek z udziałem niedźwiedzia zdarzył się na Spitsbergenie w 2012 roku kiedy niedźwiedź zabił jedną a ranił ciężko dwie osoby. Rocznie kilka z nich jest zabijanych przez ludzi w obronie własnej. Parę dni przed naszym przyjazdem jeden z niedźwiedzi był odstraszany od Longyearbyen petardami i pistoletami hukowymi – udało się go odstraszyć i oszczędzić mu życie.

 

Photo 10-04-15 16 44 10Na naszą czwórkę mieliśmy dwa Mausery, kaliber 30-06. Z reguły jeden karabin miał ze sobą ktoś, kto akurat prowadził skuter, a drugi któryś z narciarzy (jak na fotce – akurat ja). Nie było to zbyt wygodne przy jeździe na nartach, ale obowiązkowe.

 

Photo 14-04-15 10 41 40Skuter śnieżny to na Spitsbergenie podstawowy środek transportu od jesieni do późnej wiosny. Ponieważ zdecydowaliśmy się nie wchodzić pod górę na nartach i fokach (Maciek jeździ na desce… ach ci deskarze – wieczne problemy!), musieliśmy użyć skutera do poruszania się po górach. Z perspektywy, mogę napisać jedno: jazda po płaskim to pestka, ale jazda po górach to prawdziwe wyzwanie. Przeżyliśmy prawdziwe momenty grozy, kiedy w kilkusetmetrowym, bardzo stromym żlebie skuter nie dał rady podjechać, skręt nie był możliwy bo groził wywrotką, a skuter w końcu zakopał się po górną gąsiennicę. Godzina szuflowania łopatami w niebezpiecznym, bardzo stromym terenie zakończyła naszą przygodę szczęśliwie. Jesteśmy teraz bogatsi o wiedzę, pod jak stromą górę skuter jest w stanie podjechać.

 

DCIM100GOPROByliśmy we czterech, i wydaje nam się, że jeden skuter na cztery osoby – to dobra decyzja. Pod górę, dwie siedzą na skuterze (kierowca i pasażer), a dwie są na linach ciągnięte przez skuter. Z góry trzy osoby może zjeżdżać na nartach, a jedna zwozi skuter. Wydaje nam się, że przy innych proporcjach nie byłoby tak fajnie. Nie muszę dodawać poza tym, że jest dużo przyjemniej, gdy koszt skutera dzieli się na cztery osoby, a nie na na dwie. Przez te cztery dni na miejscu, zrobiliśmy naszym skuterem prawie 400 km.

 

Photo 11-04-15 12 10 30Spitsbergen to nie tylko niedźwiedzie. Natura jest piękna, dzika i na wyciągnięcie ręki. Widzieliśmy pardwy, fokę, kilka kozic i dziesiątki, jeśli nie setki reniferów – jak ten na fotce. Co ciekawe renifery wyglądały też całkiem groźnie i praktycznie się nas nie bały. Podczas wjazdu w jedną z dolin wąskim kanionem, wyskakując z za góry niemal wpadliśmy na jedno ze stad. Samice skupiły się z tyłu wkoło siebie, a samiec alfa ani drgnął, dość groźnie się nam przyglądając. Do końca pobytu w tej dolinie Rafał (samiec alfa z naszego stada) nie rozstawał się z karabinem i też groźnie łypał na konkurenta.

 

Spitsbergen - zjazdŚnieg nie był idealny. Raczej mocno zmrożona lodoszreń, często zmiękczona trochę na wierzchu całodziennym słońcem. Czasem po nocy było góra dwa centymetry świeżego puchu. To za mało, żeby jazda była niczym sen, jak miało to miejsce np. w Japonii. Ale jeśli uważasz na oblodzenia, możesz mieć całkiem fajną zabawę. Niestety wydaje się, że Spitsbergen jest zbyt daleko na północ, by jazda w prawdziwym, głębokim puchu była możliwa. W lutym, czy na początku marca, kiedy opad jest większy, trwa noc polarna, a po ciemku na nartach jeździ się raczej ciężko.

 

Photo 12-04-15 23 55 26Dzień polarny. W środku kwietnia zachodzi jeszcze słońce, chociaż przez całą dobę jest jasno. Fotka powyżej została zrobiona o północy. Od 25 kwietnia słońce nie zachodzi w ogóle i kręci się tylko w koło przez pół roku. W Longyearbyen jest nawet zegar słoneczny, który przy dobrej pogodzie działa całą dobę 🙂

 

Photo 11-04-15 13 14 59Ocean Arktyczny. Podczas dobrej pogody wjeżdżaliśmy skuterem nawet na 800-900 metrów nad poziomem morza. Widoki na ocean sięgające kilkudziesięciu kilometrów były niesamowite. Zjechać na nartach można było do samej wody. W okolicy Spitsbergenu Ocean Arktyczny nie zamarza tylko dzięki prądowi zatokowemu, który istotnie ogrzewa Spitsbergen. Nie to, żeby było tam ciepło, ale bez niego byłoby jeszcze zimniej.

 

Jeśli będziecie wybierać się na Spits’a – koniecznie odezwijcie się do mnie mailowo. Chętnie doradzę i odpowiem na pytania!


15 Komentarzy

Test okularów UVEX Sportstyle 302

Sportstyle 302 w użyciu

Sportstyle 302 w użyciu

UVEX poprosił mnie o przetestowanie okularów narciarskich UVEX Sportstyle 302.

Gdzie mógłbym przetestować okulary przeciwsłoneczne do jazdy na nartach? Chyba nie ma lepszego miejsca, niż stoki włoskiej Doliny Słońca – Val Di Sole – wiosną. Praca bloggera jest ciężka. Jak pisałem wcześniej: spakowałem kanapki z jajkiem, wsiadłem w Rajan-era (#SekretyKuźniara), jestem i testuję.

Moje wrażenia:

UVEX Sportstyle 302 to nie są okulary, które założysz do miasta, jeśli chcesz coś wyrwać. Wyglądasz w nich jakbyś wyszedł z filmu puszczanego w latach osiemdziesiątych: ni to Terminator – ni to MacGyver – ni to mucha Tse-Tse.

Ale też Sportstyle 302 nie służy do wyrywania, a zdecydowanie bardziej przydaje się do jazdy na nartach. Okulary zrobione są solidnie, tworzywo jest przyjemne w dotyku, mają miękkie noski, co ma wpływ na komfort ich noszenia. Wentylacja szyb powoduje, że nawet, jeśli odrobine zaparują, i ruszysz na nartach do dołu – po dosłownie 2-3 sekundach po parze na szkłach nie ma śladu. Jest to najlepsza wentylacja szyb, jaką spotkałem w okularach – naprawdę działa. Pianka otaczająca oprawę szkieł ma za zadanie ochronę szkieł przed potem i dodatkowy komfort dla twarzy. Okulary posiadają wymienne boki: można założyć klasyczne okularowe zauszniki, ale zamiast nich w kilka sekund można założyć gumkę, co bardzo upodabnia okulary do gogli i powoduje, że nie spadną nam z nosa przy upadku, czy bardzo dynamicznej jeździe po muldach.

okulary w dwóch opcjach konfiguracji

okulary w dwóch opcjach konfiguracji

Generalnie okulary idealnie spełniają swoje zadanie i nie można się przyczepić do niczego z wyjątkiem designu – ale to już kwestia indywidualna. Potrzeba dokładnego zakrycia oczu przed promieniami z boku narzuca taki właśnie kształt okularów jaki mają. Jeśli komuś się nie podoba – musi kupić sobie okulary lajfstajlowe, w których ładnie będzie się prezentował, z pełną świadomością ich wad przy uprawianiu wyczynowego sportu.

Generalnie: Polecam!


11 Komentarzy

Kirgistan – film

Jeśli porównamy jazdę w Kirgistanie do jazdy na Alasce TUTAJ – to zobaczycie, że Kirgistan to lajcik. Ale mimo to wrzucam film, żeby udokumentować trochę jak było. Jeśli kiedyś będziecie się tam wybierać – warto spojrzeć…

A po drugie, to powiedziałem już Rafałowi, że jak nie kupi w końcu swojego gołpro, to mam to gdzieś i więcej nie robię filmów. Na wszystkich filmach z nart jest po prostu on i tyle. No ileż można.

Błąd
Ten film nie istnieje


17 Komentarzy

Kirgistan: narty na koniu

Używałem już różnych środków transportu na nartach: od bardziej trywialnych (wyciąg, podchodzenie) do bardziej unikalnych (łódź, latawiec, skuter, ratrak, helikopter). Pomysł z końmi świtał mi w głowie, odkąd przeczytałem o tym, że w Kirgistanie żyje ich ponad 400 tysięcy. Pomyślałem, że jeśli nie zrobimy tego tutaj, nie zrobimy już nigdy w życiu. No bo gdzie jeszcze na świecie narodowy sport to polo na koniach zdechłym kozłem? Albo w którym innym kraju narodowy drink to sfermentowane końskie mleko? Jeśli nie teraz – to nigdy. Musiałem namówić Rafała i zaczęliśmy rozpytywać. Okazało się, że Slava zna Emila, a Emil zna Omurbeka, który jest głównym leśniczym nieopodal wsi воз учук, 35km od Karakola. I tak dotarliśmy do Omurbeka – wesołego Kirgiza ze złotymi zębami od ucha do ucha. Jeśli ktoś z czytających chce to powtórzyć, to podaję namiary do Omurbeka, za jego zgodą: +996 779 78 1445 albo +996 709 78 1445 – a współrzędne GPS: 42.552571N 78.758613E – ale uwaga! da się dotrzeć TYLKO wysoko zawieszonym 4×4 (nie widzieliście nigdy takiego błota w Polsce). Myślę, że utargujecie do 30-40$ za osobo-konia za dzień. Pamiętajcie, że Omurbek musi jechać z Wami i zwieźć Wasze konie z góry po tym jak przesiądziecie się na narty. Podane ceny są przy dwóch osobach. Przy większej liczbie ludzi będzie taniej na głowę. Ale i tak te 30-40$ to taniej niż skipass w Austrii. Omurbek zrobi Wam trwający 5 minut instruktaż: naprzód tu „CIU” i lekko batem po dupie (końskiej, nie swojej ani Omurbeka), stop to „TRRRR” i lejce do siebie, lewo-prawo to lejcami lewo-prawo – koniowi skręca się wtedy głowa, a za głową idzie reszta konia – w sumie proste. No i w siodle trzeba siedzieć „kak mongoł” – czyli nisko i się nie bać, bo inaczej koń ponoć to wyczuje i was zrzuci. W sumie Omurbek był zdziwiony, że potrzebujemy instruktażu, bo w Kirgistanie na koniu umie jeździć każdy – jak na rowerze.

A jak było w drodze? Mówiąc szczerze nie dojechaliśmy tam gdzie chcieliśmy. Było nam szkoda naszych koni brnących w głębokim śniegu. Omurbek bał się chyba, że będziemy chcieli zwrotu kasy i mieliśmy wrażenie, że zabatożyłby te biedne konie na śmierć, żeby tylko weszły na górę. No ale może to tylko wrażenie zepsutego Europejczyka, który nie zna prawdziwego życia? Trudno powiedzieć. Tak czy siak, na wysokości około 2300-2400 metrów mój koń potknął się kolejny raz, ale tym razem nie oparł się na przednich kolanach, tylko zarył pyskiem w śnieg tak, że ja spadłem  z niego do przodu. Spadłem w śnieg – nic mi się nie stało, ale zdecydowaliśmy, że nie wjeżdżamy na planowane 2700. Omurbek chciał wjechać nawet na 3000, ale zapytany, czy robił to kiedyś zimą, odpowiedział szczerze z uśmiechem: „Niet, pierwyj raz”. Ot, kirgiska fantazja. Bardzo nas namawiał i przestał dopiero, kiedy powiedzieliśmy, że „dień charoszyj, dengi niet probljem, spasiba, my tiepier na łyży”. Może i dobrze się stało bo ocenialiśmy, że po roztopach jest spokojnie lawinowa trójka, a w drodze powrotnej widzieliśmy na północnym zboczu, którym mieliśmy jechać dwie urwane deski. Zjechaliśmy więc sobie bardzo-bardzo łagodnym, bezpiecznym i łatwym zboczem do domu Omurbeka. Warunki: lodoszreń, która nas spokojnie utrzymywała na powierzchni – niemal jak na trasie (myślę, że wyżej było znacznie gorzej – szreń łamliwa oznaczająca walkę i brak przyjemności z jazdy).
Uwagi dla chcących powtórzyć nasz plan: zróbcie to na przełomie stycznia i lutego – nie będzie wtedy słońca, a przez to powinien być puch zamiast szreni. W puchu fajniej się jeździ i łatwiej chodzi koniom (tak zrozumiałem od Omurbeka).
Foty:


16 Komentarzy

Test narty z pucharu świata: Salomon X-Race

Ostatnio w Soelden miałem okazję przetestować narty wyścigowe z pucharu świata (tzw. „world cup’owe”) Salomon X-Race o długości 180cm. Salomon oznacza je również kodem „free to go fast” – co wróży nieźle fanom dużych prędkości. Czy tak jest rzeczywiście? Zobaczmy…

DCIM102GOPRO
Narta ładnie się prezentuje. Szczególnie w porównaniu do freeride’owych nart na których zwykle jeżdżę, Salomon wydawał mi się bardzo smukły z piękną talią, niczym Cindy Crawford. (co prawda nie 90-60-90 😉 , ale 102-67-87) – dawno nie jeździłem na narcie, która pod butem miałaby mniej niż 7 centymetrów. I to się czuje: kiedy wjedziesz w odrobinę głębszy śnieg, poczujesz natychmiast, że na tym modelu nie tędy droga. Chudzina Salomona nie daje sobie rady, co chwila jest „łapana” w zakrętach. W kopnym śniegu to nie jazda, ale raczej w moim przypadku walka.

Wystarczy jednak wjechać na twardy, dobrze ubity stok, by poczuć to, do czego ta narta została stworzona. Idealne trzymanie w zakrętach i w dużych przechyłach. Krawędzie wycinające niemal dziury w oblodzeniach. Bardzo duża twardość i sprężystość narty, a co za tym idzie pewność jazdy, pełna kontrola i panowanie przy dużych prędkościach. Przy 80-90 km/h, kiedy mój miękki freeride’owy Rossi Super7 zaczyna się niepewnie trząść i wibrować – tutaj dopiero zaczyna się zabawa! Przy dużej prędkości i dobrym dociśnięciu narty w zakręcie i wyczuciu jej sprężystości narta sama nas „wyrzuca” z jednego zakrętu w drugi i jazda staje się niesamowitą przyjemnością – popatrzcie sami:

DCIM102GOPRO

Wejście w zakręt z dużą prędkością i dociśnięcie narty do twardego stoku…

 

DCIM102GOPRO

…i po pół sekundy dostajemy tę energię w prezencie: narta wyrzuca nas w powietrze niczym sprężyna przy przejściu w kolejny skręt 🙂

Takie wejście w rytm wymaga trochę wprawy i dobrze jest wyczuć tę specyficzną amplitudę przy trochę wolniejszej jeździe dociskając nartę / kucając rytmicznie. Ale kiedy już wyczujemy nartę i wejdziemy w większy zakres prędkości – przyjemność z jazdy jest naprawdę duża, i co ważne, wszystko odbywa sie z zachowaniem pełnej kontroli.

Jazda wyścigówką Salomona była dla mnie dużą przyjemnością. Jeśli jesteście w górach i nie macie swoich desek – warto poprosić w wypożyczalni o ten model. Szczególnie jeśli wstaliście rano, stoki są puste i dobrze ubite – gwarantuję wam dobrą zabawę.