Category Archives: Freeride
Ski-touring w Norwegii: przygotowania
Już tylko trzy tygodnie zostało do ukoronowania sezonu w norweskich fiordach. Bilety już kupione: Warszawa-Kopenhaga-Oslo-Molde. A w Molde – górskiej stolicy Norwegii – czekać na nas będzie ponad 100-letni drewniany szkuner Solli i jej kapitan (chyba trochę młodszy?). W norweskich górach Møre og Romsdal helikoptery są zakazane. Ratraków, wyciągów, ubitych tras, tłumu i innych elementów psujących krajobraz i nastrój – też rzecz jasna brak. A zatem czekają nas podejścia na fokach i zjazdy w totalnej dziczy, czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Łódka przez tydzień będzie naszym mieszkaniem i jednocześnie pływającą bazą wypadową z której rozpoczynać będziemy podejścia. Nie szykujemy się na specjalne wygody: pod pokładem śpi się na kilku drewnianych kojach – to samo pomieszczenie pełni też rolę messy. Netu pewnie nie będzie. Jeść będziemy to co złowimy i sobie ugotujemy. Do dzikiego brzegu w większości miejsc zapewne nie da się przybijać samym statkiem, więc trzeba zabrać ponton i co rano na raty przewozić nim cały sprzęt na brzeg. Mimo wszystko zapowiada się fajna zabawa.
Planujemy dzienne przewyższenia po około 1000 metrów verticala. Trzymamy kciuki za pogodę i ostro przygotowujemy się kondycyjnie do wyprawy. Wylot: 20 kwietnia. Więcej info na bieżąco na blogu…
Krippenstein: ski-touring i freeride

Dialog:
-Jadę w Alpy
-Dokąd?
-Krippenstein
-(znak zapytania w oczach, nic mi to nie mówi)
Tak: wśród narciarzy jeżdżących po trasach, Krippenstein znaczy niewiele: wielka gondola na górę, spora różnica wzniesień, ale praktycznie tylko jedna główna dziesięciokilometrowa trasa plus kilka krótkich dochodzących. Brak snowparków dla nastolatków. Jak na Alpy nic szczególnego. Wiele jest miejsc z dłuższymi trasami i lepszym Après-ski.
Dla narciarstwa pozatrasowego to jednak mekka. Nieprzebrane tereny bez wyciągów, ratraków i ubitych tras. Do tego specyficzne położenie geograficzne powodujące, że spada tu znacznie więcej puchu niż gdzie indziej w Alpach. Nie na darmo rok w rok Krippenstein otrzymuje wyróżnienia od organizacji zrzeszających freeriderów. Skład gondoli do której wchodzi kilkadziesiąt osób wygląda inaczej niż we Włoszech czy innych austriackich wioskach: bardzo niewiele osób trzyma niewinne slalomki czy gigantki. Jest też niezbyt wiele snowboardów. Większość ludzi wyposażona jest w długie i szerokie pozatrasowe „łopaty”, bardzo często z wiązaniami freeturowymi. Pod rozpiętymi kurtkami widać nadajniki lawinowe, wiele osób nosi spore plecaki a z nich wystają trzonki łopatek czy sondy.
Jesteśmy tutaj z Rafałem już drugi raz w sezonie 2012/2013. Tym razem sami we dwóch. W planach były głównie skitury, ale 20cm świeżego puchu w nocy nie pozwala nam skupić się na czystym podchodzeniu. Po pierwszym zdobytym szczycie – puszczamy się w dół w kopny śnieg: nieczęsto w Alpach ma się tyle szczęścia i takie warunki. Dziś w nocy, kiedy to piszę – jest już czyste niebo, pewnie nie popada – więc pewnie jutro będą już typowe tury: trasa już ustalona, mapa przeanalizowana, waypointy naniesione na GPS. Jest niestety lawinowa trójka, więc trzeba mocno uważać.
A film poniżej z dzisiaj, świeżo zmontowany:
Poza trasą: to jak jest z tą mapą?
Mamy na rynku super urządzenia: ipady, iphone’y, androidy. Urządzenia z wyświetlaczami wysokiej rozdzielczości i wyposażone w GPS i kompas – wydawałoby się, że powinny z powodzeniem być w stanie zastąpić papierowe mapy a nawet je przebić przy uprawianiu freeride czy turów. Dzięki GPS i kompasowi – lokalizacja na mapie byłaby przecież dużo łatwiejsza, szybsza i nie wymagała umiejętności zorientowania mapy. Wyświetlacz wysokiej rozdzielczości pozwala na wyświetlanie mapy z taką ilością szczegółów jak papier. Obudowy wodoodporne na te urządzenia pozwalają na obsługę ich w warunkach padającego śniegu, deszczu, również gdy urządzenie wypadnie w śnieg – nie powinno mu się nic stać.
Czy zatem można olać papierową mapę przy eskapadach poza trasę? Czy samemu używam tych urządzeń?
Hmmm. Moim zdaniem – jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Z kilku powodów:
Pierwszy to: MAPY. Mamy możliwość korzystania z dwóch rodzajów map: topograficzne wektorowe ze źródeł takich jak np. OpenCycleMap – dobrą aplikacją jest tutaj MotionX GPS – pozwala ściągać taką mapę offline. Można też swoją papierową mapę wskanować i skalibrować w aplikację typu Bit Map (odpowiednik Ozi Explorera).
Niestety oba rozwiązania są słabe: wektorówka topo nie ma wystarczającej ilości szczegółów, jest mało dokładna, w skrajnych przypadkach może zabraknąć na mapie jakiegoś małego urwiska, skał czy jaskini. Zaś wskanowana mapa przy powiększeniu 1:1 pokrywa zbyt mały obszar, a przy oddaleniu jest mało czytelna. Jeśli jesteśmy naprawdę daleko od utrzymanych tras (i nie mówię o miejscach takich jak Tatry, gdzie w zasadzie osoba która zna je dobrze może zostawić mapę w ogóle w domu), i korzystamy z mapy 1:25000, potrzeba nam całkiem sporego obszaru, aby zaplanować dobrze a potem zweryfikować trasę podejścia czy zjazdu.
Drugi problem: liczy się ROZMIAR (jak zawsze). Ekran telefonu jest zbyt mały, żeby pokazać w sensownej skali wystarczająco duży obszar mapy – nawet gdy jest to Samsung Galaxy. A przy rozmiarach typu iPad Mini, Samsung Note czy większych – jest niewiele lepiej z wielkością dostępnego obszaru na mapie, a zaczyna już być problem ze schowaniem urządzenia do kieszeni. Chowanie go do plecaka przy każdym zajrzeniu w mapę również jest dyskwalifikujące. Papierowa mapa bez problemu chowa się do kieszeni i w kilka sekund rozkładamy ją do pożądanego rozmiaru, bez odpinania pasów biodrowego i barkowego, zdejmowania plecaka, otwierania go i włączania urządzenia i aplikacji.
Trzeci problem: BATERIA. Bez problemu zniesie kilka godzin używania GPS, ale raczej nie więcej. Przy jeździe przez cały dzień – pod koniec może być znaczący problem z baterią, szczególnie jeśli używamy urządzenia również do robienia fotek, filmów, rejestracji trasy/szybkości, czy rozmów telefonicznych.
A co musi się stać, żeby zacząć używać urządzeń mobilnych i zostawiać mapę w domu? Moim zdaniem przede wszystkim muszą powstać dobre wektorowe mapy ze szczegółami odpowiadającymi rastrowym mapom 1:25000. Zakładam, że takie mapy nie będą za darmo, ale ludzie wybierający się w teren na tury czy freeride zapłacą za dobre i dokładne mapy topograficzne.
Czy zatem zostawiam swojego iPhone’a w plecaku? Nie. Traktuję go jako uzupełnienie. Jak już mówiłem, aplikacja MotionX rejestruje trasę, prędkości – i robi to nieźle. iPhone zapakowany w pancerną obudowę Otterbox jest odporny na śnieg czy deszcz. Ale póki co – to jednak jest tylko gadżet i nie widzę opcji, aby mógł zastąpić w pełni starą, dobrą papierową mapę.
screenshot: Bit Map (kompatybilny z mapami z Ozi Explorera) – zeskanowane mapy rastrowe:

screenshot: MotionX GPS – wektorówki:

Kasprowy: trzecia droga i tury na Kopę Kondracką
Pisałem ostatnio o jeździe w Kotle Goryczkowym. Kasprowy – to rzeczywiście najlepsza górka w Polsce, ale co zrobić jeśli komuś nudzi się jazda góra-dół po obu stronach i chce trochę więcej emocji? Jest na to rada: to off-piste z Kasprowego „trzecią drogą” – tzn. w Świńską Dolinę. A dodatkowy wariant jaki zrobiliśmy tego dnia, to podejście na Kopę Kondracką na fokach i turowym sprzęcie.
Droga nie jest bardzo trudna i jeśli jeździliście już poza trasą – nie powinien to być duży problem. Odradzam jednak ten szlak dla osób zupełnie początkujących, które nigdy nie jeździły poza trasą nawet, jeśli świetnie radzą sobie na najstromszych ubitych trasach w Alpach. Trasę tę robiliśmy jakieś 4-5 lat temu. A wygląda ona następująco (kolor różowy – podejścia, kolor zielony – zjazd):
Kluczowa sprawa, to siódma rano pod kolejką na Kasprowy Wierch: do Kuźnic nie dowiezie Was wtedy żaden busik, więc trzeba się szarpnąć na taksówkę. To bardzo ważne, żeby nie ustawił się już ogon na pół godziny – a tak często bywa o 7:30 kiedy rusza na górę pierwszy wagonik. A więc bez śniadania, pod kolejką, zwarci i gotowi ze sprzętem. Śniadanie możecie zjeść na Kasprowym – pyszna jajecznica na słoninie – bardzo polecam.
Na początku nie ma potrzeby przypinać fok, a wiązania turowe również w pozycji zablokowanej. Jeśli nie zamierzacie robić wariantu podejścia na Kopę – możecie generalnie użyć tylko sprzętu zjazdowego. Drogę rozpoczynamy jadąc kawałek regularną trasą która prowadzi do Kotła Goryczkowego. Trasę opuszczamy w miejscu gdzie zakręca o 180 stopni w prawo. Przechodzimy przez liny zabezpieczające i jedziemy granią w kierunku Goryczkowej Czuby. Mijamy trochę bokiem Pośredni Wierch Goryczkowy i dojeżdżamy do miejsca z którego można zjechać w Świńską Dolinę. W tym miejscu z reguły mocno wieje wiatr, i bardzo istotne jest zagrożenie obrywającymi się nawisami śniegu – nie chcecie zapewne skończyć jak ten Pan z Warszawy. Nie chcecie się też pomylić i zjechać na Słowację. Z tych wszystkich powodów dobrze przynajmniej za pierwszym razem wziąć przewodnika albo kogoś kto tamtędy jechał. Nie musimy wtedy polegać na samej mapie – szczególnie przy kiepskiej pogodzie może być trudno trafić. Zjazd w Dolinę Świńską – to już czysty freeride i wszelkie przyjemności temu towarzyszące. Tu fotka:
Kiedy dojedziecie do Hali Kondratowej możecie dalej jechać w dół do Kuźnic… Tak jak pisałem – byliśmy na sprzęcie turowym, a w planach mieliśmy wariant skiturowy na Kondracką Kopę. Zjazd i podejście dobrze widać na mapie. A dwie fotki poniżej zrobione na są Hali Kondratowej: przypinamy fotki, a potem ruszamy w górę na Kopę.
Oczywiście nie muszę chyba przypominać Wam o pełnym sprzęcie lawinowym: sonda, nadajnik, łopata – to absolutne minimum. Wydaje się, że trasa nie jest zbyt wymagająca do podejścia i sprzęt typu raki czy czekan można zostawić w domu, chyba że idziecie naprawdę późną wiosną po zmrożonym śniegu: wtedy trasę można skrócić i wchodzić pod górę po stromym z nartami na plecach i w rakach na butach. Do wszystkiego oczywiście obowiązkowo naładowana komórka, mapa, kompas, GPS. Szerzej o sprzęcie już pisałem tutaj – zachęcam do przeczytania. I to chyba tyle w temacie notki.
Ski-touring w Tatrach: Morskie Oko i Mnichowe Plecy
Dziś coś z rodzimego podwórka: skitury na Mnichowe Plecy i zjazd do Morskiego Oka. Dla tych, co znają Tatry – to pewnie standardowa trasa. Dla tych co nie znają – warto spróbować. Ja uważam się za początkującego amatora ski-turingu i na tej trasie czułem się super. Mapa wygląda następująco (podejście zaznaczone jest na różowo, zjazd na zielono):

Parametry trasy: Różnica poziomów: około 700 metrów. Czas podejścia: około 4 godziny, czas zjazdu do jeziora: poniżej 20 minut, potem trawers jeziora i zjazd do parkingu – nie więcej niż pół godziny.
Początek na parkingu i już tam można zapiąć narty bez fok – stamtąd bardzo łagodne podejście do schroniska nad Morskim Okiem. W schronisku porządna jajecznica i ruszamy dalej. Na fotce poniżej obok schroniska Mnich (czubata górka po środku zdjęcia) wygląda bardzo stromo i skaliście – dlatego na jego plecy wchodzimy „od tyłu“ (jak to na plecy) – i tamtędy można podejść całkiem wysoko bez sprzętu asekuracyjnego:

Przecięcie Żlebów: Marchwicznego, Urwanego i Szerokiego – to miejsce schodzenia lawin: trzeba tam uważać. Na fotce widać, że co wyrośnie – to co jakiś czas jest koszone przez mniejsze czy większe lawiny. W tle widać Morskie Oko. Najbezpieczniej robić ten trawers rzecz jasna przy jedynce-dwójce. Nie zawsze jednak są tak komfortowe i stabilne warunki do poruszania. Słaba trójka bez przewodnika to już jakieś ryzyko. Na mocną trójkę bez przewodnika chyba bym się nie porwał sam:

W pobliżu Mnichowego Kotła jest już zbyt stromo, żeby wchodzić w linii prostej nawet z fokami i harszlami – jak widać robimy zygzaki:

A to już zjazd z pleców – nie dalej niż 100 metrów od szczytu:

Tutaj znowu w kotle, ale tym razem zjazd trochę z innej perspektywy:

A tutaj już ostatnia fotka i trawers po powierzchni Morskiego Oka – to był fajny dzień!

Heliskiing Alphubel – Tasch
Wybaczcie, że wpisy są tak rzadko: większość wieczorów poświęcam na doktorat, inne nieliczne – na narty, no i na bloga zostaje już niewiele czasu. Sezon wciąż przed nami długi… a jego ukoronowaniem będą dla mnie w kwietniu ski-tury w norweskich fiordach – wtedy będę się rozpisywał – obiecuję! Do tego czasu kilka wypadów na weekendy do Austrii, Słowacji i Zakopca, i pewnie kilka wieczorów w Kasinie – w końcu mieszkam w Krakowie.![]()
Dziś chciałem opisać mój drugi Heliskiing w życiu: w Szwajcarii. Jazda w identycznym składzie co opisywana dwa tygodnie temu Monte Rosa – czyli drużyna sponsorowana przez Subaru. Chociaż wysokość na którą wynosi nas helikopter jest tym razem kilkaset metrów niższa niż opisywany wtedy Duforspitze: bo płaściusieńki i idealny do lądowania Alphubel to „tylko” około 4200 mnpm – to deniwelacja/vertical całego zjazdu jest podobny co w przypadku Monte Rosy: bo nie zjeżdżamy w tym przypadku do Zermatt, a do położonej kilkaset metrów niżej wioski o nazwie Tasch w tej samej dolinie.
Jazda podobna do Monte Rosy z kilkoma zasadniczymi różnicami. Pamiętam, że lądowanie na Alphublu obyło się bez żadnych symptomów choroby wysokościowej: może dlatego że 200 metrów niżej, a może dlatego, że byłem kolejne kilka dni w górach i zadziałała aklimatyzacja.
Sam początek jazdy to szreń łamliwa – czyli pojawiająca się na puchu średnio-gruba warstwa zmrożonego śniegu i lodu. Warstwa na tyle wytrzymała, że nie łamie się podczas jazdy na wprost bez krawędziowania, i jednocześnie na tyle słaba, że podczas skrętów pęka, zapadasz się do środka pod nią i musisz wyszarpywać narty „w górę” niemal przy każdym skręcie… Dla mnie szreń łamliwa – to warunki wykańczające, jazda przestaje być przyjemnością a zaczyna być walką. Taki właśnie był sam początek zjazdu… Walka. Na szczęście po kilkuset metrach wjechaliśmy na inną wystawę – gdzie słońce w ostatnich dniach nie operowało tak mocno i podczas dnia śnieg nie topniał by zamarznąć w nocy – i stworzyć opisywany efekt.
Drugi kawałek to już bardziej klasyczne „big mountain” – fajne duże prędkości i dużo endorfin – podobnie jak kilka dni wcześniej na opisywanej na blogu Monte Rosie. Kolejny istotny epizod to ściana. To chyba najbardziej pionowy element po którym zjeżdżałem ever… Ile to mogło być stopni? 70? 75? Ciężko powiedzieć. Oceńcie sami. I w sumie ciężko nazwać to jazdą, bo wygląda to bardziej jak semi-kontrolowany upadek… Było trochę adrenaliny, chociaż ściana miała znacznie krótszą długość (a w zasadzie wysokość) w porównaniu do opisywanej na Monte Rosie rynienki: kilka skrętów i po strachu.
Dalej – jazda między skałami: często mieliśmy kawałki takie jak na fotce poniżej – nie pytajcie mnie którędy przejechałem dokładnie, bo dużo czasu upłynęło. Ale jakoś trzeba było się przecisnąć. Takie fragmenty, szczególnie jeśli pod spodem jest coś niezbyt bezpiecznego, wymagają wiązań skręconych na przynajmniej dwa stopnie w skali DIN więcej niż zwykle. Trzeba niestety iść na kompromis: na szali z jednej strony są Wasze więzadła krzyżowe i ścięgna Achillesa jeśli narta się nie wypnie kiedy powinna, a z drugiej strony: Wasz kręgosłup jeśli narta wypnie się gdy nie powinna: (np. gdy uderzycie w kamień albo skałę, ale normalnie ustalibyście to uderzenie), a Wy przez wypiętą nartę polecicie w skały… Kompromisy są trudne
Ale wszystko kończy się okay.
Końcówka to potwornie męczący bieg po płaskim. Ile to było kilometrów. 5? 7? Ciężko powiedzieć – w każdym razie na tyle sporo, żeby wypocić hektolitry. Jest to też kolejny przykład świadczący o tym, że freerajd jest dla deskarzy tylko na filmach Redbulla. Nie mam nic do desek, ale Travis Rice bez otaczającej go świty i ze dwóch śmigłowców – nie dałby rady w takiej topografii – możecie mi wierzyć:
Ostatnie kilkadziesiąt metrów gdzie zabrakło śniegu – przeszliśmy na butach po trawie do drogi w dolinie, a do Zermatt wracaliśmy busikiem-taksówką.
Mapa topograficzna okolic zjazdu z Alphubla do Tasch jest do ściągnięcia tutaj. Niemal trzy kilometry deniwelacji – i cały dzień spędzony na zjeździe – wspaniałe wspomnienia…
Do następnego wpisu!
Freestyle czyli hipsterzy z gimnazjum
Na sam początek, aby uciąć spekulacje i posypać głowę popiołem: TAK – zdarzało mi się jeździć na tych śmiesznych, króciutkich nartkach z podgiętymi końcami z tyłu. Wiem co to pipe i 360, miałem kurtkę na rapie, i jarałem się w opór dobrym railem. Nie wymiatałem może jakoś za bardzo, a groupies na stokach zarywałem tylko w przeciętnych ilościach.
Ale to było dawno. Teraz mam już zarost. Przeszedłem mutację. Dojrzałem.
Wiecie kiedy mi się skończyło? Po tym jak roztrzaskałem nadgarstek, w ręku miałem 4 grube śruby wystające na zewnątrz i kilka drucików. Po tym jak przestałem chodzić do pracy na kilka miesięcy i pomyślałem sobie, że cholera może mnie zwolnią. Po tym kiedy zobaczył mnie szef i choć nic mi nie powiedział, to w jego oczach mogłem przeczytać „może byś k**** dorósł, Rafał?”.
I stawiam tezę, że nie znajdę kolesia który fika koziołki na nartach i ma poważną pracę i dzieci.
Kontakt z naturą, górami, puchem – to wszystko nie liczy się we freestajlu. Bo we freestajlu jeździsz blisko tłumu i groupies. We freestajlu liczy się ile stopni wykręcisz no i czy kolor kurtki pasuje Ci do nart. We freestajlu jeździsz DLA LUDZI a nie DLA SIEBIE. Raz na dwa lata wybijasz sobie bark, łamiesz rękę albo nogę. Taki już jesteś super-świr-gimnazjalista. No chyba, że jesteś freestylerem teoretykiem: co prawda nosisz hipsterską wełnianą czapkę, ale większość czasu spędzasz na dyskusjach z kolegami, siedzeniu na stoku, budowaniu skoczni, paleniu trawy, ew. dowolnym miksie wspomnianych czynności. Jak zrobisz przejazd, to 3 skocznie ominiesz, raila w zasadzie też, na tej jednej wyskoczysz tak próbnie na 40cm, a potem wjedziesz wyciągiem i znowu będziesz debatował 2 godziny. W czapce. Wełnianej. Tacy też są.
Jeździłem jakiś czas temu w Laax nieopodal największego, albo jednego z większych parków freestyle w Europie. Dowozili ich tam do tego parku gimbusami jakimiś i nie było dnia, aby pogotowie nie zwiozło przynajmniej dwóch gości z połamanymi rękoma albo wybitymi barkami. Łzy w oczkach, wełniane czapki, krok spodni w kolanach. No żałość. To byli Ci, którzy znaleźli w sobie odwagę i postanowili nie poprzestać na teorii. Nie będą chodzić do szkoły przez kilka tygodni i ominie ich klasówka z przyrody. No i ile opowieści w klasie!
I żeby nie było: Nie potępiam chłopaków za to, że skaczą po rurkach. Każdy ma swój sposób na jazdę. Ale na Boga – panowie – nie róbcie z fikania, k***, koziołków religijnej sprawy w kolorowych magazynach… „moje życie to freestyle”, „poza freestyle nie liczy się nic”… Błagam!
PS. Irytujące jest też, kiedy wiele serwisów (w tym nanarty) wrzuca freeride i freestyle do jednego worka pod jeden dach. Z równym powodzeniem można by mówić, że nie ma różnicami między świnkami i świnkami morskimi.








