nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

St. Anton am Arlberg, Courchevel i St. Moritz: co je łączy?

W oczekiwaniu na kolejny wyjazd – pozwolę sobie na notkę luźno związaną z samymi nartami, lecz opisującą trzy narciarskie stacje w Alpach. Te trzy tytułowe miejscowości w trzech różnych krajach: Sankt Anton am Arlberg na skraju austriackiego Tyrolu, Courchevel we francuskich Trzech Dolinach i St. Moritz w szwajcarskiej Gryzonii – z pozoru nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Słyszałem już dawno temu, że nie jest tam tanio, ale kilkanaście lat temu miałem osobistą misję przetestowania wszystkich większych ośrodków narciarskich w Europie – więc musiałem zawitać i tam, aby wyrobić sobie opinię. Pamiętam, że były to moje początki pracy po studiach, ale jako, że mieszkałem i pracowałem wtedy w Niemczech i zarabiałem w Euro – było mi trochę łatwiej finansowo, chociaż w niektórych przypadkach musiałem jednak zamieszkać nieopodal kurortu i dojeżdżać do opisywanych miejsc w ciągu dnia na samą jazdę na nartach.

Pamiętam też, że spośród tych trzech miejscowości jedynie Courchevel przyciągnęło moją uwagę trasami narciarskimi. Połączenie Courchevel z systemem narciarskim Trzech Dolin daje dostęp do imponującej ilości 600km tras. Do tego dostęp do trzytysięczników Val Thorens powoduje, że warunki będziemy mieć od jesieni do późnej wiosny. Ani St. Moritz, ani St. Anton nie może poszczycić się podobnie imponującą siatką tras. A więc Courchevel oddaję szacunek za jakość, wielkość i zróżnicowanie tras. St. Anton i St. Moritz przyciągnęło moją uwagę zupełnie czymś innym. Być może trasy tam nie są takie złe. Piszę tylko, że zwróciłem uwagę na zupełnie coś innego. A zatem na co? Co łączy te trzy narciarskie stacje?

Od czego by tu zacząć…

Na początek może kilka dowcipów:

Córka noworuskiego biznesmena przychodzi do ojca i oświadcza, że ma zamiar wyjść za mąż:

– Za kogo?

– Za popa.

– Zwariowałaś?

– Serce, nie sługa, tato.

– Dobrze, przyjdźcie razem jutro.

Córka przyprowadza młodego diakona. Jedzą, piją. Ojciec mówi:

– Wiesz, że moja córka co miesiąc musi mieć inną kreację za dziesięć tysięcy dolców? Jak wy będziecie żyć? Jak ty ją utrzymasz?

– Bóg pomoże…

– A w dodatku ona przyzwyczajona co tydzień latać do fryzjera do Paryża. I co?

– Bóg pomoże…

– Ona jeździ tylko Ferrari i Porsche, i musi mieć zawsze najnowszy model. Jak ty sobie wyobrażasz życie z nią?

– Bóg pomoże…

Gdy narzeczony poszedł, córka pyta biznesmena:

– I jak, tato, spodobał ci się?

– Burak – to fakt, ale podobało mi się, jak mnie nazywał bogiem.

========================================================

Nowy Ruski demonstruje gościom swój nowy dom. Zachodzą do salonu przekształconego w galerię, Nowy Ruski się chwali:

– A ten obraz namalował Roztropowicz, a ten zielony to dzieło Czajkowskiego, a ten w kącie to dzielo Prokofiewa!

Jeden z gości nieśmiało pyta:

– Ale ci wszyscy artyści to muzycy…

– Zgadza się, ale jak ja mówię człowiekowi maluj, to on maluje!!

========================================================

W gabinecie chirurga, ze złamaną ręką siedzi nowy ruski.

– Ma pan złamana rękę. Będziemy musieli założyć gips.

– Koleś, jaki gips? Kładź marmur ja płacę!

========================================================

Przychodzi małżeństwo Noworuskich do Luwru.

– Biedniutko tu – mówi mąż

– Biedniutko, ale czyściutko – odpowiada żona

========================================================

A więc jak już się domyślacie – pierwszy czynnik łączący te miejscowości to język rosyjski. Słychać go głównie na ulicach, w knajpach i w butikach, trochę mniej na stokach. Nie chcę wyjść na rusofoba: mam przyjaciół Rosjan – to normalni, fajni ludzie. Ale Rosjanie przebywający w tych miejscowościach to właśnie ta „nowa” grupa Rosjan – jak w dowcipach powyżej.

Porsche czy Hummery pod hotelem należały do tych biedniejszych i bardziej pospolitych marek aut, a zupełnie często było widać Lamborghini i Bentleye.

Wiecie, że w Warszawie nie mamy sklepu Prady albo Louis Vuitton? Co powiecie na Pradę w St Moritz? A na Louis Vuitton w Courchevel? Nie ściemniam! Te butiki naprawdę tam są! I między tymi sklepami przechadzają się z torbami pełnymi zakupów ociekające złotem dziewczyny, a w zasadzie chyba powinienem napisać: modelki. Wychodzą sobie butików ze znudzonymi minami i całe zblazowane. Plac Zbawiciela przy tym wymięka, a warszawskim hipsterom radzę uczyć się swojego zblazowania od ślicznotek z St Moritz.

Byliście na Via Della Stiga w Mediolanie? J No! To mniej-więcej ten klimat. Niestety o ile w Mediolanie są to zawodowe modelki, to w St Anton, St Moritz i Couchevel te piękne dziewczyny są na wakacjach z pięćdziesięcio i sześćdziesięcioletnimi panami z wielkiiiimi brzucholami. Mówiącymi po rosyjsku. I oczywiście – znowu stereotyp: wydaje się, że ci panowie nie doszli do swoich milionów uczciwą drogą.

Menu w restauracjach? Główne dania grubo powyżej 100 euro, co zmusiło mnie do żarcia kabanosów ze SPAR’a (oczywiście nie ma SPAR’a w St Anton). Czułem się tam jak plebs, choć być może ten post to nic innego jak zawiść i zazdrość w stosunku do ludzi którym w życiu się powiodło?

Luksus… zdarzyło mi się jeść trufle kiedyś jak mieszkałem we Francji. Taką odrobinę. Wiecie: z nabożeństwem, kieliszkiem wina, hę-hą, onanizm kulinarny po prostu. A Ruscy w St Moritz kładą je sobie na pizzę! I to GRUBO! Przysięgam. 150 swissów za jedną.

Idę dalej: patrzę helikopter leci. Puls mi rośnie, bo już wtedy ciułałem korporacyjne pensje na swoje pierwsze heli. Więc patrzę w górę i myślę: na który szczyt poleci… Haha. Na szczyt?! Zapomnijcie. Heli jest tam po to, żeby dolecieć do hotelu z lotniska kilkadziesiąt kilometrów dalej (bo przecież prywatny jet nie usiądzie w samej górskiej miejscowości). W zasadzie, jestem gotów zaryzykować, że większość Rosjan z Courchevel w ogóle nie jeździ nawet na nartach, ale woli pić wódkę.

I żeby nie kończyć tak dramatycznie zawistnie, może napiszę tak:

Wielu z nas… ta tłuszcza… która nie może pozwolić sobie na pizzę z truflami za 150 CHF, na wyrzucenie na zakupy w butikach kilku tysięcy euro, czy na lądowanie prajwat dżetem w pobliskim Grenoble – a więc wielu z nas może głupio się poczuć w tych miejscowościach.

Dla całej reszty, dla której wymienione czynności nie są problemem napiszę, że niekoniecznie trasy narciarskie odpowiadają tam cenom – ale cóż. Może to wcale nie chodzi o narty tylko, żeby spotkać się z podobnymi sobie i strzelić sobie tę pizzę z truflami? To już sami musicie zdecydować, bo ja się nie znam…

Przede mną kolejny wyjazd poza trasę: Krippenstein. Mam nadzieję, że warunki pozwolą, aby poszaleć. Postaram się wrzucić jakiś opis w niedzielę.


Dodaj komentarz

Narty na Mazurach: raczej dla desperatów (mnie podobnych)

No nie spodziewaliście się z pewnością, że zrecenzuję dziś stok w Mrągowie o mocno patetycznej nazwie: Góra Czterech Wiatrów. Góra czy górka, a raczej pagórek jest w odległości już pięciu minut jazdy autem od centrum Mrągowa. Pod wyciągiem czeka na mnie pusty parking: stoi nie więcej niż kilkanaście aut.

Idę do wypożyczalni sprzętu: nigdy nie byłem w gorszej, i chyba faktycznie gorszej wypożyczalni nie ma w całej Europie na zachód od Buga. Dramat. Totalna katastrofa. Sprzęt sprzed 10-15 lat. Buty z grzybem. Syf. Obraz nędzy i rozpaczy. Powiedziałbym wręcz, że strach na tym jeździć, bo sprzęt jest nie tylko stary, ale naprawdę kiepsko utrzymany i bardzo zniszczony: narty mają zorane ślizgi, wyszczerbione, pordzewiałe krawędzie. Kijki są pokrzywione. W tym kontekście za sprężyny z wiązań zdecydowanie nie dałbym głowy. No ale nie mam ze sobą swojego sprzętu. Zaciskam więc zęby, uśmiecham się i biorę co jest. Płacę dwie dychy za dwie godziny. Co ciekawe, cennik uwzględnia opcje wypożyczenia nawet na tydzień. Hehe. Tydzień na nartach na Górze Czterech Wiatrów. Jak teraz piszę te słowa, to się śmieję: trzeba być niezłym hardkorem, żeby wejść w opcję tygodniową.

Górka. Długość: jakieś 300 metrów. Na szczęście nie jest zbyt płasko. Puszczając się z góry na krechę, na dole ma się spokojnie ponad 50 kmph, chociaż taki szybki zjazd niestety nie trwa dłużej niż 20 sekund. Górka pusta, chociaż podobno w krytyczne weekendy i wieczorami potrafi być naprawdę tłoczno.

Warunki świetne. Oczywiście nie ma mowy o zjeździe obok trasy, zresztą na sprzęcie który dostałem – i tak bym się nie odważył. Śniegu jest naprawdę full, wszystko całkiem mocno ubite. Pogoda ekstra: jest lampa i całkiem mocny mróz: minus 14 stopni. Stok jest oświetlany i czynny do dziewiątej wieczorem.

Wyciągi są dwa – oba talerzykowe, a za mojej bytności czynny jest jeden – i to spokojnie wystarcza – kolejek nie ma wcale, a dwie trzecie talerzyków wjeżdża puste (fotki poniżej). Wyciąg się wlecze, jak to talerzyk – ale nie spodziewałem się niczego lepszego, szczególnie, że jeden wjazd kosztuje 1,50PLN.

W zasadzie o ile po pierwszym zjeździe kołacze nam się po głowie myśl „to naprawdę już?”, a po trzech ogarnia nas lekka frustracja, to po dziesięciu-piętnastu zjazdach wpadamy w taki spokojny, lekko nudnawy rytm. Na wyciągu jest okazja przemyśleć sobie sprawy zasadnicze, np. rozważyć sens istnienia, ewentualnie co zrobić, żeby wszechświat był lepszy. A w krótkich przerwach od rozważań można sobie zjechać kilkadziesiąt sekund w dół.

A jakie będzie podsumowanie? Hmmm. Otóż Mrągowo… POLECAM! Serio.

To znaczy… nie myślcie, że polecam Wam przyjechać do Mrągowa specjalnie na narty przez pół Polski. No bez przesady. Ale jeśli jak ja – nie mieliście szans spędzić Świąt w górach, i w dodatku macie naturę antyrodzinnego samotnika, to – o ile nie obawiacie się złapania grzyba z butów z tej koszmarnej wypożyczalni – czemużby w akcie desperacji nie przypiąć tych cholernych nart i nie pozjeżdżać sobie przez dwie godziny? No przecież lepsze to, niż siedzieć przed telewizorem, prawda? Chcę też na koniec jasno powiedzieć: nie ma lepszej górki niż Góra Czterech Wiatrów ani w okolicy bliższej, ani trochę dalszej. Stawiam nawet tezę, że Mrągowo jest lepsze od kilku stacji w Tatrach (np. Witów, o którym już pisałem). Na pewno można też w Mrągowie postawić swoje pierwsze narciarskie kroki.

Ukłony z Mazur!

94023b5ad6

fot. autor: od góry od lewej: widok na stok z dołu, parking, bramki na dole, widok na stok z góry.


Dodaj komentarz

Chopok: właśnie wróciłem.

Drugie narty w tym sezonie to Chopok i Jasna – właśnie wróciłem. Nie będzie jednak recenzji ośrodka. A to dlatego, że chociaż z reguły w dystansie trzech godzin od Krakowa nie znajdziecie nic lepszego – to dziś na Chopoku wiał halny i sypał ciężki, gęsty mokry śnieg. Większość wyciągów na samą górę pozostała więc zamknięta.

Po zjechaniu kilku razy z oślich łączek pozostało mi tylko przytroczyć narty do plecaka i wdrapać się na górę. Przyjemny, chociaż krótki zjazd i tyle.

Udało mi się przetestować mocowanie kamery GoPro do narty – efekty możecie zobaczyć na fotce. Kamera nie odpada – to najważniejsze.

Co poza tym? Hmmm. Grudzień, to za wcześnie poza trasę – ale wygląda na to, że na Chopoku będzie już niedługo można trochę pojeździć z boku od ubitego. Nie będzie to może freerajd jaki lubię: z pustką, wolnością od ludzi, maszyn i niezmąconym ręką ludzką krajobrazem – ale zawsze można potrenować i przygotować się do jakiejś większej wyprawy.

Byłem na Chopoku ostatnio z 10 lat temu – myślę, że sporo się zmieniło od tego tego czasu. Nie chcę więc pisać z pamięci. Wyskoczę tam jeszcze w tym sezonie i na pewno wtedy zdam jakąś szerszą relację. Tymczasem w najbliższych planach mam Krippenstein w styczniu i mam nadzieję, że wtedy da się już zjechać z trasy.

pozdrowienia!

Autor


1 komentarz

Salomon/Atomic bujają, a Onet: gulp, gulp, gulp…

Z coraz większą uwagą przyglądam się PR’owi firmy Amer Sports – właścicielowi marek Salomon i Atomic. Recz idzie o technologię, którą Salomon/Atomic nazywają „rocker” czyli bujak.

W wielkim skrócie, jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście: zdaniem Salomona i Atomica jeśli narta będzie miała kształt bujaka – to nawet na trasach będzie łatwiejsza w nauce, bardziej skrętna, da lepszą kontrolę podczas dużych prędkości w przechyleniu, etc. etc. Po prostu taki kształt narty to rzekoma rewolucja i panaceum na wszystkie problemy. Wydaje się, że celem jaki upatrzył sobie Salomon/Atomic jest wręcz zakodowanie w głowach narciarzy, że „nowinka techniczna” o nazwie „rocker” jest absolutną koniecznością dla każdego kto jeździ, i że firma chce aby narciarze pytali się nawzajem: „masz TE narty z rockerem czy te stare”? I tak dalej. Abstrahując w ogólne od mojego zdania na temat posiadania rockera lub jego braku, abstrahując od tego, że pomysł wcale nie jest nowy i ma ponad 10 lat (vide: Volant Spatula), abstrahując od tego co mówią inni producenci i tego, że moim zdaniem nie da się myśleć w kategoriach mieć/nie-mieć rockera, bo rocker wcale nie jest zero-jedynkowy – chcę pokazać coś dużo groźniejszego.

Otóż coraz więcej serwisów narciarskich wrzuca na swoje strony teksty, recenzje i wywiady nieopatrzone nigdzie komentarzem o lokowaniu produktu i materiale marketingowym. Zobaczcie na przykład tę perełkę z onetu:

http://narty.onet.pl/sprzet/andrzej-osuchowski-o-technologii-rocker,1,5324392,artykul.html

i identyczny „wywiad” z narty.pl:

http://www.narty.pl/tresc-artykulu/artykulu/wywiad-z-andrzejem-osuchowskim-o-technologii-rocker-w-narciarstwie.html

i kolejny taki sam „wywiad” tym razem ze skionline.pl:

http://www.skionline.pl/sprzet/osuch-o-technologii-rocker,newsy,5298.html

Zwróćcie uwagę: nigdzie nie ma nazwiska ani nawet podmiotu, który wywiad przeprowadził. Najlepszy polski freerajder opowiada nam natomiast o tych wszystkich zaletach rockera. Cały artykuł skupiony jest na rockerze, gwiazdor „mimochodem” wspomina kilka razy markę Salomon, ale głównie rzucają się w oczy odsyłacze do strony rockerski.pl – wydawałoby się jakaś niezależna strona promująca rocker? Sami nazywają siebie „bazą wiedzy na temat rozwiązania rocker”. Nie jest napisane kim są, nie są podane żadne nazwiska, żadna nazwa firmy/organizacji. Stawiam dolary przeciw orzechom, że to brzydki, marketingowy potworek firmy Amer Sports promujący tylko swoje brandy: Salomon i Atomic. Nie łudźmy się. Tu nie ma żadnej niezależności. Większość ludzi nie wie nawet że te dwie marki to żadna konkurencja, i że to jeden i ten sam właściciel, ale w ich głowach rodzi się schemat: „Mmmhmmm. Czyli ten rocker naprawdę jest świetny. Promują go >>wszyscy<< producenci. Ta >>baza wiedzy<< jest naprawdę niezależna”. I o to chodzi. Ciemny lud to kupi. Biznes się kręci.

Czy można mieć pretensje do Salomona czy Atomica, albo ich właścicieli, że próbują wszelkimi dostępnymi środkami wrzucić swój marketingowy pomysł do umysłów ludzi i wygenerować miliony euro zysku? Średnio. Firma może nie działa do końca etycznie, ale wydaje się, że wszystko jest w granicach prawa.

Czy można mieć pretensje do człowieka, że swoim nazwiskiem promuje sponsora? Wyobrażam sobie, że kolega jest po prostu bardzo zadowolony, że znalazł sponsora. Jeśli Ty czy ja żylibyśmy z nart i dostalibyśmy bogatego sponsora, to czy na pewno zachowalibyśmy się inaczej? Wątpię. (a przy okazji: trzeba oddać szacun człowiekowi: super jeździ)

A więc: pół biedy gwiazdor, pół biedy firma. Zdecydowanie największe pretensje trzeba mieć do redaktorów za to, że przepuszczają takie teksty bez właściwego oznaczenia/komentarza. I to przede wszystkim *ich* zachowanie należy napiętnować.

Artykuł 36 paragraf 3 prawa prasowego mówi wyraźnie:

„Ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób nie budzący wątpliwości, iż nie stanowią one materiału redakcyjnego.”

W portale narciarskie wlewany jest hektolitrami marketingowy szajs i nikt nie protestuje, bo media w kryzysie: jeśli ktoś zapłaci, da redaktorom darmowe narty albo zaprosi chociaż na gratis testy – trzeba pisać! Bez krytycyzmu. Bez zająknienia. Broszura reklamowa + copy + paste = artykuł! Hej! Jest content, są gratisy, i nie trzeba się narobić! Cieszymy się! A że czytelnikom robi się wodę z mózgu… Cóż. Któżby tam się przejmował czytelnikami… Sam Grzegorz Miecugow wyjaśnił to przecież nam wszystkim użalając się nad mediami, że to my – odbiorcy jesteśmy debilami, a media tylko się do nas dostosowują.


1 komentarz

Zima? Zima już jest! (krótka relacja z Soelden)

Piszę te słowa w listopadzie 2012 otwierając sezon w Soelden. Jestem tu już nasty raz i zawsze jest tak samo genialnie. To zdecydowanie najlepsze miejsce w Austrii gdzie możecie się wybrać. A uwierzcie: byłem w wielu…

Nie wspominając nawet o tych mniejszych (Soelden jest wieeeelkie), w mojej opinii, jeśli idzie o jazdę po trasach – do Soelden nie ma startu żadna austriacka stacja narciarska:

  • ani Tux/Zillertal (rozdrobione tereny bez połączenia wyciągami),
  • ani St Anton/Lech/Zuers (stosunkowo nisko i ryzyko kiepskich warunków szczególnie na początku i końcu sezonu, do tego bardzo drogo),
  • ani Stubai (słabe możliwości zjazdu do samego dołu, mniejszy teren, brak możliwości mieszkania niedaleko dolnej stacji),
  • ani Pitztal (dżizas, ta kolejka w tunelu wyłożona łatwopalnym misiem wciąż tam jeździ?)
  • ani w ogóle nic-nic-nic. Jeśli jak ja – jedziecie na weekend albo 3 dni – bez sensu jechać też do Włoch, Szwajcarii czy Francji.

A zatem jest listopad. Poza trasy – śniegu jeszcze nie nasypało. Otwieracie sezon i jedziecie na krótko. Co wybrać? SOELDEN!

Tym razem otwarcie sezonu w Soelden dla mnie i mojego dobrego kumpla – (też Rafała), to był prawdziwy wehikuł czasu:

Nie nosimy kasków, jeździmy klasycznie a nie jak po szynach i udajemy że nie ma kryzysu. Jest za to wolność, telewizory kineskopowe w pensjonacie i Italo Disco na stoku! Tak: Lata osiemdziesiąte wracają w wielkim stylu! Przyłącz się do nas i olej kask w tym sezonie!wink

 


Dodaj komentarz

Witów: tatrzański koszmarek Jagny

Pochodzę z Radomia. Zastanawiam się, czy gdybym miał masę pieniędzy i w swoim rodzinnym mieście zrobił super infrastrukturę, zainwestował w wypożyczalnię nart, zatrudnił fachowców, zbudował super fajny, nowoczesny wyciąg i system skipassów, zainwestował w super marketing i zapłacił Pirminowi Zurbriggenowi, żeby to wszystko reklamował – i strzelił to wszystko na takim wieeeelkim, płaściuteńkim polu między Gołębiowem-II a torami na Warkę… To czy mógłbym się chwalić, że mam dobrą stację narciarską?

Po jaką cholerę wybrałem się do Witowa? Przysięgam – nie wiem. Byłem w Zakopcu i chyba zadziałał na mnie marketing i twarz Jagny Marczułajtis uśmiechającej się zalotnie z billboardu i zachęcającej do przyjazdu. Chyba właśnie dlatego.

Infrastruktura pod wyciągiem – to chyba najmocniejszy punkt tej stacji. Dobra wypożyczalnia i szeroka gama nart, mili, fachowi ludzie, deski w całkiem dobrym stanie. Tylko nie bardzo wiem po co.

Nie ma sensu opisywać skipassów, czy sprawnie jeżdżącego wyciągu, dobrej wypożyczalni czy niezłego zorganizowanego parkingu pod stacją jeśli zdamy sobie sprawę z jednej istotnej rzeczy… Witów jest… no KOSZMARNIE PŁASKI.

Wypinając się z górnej stacji wyciągu, mogę złączyć nogi, opuścić biernie ręce (i głowę w smutku) i po jakiejś minucie bez wykonania choćby jednego zakrętu – zahamować na dole. Bez rozwijania zawrotnych prędkości, bez szaleństw. Po prostu opór powietrza plus tarcie równoważą g sinus alfa przy jakichś… piętnastu? No dobra – maks siedemnastu kilometrach na godzinę. Uwierzcie: taka jazda jest naprawdę koszmarnie nudna.

Gdyby jeszcze Witów był narciarskim rodzynkiem na mapie Polski… Gdyby na inny stok trzeba było jechać pięć godzin… Zrozumiałbym to – przysięgam. Gdyby tak było – nie usłyszelibyście ode mnie słowa krytyki. Ale w momencie gdy dosłownie pod ręką, zaledwie kilkanaście kilometrów dalej mamy: Nosal, Harendę i Kasprowy – ja jazdy na Witowie – po prostu nie kumam.

No dobra. Jest jedna rzecz, którą sobie wyobrażam jako powód wybrania się do Witowa. Może nauczę tam jeździć swoje córki. Chociaż nawet jeśli, to raczej tylko pierwsze dwa dni, bo jestem dziś przekonany, że pod koniec będą już płakać z nudów i pokazywać paluszkiem w stronę Zakopanego mówiąc prosząco „tata, tammmm, tammmm”.

Reasumując: Witów polecam dla dziewczynek, maksymalnie trzy i pół letnich. A jak Jagna? No całkiem niebrzydka.


1 komentarz

Kasina Wielka: powyżej oczekiwań!

Będzie pozytywnie. Rodzinna miejscowość Justyny Kowalczyk przyciągnęła mnie ubiegłej zimy po sugestii kolegi z pracy. Czas dojazdu z Krakowa: 40-50 minut. Cudowna pogoda, trzaskający mróz (-20), lampa, i… PUSTKI. Kiedy dojechałem pod wyciąg przed dziewiątą rano w sobotę, parking był praktycznie pusty, i większość krzesełek wjeżdżała na górę pusta.

Nie miałem akurat ze sobą boazerii, więc musiałem skorzystać z obleśnej wypożyczalni w której cały wybór ogranicza się do dwudziestu sztuk carverów Salomona o długościach w przedziale około 160cm (hehe, dawno nie jeździłem na zabawkowych nartkach). Na taki sprzęcior planuję wsadzić pewnie swoje półtoraroczne córeczki i nie jest to może mój szczyt marzeń – ale okay, w końcu nie jestem w Garmisch-Partenkirchen. Nie napinam się, biorę co jest i gnam na wyciąg.

Krzesełko jak krzesełko – nie ma co opisywać za wiele. Jeździ, nie zacina się, przy wsiadaniu nie wali za mocno w tyłek. Skipass też działa.

Trasy są dwie: jedna płaska, druga troszkę bardziej stroma, wzdłuż słupków na wyciągu. Zjazd-wjazd, zjazd-wjazd, zjazd-wjazd. Zjazd czerwoną wzdłuż wyciągu trwa może ze dwie minuty i nie musisz się zatrzymywać. Ale ważne: jeździsz bez czekania, bez tłoku w kolejce, na dobrze przygotowanej, ubitej trasie. Jest wystarczająco stromo, żeby jechać niemal dowolnie szybko. Świeci słońce. Pęd powietrza zatyka ci usta. Na stoku: pusto.

Jest… hmmm…. FAJNIE!

I nie zrozumcie mnie tylko źle: nie sugeruję tutaj, aby mieszkańcy Tyrolu i Gryzonii wsiadali w swoje be-em-we i gnali po tysiąc kilometrów na weekend do Kasiny! NIE! Wszystko musi mieć swoją perspektywę. A moja perspektywa, to perspektywa koleżki, który budzi się o siódmej rano w sobotę w Krakowie, do dwunastej nie ma żadnych konkretnych planów, patrzy za okno: a tam nie dość, że w nocy dopadało, to jeszcze słońce wychodzi. Wobec braku sensownej alternatywy – wsiada w auto i po 40 minutach jest pod wyciągiem.

I z takiej perspektywy Kasina Wielka NAPRAWDĘ jest okay. Polecam.

R.

 

 


2 Komentarze

Kaprun / Zell am See: Słabizna

Żeby było wiarygodnie – muszę dotrzymać obietnicy danej na początku i wypada mi kogoś zjechać. Cel wybrałem dość banalny i łatwo mi w niego postrzelać.

To polsko-rosyjska miejscowość leżąca w środkowej Austrii. Nie piszę celowo, że Kaprun – bo to o nim mowa – leży w Alpach, bo to jakbym napisał, że Rosja leży w Europie. Opinie są zasadniczo podzielone i nawet jak ktoś pokaże palcem Kaliningrad, albo odwoła się do ich słowiańskiego dziedzictwa, to ja i tak będę miał wątpliwości. I z Rosją w Europie i z Kaprun w Alpach. W każdym razie wszyscy Polacy i Rosjanie przebywający w tej malowniczej miejscowości powiedzieli rodzinie i znajomym, że „byli w Alpach”. To już może przestanę czepiać się szczegółów. Ad meritum.

No okay: jest lodowiec! I co z tego? Jeśli już zdecydowaliśmy się pokonać tysiąc-ileś tam kilometrów – to oblepiony orczykami, płaski i dość mizerny Kitzsteinhorn to nie jest szczyt marzeń. Fajnych, stromych tras w Kaprun jest jak na lekarstwo. Zapytacie: „Chwila, chwila – przecież weszliśmy właśnie na mapkę narciarską Kaprun, a tam jak wół: cała masa czerwonych tras! Co ty gadasz koleś?!”. No właśnie. Równie dobrze mogliby oznaczyć te wypłaszczenia jako „double black diamond” – miałoby to podobny sens, a przynajmniej wszyscy wiedzieliby, że robią sobie jaja. Bo te trasy, które austriaccy marketingowcy zaznaczyli na czerwono na swoich mapkach – w innych kurortach byłyby zdecydowanie niebieskie. Wręcz błękitne! Moim zdaniem to po prostu wkurzające naciąganie ludzi. Podkreślę jeszcze raz: w Kaprun jest PŁASKO. Do tego większość wyciągów to orczyki.

Oczywiście trzeba być fair i przyznać, że Austriacy starają się robić całą resztę porządnie: te wyciągi są całkiem szybkie, trasy utrzymane – jak to w Austrii, Apres ski – dostępne i liczne. Ale moim zdaniem za austriackie ceny, jazdę autem tyle czasu – można by oczekiwać więcej.

Maniery w Kaprun jak to w Polsce,  albo raczej jak w Zakopanem podczas prawosławnych Świąt Bożego Narodzenia. Nie jestem durnym rasistą-rusofobem, ale naprawdę kultura wielu z naszych sąsiadów pozostawia wiele do życzenia. Pijane hordy drące japę i przechodzące przez miejscowość nocą, wpychanie w kolejkach do wyciągów, dochodzenie z boku do kolejki – to niestety ich i nasza również – domena. Wydaje się, że z tego właśnie powodu do Kaprun przyjeżdża stosunkowo mało Austriaków czy Niemców.

Do tego dochodzą jeszcze żenujące napisy „no picnic” w restauracjach na stokach, do których nasi pobratymcy często się nie stosują.

Czemu tak jest? Odpowiedź jest banalna: to najbliższa Polsce (i Rosji) miejscowość narciarska z jako-tako dużym terenem narciarskim i lodowcem.

Dla mnie jednak pozostaje zagadką, czemu nie przejechać 200km dalej na porządny, duży lodowiec z dobrze zróżnicowanymi trasami. Bo jeśli ktoś przejechał te 1000 czy 1200km, to kolejne 200 nie powinno zrobić chyba aż takiej różnicy?

A te 200km dalej, to prawdziwe Alpy: większe zróżnicowanie stoków, prawdziwie czerwone i czarne trasy, większe tereny narciarskie, więcej tras i wyciągów, mniejsze kolejki i większa kultura na stokach i poza nimi. Będę na pewno opisywał te miejsca.

A reasumując: odradzam Kaprun. Zamiast tego – pojedźcie w Alpy. Te prawdziwe.