nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


8 Komentarzy

Takie rzeczy tylko w Chile

Teraz modne są w mediach testy, pogromcy mitów i różne poważne programy rozrywkowe (np. Warsaw Shore), gdzie testuje się jak daleko człowiek może się posunąć w piciu wódki i takich różnych.

Żeby nie wypaść z obiegu, i utrzymać się w głównym nurcie mediów, zdecydowałem, że mój blog nie może być gorszy! Przewodnik LonelyPlanet pisze, że ponoć w Chile można rano pojeździć na nartach w Andach, a po południu poplażować nad Pacyfikiem. Prawda czy Fałsz? Mit czy Kit? Rzuciłem wyzwanie LonelyPlanet. Dość ściemy! W końcu czas sprawdzić, czy ta przereklamowana książeczka jest cokolwiek warta.

Na narty wybrałem El Colorado, nie byłem w nim jeszcze, ale El Colorado jest najbliżej położonym Santiago miejscem gdzie jest wystarczająco dużo śniegu aby pojeździć. Na plażowanie natomiast wybór padł na Laguna Verde nad Pacyfikiem, nieopodal Valparaiso słynącego z pysznego wina i wąskich, klimatycznych uliczek, jedynie godzinkę drogi od Santiago.

Dzień zaczął się wcześnie, ale standardowo. Dzięki mojej chorobie po zmianie czasu o 5 rano jestem już jak zwykle wkurwiony na nogach, a o 7:00 siedzę spakowany w batmobilu (patrz: poprzedni post). Dodatkowe wyposażenie auta stanowią tym razem: jeansy, klapki, polo i szorty plażowe. Jestem zmobilizowany i ukierunkowany na cel. W końcu pracuję w korporacji. Te cechy wyrobiłem w sobie do perfekcji.

Po około półtorej godziny szaleńczej gonitwy po serpentynach okazało się, że w El Colorado jestem… 40 minut przed otwarciem wyciągów i muszę poczekać. Okay. Czekam. 9. Zapinam dechy i jadę! Trasy. Poza kilkoma „boczkami”, poza trasą nie ma śniegu, ale uciecha przednia: bardzo mało ludzi, hasam sobie bokiem, tyłem, przodem, na głowie, jak kto woli. Mijają godziny. Wiem, że nie będę jeździł cały dzień, więc jest intensywnie. Bez przerw. Bez jakiegoś cholernego postoju na siku, albo że niby kolana siadają. O 13 jestem wypluty i nie mam siły już na nic. W dodatku mam żółte oczy, bo nie sikałem. Ale przecież nie przyjechałem tu dla przyjemności. O 13:30 po szybkiej kanapce siedzę w aucie. Czeka mnie trudne zadanie. Google pokazuje, że do Laguna Verde jest 170km i 3 godziny, ale wiadomo, że google nie do końca się zna. Po 2,5h szaleńczej jazdy, życiu na krawędzi i wyprzedzaniu na czwartego (i szybkim postoju na re-fill mojego batmobila), o godzinie 15:50 melduję się na plaży Laguna Verde nad Oceanem Spokojnym. Wieje bryza, fale uderzają o piaszczysty brzeg. Relaks.

Mit: podtrzymany. 

Oto dowody:

Godzina 10 rano, El Colorado

Godzina 10 rano, El Colorado, Andy

Godzina 16, Laguna Verde

Godzina 16, Laguna Verde, Ocean Spokojny

Uwagi:

1. Temperatura nad oceanem (jakieś 19 stopni) nie zachęciła mnie do założenia szortów i klapków.

2. Plaża była totalnie pusta, prawdopodobnie dlatego, że po pierwsze w Chile zaczęła się chyba szkoła, po drugie oficjalnie jest tu wciąż wczesna wiosna.

3. Sformułowania „szaleńcza jazda” użyłem aby podnieść dramatyzm (w mediach liczy się teraz adrenalina). W rzeczywistości mój Suzuki Jimny na autostradzie wyciągał 120km/h po równym, pod górę max stówkę, a z górki nie testowałem bo się bałem. (rozumiecie: luzy na kierownicy, poziom hałasu w przedziale pasażersko-bagażowym, dziwny stukot z dołu).


6 Komentarzy >

Felipe jest Brazylijczykiem. Nie udało mi się dotychczas zrozumieć kiedy Felipe przyjechał do Santiago, ani też jak długo zamierza tu zostać. Mieszka w hostelu w dzielnicy Provdencia, czym bardzo się szczyci, bo to lepsza dzielnica niż Bellavista w której mieszkam ja. W Brazylii Felipe ma ponoć biuro podróży, ale też nie udało mi się dowiedzieć czy je posiada, czy może dla niego pracuje, lub też pracował. W sumie nie jest to jakoś szczególnie istotne… Felipe ma wspaniały uśmiech, jest zjarany na heban, i imprezuje od wieczora do rana, co noc. Poznałem się z nim przedwczoraj, wysłał mi dziś SMS’a i poszliśmy napić się piwa… Zeby lepiej zrozumieć tę konwerację, musicie wyobrazić sobie bardzo mocny iberyjski/hiszpański akcent u Felipe…

Felipe: Hej Rafael, mam wspaniały pomysł!

Ja: ? (zaciekawiona mina)

Felipe: Jedźmy razem do Patagonii – tam się wspaniale jeździ na nartach – tak słyszałem!

Ja: Felipe, ale przecież ty nie umiesz jeździć na nartach…

Felipe (niewzruszony): Rafael, ty będziesz jeździł, a ja będę się bawił.

Ja: Felipe, jesteś Brazylijczykiem. Jest teraz tutaj 20 stopni, a Ty siedzisz w puchówce. W Patagonii jest dużo zimniej…

Felipe (wciąż niewzruszony): Rafael, wczoraj piłem piwo z Patagonii – było pyszne, w Patagonii musi być fajnie. Jedźmy tam!

Ja (z miną „WTF?!”): Felipe, ale to jest 2500km stąd. Będziemy jechać 3 dni w jedną stronę. Pojutrze mam samolot do Polski…

Felipe (z miną „o boże, co za sztywniak, zepsuł taką fajną zabawę”): Ok, już dobrze, dobrze… zapomniałem…

Podczas tej konwersacji miałem nieodparte wrażenie, że gdybym tylko powiedział „okay, Felipe, świetny plan. Teraz bierz plecak, za godzinę widzimy się u mnie pod hostelem”, to o ile po drodze nie wydarzyłoby się w życiu Felipe nic nieprzewidzianego (jak np. inny, jeszcze fajniejszy pomysł), to może nie za godzinę, ale za dwie, stawiłby się u mnie gotowy z plecakiem jechać do Patagonii, o której coś od kogoś usłyszał…

Takich ludzi jak Felipe spotykam tu codziennie. Ameryka Południowa jest naprawdę wspaniała… Zazdroszczę im tego luzu, tego braku zmartwień, wiecznej fiesty, uśmiechu i filozofii „no problem”…

Ja tak nie potrafię…

 


11 Komentarzy

Chile: kilka fotek

Zanim przejrzycie fotki poniżej – wczujcie się w klimat i posłuchajcie tego co ja codziennie…

Prosto z playlisty radia Disney, Santiago de Chile, 104.9FM: Carlos Baute! 🙂

 

To wnętrze mojego batmobila. Jest teraz jednoosobowy: żeby zmieścić moje narty - trzeba było złożyć wszystkie siedzenia oprócz mojego...

To wnętrze mojego batmobila. Jest teraz jednoosobowy: żeby zmieścić moje narty – trzeba było złożyć wszystkie siedzenia oprócz mojego…

Tak cieszyłem się kiedy pierwszego dnia serpentynkami dojechałem do pierwszego śniegu :-)

Tak cieszyłem się kiedy pierwszego dnia serpentynkami dojechałem do pierwszego śniegu na około 2000m  🙂

Zabawa na switchu...

Jazda „na switchu” – zabawa na stokach Valle Nevado… #uvex

Widok ze stoków wkoło Portillo. Góra na przeciwko - to już Argentyna, zbocze po prawej - Chile. Posterunek graniczny widoczny na dole po prawej.

Widok ze stoków wkoło Portillo. Góra na przeciwko – to już Argentyna, zbocze po lewej – Chile. Posterunek graniczny i kolejka aut do niego – widoczne na dole po prawej. Albo i niewidoczne. Ale jak się kliknie i powiększy – to widać.

Ach, ja to zrobię zawsze tę minę...

Ach, jak może wyjść fajna fotka, to ja zrobię zawsze jakąś głupią minę…

 

Nieważne kiedy spojrzysz w moje oczy, zawsze zobaczysz to... ;-)

Nieważne kiedy spojrzysz w moje oczy, zawsze zobaczysz to… 😉

 


21 Komentarzy

Przygoda w Portillo

Portillo. Wyciąg krzesełkowy. Obok mnie tubylec. Widać po ciemnej karnacji. Gapi sie na moje narty i głupio się uśmiecha. Patrzę na niego. Na plecach anty-lawinowy ABS a do nóg ma przypięte Salomon Q-115. Tak samo szerokie i (tutaj) nietypowe jak moje Rossi S7. Chyba kumam. Głupio się uśmiecham do niego. Zagaduję po angielsku. Nie. Po niemiecku. Nie. Wiedziałem że rosyjski niewiele zmieni i równie dobrze mógłbym próbować po kaszubsku. On tylko po hiszpańsku a w zasadzie po chilijsku. Zrozumiałem tylko że ma na imię Javier, pracuje w hotelu w Portillo i że dziś ma wolne. Chcę zagadać „może coś razem?”. Javier to akurat rozumie dobrze i kiwa z zapałem głową. Myślę sobie, że może jako „lokal” coś pokaże ciekawego. Dojeżdżamy. Javier pokazuje żebym jechał za nim. Jadę. Zjeżdżamy z trasy. Krótki trawers a potem wszystkie ślady prowadzą w lewo, a on gupek, w kamole największe, między skały chce dalej trawersować. Słabo to wygląda więc delikatnie oponuję. Javier wystawia białe zęby w szczerym uśmiechu, twardo pokazuje na kamole i coś mówi „Rafael, Rafael, cośtam-cośtam”. No dobra raz się żyje. Przeciskamy się jakoś. Dwa razy mam ochotę zawrócić ale jakimś cudem zostaję. Trzeba podejść jeszcze kawałek. Wdrapujemy się 10 czy 20 minut. Javier cały czas do mnie po chilijsku tokuje. Jestem na niego trochę zły. Chociaż może bardziej na siebie. Do czasu…

Po podejściu ukazuje się przede mną południowe zbocze otoczone skałami, 40 stopni nachylenia idealnego nietkniętego, mięciutkiego, dziewiczego, nieprzewianego puchu, przykrywającego wiosenny corn rozgrzany słońcem. Jest niesamowicie. Jazda jaka rzadko. Jedna z tych chwil, które pamiętasz do końca życia… Orgazm. Odlot. Obłęd. Przed włączeniem się na uregulowany stok Javier namawia mnie na postój. (Mamo nie czytaj dalej tej notki). Świeci nisko słońce. Jest pięknie. Andy są epickie. Javier wyciąga jointa. Częstuje. Spalamy. Chill. W dole zamarznięte jezioro. Słońce powoli zachodzi za górę. Javier milknie. Kiwamy głowami. Mamy w głowach ostatnie półtorej godziny. Niesamowity puch. Niesamowite widoki. Braterstwo. Dochodzę do wniosku że bez sensu mówić do Javiera po angielsku bo i tak nic nie rozumie. Więc zaczynam mówić po polsku. W języku Mickiewicza idzie mi jednak lepiej niż w języku Szekspira. „Dzięki Javier za ten zjazd. To było naprawdę dobre.” On kiwa głową. Rozumie. Na pewno rozumie. Za to właśnie kocham samotne wyjazdy na narty.

2014-08-17 10.57.21


4 Komentarze >

Plan na niedzielę: Portillo. Ponoć może coś popadać w nocy… Zobaczymy…
Będę jechał drogą w kierunku przełęczy Paso Internacional Los Libertadores, zwaną też Cristo Redentor – Chrystus Odkupiciel, do samej granicy z Argentyną.
Z dwudziestoma dziewięcioma serpentynami na niezwykle stromych wzniesieniach, jest to – jak twierdzi onet – jedna z najbardziej wymagających dróg na świecie.

IMG_9259.PNG

Trasa zaczyna się stromym podjazdem po chilijskiej stronie, około 50 km od miasta Los Andes, leżącego 70 km na północ od Santiago. Wkrótce potem rozpoczynają się serpentyny.
Pierwszych 20 „agrafek” pozwala pokonać ponad 4 km ze zmianą wysokości od 2275 m do 2550 m. Następnie droga wspina się łagodnie przez 2 km na wysokość 2650 m. Stąd, po przebyciu 5 km docieramy od chilijskiego posterunku granicznego na wysokości 2832 m – to najwyższy punkt przełęczy. Tutaj, w roku 1904 z okazji pokojowego rozwiązania sporu granicznego między dwoma krajami, odsłonięto 13-metrową statuę Chrystusa Odkupiciela. Dokładnie obok jest mój cel na jutro: Portillo.

Mam 4×4, a temperatury rano są na plusie, chociaż dziś powyżej 2500m było akurat trochę oblodzeń.
Trzymajcie kciuki, żeby moje małe Suzuki dało radę 😉

IMG_9260-2.PNG


Dodaj komentarz

Valle Nevado

Ostatecznie zdecydowałem się na Valle Nevado ze wzg na pogodę. Lampa full. Śniegu na tych kilkunastu trasach było pod dostatkiem. Ale jednak zjechać dalej od trasy chyba dziś nie dam rady. Dużo kamieni i skał – Chilijczycy też bardzo zdziwieni że ta zima była tak oszczędna ze śniegiem. Potraktujmy zatem to dziś jak rozgrzewkę. Adrenaliny za wiele dziś zatem nie było, może za wyjątkiem pokręconych serpentyn podczas dojazdu. Ponoć dojazd do Portillo jest jeszcze gorszy…
Za to przyjemność i endorfiny – pod dostatkiem. Trasy nieźle przygotowane, ludzi nie za wiele. Zero kolejek. Fajna przygoda. Pozytyw 🙂

IMG_9311.JPG

#uvex


Dodaj komentarz >

Santiago – wielkie, pięciomilionowe miasto u podnóża gór! Idziesz sobie jakąś ulicą a tu nagle – bach! Widok:

IMG_9251.JPG

Co moge polecic? Zgodnie z sugestiami – Pisco Sour. Wznoszę toast za siebie 😉 bo mam urodziny. Jedyne chyba w życiu trwające 30 godzin zamiast standardowych 24. Zaczęły się w Madrycie o północy naszego czasu a skończą o 6 rano (czyli o północy czasu Santiago). Salut! Życzcie mi wszystkiego najlepszego 😉

IMG_9253.JPG

Z czystym sumieniem mogę polecić też wołowinę (matko, jak ja kocham krowy!) – 250g pyszny stek – w przeliczeniu 20pln. (Czujecie?!) Ale co sie dziwic – Argentyna w linii prostej jest jakies 60km 🙂 Ameryka południowa to niesamowite miejsce dla miłośników krówek…

IMG_9252.JPG
Właśnie poznany Felipe – sympatyczny wytatuowany brazylijczyk, który przyjechał chyba do Chile na wyryw mówi, że on woli Valle Nevado, bo Portillo jest bardziej dla profesjonalistów i tam jest niebezpiecznie… Hmmm. Chyba wiem, gdzie jutro się wybiorę! 😉 więcej – jutro…