nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


1 komentarz

UVEX: letnia linia lifestyle

20160801_135701000_iOSO sportowych okularach narciarskich UVEX pisałem już tutaj. Tym razem mniej sportowo a bardziej lajfstajlowo – bo i taką linię okularów ma UVEX. Są idealne na lato, doskonałe jakościowo, w zgodzie z ostatnimi trendami, i w pełnej gamie kolorów. Warto dodać, że UVEX to europejska firma produkująca swój asortyment również w Europie.

Pełen katalog jest dostępny na stronie: http://uvex.com.pl/katalogi

Same okulary dostępne w sklepach internetowych i dobrych salonach optycznych.

 


4 Komentarze

Nowe narty – tanio w lipcu

20160714_105358137_iOS

chude jak patyki… ostatni raz miałem taką nartę w posiadaniu jakieś 15 lat temu…

Coraz więcej jeżdżę z córkami. Ostatnio w Zębie jak wariat na szerokich pozatrasowych Rossi Bandit. Zacząłem rozglądać się za szybką nartą w stylu – gigant / super gigant. Byłem we wszystkich skiteamach i paru innych sklepach narciarskich w Warszawie. Kiedy pytałem o narty-wyścigówki powyżej 180cm – sprzedawcy rozkładali ręce i pytali retorycznie „panie – ludzie się tak boją, kto by to kupił”. Pomijam już fakt, że taka narta w skiteamie kosztowałaby majątek.
Zajrzałem do sklepu Ski Race Center w Pruszkowie i po 30 minutach wyszedłem z Salomonem Lab X-race GS, 183cm długości. Jeździłem na czymś podobnym już tutaj i opisywałem jaka to fajna narta na trasę. Model sprzed dwóch sezonów, ale narta nowiutka. A cena? Dżentelmeni nie rozmawiają o kasie. Niech wystarczy, że kupiłem ją za około 25-30% ceny katalogowej (czyli z obniżką ponad 70%). Do tego super fachowy serwis. Dokręcili wiązania i już mam na czym bawić się po trasie 🙂 polecam z czystym sumieniem. Sklep ma jakieś umowy z Salomonem i Atomic’em i schodzą do nich niesprzedane wyścigowe narty z całej Polski. A lipiec jest całkiem niezłym miesiącem na takie zakupy 🙂


Dodaj komentarz

Prisma i narty

Jest środek lata a ze wzg na olimpiadę nie lecę na płd półkulę – więc nie jeżdzę, tylko siedzę nad książką. W przerwach sprawdzam co tam w necie. No i jest appka – nazywa się prisma – i przepowiadam, że na 2-3 tygodnie wygra ona internety. Zanim wszyscy się nią znudzą i zaczną hejtować, wrzucam kilka narciarskich fotek przerobionych prismą!

A lato w Warszawie wygląda tak 😉


16 Komentarzy

Jak wydać książkę-debiut?

Blank bookcover with clipping pathJak dziś wydać książkę-debiut?

Cóż… Są dwie drogi:

Pierwsza

Znaleźć profesjonalistę – czyli wydawnictwo. Przekonać go do tego, że dobrze i ciekawie piszesz, przedstawić gotową część książki i dokładny plan na resztę. Podpisać sensowną umowę gwarantującą honorarium, w tym zaliczkę i wpływy od sprzedaży. Skoro wydawca ma doświadczenie i skoro zainwestuje w ciebie i twoją książkę – to zależeć mu będzie na tym, by sprzedać jak najwięcej egzemplarzy. Zadba zatem o odpowiednią dystrybucję i jej dostępność w księgarniach, o reklamę, pozycję na półkach, spotkania autorskie, obecność w mediach i promocję książki.

Druga

Zainwestować parę tysięcy złotych, druknąć paręset egzemplarzy i już można chwalić wśród znajomych, że jest się pisarzem. Niestety druga droga kończy się sukcesem tylko w przypadku ułamka procenta wydanych książek. Brak znajomości zasad promocji i dystrybucji, odpowiednich kontaktów, umów z księgarniami, merchendisingu, itp, itd  kończy się w większości przypadków sprzedaniem parudziesięciu egzemplarzy przez internet i rozdaniem reszty wśród znajomych. Sukces na tej drodze osiągają nieliczni: z reguły ci genialni, nagrodzeni nagrodami pisarskimi. Wtedy księgarnie same chcą mieć ich książki, a ludzie – sami je kupować. Oni nie muszą więc nawet dbać o reklamę ani dystrybucję.

A ja?

Ja nie miałem wystarczająco dużo odwagi i pewności jakości swojego pisania – więc bardzo BARDZO chciałem inwestora: wydawnictwa, które uwierzy, że sprawa się opłaci i książka przyniesie zysk (również dla mnie). Profesjonalnej firmy, która najpierw zainwestuje, a potem zepnie wszystko od A do Z.

Odwiedziłem co najmniej pięć wydawnictw. Szukałem wśród tych najlepszych, największych w tym segmencie literatury, ale też mniejszych, niszowych, podróżniczych. Odpowiedzi jakie słyszałem były odmowne, ale jednak budujące. Np. „pisze pan świetnie, ale pana książka nie wpisuje się w kanon naszych tytułów” i inne – podobne. Jasne – wierzyłem trochę w siebie. Ale pewnie dzięki takim właśnie – miłym odmowom, a nie zwykłym „spieprzaj grafomanie” – było mi łatwiej próbować dalej. Były poprawki (tak naprawdę było cholernie dużo poprawek), były kolejne rozdziały, powstał dokładny plan na dokończenie książki i nienapisane jeszcze rozdziały, rozbudowane zostały bardzo znacząco istniejące treści. Powstała nawet analiza grupy docelowej czytelników.

Aż w końcu, po ponad półtora roku odmów, prób, spotkań i dyskusji, nadeszła ta chwila: MAM UMOWĘ Z WYDAWNICTWEM. Piszę!

O czym będzie książka? Zapewniam, że to NIE przedruk z bloga, i w ogóle z blogiem będzie NIEWIELE wspólnego. Inny styl, inne cele, inne tematy. Ale obiecuję, że wszystko będzie łączyło się z nartami.

Myślę, że do spełnienia marzeń i ujrzenia swojego nazwiska na półce – upłynie pewnie jeszcze grubo ponad pół roku. Ale i tak jest to dla mnie wielki dzień. Dzielę się więc tą radością z Wami!

 


4 Komentarze

Sezon 2016: fotostory, podsumowanie i 15 świeżych fotek

Tak jak obiecywałem – zrobiłem remanent na kartach pamięci. Dziś zatem podsumowanie tego co się wydarzyło w roku 2016. Piętnaście świeżych fotek. Żadna z nich nie była publikowana na blogu (mogły być czasem podobne), jest więc okazja z jednej strony do refleksji, a z drugiej do jakiegoś świeżego spojrzenia 😉

Na początek ostatnia podróż do Laponii. Na zdjęciu słynna "Brama Laponii" uformowana przez cofający się lodowiec. Po raz kolejny w tym sezonie miałem cholerne szczęście do pogody...

Na początek ostatnia podróż do Laponii. Na zdjęciu słynna „Brama Laponii” uformowana przez cofający się lodowiec. Po raz kolejny w tym sezonie miałem cholerne szczęście do pogody…

 

20160430_041222000_iOS

Wciąż jesteśmy w Laponii. Udało się nacisnąć spust migawki dwa czy trzy razy. Ale ten pierwszy strzał, niemal „z biodra” był jedyny celny… Na kolejnym Rudolf przeskoczył barierkę i zniknął sprzed maski…

 

Możecie wyobrazić sobie proporcję liczby momentów, kiedy spotykałem lisy, renifery, orły i łosie - w porównaniu do momentów kiedy spotykając je, miałem akurat pod ręką włączony ciężki aparat z długą lufą, by strzelić taką fotę jak ta... Nie przyjechałem tam w końcu, by robić zdjęcia...

Możecie wyobrazić sobie proporcję liczby momentów, kiedy spotykałem lisy, renifery, orły i łosie – w porównaniu do momentów kiedy spotykając je, miałem akurat pod ręką włączony ciężki aparat z długą lufą, by strzelić taką fotę jak ta… Nie przyjechałem tam w końcu, by robić zdjęcia…

 

20160502_120244000_iOS

To może nie helikopter. Ale to studwudziestokonny potwór, który dał nam masę radości i ślizgi po jeziore Vassijaure.

 

Cofam się w czasie... Marzec i niskobudżetowy wyjazd w Szwajcarskie Alpy. Może nie było adrenaliny, ale na pewno była radość, szybkość...

Cofam się w czasie… Fotka zrobiona w marcu podczas niskobudżetowego wyjazdu w Szwajcarskie Alpy. Może nie było adrenaliny, ale na pewno była radość, szybkość…

 

...i wspaniała pogoda! :-)

…i wspaniała pogoda! 🙂 #UVEX yeah!

 

20160227_095902639_iOS

Luty – to opisywana na blogu szeroko akcja #KapitanPlaneta a wraz z nią skitoury, nocleg i zjazd pozatrasowy w okolicach Morskiego Oka. Zdjęcie pokazuje pogodę podczas podejścia. Wiedzieliśmy dobrze, że warunki się pogorszą. Ale czy spodziewaliśmy się, że rano wiatr będzie tak silny, że będzie nas przewracał?

 

Dolinka za Mnichem. 1700-1800 m. Decyzja właśnie zapadła: zostajemy na noc. Wkopujemy się w śnieg a potem zaczynamy drążyć jamę.

Dolinka za Mnichem. 1700-1800 m. Decyzja właśnie zapadła: zostajemy na noc. Wkopujemy się w śnieg a potem zaczynamy drążyć jamę.

 

Marcin wziął piersiówkę i wieczór upłynął miło i całkiem szybko. Byliśmy mocno zmęczeni po wykopaniu jamy i szybko usnęliśmy. Nie mówcie, że nie wyglądam pociągająco w tym kokonie... Od tamtego momentu trwa dyskusja, jak bardzo się wtedy do siebie zbliżyliśmy, i czy mówić o tym publicznie...

Marcin wziął piersiówkę i wieczór upłynął miło i całkiem szybko. Byliśmy mocno zmęczeni po wykopaniu jamy i szybko usnęliśmy. Od tamtego momentu trwa dyskusja, jak bardzo się wtedy do siebie zbliżyliśmy, i czy mówić o tym publicznie…

 

Dwa tygodnie po powrocie do Japonii czekał na mnie wyjazd w Tatry do Zęba i cała masa radości i cholernej satysfakcji. Co prawda z zupełnie innego powodu, ale również chodziło o narty. Moje córki zasuwają po tym sezonie po czerwonych trasach i bardzo nieskromnie napiszę, że uważam, że znacząco się do tego przyczyniłem. Sami popatrzcie:

W połowie lutego czekał na mnie wyjazd w Tatry do Zęba i cała masa radości i prawdziwej satysfakcji. Moje córki zasuwają po tym sezonie po czerwonych trasach i bardzo nieskromnie napiszę, że uważam, że znacząco się do tego przyczyniłem. Sami popatrzcie: Rozgrzewka z tatą i wymachy rąk. Jak można się nie uśmiechnąć, patrząc na to zdjęcie?

 

Pierwsze ślizgi na orczyku.

Pierwsze ślizgi na orczyku.

 

20160214_083312765_iOS

Tata tłumaczy, a pilny student słucha

 

O Japonii pisałem już wiele. Najlepszy puch na świecie spowodował, że wróciłem tam po dwóch latach. I nie było rozczarowań. Na tej fotce rozstawiam shiroi-kabe. Czyli białą ścianę... ;-)

O Japonii pisałem już wiele. Najlepszy puch na świecie spowodował, że wróciłem tam po dwóch latach. I nie było rozczarowań. Na tej fotce formuję za sobą Howaitoshīrudo. Czyli białą tarczę… 😉

 

Treeskiing - jazda w drzewach. Jeśli ostatnie godziny po opadzie świeciło słońce lub wiał wiatr - warto wjechać do lasu: tam negatywne skutki jednego i drugiego są znacznie mniejsze... Puch jest miększy i bardziej puchowy. Tylko na drzewa trzeba uważać (Kuba!)...

Treeskiing – jazda w drzewach. Jeśli ostatnie godziny po opadzie świeciło słońce lub wiał wiatr – warto wjechać do lasu: tam negatywne skutki jednego i drugiego są znacznie mniejsze… Puch jest miększy i bardziej puchowy. Tylko na drzewa trzeba uważać (Kuba!)…

 

Ciężko wytłumaczyć co czujesz płynąc w puchu komuś, kto nigdy tego nie doświadczył... Puch to coś jeszcze bardziej płynnego i miękkiego niż woda - dlatego czasownik "płynąć" wydaje się pasować lepiej niż "jadąc". Ale to wciąż nie to...

Ciężko wytłumaczyć co czujesz płynąc w puchu komuś, kto nigdy tego nie doświadczył… Puch to coś jeszcze bardziej płynnego i miękkiego niż woda – dlatego czasownik „płynąć” wydaje się pasować znacznie lepiej niż „jechać”. Jestem pewien, że wrócę w to magiczne miejsce kolejny raz.

 

Podsumowanie

Nie wiem, czy kiedykolwiek zdarzył mi się tak udany sezon jak ten… Puch w Japonii, masa radości z córkami, emocje w Tatrach, szybkość i beztroska w Szwajcarskich Alpach, a na końcu dzicz w Laponii. Czego chcieć więcej? Chciałbym chyba aby wszystkie sezony w przyszłości były tak udany jak ten.

W kolejnym poście postaram się opisać swoje plany na przyszły rok 🙂

 

 


Dodaj komentarz

Średniowieczny film narciarski na serio!

Myślałem, że widziałem już wiele… Moja wyobraźnia jest jednak mizerna. Bo tego jeszcze nie było.

Kolesie śmigają na pozatrasówkach w zbrojach, z łukami i dzidami! 🙂 Przysięgam. Wszystko jest zupełnie na serio wpisane w fabułę jakiegoś królobójstwa w dawnej Norwegii, czy coś. Mógłbym iść do kina dla beki, ale chyba nie dam rady.

Poniżej parę screenów z trailera a na końcu sam trailer. Tytuł „Ostatni Król” / „The Last King”

20160510_080813000_iOS

20160510_080935000_iOS

20160510_080904000_iOS

20160510_080920000_iOS

Co będzie dalej? Deskorolki na księżycu? „Jak oni śpiewają” kręcone w kiblu albo pod wodą? Jakie formaty powstaną? Jak trzeba być pokręconym, by to wymyślić?

a Tu trailer:


Dodaj komentarz

Koniec sezonu i sekretny plan, który spalił na panewce…

img_2414Sezon się skończył. Definitywnie. A jeszcze tydzień-dwa temu myślałem, że da się coś zrobić, by oszukać wiosnę i zbliżające się nieuchronnie lato.

Miałem swój sekretny plan pt. „Ameryka Południowa”. Jeśli czytacie bloga, pamiętacie, że 2 lata temu w sierpniu poleciałem do Chile za 800PLN. Wtedy co prawda El Nino spowodował znacznie cieplejszą niż normalnie zimę w Andach, i opcje jazdy poza trasą były mocno ograniczone, ale obiecałem sobie, że wrócę do Ameryki Południowej i spróbuję szczęścia jeszcze raz.

Mój sekretny plan zakładał lot do Patagonii, do argentyńskiego Bariloche – jednej z perełek południowoamerykańskiej jazdy pozatrasowej na przełomie lipca i sierpnia. Nikomu nic o tym nie mówiłem, bo nie byłem pewny czy się spełni. Pozakładałem jednak alerty cenowe na skyscanner, na słowa kluczowe takie jak „Buenos Aires”, „San Paulo” i „Montevideo” na fly4free i czekałem, czekałem. Czekałem. Nic nie przychodziło. Po powrocie z Laponii, trochę zaniepokojony zacząłem szukać – przecież zawsze moje metody działały. Aż w końcu zdałem sobie sprawę, ze strasznej prawdy: Olimpiada w Brazylii na początku sierpnia. Nie będzie żadnej promocji. Nie dość, że loty już są wykupione i drogie, to pewnie zdrożeją jeszcze bardziej. Z mojego Bariloche nici w tym roku.

Cóż… trzeba czekać. I jak mawiał klasyk, trzeba „nie płakać, że to już koniec, ale cieszyć się, że w ogóle to się wydarzyło”. Bo sezon był cholernie udany. W ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni mam zamiar zrobić remanent i czyszczenie wszystkich kart pamięci. Myślę, że dzięki temu znajdzie się jeszcze parę fajnych fotek z ostatniego pół roku. Wrzucę je wtedy na pewno. Do zobaczenia…