nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Marki narciarskie

W ostatniej notce pisałem o Julbo i zostałem nawet zatytułowany „Panem Żilbo” w jednym z komentarzy. Również Was pozdrawiam, i idąc za ciosem chciałem bardzo krótko napisać o prawidłowej wymowie marek narciarskich. Anglosasi nie wymyślili narciarstwa alpejskiego i bardzo często te starsze marki wywodzą się z Włoch, Francji czy Niemiec. Żaden to wstyd nie wiedzieć, bo nie są one super popularne, ale jeśli zwracacie uwagę czy ktoś na Versace mówi „Wersejs“ – to wiecie, że zangielszczanie wielu marek jest błędem – i możecie być zainteresowani poniższym:

Julbo – [Żilbo z akcentem na ostatnią sylabę]: francuski producent gogli – pisałem już w poprzedniej notce: błędem jest wymowa „dżulbo”.

Rossignol – [Rossiniol – pewnie nikt nie popełnia tu błędu, pamiętajcie tylko, że tam nie ma litery „G“ – podobnie jak w wyrazie „Bolognese“]

Lange – [Len – wymowa angielska]: francuski producent butów należący do Rossignola, którego założycielem był Bob Lange – Amerykanin. Zatem  błędzie są Francuzi wymawiając tę markę „Lanż” (jak w „La Manche”) – a taką wymowę słyszałem mieszkając we Francji. Wymawiamy markę normalnie po angielsku, bez końcowego „E”.

Voelkl – [Felkl – w tym słowie nie ma nigdzie dźwięcznego „W“; jeśli nie urodziliście się w Niemczech to nawet jeśli będziecie bardzo się starać przy wymowie umlautu i tak nigdy Wam nie wyjdzie, więc możecie poprzestać na zwykłym „E“]: kiedyś niepopularny, a ostatnio mocno popularny niemiecki producent nart. Właścicielem Voelkla jest K2.

PS. na poprzednim blogu kolega Olbart zapytał o japońskie kurtki Descente. ja nie wiem. może ktoś zna prawidłową wymowę?


Dodaj komentarz

Konsultanci Eksperci Fachowcy

Chciałem przed Świętami kupić sobie gogle. Poszedłem do Adventure Sports w Galerii Kazimierz. Szukałem Rossi albo Oakley’ów, ale w sumie nie byłem przekonany co do modelu i marki. Chciałem dotknąć, założyć, popaczeć (rzecz dzieje się w Krakowie).

Grzecznie pytam czy mogę zobaczyć jeden, drugi czy trzeci model. Dostaję co chcę, lecz sprzedawca niemal uroczystym tonem, jakby właśnie miało spotkać mnie coś wyjątkowego, oświadcza: „mam jednak dla Pana coś znacznie lepszego”. Chwila pauzy. Czuję, że zaraz stanie się coś wspaniałego. Napięcie rośnie. W końcu mówi: „DŻULBO. Mają zdecydowanie najlepszą optykę. W doskonałych cenach. To klasa sama w sobie.” Uśmiecha się z satysfakcją. Z oczu bije pewność siebie i ekspertyza.

Patrzę na gościa pytająco, bo nie do końca wiem czy myślimy o jednej marce. Słyszałem kilka razy o Julbo: to Francuzi i szczególnie we Francji są popularni (nazwę czyta się „żilbo” z akcentem na ostatnią sylabę). Ale nie chodzi przecież o wymowę­ – każdy może się pomylić. Julbo zawsze było dla mnie marką niszową. Nie jestem jakimś koszmarnym markowym koneserem, ale mimo wszystko wydaje mi się, że Rossi (na rynku sto lat) nie wciśnie mi kitu, nie rozkleją się po pół roku używania, nie będą mieć zniekształceń, itd. Być może Julbo też. Po prostu nie wiem. Nie znam się. Dzielę się wątpliwościami, lecz w słyszę kolejne zapewnienia, że Julbo jest po prostu najlepsze. Na moje kolejne wątpliwości przybiega drugi, bardziej agresywny pan z odsieczą zasypując mnie lawiną faktów:

-Kinga Baranowska wchodziła w nich na K2

-Używają ich himalaiści

-To najlepsze gogle na rynku

-Zdecydowanie najlepsza optyka

-Doskonała ergonomia i wspaniały dizajn

Ze spokojem mówię, że rozumiem, nawet może wierzę, ale szukam raczej gogli z wymienną szybą: jedna ciemna na słońce, a druga biała lub bardzo jasno żółta na mgłę/śnieg. Sprzedawcy są strapieni, bo chyba to całe Julbo nie ma takiego modelu. Nagle jeden wpada na pomysł:

-Ale tu jest najwyższy model Julbo: ma fotochromy. Ściemniają się na słońce i rozjaśniają na mgłę!

Biorę do ręki. W sklepie panuje raczej półmrok, a na pewno warunki dalekie od stoku pokrytego śniegiem, ale szyba gogli jest mimo to ciemnobrązowa. Powtarzam cierpliwie, że te fotochromy to chyba w ograniczonym zakresie i raczej ten zakres jest na jasne słońce, a ja szukam też rozwiązania też na mgłę i śnieg. Sprzedawca jest zrozpaczony. Zaczyna przykładać je do oczu i mówić, że przecież wcale nie są takie ciemne. I powtarza jak mantrę, że mają najlepszą-najlepszą optykę. Julbo-Julbo-Julbo-Julbo.

Mam wrażenie, że jeden sprzedawca – ten przyjaźniejszy zaraz się rozpłacze i zacznie mnie prosić żebym kupił cokolwiek od Julbo. A ten mniej przyjazny, od Kingi Baranowskiej, da mi po ryju jak zdecyduję się na nie-Julbo. Powiedziałem, że nie mam kasy i nic nie kupiłem. Bałem się dostać po ryju, bałem się, że mnie wyśmieją albo zbluzgają. A tak chciałem fajne gogle.

Ja naprawdę rozumiem, że Panowie z Adventure Sports są na dużej prowizji od tego całego Julbo. Ale czy NAPRAWDĘ nie znają umiaru? Utarło się dziwne przekonanie, że kupując w dedykowanych sklepach narciarskich otrzymacie fachową poradę. Miejcie więc ten przykład w pamięci, gdy czytacie wywiady w których zachęcają Was do kupowania tam, bo tylko tam są „prawdziwi eksperci”. Pamiętajcie na jak wiele fachowości możecie liczyć w sklepach narciarskich.

I jeszcze jedno: czy naprawdę uważacie, że w przypadku nart lub butów (a nie tylko gogli) Panowie z Adventure Sports polecą mi *naprawdę* to co dla mnie najlepsze?

I nie liczcie, że w innych sklepach jest lepiej.


1 komentarz

Salomon/Atomic bujają, a Onet: gulp, gulp, gulp…

Z coraz większą uwagą przyglądam się PR’owi firmy Amer Sports – właścicielowi marek Salomon i Atomic. Recz idzie o technologię, którą Salomon/Atomic nazywają „rocker” czyli bujak.

W wielkim skrócie, jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście: zdaniem Salomona i Atomica jeśli narta będzie miała kształt bujaka – to nawet na trasach będzie łatwiejsza w nauce, bardziej skrętna, da lepszą kontrolę podczas dużych prędkości w przechyleniu, etc. etc. Po prostu taki kształt narty to rzekoma rewolucja i panaceum na wszystkie problemy. Wydaje się, że celem jaki upatrzył sobie Salomon/Atomic jest wręcz zakodowanie w głowach narciarzy, że „nowinka techniczna” o nazwie „rocker” jest absolutną koniecznością dla każdego kto jeździ, i że firma chce aby narciarze pytali się nawzajem: „masz TE narty z rockerem czy te stare”? I tak dalej. Abstrahując w ogólne od mojego zdania na temat posiadania rockera lub jego braku, abstrahując od tego, że pomysł wcale nie jest nowy i ma ponad 10 lat (vide: Volant Spatula), abstrahując od tego co mówią inni producenci i tego, że moim zdaniem nie da się myśleć w kategoriach mieć/nie-mieć rockera, bo rocker wcale nie jest zero-jedynkowy – chcę pokazać coś dużo groźniejszego.

Otóż coraz więcej serwisów narciarskich wrzuca na swoje strony teksty, recenzje i wywiady nieopatrzone nigdzie komentarzem o lokowaniu produktu i materiale marketingowym. Zobaczcie na przykład tę perełkę z onetu:

http://narty.onet.pl/sprzet/andrzej-osuchowski-o-technologii-rocker,1,5324392,artykul.html

i identyczny „wywiad” z narty.pl:

http://www.narty.pl/tresc-artykulu/artykulu/wywiad-z-andrzejem-osuchowskim-o-technologii-rocker-w-narciarstwie.html

i kolejny taki sam „wywiad” tym razem ze skionline.pl:

http://www.skionline.pl/sprzet/osuch-o-technologii-rocker,newsy,5298.html

Zwróćcie uwagę: nigdzie nie ma nazwiska ani nawet podmiotu, który wywiad przeprowadził. Najlepszy polski freerajder opowiada nam natomiast o tych wszystkich zaletach rockera. Cały artykuł skupiony jest na rockerze, gwiazdor „mimochodem” wspomina kilka razy markę Salomon, ale głównie rzucają się w oczy odsyłacze do strony rockerski.pl – wydawałoby się jakaś niezależna strona promująca rocker? Sami nazywają siebie „bazą wiedzy na temat rozwiązania rocker”. Nie jest napisane kim są, nie są podane żadne nazwiska, żadna nazwa firmy/organizacji. Stawiam dolary przeciw orzechom, że to brzydki, marketingowy potworek firmy Amer Sports promujący tylko swoje brandy: Salomon i Atomic. Nie łudźmy się. Tu nie ma żadnej niezależności. Większość ludzi nie wie nawet że te dwie marki to żadna konkurencja, i że to jeden i ten sam właściciel, ale w ich głowach rodzi się schemat: „Mmmhmmm. Czyli ten rocker naprawdę jest świetny. Promują go >>wszyscy<< producenci. Ta >>baza wiedzy<< jest naprawdę niezależna”. I o to chodzi. Ciemny lud to kupi. Biznes się kręci.

Czy można mieć pretensje do Salomona czy Atomica, albo ich właścicieli, że próbują wszelkimi dostępnymi środkami wrzucić swój marketingowy pomysł do umysłów ludzi i wygenerować miliony euro zysku? Średnio. Firma może nie działa do końca etycznie, ale wydaje się, że wszystko jest w granicach prawa.

Czy można mieć pretensje do człowieka, że swoim nazwiskiem promuje sponsora? Wyobrażam sobie, że kolega jest po prostu bardzo zadowolony, że znalazł sponsora. Jeśli Ty czy ja żylibyśmy z nart i dostalibyśmy bogatego sponsora, to czy na pewno zachowalibyśmy się inaczej? Wątpię. (a przy okazji: trzeba oddać szacun człowiekowi: super jeździ)

A więc: pół biedy gwiazdor, pół biedy firma. Zdecydowanie największe pretensje trzeba mieć do redaktorów za to, że przepuszczają takie teksty bez właściwego oznaczenia/komentarza. I to przede wszystkim *ich* zachowanie należy napiętnować.

Artykuł 36 paragraf 3 prawa prasowego mówi wyraźnie:

„Ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób nie budzący wątpliwości, iż nie stanowią one materiału redakcyjnego.”

W portale narciarskie wlewany jest hektolitrami marketingowy szajs i nikt nie protestuje, bo media w kryzysie: jeśli ktoś zapłaci, da redaktorom darmowe narty albo zaprosi chociaż na gratis testy – trzeba pisać! Bez krytycyzmu. Bez zająknienia. Broszura reklamowa + copy + paste = artykuł! Hej! Jest content, są gratisy, i nie trzeba się narobić! Cieszymy się! A że czytelnikom robi się wodę z mózgu… Cóż. Któżby tam się przejmował czytelnikami… Sam Grzegorz Miecugow wyjaśnił to przecież nam wszystkim użalając się nad mediami, że to my – odbiorcy jesteśmy debilami, a media tylko się do nas dostosowują.


5 Komentarzy

Zawartość plecaka i sprzęt

Generalnie nie jestem gadżeciarzem ani onanistą sprzętowym, ale ponieważ było od Was wiele pytań (uśmiech) dotyczących zawartości mojego plecaka i sprzętu jakiego używam – otwieram się przed Wami niczym książka z której możecie wszystko przeczytać i opisuję niniejszym cóż takiego wożę ze sobą na freerajd…

zawartość plecaka

zawartość mojego plecaka

A ZATEM:

Typowy freerajdowy plecak Rossignol „na jeden dzień”. Pojemność: 35 litrów. Ma mocowanie do nart po obu stronach i wbudowaną osłonę na kręgosłup: tzw. „żółwia”, wygodny, szeroki pas biodrowy, a sam jest stosunkowo wąski i nie krępuje ruchów rękami (np. do tyłu) podczas jazdy. Czemu nie jest to plecak lawinowy z ABS? Ano dlatego, że przeżyłem koszmarne problemy z przewozem ABS’a samolotem (ma w sobie małe ładunki pirotechniczne). ABS’a wypożyczam zatem na miejscu jeśli istnieje taka potrzeba.

Trzy-antenowy detektor lawinowy Backcountry Access Tracker2. Wielokrotnie przetrenowany i obtestowany (również na czas). Sygnalizuje odległość i kierunek do zasypanej ofiary na wyświetlaczu LED. Czemu wybrałem staroświecko, wręcz topornie wyglądający LED? Po pierwsze w przeciwieństwie do wyświetlaczy LCD – diody LED są widoczne bez problemów w najjaśniejszym słońcu, po drugie w ekstremalnym zimnie LCD naprawdę wolno działa, powoli przełączają się w nim kryształy – co może dać zafałszowany wynik i przedłużyć akcję poszukiwawczą, a LED zawsze reaguje natychmiast bez względu na temperaturę. Tracker2 jest kompatybilny ze wszystkimi detektorami na rynku – działa na częstotliwości 457 kHz.

Lekka aluminiowa łopata BCA ze zdejmowanym trzonkiem. Łopata w plecaku to sprawa kluczowa. Śnieg w lawinisku jest bardzo często zbyt zbity aby efektywnie kopać rękami czy nartą: łopata to jedyny ratunek dla zasypanych, pomijając nawet czas kopania łopatą w porównaniu do innych metod. A wg. różnych badań kopanie śniegu rękoma, o ile w ogólne możliwe, jest przynajmniej pięć razy wolniejsze od kopania łopatą. Jeśli założymy, że łopatą wykopiemy wysondowanego kolegę w 10 minut – to rękoma zajmie nam to 50 minut, a kolega dawno się udusi. Kolejna ważna sprawa: łopata nie może być plastikowa, bo się złamie.

Lekka, aluminiowa sonda lawinowa Ortovox o długości 240 centymetrów. Posiada systemem szybkiego montażu umożliwiający złożenie w ciągu kilku sekund. Warto nauczyć się nią dobrze posługiwać i odróżniać zakopany plecak od skał, kamieni ale też np. od kosówki rosnącej pod śniegiem – co już nie jest wcale trywialne. Nic więc nie zastąpi treningu sondą w terenie.

Latarka / czołówka BlackDiamond Spot posiadająca dwa rodzaje diod LED: skupione z zasięgiem 70 metrów oraz rozproszone bliskiego dystansu. 70 lumenów i ponoć aż 200 godzin czasu pracy na bateriach. Mam ją od niedawna na awaryjne sytuacje, po różnych nieciekawych przygodach na Alasce.

Kamera: GoPro Hero HD2. Czasem wożę dwie takie kamery (i od razu podziękowania za pożyczanie drugiej: Bartek, Filip – dzięki!). Klipsy do montowania kamery: na kasku (dwa) i narcie (dwa). Naprzemienne ujęcia z dwóch kamer są o wiele ciekawsze i dają się fajnie montować.

Porcja energii: czasem żelowy baton energetyczny, czasem żel w saszetkach, czasem zwykła czekolada. W dzikszym terenie może przydać się kilka porcji na zapas.

Raki BlackDiamond: półsztywne, lekkie, aluminiowe, 10 kolców. Nie nadają się co prawda na chodzenie po kamieniach czy piargach – ale na lodowiec albo zmrożony śnieg są idealne, a przy tym są dużo lżejsze niż stalowe. W terenach takich jak puch czy głęboki śnieg zamiast raków – foki pod narty.

Folia termiczna NRC: odbijająca promieniowanie cieplne – w sytuacjach ekstremalnych chroni przed szokiem termicznym, zapobiega wychłodzeniu i hipotermii. Pamiętamy na pewno wszyscy – w warunkach zimowych: srebrny kolor *do wewnątrz*.

Sucha ciasna czapka ZARA (do założenia zamiast kasku) i suche skarpetyMarks&Spencer. No dobra, żartuję. To nie blog Kasi Tusk. Producent czapki i skarpet: nieznany.

Telefon/GPS/zapasowy kompas: Apple iPhone w pancernej obudowie Otterbox Defender. Z reguły podstawowa aplikacja to MotionX GPS z załadowanymi mapami topo terenu w którym jeżdżę. Nie zastąpi jednak na pewno papierowej mapy. Przydatny również jako gadżet: np. rejestrator prędkości i trasy albo jako kolejna kamera/aparat. Sam moduł telefonu przydaje się w Tatrach czy Alpach. W bardziej dzikich terenach jest raczej bezużyteczny i niezbędna jest krótkofalówka.

Buff. Zawsze dogryza mi Bartek jak widzi jak w nim biegam. W sumie, to przez buffa na głowie chyba wstydzi biegać się ze mną, bo Bartek jest bardzo trendy a ja w buffie wyglądam jakbym utknął w okolicach roku 1988. A po co buff na freerajd? Np. zamiat kominiarki podczas jazdy w prawdziwym puchu. Albo zamiast szalika. Albo czapki. Poza tym mój buff, to buff sentymentalny kupiony daleko za kołem podbiegunowym w Laponii – lubię go! Nawet jak macie swojego Bartka, który się z Was śmieje: polecam Wam buffa.

Zapasowa, zewnętrzna bateria do telefonu/GPS’a. Pojemność 2000 mAh. Daje jeden pełny charge iPhone’a (no może w zimnie prawie pełny). Tego również nauczyło mnie doświadczenie: ta bateria jest absolutnie krytyczna i zawsze naładowana. Niestety ciężka: waży prawie pół kilo.

Zegarek Suunto Vector wyposażony w kompas i wysokościomierz barometryczny (a więc znacznie dokładniejszy niż GPS), z dużym czytelnym wyświetlaczem. Kupiony dobre 8 lat temu i używany z powodzeniem i dużym pożytkiem. Należy tylko pamiętać o porannej kalibracji wysokościomierza, a będzie dawał niezawodne odczyty przez cały dzień bez fluktuacji i niepewności wskazań: dzięki niemu można odnaleźć właściwą sobie poziomicę na mapie w kilka chwil.

Mapa topograficzna: idealnie w skali 1:25k, ewentualnie 1:50k. Inne skale – raczej bezużyteczne.

Nieduży nóż szwajcarski. Trzeba pamiętać o wyjmowaniu z plecaka przed przelotem samolotem.

Power Tape: zastosowanie wydaje się oczywiste do np. przerwanej kurtki/spodni, sklejenia plecaka, etc. Co ciekawe kolega-przewodnik zastosował ją na mnie samym, kiedy używałem pożyczonych butów do ski-turów, które zaczęły mnie obcierać: ważne wtedy, aby użyć taśmy zanim pękną bąble i zejdzie naskórek: jest wtedy szansa na w miarę bezbolesną kontynuację podejścia. Power Tape może pomóc też w sytuacjach krytycznych od opatrunków, przez konstrukcję usztywnień do ratowania życia włącznie.

Do tego jakieś picie, prowiant i chyba tyle…


Dodaj komentarz

Systemy lawinowe: passive czy active?

Dziś będzie o systemach pozwalających wykryć człowieka pod lawiną. Dla każdej osoby wypuszczającej się poza trasę – taki system jest absolutnie obowiązkowy. Systemy można podzielić na dwie grupy: aktywne i pasywne.

Systemy aktywne to nadajniki lawinowe na baterie (inne nazwy: beacon, pieps, transceiver, tracker; ale nie „beeper”). Nadajnik włączamy jeszcze w domu przed wyjściem a wyłączamy po powrocie. Nadajnik musi nosić każdy członek ekspedycji – zakładamy go pod polar, na bieliznę. W przypadku zejścia lawiny i potrzeby użycia / odnalezienia zasypanego kolegi – wszyscy pozostali członkowie przełączają nadajniki w tryb „rescue”. Wtedy nadajnik staje się narzędziem ratunkowym: widzimy na nim odległość i przybliżony kierunek do zasypanego. Podążając opracowanym (i wcześniej wyćwiczonym) algorytmem jesteśmy w stanie zlokalizować ofiarę w ciągu kilku minut. Sondowanie i odkopanie to z reguły też nie więcej niż kilka minut zakładając że wozimy ze sobą sondę i łopatę.

Należy podkreślić, że w przypadku zasypania lawiną niezwykle istotny jest czas: około 80% ludzi odkopywanych w ciągu 15 minut od zejścia lawiny przeżywa. Dla porównania: jeśli czas odkopania przedłuża się do 30 minut – przeżywalność spada do 20%. Dzieje się dlatego, bo większość ludzi dusi się po około 20 minutach od przysypania, kiedy otaczający ich twarz śnieg wysyci się dwutlenkiem węgla z wydychanego powietrza.

Ponieważ czas jest tak istotny – do używania systemów aktywnych potrzebny jest trening. O szkoleniach lawinowych w których poruszana jest prewencja i ocena śniegu, sposób oceny prawdopodobieństwa zejścia, ale również właśnie ratownictwo, ćwiczenia z poszukiwania, etc. – napiszę osobną notkę, a na teraz powiem tylko, że oznaką szczególnej ignorancji jest noszenie na sobie nadajnika, którego nie umiemy efektywnie używać podczas akcji ratowniczej. Jeśli nawet nie uczestniczyliśmy w szkoleniu – absolutne minimum to testy na „sucho” z dwoma nadajnikami, z których jeden zakopany jest w nieznanym dla nas miejscu, a my staramy się go zlokalizować ze stoperem w ręku.

Ceny podstawowych nadajników z jedną anteną zaczynają się od 800PLN. Warto jednak zainwestować w nadajnik z trzema antenami, jest niewiele droższy a dużo precyzyjniej pokazuje kierunek do zasypanego. Najlepsze (i jednocześnie dość drogie) nadajniki oprócz nadawania pozycji, informują też czy ofiara ma podstawowe funkcje życiowe (bicie serca, ruch płuc) – wtedy, o ile posiadamy kompatybilne urządzenie, w przypadku kilku zasypanych kolegów możemy zdecydować kogo szukamy pierwszego, a dla kogo nie ma sensu już się spieszyć. Takie nadajniki kosztują około 1500PLN.

Okay – tyle na temat systemów aktywnych. Jak jest z systemami pasywnymi?

Pasywne systemy lawinowe to niewymagające zasilania płytki wszyte w odzież, odbijające w specyficzny sposób fale radiowe na określonych częstotliwościach. Sztandarowym twórcą takiego systemu jest firma Recco. Detektory pasywnych systemów lawinowych Recco są drogie, nieporęczne i w zasadzie niedostępne dla użytkownika końcowego. W takie detektory wyposażone są przede wszystkim służby ratunkowe, które po przybyciu na miejsce są w stanie zlokalizować zasypanych.

Czy w takim razie należy kupować odzież z Recco?

Cóż… Będzie subiektywnie: w mojej opinii – system nadaje się doskonale do poszukiwania zwłok. Czemu? Od powiadomienia o zejściu lawiny odpowiednich służb, poprzez wejście do śmigłowca, przelot, odnalezienie lawiniska, wylądowanie, dojście do lawiniska, odszukanie zasypanych aż do czasu ich odkopania – mija z reguły co najmniej kilkadziesiąt minut jeśli nie godzina. A jeśli nie ma pogody na śmigłowiec – to wiele godzin.

Jeśli więc zależy Wam, aby Wasze zwłoki zostały odnalezione w lawinisku w ciągu godzin a nie kilku dni – powinniście zdecydowanie zainwestować w kurtkę z płytką Recco.

Na koniec jeszcze jeden: osobisty „system” lawinowy – zasłyszany od kolegów zajmujących się profesjonalnym wykopywaniem ofiar. Może zdarzyć się, że lawina przysypie nas, ale wokół głowy wytworzy się kieszeń powietrzna pozwalająca nam przetrwać dłużej niż wspomniane 20 minut. Jeśli słyszymy nad sobą odgłosy ekipy ratunkowej, a tym bardziej jeśli dociera do nas szczekanie psa – warto po prostu zsikać się w majtki. Możecie się teraz śmiać, ale wiedzcie, że dla nosa psa-ratownika zapach naszych przesikanych majtek to bezcenna wskazówka – i dzięki temu nasze szanse na szybszą lokalizację istotnie rosną. To NIE jest żart – i takich wskazówek nie przeczytacie na pewno w Malemenie. Należy może tylko dodać, że przy dłuższym przebywaniu pod śniegiem z kieszenią powietrzną – to hipotermia staje się głównym zabójcą, a przesikane majtki sprzyjają dalszemu wychładzaniu się organizmu. Nie ma również żadnych oficjalnych badań na temat korelacji przesikanych majtek i czasu odkopania z lawiny. Sikajmy zatem z rozsądkiem, i dopuśćmy tę opcję do rozważań szczególnie gdy na powierzchni słyszymy psa.

Podsumowanie

Rocznie w samych tylko Alpach ginie pod lawinami średnio 60 freeriderów. Jedynie niewielki procent ginie od obrażeń, a zdecydowana większość dusi się pod śniegiem. Wielu z tych ofiar dałoby się zapobiec dzięki używaniu porządnego sprzętu. Nie daj się zabić: podejdź do sprawy odpowiedzialnie. Przed zjazdem z trasy wypożycz albo kup nadajnik i naucz się go porządnie używać.

Jeśli takie tematy na temat sprzętu są dla Was interesujące – zachęcam do komentarzy: w którejś z kolejnych notek chętnie opiszę i porównam popularne w Europie plecaki lawinowe ABS oraz popularny w Stanach system Avalung.


1 komentarz

Kasina Wielka: powyżej oczekiwań!

Będzie pozytywnie. Rodzinna miejscowość Justyny Kowalczyk przyciągnęła mnie ubiegłej zimy po sugestii kolegi z pracy. Czas dojazdu z Krakowa: 40-50 minut. Cudowna pogoda, trzaskający mróz (-20), lampa, i… PUSTKI. Kiedy dojechałem pod wyciąg przed dziewiątą rano w sobotę, parking był praktycznie pusty, i większość krzesełek wjeżdżała na górę pusta.

Nie miałem akurat ze sobą boazerii, więc musiałem skorzystać z obleśnej wypożyczalni w której cały wybór ogranicza się do dwudziestu sztuk carverów Salomona o długościach w przedziale około 160cm (hehe, dawno nie jeździłem na zabawkowych nartkach). Na taki sprzęcior planuję wsadzić pewnie swoje półtoraroczne córeczki i nie jest to może mój szczyt marzeń – ale okay, w końcu nie jestem w Garmisch-Partenkirchen. Nie napinam się, biorę co jest i gnam na wyciąg.

Krzesełko jak krzesełko – nie ma co opisywać za wiele. Jeździ, nie zacina się, przy wsiadaniu nie wali za mocno w tyłek. Skipass też działa.

Trasy są dwie: jedna płaska, druga troszkę bardziej stroma, wzdłuż słupków na wyciągu. Zjazd-wjazd, zjazd-wjazd, zjazd-wjazd. Zjazd czerwoną wzdłuż wyciągu trwa może ze dwie minuty i nie musisz się zatrzymywać. Ale ważne: jeździsz bez czekania, bez tłoku w kolejce, na dobrze przygotowanej, ubitej trasie. Jest wystarczająco stromo, żeby jechać niemal dowolnie szybko. Świeci słońce. Pęd powietrza zatyka ci usta. Na stoku: pusto.

Jest… hmmm…. FAJNIE!

I nie zrozumcie mnie tylko źle: nie sugeruję tutaj, aby mieszkańcy Tyrolu i Gryzonii wsiadali w swoje be-em-we i gnali po tysiąc kilometrów na weekend do Kasiny! NIE! Wszystko musi mieć swoją perspektywę. A moja perspektywa, to perspektywa koleżki, który budzi się o siódmej rano w sobotę w Krakowie, do dwunastej nie ma żadnych konkretnych planów, patrzy za okno: a tam nie dość, że w nocy dopadało, to jeszcze słońce wychodzi. Wobec braku sensownej alternatywy – wsiada w auto i po 40 minutach jest pod wyciągiem.

I z takiej perspektywy Kasina Wielka NAPRAWDĘ jest okay. Polecam.

R.