Zobaczcie jakie skarby wyciągnąłem ostatnio ze starej, nieotwieranej piwnicy!
Polsport Epoxy 3230
krawędzie tępe i zardzewiałe, ale ślizgi niezłe!
Ni mniej, ni wiecej, tylko Polsport Epoxy model 3230 dł. 180cm, 77-60-72 z wiązaniami Beta. Promienia wtedy nie podawano, ale jako że taliowanie istnieje (toż to prawie carvingi!) – oceniam, że przekracza 20 metrów i to grubo – a zatem Moi Drodzy wg. współczesniej klasyfikacji mamy tu do czynienia z prawdziwymi gigantkami!
Jeździłem na nich jakieś 22-24 lata temu! Gwarantuję Wam, że narty te zaznały emocji i prędkości wcale nie gorszych niż moje obecne Rossi.
Powodowany sentymentem, bardzo chciałbym się jeszcze na tym sprzęcie przejechać. Należy się to mnie, należy się to samym Epoxom. Bo jeśli tylko przedmioty wyposażone są w duszę lub Manitou – to gdyby te Epoxy dostały świeży smar i ostre krawędzie, gdyby mogły poczuć jeszcze choćby raz śnieg, prędkość i przeciążenia w zakretach – myślę, że spełniłbym ich największe marzenie… Myślę, że jestem im to winien…
Ogłaszam zatem start projektu „Epoxy Reaktywacja 2014”. Będę Was informował na bieżąco!
Dziś kolejny z cyklu postów „jak zostałem szafiarką”. W poprzednim sezonie o tutaj komentowałem zawartość swojej torebki/plecaka, a dziś porozmawiamy o szczególnym rodzaju membrany: tkaninie Gore-tex wynalezionej przez Wilberta Gore jeszcze w latach 60.
Jeśli istnieją ludzie odporni na marketing – to uważam, że zaliczam się do nich. Zanim kupię jakikolwiek kosztowny produkt – staram się zawsze odsiać papkę, sprawdzić co w produkcie jest dobre dla mnie, porozmawiać ze znajomymi których uważam za ekspertów, poczytać. Podobnie było z porządną membraną. Zanim zacząłem używać Gore-texu – do Wisły napadało dużo śniegu. Moje obawy budził nie tylko sam marketing.
Po pierwsze nie byłem pewien czy Gore-tex będzie wystarczająco oddychający lub wystarczająco wodoszczelny i wiatroszczely. Połączenie tych dwóch cech było dla mnie trudne do wyobrażenia. Myślałem, że albo zaparzę się w Gore-tex niczym w foliowym płaszczu przeciwdeszczowym w lecie, albo że nie będzie on naprawdę wodoszczelny. Podczas deszczu ze śniegiem tradycyjna kurtka narciarska z kiepską membraną namaka jak pampers moich córeczek, po nocy poprzedzonej zawodami „kto wypije więcej wody”. Po dwudziestu minutach przebywania w takich warunkach, taka pielucho-kurtka zaczyna być ciężka i przestaje chronić od wiatru – i wtedy robi sie naprawdę zimno, nawet gdy temperatura jest powyżej zera.
Po drugie na rynku istnieje sporo Gore-texów nieocieplonych. Zastanawiałem się, jak wpłynie to na mój ubiór, jakie dodatkowe warstwy powinienem założyć i czy jest sens kupować warstwę podobną do foliowej ceraty.
Czy te wszystkie argumenty nie podważają sensu kupna Gore-texu? Cóż… Okazało się, że rzeczywistość jest sporo lepsza od moich obaw.
wodoszczelne suwaki, duże wywietrzniki pod pachami, spory kaptur, szelki przy spodniach i dużo-dużo kieszeni wszędzie…
Używam obecnie dwóch Gore-texów (i jak przystało na prawdziwą szafiarkę – prezentuję obok jak wygląda Gore-tex na sobie):
Po pierwsze: lekko ocieplone spodnie Rossignol. Generalnie jestem dość odporny na chłód, więc dodatkowa bielizna pod spodnie ponad standard (czytaj: kalesony) jest dla mnie zbędna w 95% przypadków. O założeniu kalesonów myślę dopiero, gdy temperatura spadnie poniżej 20-25 stopni poniżej zera.
Po drugie: nieocieplona kurtka norweskiej firmy Missing Link. Pod kurtką bielizna sportowa i polar. To dość lekki ubiór i generalnie przy niższych temperaturach (poniżej -10) bez wysiłku fizycznego robi się szybko zimno – więc dobrym rozwiązaniem jest wrzucenie do plecaka jakiegoś dobrego izolatora – np. Primaloft. Jeśli jedziecie długo na nieosłoniętym krzesełku, zatrzymaliście się na jedzenie/odpoczynek przy podchodzeniu ski-turowym, albo czekacie dłużej na helikopter – założenie takiego izolatora na ten czas + pierwsze 5 minut wysiłku jest idealnym rozwiązaniem (o primaloft napiszę zresztą osobną notkę).
W obu przypadkach mój Gore-tex sprawdza się idealnie: jest wodoszczelny, wiatroszczelny a jednocześnie oddycha – przepuszcza na zewnątrz pot w postaci pary wodnej. Duże suwaki w kurtce pod pachami pozwalają bardzo szybko zmniejszyć izolację od wiatru i ochłodzić się w razie potrzeby.
Na koniec kilka rad, na co zwrócić uwagę przy kupnie Gore-texu:
Sprawdźcie czy odzież posiada oryginalne metki Gore-tex. Gore-tex jest sprawdzony i w testach wypada zasadniczo lepiej niż membrany uznanych firm outdoorowych np. North Face czy Marmot.
Zastanówcie się ile ocieplenia potrzebujecie. Niech grubość ocieplenia będzie waszym świadomym wyborem, a nie konsekwencją np. ładnego koloru jednego z modeli.
Sprawdźcie szczegóły: np.
ilość zewnętrznych i wewnętrznych kieszeni (są Gore-texy dla wspinaczy które nie mają kieszeni na ręce),
czy suwaki pod pachami są wodoszczelne i czy da się je szeroko otworzyć z obu stron,
czy kaptur da się założyć na wasz kask,
czy spodnie mają szelki, i przedłużony kołnierz z tyłu chroniący nerki i zapobiegający wsypywaniu się śniegu
Podejście w Møre og Romsdal, Norwegia, kwiecień 2013. Zielono-niebieski nieocieplony Gore-tex alpinistyczny Sweet Protection, i klasyczny czerwony, również nieocieplony Missing Link.
Z pozoru wydawałoby się: dziwny temat. Co szczególnego może być w kijach do freeride czy do turów w porównaniu do zwykłych kijków? A jednak!
Różnic jest kilka – zarówno przy wyborze kijów jak i w ich użyciu. Jeśli dopiero zaczynacie przygodę z freeridem czy z turami – warto przeczytać ten tekst. Od czego zacząć?
Talerzyki
Niezależnie od tego, czy tylko zjeżdżasz poza trasą, czy oprócz tego podchodzisz – potrzebujesz czegoś, co zatrzyma się w kopnym śniegu i da ci oparcie. Zatem wszelkiego rodzaju talerzyki o średnicy kilku centymetrów możesz zostawić w domu. Potrzebujesz czegoś większego – minimum 10-12 centymetrów średnicy. Jazda poza trasą to nie zabawa po ubitym, gdzie przy skręcie w zasadzie nie wbijasz kijka. W jeździe poza trasą bardzo często kijek musi dać potrzebne wsparcie, musisz być w stanie się na nim oprzeć.
Jazda z kijkiem ze zbyt małym talerzykiem
Na zdjęciu obok jadę bez freeride’owych talerzyków: kijek zanurzył się w śnieg dobre 50 centymetrów i oparł dopiero na skale. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, mimo skałek wkoło. Kupcie sobie duże talerzyki, gdy chcecie mieć lepsze oparcie niż ja na fotce.
Teleskop
Przydatną sprawą przy turach są kije rozkładane teleskopowo: dzięki zmiennej długości możesz rozłożyć je do podejścia (wygodnie mieć o 10-20cm dłuższe), i złożyć do normalnej długości do zjazdu. Nawet gdy nie chodzisz na turach, przy zjeździe poza trasą mogą zdarzyć się długie, płaskie fragmenty gdy trzeba biec na zjazdowych nartach stylem łyżwowym – czasem po kilka kilometrów. Wtedy do biegu łyżwą również znacznie wygodniej i wydajniej rozłożyć sobie kije na 20cm dłużej. Kolejna zaleta teleskopu, to możliwość złożenia i przyczepienia do plecaka.
Uchwyt pod rękojeścią
Drugi uchwyt, nazywany często „drugi grip” – przydaje się podczas zygzakowania na turach i w trakcie trawersów. Wtedy kijek który jest wyżej łapiemy pod standardowym uchwytem – za grip, a kijek który jest niżej normalnie. Przy zmianie kierunku zmieniamy chwyt kija.
Taśma na nadgarstek
Taśma na nadgarstek została wymyślona chyba po to, aby po kilku piwach przy zjeździe po trasie, kiedy kijek wypadnie nam z ręki – nie został na stoku i nie trzeba było po niego podchodzić. Cóż. Mi nie wypadają kijki z ręki.
Jednak we wszystkich lawinowo-ryzykownych sytuacjach podczas podejścia, i cały czas podczas zjazdu – nadgarstek NIE MOŻE być przełożony przez taśmę. Powody są co najmniej dwa: po pierwsze – jeśli złapie cię lawina: musisz kijów się pozbyć natychmiast. Kije zaczepione do rąk to niepotrzebne obciążenie i ograniczenie ruchów, a statystyki pokazują, że osoby które pozbędą się wszelkiego sprzętu mają większe szanse znaleźć się na górze lawiny po jej zatrzymaniu. Po drugie: jeśli podczas zjazdu z dużą szybkością koniec kijka zaklinuje się np. między skałami czy gałeziami, to założona na nadgarstek taśma bez większych problemów wyrwie ci bark ze stawu. Nigdy nie miałem takiej kontuzji, ale kolega opowiadał, że jest mocno nieprzyjemna – więc chyba nie chcesz jej doświadczać…
Niektórzy moi koledzy jeżdżący poza trasami, po kupnie kijów obcinają taśmy na nadgarstek. Cóż. Być może nie byłbym aż tak radykalny: taśma przydaje się np. podczas transportu nart i kijów. Należy jednak kategorycznie pamiętać o jej nieużywaniu podczas zjazdów poza trasą.
Przygotowania do wyjazdu do Norwegii – na finiszu: dziesiątki kilometrów biegiem – pokonane, video „łowienie ryb – nie tylko dla orłów” – obejrzane, anoraki – kupione ;-), a tymczasem wrzucam tu drugi z cyklu postów o sprzęcie turowym – tym razem o wiązaniach.
Wiązanie turowe ma spełniać podstawową zasadę: do podejścia musi dać przełączyć się w tryb z ruchomą piętą (tak jak w narcie biegowej), a do zjazdu ruchoma pięta musi dać się zablokować i pozostać nieruchoma.
Jakie wiązania turowe są dostępne na rynku?
klasyczne, szynowe, zwane także: półkowe albo skrzynkowe. Charakterystyka: bezpieczniki takie jak w wiązaniach zjazdowych, wepniemy w nie każdy, nawet typowo zjazdowy but. Posiadają normalną regulację wypięć z przodu i z tyłu. Podczas wywrotki przy podejściu, narta nie ukręci nam kolana, tylko bezpiecznie się wypnie. Wadą jednak jest stosunkowo duża masa.
wiązania TLT. Do niedawna zarezerwowane dla wyczynowców i zawodników, a kilka lat temu trafiły pod strzechy dla amatorów. Charakterystyka: niezbyt bezpieczne – nie mają tyle płaszczyzn wypięcia co klasyczne wiązania, przy podejściu blokuje się przednie wiązanie, w związku z czym, jeśli mamy pecha, przy wywrotce podczas podejścia narta ukręci nam kolano. Brak możliwości regulacji przedniej sprężyny to poważna wada, no i są niezbyt wygodne we wpinaniu, bo oblodzony but może stanowić poważną trudność we wpięciu bolców z przodu wiązania. Bardziej skomplikowane w obsłudze – ale za to ultra-lekkie. Ważą mniej niż połowę tego co wyżej opisywane wiązania szynowe.
No to jakie wiązania wybrać?
Wiązania TLT Dynafita
Jeśli potrzebujemy wiązań tylko do wchodzenia, jesteśmy fanatykami minimalnej wagi, a wygoda zapięcia czy bezpieczeństwo schodzi na drugi plan – wtedy zapewne wybierzemy wiązania TLT / pinowe, gdzie króluje Dynafit. Podobnie wybierzemy TLT, jeśli szykujemy się na jakiś ekstremalny trawers alpejski trwający wiele dni, kiedy liczy się każdy gram ekwipunku. [uwaga z roku 2018: to jest post z roku 2013 – przez 5 lat sporo się zmieniło na rynku wiązań – na dole artykułu jest aktualizacja]
Jeśli natomiast trochę podchodzimy, ale również sporo zjeżdżamy, a zatem oprócz skituringu liczy się freeride, bezpieczeństwo i masa wiązania nie jest aż tak super-krytyczna – wtedy najpewniej wybierzemy wiązanie szynowe – zapewne Diamir, Silvretta bądź Marker. Wiązanie szynowe to również lepszy wybór dla początkujących turowców: po pierwsze łatwiej je zapiąć, po drugie można ustawić przedni bezpiecznik na szybkie/łatwe wypięcie w razie wypadku i nie obawiać się o swoje kolana.
Wiązania szynowe wybiorą również prawdziwi alpejscy zabijacy freeride’owi. Ci którzy robią dropy po paręnaście metrów, jeżdżą w strefach „no fall” – nie mogą pozwolić sobie na przypadkowe wypięcie nart – dla nich fabryczne ustawienie przedniego bezpiecznika w wiązaniu pinowym będzie zbyt luźne.
A może adaptery ski-tourowe do wiązań zjazdowych?
Adapter turowy BCA
Rzeczywiście – istnieje coś takiego. To najtańszy sposób na podejście na nartach przy założeniu, że posiadamy komplet zjazdowy. Zdecydowanie jednak odradzam go do dłuższych podejść. Często jest tak, że wjeżdżamy wyciągiem, i aby zjechać z fajnej górki w kopnym śniegu – trzeba troszkę podejść: do takich krótkich podejść (moim zdaniem nie więcej niż 20-30 minut) nadają się właśnie adaptery. Działa to tak: w wiązanie zjazdowe wpinamy adapter, a w adapter wpinamy but. Adapter to po prostu zawias, dzięki któremu uzyskujemy ruchomą piętę tak jak w narciarstwie klasycznym. Do dłuższych podejść adaptery się nie nadają: ograniczona regulacja kąta oparcia buta, luzy między butem a adapterem, niemożliwość dopięcia harszli, zwiększona waga, zmniejszona stabilność – dyskwalifikują to rozwiązanie do „poważnego” ski-touringu.
A co to są harszle?
Harszle Markera
Po polsku nazywane czasem nożami, po angielsku: knives lub ski crampons, po niemiecku: harscheisen. Harszle to noże do lodu przyczepiane do wiązań turowych pomagające zapobiegać zsuwaniu się narty do tyłu na twardych, lodowych powierzchniach.
Harszle nie są obowiązkowym ekwipunkiem narciarza turowego – ale są sytuacje, kiedy mogą się przydać. Zakładamy je do nart, gdy jest twardo i dość stromo, ale jeszcze nie aż tak stromo, że narty trzeba przyczepić do plecaka i wyjąć raki i czekan.
Na tury zacząłem chodzić jakieś 5-6 lat temu, ale ponieważ chodziłem raczej rzadko – sprzęt z reguły pożyczałem. Jeśli nie jesteście zdecydowani, lub nie chodzicie zbyt często – tak jest taniej. Poza tym możecie przetestować sobie różny sprzęt i wybrać swój ulubiony. Jeśli jednak jesteście pewni, że ski-touring to coś co Was pociągnie dalej, macie już pewien ogląd na sprawę i jakieś doświadczenie w temacie – warto zastanowić się nad kupnem swojego sprzętu…
Chciałbym więc napisać serię postów o ski-touringu i sprzęcie turowym (komentowaliście wcześniej jeszcze na blogu „nanarty”, aby tak zrobić). Niniejsza notka jest pierwszą, z cyklu która będzie o tym traktować. Sezon na tury w zasadzie się dopiero rozpoczyna, albo co najmniej jest w pełni – więc myślę, że jakoś się wpiszę w czas i kontekst.
Dziś rzecz będzie o fokach. Foki to nic innego jak kawałki materiału które przyklejamy na spód narty, mające włos skierowany w jednym kierunku. Dzięki temu nartę można z niewielkim oporem ciągnąć po śniegu do przodu, pod górę, ale nawet przy całkiem sporej stromiźnie narta nie będzie się zsuwać do tyłu. Nazwa „foki” pochodzi od foczego futra które było niegdyś stosowane w tym celu. Po angielsku foki to „skins” – i tego nie znajdziecie w żadnym słowniku.
Naklejanie fok na narty
Jak dzielimy foki ze względu na materiał:
nylonowe – bardzo trwałe, ale wolne: tzn. stawiają znaczny opór przy ciągnięciu narty w górę
moherowe (hehe) – bardzo szybkie, ale mało odporne na uszkodzenia mechaniczne – szczególnie jeśli decydujemy się zjechać kawałek bez zdejmowania fok – powinniśmy bardzo uważać na kamienie jeśli mamy założone moherowe foki.
nylonowo-moherowe – rozsądny kompromis między trwałością a szybkością. Sam takich używam obecnie.
A który rodzaj jest dla kogo? Które są najlepsze? Cóż: jeśli jesteś doświadczonym tour-skierem, jesteś przed jakimś poważnym trawersem czy wycieczką która zajmie kilka dni – to na pewno nie czytasz mojego poradnika dla początkujących, bo sam wiesz dobrze co wybrać. I pewnie wybierzesz czyste mohery.
Jeśli natomiast głównie zjeżdżasz, czasem decydujesz się na podejścia, nie jesteś fanem touringu i chcesz jedne foki na kilka lat – kup nylonowe.
Jeśli trochę już podchodzisz, rozwijasz się w tym kierunku, wybierasz się w coraz dłuższe trasy – pewnie mix nylonowo-moherowy jaki mam ja – będzie dla Ciebie dobrym kompromisem.
Do samego materiału na foki musisz dokupić: zaczepy na przód nart i haczyki na tył, siatkę do naklejania fok i ich przechowywania, przewiewny i wytrzymały futerał. Są dostępne foki bez tylnych zaczepów (wtedy można je stosować do różnych długości nart) ale niezbyt je polecam: foka powinna trzymać się wtedy na kleju, ale przy długim podejściu tył będzie się odklejał, namoknie, potem zamarznie, nie będzie się chciał kleić i komfort podejścia będzie niższy.
Foki możesz kupić wstępnie przygotowane, lub „z metra”.
z metra: szczególnie jeśli dużo chodzisz, foka się zużywa, a zaczepy możesz użyć wielokrotnie – kup „z metra”, wyjdzie taniej, chociaż foki mogą być troszkę gorszej jakości
pół-gotowe: z reguły zaczepy z tyłu są już przymocowane, trzeba tylko dostosować długość, dokręcić przednie zaczepy i dociąć. Wyjdzie trochę drożej, ale z reguły mamy już w komplecie pokrowiec, siatkę, nóż do cięcia i zaczepy.
A jak jest z szerokością foki? Foka nie powinna zakrywać krawędzi nart i być od nich odsunięta na przynajmniej 1-2mm z każdej strony. Jeśli zatem nie zamierzamy docinać fok – musimy kupić foki 3-4mm węższe niż nasza narta w talii. Foki nie trzeba wtedy docinać, ale w szerokich miejscach narty – foka będzie tylko wąskim paskiem – a co za tym idzie – nie będzie tak dobrze „trzymać”, czyli narta będzie bardziej podatna na przesuwanie się do tyłu na stromiznach.
Zdecydowanie lepiej kupić więc zbyt szerokie foki które potem docinamy dokładnie do swoich nart.
Ciekawy materiał o docinaniu fok Black Diamonda możecie obejrzeć tutaj:
Jaka jest cena fok? Niestety nie są tanie: jeśli kupujesz z metra – musisz liczyć się z ceną nawet ok 1 PLN za centymetr – czyli nawet 400 PLN na dwumetrowe narty. Jeśli kupujesz gotowe – to koszt 500-600PLN, ale masz wszystko w komplecie.
Gorąco polecam kupno fok w dobrym górskim sklepie, gdzie po pierwsze wiedzą jak to przechowywać, aby klej nie wysechł, nie spłynął i gdzie towar schodzi im na bieżąco, w dużych ilościach.
Mamy na rynku super urządzenia: ipady, iphone’y, androidy. Urządzenia z wyświetlaczami wysokiej rozdzielczości i wyposażone w GPS i kompas – wydawałoby się, że powinny z powodzeniem być w stanie zastąpić papierowe mapy a nawet je przebić przy uprawianiu freeride czy turów. Dzięki GPS i kompasowi – lokalizacja na mapie byłaby przecież dużo łatwiejsza, szybsza i nie wymagała umiejętności zorientowania mapy. Wyświetlacz wysokiej rozdzielczości pozwala na wyświetlanie mapy z taką ilością szczegółów jak papier. Obudowy wodoodporne na te urządzenia pozwalają na obsługę ich w warunkach padającego śniegu, deszczu, również gdy urządzenie wypadnie w śnieg – nie powinno mu się nic stać.
Czy zatem można olać papierową mapę przy eskapadach poza trasę? Czy samemu używam tych urządzeń?
Hmmm. Moim zdaniem – jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Z kilku powodów:
Pierwszy to: MAPY. Mamy możliwość korzystania z dwóch rodzajów map: topograficzne wektorowe ze źródeł takich jak np. OpenCycleMap – dobrą aplikacją jest tutaj MotionX GPS – pozwala ściągać taką mapę offline. Można też swoją papierową mapę wskanować i skalibrować w aplikację typu Bit Map (odpowiednik Ozi Explorera).
Niestety oba rozwiązania są słabe: wektorówka topo nie ma wystarczającej ilości szczegółów, jest mało dokładna, w skrajnych przypadkach może zabraknąć na mapie jakiegoś małego urwiska, skał czy jaskini. Zaś wskanowana mapa przy powiększeniu 1:1 pokrywa zbyt mały obszar, a przy oddaleniu jest mało czytelna. Jeśli jesteśmy naprawdę daleko od utrzymanych tras (i nie mówię o miejscach takich jak Tatry, gdzie w zasadzie osoba która zna je dobrze może zostawić mapę w ogóle w domu), i korzystamy z mapy 1:25000, potrzeba nam całkiem sporego obszaru, aby zaplanować dobrze a potem zweryfikować trasę podejścia czy zjazdu.
Drugi problem: liczy się ROZMIAR (jak zawsze). Ekran telefonu jest zbyt mały, żeby pokazać w sensownej skali wystarczająco duży obszar mapy – nawet gdy jest to Samsung Galaxy. A przy rozmiarach typu iPad Mini, Samsung Note czy większych – jest niewiele lepiej z wielkością dostępnego obszaru na mapie, a zaczyna już być problem ze schowaniem urządzenia do kieszeni. Chowanie go do plecaka przy każdym zajrzeniu w mapę również jest dyskwalifikujące. Papierowa mapa bez problemu chowa się do kieszeni i w kilka sekund rozkładamy ją do pożądanego rozmiaru, bez odpinania pasów biodrowego i barkowego, zdejmowania plecaka, otwierania go i włączania urządzenia i aplikacji.
Trzeci problem: BATERIA. Bez problemu zniesie kilka godzin używania GPS, ale raczej nie więcej. Przy jeździe przez cały dzień – pod koniec może być znaczący problem z baterią, szczególnie jeśli używamy urządzenia również do robienia fotek, filmów, rejestracji trasy/szybkości, czy rozmów telefonicznych.
A co musi się stać, żeby zacząć używać urządzeń mobilnych i zostawiać mapę w domu? Moim zdaniem przede wszystkim muszą powstać dobre wektorowe mapy ze szczegółami odpowiadającymi rastrowym mapom 1:25000. Zakładam, że takie mapy nie będą za darmo, ale ludzie wybierający się w teren na tury czy freeride zapłacą za dobre i dokładne mapy topograficzne.
Czy zatem zostawiam swojego iPhone’a w plecaku? Nie. Traktuję go jako uzupełnienie. Jak już mówiłem, aplikacja MotionX rejestruje trasę, prędkości – i robi to nieźle. iPhone zapakowany w pancerną obudowę Otterbox jest odporny na śnieg czy deszcz. Ale póki co – to jednak jest tylko gadżet i nie widzę opcji, aby mógł zastąpić w pełni starą, dobrą papierową mapę.
screenshot: Bit Map (kompatybilny z mapami z Ozi Explorera) – zeskanowane mapy rastrowe:
Pisałem już o marketingowych potworkach Salomona i Atomica na temat rockera tutaj. Tamten tekst dotyczył w zasadzie nieuczciwości samych redaktorów i portali narciarskich, tym razem jednak chciałbym napisać coś więcej o samym rockerze.
Na różnych modelach z rockerem jeżdżę od roku 2005 – czyli od 8 lat, więc na początku nie wiedziałem do końca o co im chodzi, że rocker to „nowość” i „przełom”. Przede wszystkim obie pary moich osobistych Rossi, a poza nimi inne narty poza trasę które testowałem od NAPRAWDĘ wielu lat: np. K2, Dynastar czy Salomon – miały/mają wszystkie konstrukcję rockera. Jak pisałem w poprzedniej notce na ten temat – profil rockera poza trasę wprowadził Volant Spatula 12 lat temu i żadna to nowość ani przełom.
Chcąc przekonać się samemu o co kaman, pożyczyłem zatem ostatnio tak często wybrandzlowanego „nowego” rockera od Salomona na trasy, model: Enduro RX800. Taki akurat był dostępny. Na początku chcę zastrzec (gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – hehe), że jestem choć jeżdżę trzydzieści lat, to jestem takim małym misiem i bardzo daleko mi do Alberto Tomby czy sióstr Tlałek. Opisuję więc swoje prywatne, subiektywne odczucia z jazdy, które niekoniecznie muszą zgadzać się z oficjalną linią producentów i sponsorowanych przez nich zawodników.
Do rzeczy! Wpiąłem się i jak to dziś w modzie na stokach – rozkraczyłem się niczym Jenna Jameson za swoich najlepszych czasów: nogi szeroko, tyłek wypięty, ręce z przodu (tylko głowy za siebie nie odwracałem). No i przejechałem się kilka razy po ubitym, gibając się jak p*****ny rezus: to w prawo to w lewo. No i co? I co? Jak spisał się ten „nowy” rocker? Hmmm. No ja się nie znam. Ale dla mnie to zwykła, przeciętna, normalna narta carvingowa na trasę, jak dziesiątki innych. Narta skręca łatwo – wystarczy się trochę przechylić, można jeździć jak po szynach: bez problemu, bez uślizgiwania krawędzi. No ale dokładnie tak samo się jeździ na zwykłej slalomowej krótkiej narcie carvingowej. Autentycznie – nie widzę żadnej różnicy.
Nie można na tym jeździć ani specjalnie szybko i nie masz kontroli przy większych prędkościach – bo narta za krótka (168cm), nie pojeździsz poza trasą – bo za bardzo taliowana (78mm pod butem). Ot, zwykły, normalny carving. Bez żadnego przełomu, i bez rewolucji – to na pewno. A dla mnie – małego misia – praktycznie bez różnicy.
Ktoś powie: „ale w pucharze świata używają rockera więc musi być dobry”. Okay. Ten argument kupuję. Tylko, że ja niestety:
nie wyczuwam różnicy w smaku między 30-letnim a 12-letnim Chivas Regalem
nie słyszę różnicy w kablach stereo z CD do wzmacniacza między takimi pozłacanymi za półtora klocka a takimi za pięć złociszy z MediaMarktu
nie czuję również różnicy między zwykłą krótką slalomką na trasy sprzed 3 lat – a taką z rockerem z tego sezonu. Taki już ze mnie plebejczyk, cham i burak. Nie twierdzę, że nie ma ludzi którzy poczuliby różnicę! Absolutnie. Jestem wręcz pewien, że tacy się znajdą. Ja niestety (stety?) do nich się nie zaliczam. Zaryzykowałbym nawet tezę, że wśród czytelników tego bloga również nie znajdą się tacy, którzy wyczuliby różnicę, gdyby rockerowe i nie-rockerowe narty na trasę zakleić im czarną taśmą i kazać poznać na ślepo. Ale tego nigdy nie sprawdzimy, nawet jakoś zacznie się pienić, że by potrafił. No przysięgam: nie ogarniam całego szumu wkoło rockera.
Napisałem, że nie ogarniam? Hmmm. Może powinienem raczej napisać „nie popieram”, bo jednak raczej ogarniam o co chodzi producentom, sklepom sportowym i wszystkim sponsorowanym przez nich ludziom. Otóż ich zdaniem: „Masz przestarzałe narty bez rockera? Wymień! Kup nowe! Wyrzuć stare! Potrzebujesz rockera! Potrzebujesz naszych nowych nart! Potrzebujesz wydać pieniądze! TERAZ!”
I chyba to jest dobre podsumowanie o co chodzi z tym rockerem. Nie dajcie się wkręcać innym. Również tym, co „wypróbowali i uwierzyli”. Czasem sami nie wiedzą, że rocker ich buja!
Na zakończenie mój alaskański edit na rockerach K2 Dark Side:
Pięć lat temu napisałem poradnik robienia fotek i filmów narciarskich GoPro i był to jeden z częściej odwiedzanych postów na tym blogu. Jest jednak rok 2018. Po takim czasie post jednak mocno się zdezaktualizował: wyszły nowe kamery, nowe gadżety, nowe oprogramowanie. Czas zatem napisać go od nowa.
Dzisiaj na trasach i poza nimi wielu narciarzy używa kamer sportowych. Bardzo niewielki procent z tych filmów da się przekuć na ciekawy amatorski edit. Większość ludzi kręci monotonne filmy z głowy i potem albo nie chce im się tego montować, albo wręcz nie ma za bardzo co montować. Mam trochę doświadczenia z najpopularniejszą kamerą na rynku – GoPro – i chciałem się nim trochę podzielić. Jeśli macie ochotę przeczytajcie moje rady dotyczące GoPro.
Wybór modelu i dodatkowego wyposażenia
Gopro Hero Session
Jeśli – jak ja – szukacie dobrego balansu cena-wydajność, polecam:
Nie ma sensu kupować najdroższych dostępnych modeli GoPro (w szczególności modeli kręcących w rozdzielczości 4K – takich jak HERO6, których cena zbliża się do 2 tysięcy)
Nie ma sensu kupować żadnych pilotów, baterii, ekranów, etc.: sporo kosztuje, a nie ma żadnego przełożenia na jakość filmów.
Nie kupujcie uprzęży na tułów (monotonny obraz)
Zamiast tego wszystkiego – kupcie nie jedną drogą a DWIE małe i tanie kamery GoPro Hero4 Session (znane również jako Hero Session). Wiem: bez gadżetów które odradzam, będzie trudniej ustawić kąt albo trudniej włączyć nagrywanie, ale efekt po montażu filmu z dwóch kamer bez gadżetów będzie powalająco lepszy niż z jednej z gadżetami. Cena nowego modelu Hero Session to obecnie około 600 PLN. Mała kamera jest lżejsza a przez to wygodniejsza, ale też bezpieczniejsza w użyciu, jeśli montujesz ją np. na kasku (czemu bezpieczniejsza? przeczytaj tutaj czemu Michael Schumacher leżał w śpiączce przez rok)
Poza standardowym wyposażeniem, gadżet jaki polecam to mocowanie na kijek. Niestety Chińczycy jeszcze nie zrobili zamiennika – kiedy piszę te słowa dostępny jest tylko oryginał za około 90 PLN.
Oczywiście cały powyższy opis dotyczy sytuacji, w której liczycie się z kasą. Jeśli budżet macie nieograniczony – kupcie trzy kamery GoPro Hero6 Black, i wszystkie dostępne mocowania, baterie, ekrany LCD, WiFi, piloty itd. To wszystko na pewno są fajne gadżety. Wydacie pewnie osiem tysięcy.
Mocowanie
mocowanie na kijek narciarski
Sposób mocowania jest kluczowy. Pamiętajcie, że przydługie ujęcia z głowy są zwyczajnie nudne i trzeba je przeplatać z innymi. Warto zatem pomyśleć nad następującymi mocowaniami:
Do kasku warto przykleić sferyczne adaptery na wsuwany klip. Osobiście preferuję ujęcia z przodu kasku, a nie z góry, ze świadomością, że ciężko wtedy zsunąć gogle na kask. Z góry kasku gorzej widać narty, a na dole ekranu wchodzi w kadr fragment.
Na nartę warto przykleić płaskie adaptery w dwóch, ew. trzech miejscach: blisko czubka (kamera skierowana do tyłu na nas), blisko wiązania przed butem (do przodu), blisko wiązania za butem (do tyłu). UWAGA: nie liczcie że standardowy klej 3M na adapterach wytrzyma mocowania na narcie. Kamera na pewno urwie się po kilku zakrętach. W najlepszym wypadku będziecie sfrustrowani podchodzić po nią pod górę, w najgorszym będziecie mieć o jedno GoPro mniej. Zapomnijcie o klejeniu super-glue i podobnymi sztywnymi wynalazkami. Ja użyłem elastycznego kleju Sikaflex 292i do montowania barierek na statkach. Mega wytrzymały, elastyczny, nie boi się wody i temperatury. Myślę że teraz klips jest nie do oderwania. Wadą montażu na narcie jest przekręcanie się kamery do góry podczas przeciążeń, nawet przy ekstremalnie mocnym skręceniu śruby mocującej. Wydaje się, że powinien pomóc jakiś stały element doklejony do tylnych drzwi kamery opierający ją na narcie – będę to jeszcze testował i dam znać. Przy mocowaniu na narcie ważne aby pamiętać o założeniu silikonowej blokady wypięcia z adaptera. Zapobiegnie ona samoczynnemu wypięciu kamery z adaptera podczas wibracji.
Kolejne dobre mocowanie to mocowanie na kijek narciarski. Moje kije są teleskopowe i rozsuwają do 150cm, ale nawet ze standardowych dla mnie 135cm długości jakich używam, da się robić sensowny film i fotki. Nawet gdy nie mam zamontowanego GoPro – od kilku lat na jednym z kijków mam przymocowany na stałe uchwyt do GoPro – w niczym on nie przeszkadza. Trzeba tylko raz na parę dni sprawdzić czy nie poluzowały się śruby mocujące. Deskarze, zamiast kijka narciarskiego mogą kupić monopod (na allegro ceny zaczynają się od kilkudziesięciu PLN)
Dobrze dać jedną kamerę kumplowi, który jedzie tuż za tobą, a drugą nagrywać np. z głowy lub z kija i przeplatać te dwa ujęcia. To doda filmowi dynamiki.
Konfiguracja kamery
Konfiguracja kamery: najlepsze tryby to 1440-30 oraz 960-60
Zdecydowanie polecam używanie trybu innego niż szerokokątny (tzn. bez litery „W” – Wide), który nie ucina góry i dołu. Najlepsze tryby moim zdaniem to:
1440@30fps, oraz
960@60fps
W wymienionych trybach dostajecie szeroki kąt we wszystkich kierunkach. Wybierzcie 60 klatek na sekundę jeśli będziecie potem chcieli ujęć w zwolnionym tempie. Proporcje proponowanych przeze mnie trybów to 4:3 (a nie 16:9 – dlatego odradzam tryb 1080-30, który ucina dół i górę. ). Górę i dół zawsze możecie przyciąć potem ręcznie.
Dodatkowo polecam ustawić dwa domyślne tryby działania GoPro, dzięki którym możecie obsługiwać GoPro bez pilota, na ślepo:
Film (krótkie przyciśnięcie przycisku nagrywania)
Zdjęcia poklatkowe, co pół sekundy (długie przyciśnięcie przycisku nagrywania)
Nauczcie się co sygnalizuje Wam kamera beep’em: jeden beep: start, trzy beepy: stop.
Filmowanie
Pamiętajcie, że ujęcia z głowy są kluczowe i stanowią podstawę-bazę filmu, ale jeśli będą zbyt długie to film będzie zwyczajnie nudny. Dlatego właśnie poleciłem powyżej tyle mocowań i przynajmniej dwie kamery. Dzięki montażowi i przeplataniu ujęć uzyskacie fajny, dynamiczny film. Jeśli jedziecie sami – warto przemyśleć kombinację: czubek narty + głowa. Jeśli macie kumpla: ten z Was który jedzie pierwszy może mieć kamerę na kasku skierowaną do tyłu, ten który jedzie drugi – do przodu, albo na kiju wysoko.
Post-produkcja: film
Na Maca warto używać iMovie. Kosztuje chyba z 10 dolarów, ma wszelkie kodeki, jest prosty w użyciu i ma opcje których potrzebuję. Po prostu fajnie działa. Odradzam wszelkiego rodzaju drogie wynalazki jak Final Cut Pro, albo Adobe Premiere, chyba że macie duży budżet a montowanie filmów to Wasza pasja.
Warto w tym miejscu wymienić kilka darmowych narzędzi do stabilizacji obrazu dostępnych pod Windows. Ja używam następującego zestawu:
GoPro Studio pomoże Wam na początek pociąć wielo-gigowy film i wyciąć z niego nie-nudne fragmenty które wstępnie rozważacie jako część filmu
VirtualDub to podstawowe narzędzie do filtrów video
Wtyczka do VirtualDub’a nazywa się Deshaker – naprawdę fajnie stabilizuje obraz video
Handshare enkoduje i pakuje potem efekt Deshaker’a do sensownych rozmiarów i formatu mp4
Post-produkcja: zdjęcia
Tutaj nieoceniony będzie Adobe Lightroom. Do Lightroom’a warto zaopatrzyć się w zestaw presetów na śnieg/zimę. Dzięki nim możecie edytować fotki szybciej i robić to jak ja – gdy nie jesteście profesjonalnymi fotografami i nie znacie super-dokładnie wszystkich funkcji tego narzędzia. W sieci dostępnych jest wiele tysięcy darmowych i płatnych presetów – polecam oczywiście te darmowe, np. ze strony CreativeTacos.
Jeśli macie czas i umiejętności bawić się z Lightroomem, polecam również poradnik obróbki zdjęć zimowych ze strony Layers Magazine.
Warto w tym miejscu dodać, że w chwili obecnej żadna z kamer GoPro nie ma możliwości robienia zdjęć w formacie RAW w trybie seryjnym. Kamery Hero5 Black i Hero6 Black robią tylko pojedyncze zdjęcia RAW.
Efekt zabawy wspomnianymi presetami, montażu GoPro na kiju i wspomnianych wyżej ustawień dla kamery Hero4 Session:
fotka z GoPro Hero4 Session: jedna z fotek poklatkowych 0.5 sek, rozdzielczosc 1440, mocowanie na kij, post-processing w Adobe Lightroom