nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


21 Komentarzy

Narty Solo

Wiele osób z którymi rozmawiam i opowiadam o różnych wyprawach narciarskich pyta mnie z kim byłem w wielu miejscach. Zawsze gdy pada odpowiedź „zupełnie samemu”, widzę zdziwienie na twarzy swojego rozmówcy… „jak to samemu?”, „po co jechać samemu?”, „nie bałeś się?”, „miałeś co robić tak samemu?” – to z reguły pytania które słyszę… Uśmiecham się wtedy zawsze…

Zanim się rozwinę, napiszę tylko, że wiem, że czytają to moi kumple z którymi zjeżdżam… Wspólne podróże są świetne. Panowie, Japonia czy Gruzja które zrobiliśmy w tym roku – to jedne z bardziej udanych wypraw narciarskich w moim życiu, i jestem z nich bardzo zadowolony. Towarzystwo było doborowe, super kompani zarówno do nart jak i do wygłupów, czy do poważnych dyskusji. Więc chłopaki, nie obraźcie się na mnie gdy będziecie to czytać, ale po prostu muszę napisać, że samotne podróże są równie genialne. Podróżowanie po zakątkach świata zupełnie samemu i jazda na nartach z przypadkowo poznanymi ludźmi, to równie wspaniałe doświadczenie, które będę polecał każdemu, kto mnie o to zapyta.

A więc narty solo: od czego zacząć?

Przewodnik

tak wyglądał fotel obok kierowcy podczas większości mojej samotnej wyprawy przez Alaskę

tak wyglądał fotel obok kierowcy podczas większości mojej samotnej wyprawy na Alaskę

Moja odpowiedź jest jedna: Lonely Planet. Olej Pascala, olej Michelin – moim zdaniem informacje w tych przewodnikach są niepełne, często mało przydatne dla narciarzy czy backpackersów, szybko się dezaktualizują. Tylko Lonely Planet spełnia moje oczekiwania, szczególnie przy samotnych podróżach. W Lonely Planet nie znajdziesz informacji, które możesz sobie po prostu wygooglować. Redaktorzy Lonely Planet byli w tych wszystkich opisywanych miejscach osobiście – często po kilku, następnie ich relacje są kompilowane w jedną całość, a wcześniejsze edycje uaktualniane. Z Lonely Planet zrozumiesz lokalną kulturę, poznasz anegdoty, daty lokalnych świąt, festiwali, warte odwiedzenia miejsca, poznasz lokalne zwyczaje, jedzenie (nie tylko w restrauracjach), zrozumiesz kontekst historyczny lokalnych poglądów i przekonań. Oczywiście Lonely to nie wszystko – zanim wyruszę w podróż spędzam dziesiątki godzin na forach, wikipedii, wikitravel, często męczę ludzi mailami czy telefonami. Ale mimo to, dla mnie przewodniki Lonely to nieodzowny element samotnej podróży.

Dla kontrastu radzę Wam przeczytać hejterski wpis dot. Lonely Planet: http://kontakt-kik.blogspot.com/2011/07/dlaczego-nie-lubie-lonely-planet.html – moim zdaniem opisuje tylko negatywne emocje i formułuje negatywne osądy bez podawania faktów. Jedyne fakty, o których autor pisze, to zdania Lonely nt. Polski i świąt katolickich podane zdaniem autora bez należytego szacunku i kontekstu, w ten sam sposób co np. informacje o religijnych świętach hinduskich. Cóż… blog reprezentuje poglądy Klubu Inteligencji Katolickiej, rozumiem więc, że takie podejście może boleć. Ja jednak nie wyobrażam sobie innego. Skoro jednak ja tak bardzo Lonely polecam – dla równowagi warto przeczytać też inne wpisy i wyrobić sobie opinie samemu.

Gdzie spać?

Arktyczna Laponia: pokój u Dicka i Miny - kurcze... jak oni wspaniale gotowali...

Arktyczna Laponia: pokój u Dicka i Miny – wieczorne biesiady z nimi ze wspaniałym, gotowanym przez nich jedzeniem – zapamiętam długo.

Zrezygnuj z hoteli. Kiedyś na Alasce popełniłem błąd. Zanim wyruszyłem w dzicz, zatrzymałem się w Anchorage. Z odbytych wcześniej podróży służbowych zgromadziłem dużo punktów hotelowych, które potem za darmo mogłem wykorzystać – i zdecydowałem się na darmowy dla mnie, ale luksusowy hotel w stolicy Alaski. Z hotelu korzystali głównie opaśli amerykańscy turyści którzy chcieli tylko „powąchać” Alaskę z daleka, i białe kołnierzyki, które przyjechały w sprawach biznesowych, najczęściej związanych zapewne z rurociągiem trans-alaskańskim. Nie muszę mówić, że integracji żadnej nie było. Nie rozmawiałem z żadnymi ludźmi, chodziłem tylko jeść do miejsc polecanych przez mój Lonely Planet. Raz czy dwa wybrałem się na trekking w góry wkoło Anchorage. Dopiero kiedy ruszyłem w dzicz, i zacząłem nocować w pensjonatach, jeść w przydrożnych barach i poznawać ludzi: kierowców ciężarówek, rangerów, czy innych narciarzy – podróż zaczęła nabierać kolorów.

Pełne zanurzenie

Tak naprawdę prawdziwa integracja z ludźmi ma miejsce w przypadku samotnych podróży. Kiedy jesteś we dwójkę, trójkę czy piątkę – jest świetnie, ale raczej stanowicie zamkniętą ekipę, która – owszem – może kogoś poznać i pogadać z obcymi, ale ekipa to ekipa. W ekipie następuje wspólne planowanie i zawieranie związanych z tym kompromisów, ekipa jest zgrana, wyrusza i wraca razem. Samemu jest inaczej. Odważę się napisać, że istnieje coś takiego, jak cała filozofia „Solo Travel”. Wielu blogerów-podróżników jak np. Global Goose stawia tezę, że każda osoba powinna spróbować samotnej podróży przynajmniej raz w życiu. Ze samotna podróż wzbogaca jak żadna inna, że dzięki niej można poznać wielu wspaniałych ludzi, że prawdziwie integruje Cię z krajem który odwiedzasz, z lokalsami, i z otaczającą Cię kulturą. Ich zdaniem, pierwsza samotna podróż jest rodzajem wspaniałego szoku, który każdy pamięta całe życie. Lies Ouwerker pisze, że tylko samotne podróże umożliwiają jej totalne zanurzenie (immersion) w lokalnej kulturze i prawdziwie pełną integrację z innymi ludźmi.

I cholera coś w tym jest. Pamiętam, kiedy jadąc drogą w arktycznej Laponii spotkałem auto jadące w przeciwnym kierunku z nartami na dachu. Spotkać tam auto – to jest w ogóle sprawa niezbyt częsta, a jeszcze narty na dachu – to nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Zaczęliśmy mrugać sobie światłami, machać do siebie i w końcu zatrzymaliśmy się na przeciwnych poboczach. Jossi, sympatyczny Szwed  – niemalże padł mi w ramiona widząc mnie pierwszy raz w życiu. Wymieniliśmy się od razu doświadczeniami, kontaktami do siebie i informacjami o okolicznych zjechanych i zaplanowanych do zjechania górach. Umówiliśmy się na wspólne zjazdy. Mamy kontakt do tej pory.

Lawiny

podczas samotnych zjazdów musisz jakoś radzić sobie z robieniem fotek (wiem, wiem - siedzę tu sa bardzo na tyłach)

Podczas samotnych zjazdów musisz jakoś radzić sobie z robieniem fotek (wiem, wiem – siedzę tu za bardzo na tyłach nart)

To jest w zasadzie główny argument przeciwko samotnej jeździe na nartach. Nawet jeśli sensownie ogarniasz zagrożenie lawinowe, unikasz ryzykownych stoków i podejść, i jesteś generalnie rozsądny – wypadki się zdarzają nawet najlepszym ekspertom. W sytuacji kiedy coś cię przysypie – jesteś zawsze zdany na kolegów z ekipy: na ich działające nadajniki lawinowe, na ich umiejętności ich obsługi, na ich wytrzymałe łopaty i silne ręce. Jeśli zasypie cię, kiedy zjeżdżasz sam – masz w zasadzie konkretnie przesrane. Generalnie, jeżdżąc samemu widzę niewielki sens zabierania ze sobą całego anty-lawinowego sprzętu – bo tylko ciąży w plecaku, a w razie problemów na niewiele się zda. Na szczęście jednak samotne podróże na narty, wcale nie oznaczają samotnej jazdy na nartach. Bardzo często bywa, że akurat w helikopterze jest jedno wolne miejsce, że jakaś przewodnik może zabrać jedną osobę więcej, albo jak pisałem wyżej, że zintegrujesz się z innymi narciarzami do zjazdów. Tak naprawdę podczas moich samotnych narciarskich podróży zaledwie kilka razy zdarzyły mi się zupełnie samotne zjazdy. Cóż… przeżycie również ekscytujące, i skłamałbym gdybym napisał, że tego żałuję, ale jednak staram się tego nie robić jeśli są inne wyjścia.

Na koniec napiszę, że BARDZO polecam samotne podróże każdemu narciarzowi przynajmniej raz na jakiś czas. Moja kolejna – już za 5 tygodni. I uśmiecham się mimowolnie do siebie, kiedy o niej pomyślę! 🙂


3 Komentarze

Stubai: polecam!

Stubai off-piste

Stubai off-piste

Kilkadziesiąt kilometrów od Innsbrucka znajduje się perełka – jeden z lepszych kurortów narciarskich w Tyrolu: Stubai w dolinie Stubaital. Czemu zdecydowałem się opisać Stubai?

Bo Stubai to moim zdaniem świetne miejsce w które możecie pojechać w mieszanej grupie: na trasy i poza trasy. Zwolennicy jazdy po trasach na pewno będą zadowoleni, a ci którzy jeżdżą poza trasą nie powinni być zawiedzeni. 26 wyciągów daje dostęp zarówno do 35 wyznaczonych tras, jak i do licznych terenów off-piste. Czasem, żeby założyć świeży ślad w puchu trzeba kawałek podejść – warto więc zabrać ze sobą sprzęt skiturowy lub freeturowy.

Równocześnie na Stubai dostaniecie to wszystko co w innych dużych, poważnych stacjach narciarskich: przedszkola i szkółki narciarskie, bazę gazstronomiczną / apres-ski, snow parki, wypożyczalnie sprzętu i ponad setkę kilometrów tras dla ludzi, którzy jeżdżą po trasie. To po prostu dobrze naoliwiona, porządna austriacka maszyna do robienia biznesu.

Stubai jest całkiem blisko Polski w porównaniu zarówno do włoskich Dolomitów (2-3 godziny bliżej), jak i Szwajcarii czy Francji (5-10 godzin bliżej). Maksymalna wysokość szczytu Schaufelspitze – około 3200 mnpm daje gwarancję śniegu i warunków zarówno jesienią jak i późną wiosną. To właśnie na Stubai można zjeżdżać poza trasą, kiedy w czołowych freeride’owych miejscówkach Karyntii dopiero zaczyna sypać śnieg i wystają jeszcze kamienie.

Osobiście upodobałem sobie dolinę Stubaital jeszcze w jednym celu: za każdym razem, kiedy jadę autem np. do Włoch, niezależnie od pory roku nocuję właśnie w dolinie Stubai: zaledwie 15 minut od autostrady Innsbruck-Brenner-Verona, a przy tym wspaniałe krajobrazy i czyste powietrze niezmiennie pozytywnie mnie nakręcają i wprawiają w dobry nastrój.

Trochę luźnych linków:

Kwatery i hotele w dolinie: http://tinyurl.com/m94y97e

Link do listy otwartych wyciągów i tras: http://www.stubaier-gletscher.com/eng/Winter/Stubai-Live/Open-Lifts

Dojazd z Wawy: http://goo.gl/maps/fhYOX i z Krk: http://goo.gl/maps/qWwEr

Jeśli nie w smak Wam ponad 10 godzin w aucie, a do Monachium akurat latają tanie linie (a warto sprawdzać Norwegiana), to do Stubaia dostaniecie się w niecałe 3 godziny pociągiem z lotniska w Monachium: http://tinyurl.com/onhquax. Pozostałe lotniska to rzecz jasna Innsbruck (tak w ogóle, to kto tam lata, do cholery? taki potencjał ma to lotnisko!), Mediolan, Bergamo, Verona.


14 Komentarzy

Narty i odpowiedzialność społeczna

WhatisCSRJeździsz na nartach, ale chciałbyś robić to odpowiedzialnie w stosunku do swojego otoczenia: do innych ludzi i do środowiska.

Co to oznacza? Wydaje mi się, że jest kilka aspektów odpowiedzialnej społecznie jazdy na nartach… Przyznaję się od razu, że nie wszystkim daję radę sprostać. Staram się jednak zwracać na to uwagę…

Wpływ na otoczenie

Czy bierzesz pod uwagę, że do tych gór gdzie akurat jeździsz, być może będą chciały przyjechać Twoje dzieci albo wnuki? Chciałbyś, żeby zachwyciły się nimi tak jak zachwyciłeś się Ty? Zostaw je więc czyste. Nieśmiecenie w górach to chyba frazes – nie wierzę, że doświadczony turysta zostawia w górach papierki albo puste butelki. Pamiętaj tylko, że jeżeli Twój wpływ na góry będzie minimalny, jest szansa, że będą one służyć dobrze również i następnym pokoleniom.

Ski-touring vs Heli-ski

Pojawia się coraz więcej informacji na temat tego jak negatywnie heliskiing wpływa na zwierzęta górskie i jak zanieczyszcza środowisko i góry.

To fakt: helikoptery robią masę hałasu, płoszą zwierzęta, i przeszkadzają innym ludziom, którzy przyszli w góry. W wielu miejscach loty helikopterów w celach innych niż ratownicze lub patrolowe (a więc w celach turystycznych i sportowych) są zwyczajnie zakazane. Tak jest w Norwegii, Tatrach, w dużej części Włoch i Francji.

Z drugiej strony powstały jednak rozprawy naukowe jak np. ta na temat wpływu Heli-ski na Karibu, które dowodzą, że heli-skiing nie ma większego wpływu na populacje dzikich zwierząt w górach.

Kolejna rzecz: podobnie jak i auta – również cywilne helikoptery stały się bardziej „eko” niż kiedyś: spalają mniej paliwa, i mają jasno określoną emisję CO2 do atmosfery. Nawet jeśli wierzyć opracowaniom jak to wymienione powyżej i uznać, że podobnie jak na auta – należy na helikoptery nakładać normy emisji spalin i w zamian za to pozwolić im latać – trzeba przyznać, że latanie hordami helikopterów po parkach narodowych – to rzeczywiście słaby pomysł.

Można mieć różne podejścia do wpływu heliskiingu na środowisko, ale trzeba przyznać fakt: jeśli RZECZYWISCIE zależy Ci na absolutnie minimalnym wpływie na środowisko, powinieneś przestawić się z helikoptera na własne nogi, a więc wejść na górę samemu, żeby samemu z niej zjechać. I w tym sensie zgadzam się w całej rozciągłości: ski-touring jest formą narciarstwa pozatrasowego, z którego rzeczywiście czerpiesz najwięcej satysfakcji z kontaktu z górami i otaczającą naturą. A przyjemność i satysfakcja z wdrapania się o tysiąc metrów w górę często przewyższa przyjemność dzikiego zjazdu w puchu.

Problem chiński

Czułbyś się lepiej, wiedząc, że siedmiolatek nie stracił palców robiąc Twoje narty? Albo, że nie zostały zrobione w fabryce, która koszmarnie truje ziemię? Jeśli tak, pewnie wolałbyś, żeby nie były robione w Chinach… Jeśli ma to dla Ciebie znaczenie, będziesz chciał unikać nart K2, Voelkl i Liberty. Pozostali więksi producenci: Rossignol, Kastle, Salomon, Head, Dynastar, Blizzard, Stockli – robią swoje narty w USA i Europie, gdzie respektowane są prawa człowieka, prawa pracy i środowisko naturalne – a więc „nasz” system wartości. Nie w każdej dziedzinie taki wybór istnieje. Często jeśli chcemy mieć zapewniony podstawowy poziom egzystencji – jesteśmy zdani na chińskie produkty. Jednak jak widać przy kupnie nart – jest wybór. Może warto z niego skorzystać?

Firmy narciarskie hołdujące zasadom odpowiedzialności społecznej

North Face

Pamiętacie jak spaliła się fabryka ciuchów w Bangladeszu i zginęło setki szwaczek pracujących po kilkanaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu za marne grosze? Pamiętacie jak strasznie miał to w dupie polski LPP/Reserved? Cóż. Nie wszystkie firmy tak się zachowały. North Face przystąpił do porozumień ograniczających chciwość prezesów (czy raczej sam swą chciwość poskromił) i zdziałał całkiem sporo. Tu możecie przeczytać więcej: http://wecare.vfc.com/ Poza tą inicjatywą North Face angażuje się w ochronę środowiska, klimatu i naszej planety. Więcej: http://expeditionsustainability.com/

Uvex

Uvex sponsoruje Kowalczyk i Stocha, ale wydaje się poważnie traktować sponsoring nawet w tych dziedzinach, które nie przynoszą mu ekstremalnej popularności, splendoru i prawdopodobnie zwrotu z takiej inwestycji. To dobrze świadczy o firmie. Polski oddział Uvex’a zaangażowany jest we wsparcie dla młodych, obiecujących sportowców, a także dla sportowców niepełnosprawnych. Lajkujemy. Więcej: http://www.uvex.com.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=21&Itemid=512

Mammut

Również Mammut poważnie podchodzi do spraw odpowiedzialności społecznej. Deklarują, że dbają o traktowanie fair zarówno pracowników swoich, jak i tych w całym swoim łańcuchu dostaw – firma jest członkiem organizacji Fair Wear. Produkty Mammuta są też produkowane w sposób przyjazdy dla środowiska. Więcej: http://www.mammut.ch/images/CR_Infoflyer_EN.pdf 

Peak Performance

Bardzo poważnie do tematu CSR podchodzi Peak Performance. Na swojej stronie listują dokładnie działania i zasady którym hołdują. Wszystko brzmi dość konkretnie (w przeciwieństwie do bełkotu nt. CSR wielu dużych korporacji). Przykłady? Proszę bardzo: firma nie akceptuje wełny z merynosów z gospodarstw na których dochodzi do celowego okaleczania owiec podczas golenia, wprowadziła monitoring swoich dostawców w obszarze wpływu jaki wywierają na środowisko naturalne przy produkcji komponentów odzieży. PP stawia na trwałość produktów: ma sieć punktów w których można niedrogo zreperować ich ubrania bez względu na ich wiek – niestety nie wiem nic o tym w Polsce – ale jeśli kogoś to zainteresuje – obiecuję zbadać temat.

Pozostali

Myślicie, że wszystkie marki narciarskie angażują się w działalność pro-społeczną? Niestety nie. Większość nie robi nic, a niektóre robią sobie wręcz z tego jaja. Np. Intersport chwali się, że w ramach odpowiedzialności społecznej wprowadził karty lojalnościowe dla klientów (WTF?!) i że organizuje testy nart w luksusowych alpejskich hotelach. To nie żart. Tak piszą na swojej stronie.

a Wy?

A Wy macie coś do dodania w tym temacie?

A może bez sensu, że poruszam taki temat na blogu narciarskim?


2 Komentarze

Rafał na tropach Yeti!!! :-)

Pamiętacie książkę Alfreda Szklarskiego „Tomek na tropach Yeti”, której istotna część akcji dzieje się w łańcuchu gór Tien-Szan?!

Pytam, bo właśnie udało mi się kupić bilety liniami Pegasus przez Istambuł do Kirgistanu! W lutym 2015 – będę jeździł w granicy kirgijsko-chińskiej w Tien-Szan! Na taką okazję trzeba decydować się bez namysłu! 🙂 Więcej informacji wkrótce… Najpierw standardowa procedura: trzeba kupić Lonely Planet i przeklikać się przez fora 🙂 O cholera, jak się cieszę!

więcej: http://www.fly4free.pl/tanie-loty-do-kirgistanu-biszkek-ze-lwowa-za-1098-pln-z-berlina-za-1111-pln/

 


6 Komentarzy >

Nie macie pomysłu na tapetę na pulpicie? Oto owoc mojej zabawy trzema aplikacjami w smartfonie…

Ta fotka pochodzi z wyjazdu w norweskie fiordy w kwietniu 2013:

2014-04-20 23.05.39

A ta z ostatniego wyjazdu w Kaukaz – marzec 2014:

2014-04-21 08.57.13

Pamiętacie Mezo i Lajnera – „Pasja”?

 


5 Komentarzy

Tree-skiing: jazda w drzewach

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w jeździe między drzewami. W gęstym lesie jeździłem kilka, może kilkanaście razy. Do części rzeczy doszedłem sam, do części słuchając ludzi bardziej doświadczonych ode mnie.

Jazda między drzewami różni się istotnie od klasycznego freeride’u. Z jednej strony jest dużo bezpieczniej jeśli chodzi o lawiny – w lesie schodzą rzadko, pokrywa jest poprzerywana drzewami, więc nawet jak coś schodzi, to jest dużo mniejsze ryzyko, że to Ty podetniesz i coś dużego zejdzie akurat na ciebie. Z drugiej strony w lesie możesz spotkać przewrócone konary, uskoki, no i coś z czym nie chcesz się w ogóle spotkać bliżej: rzecz jasna drzewa.

Jeśli więc wybierasz się między drzewa pierwszy raz – pewnie będziesz chciał to przeczytać…

2014-04-03 09.41.54

Norwegia – ujęcie z głowy: ciężko nazwać to lasem, ale te krzaki były bardzo ostre i niemiłe w kontakcie…

Garda z przodu i gogle na oczach

Jeżdżąc między drzewami jesteś narażony na uderzenia i smagnięcia gałęziami. Musisz zawsze pamiętać o rękach uniesionych trochę bardziej do góry i trzymanych trochę bardziej z przodu niż przy zwykłej jeździe. Z pewnością wcześniej czy później taka bokserska garda oszczędzi ci poważniejszych ran i otarć na twarzy. Poza tym gałęzie bywają bardzo ostre – przy jeździe w drzewach należy bezwzględnie pamiętać o goglach, aby nie stracić oka.

Jedź agresywnie

Kilka istotnych punktów dotyczących techniki jazdy między drzewami:

  • Dobrze sprawdza się jazda krótkim skrętem z zachowaniem pełnej kontroli prędkości. Ważne, aby nie jechać zbyt wolno, ale bardzo istotne aby nie nabrać prędkości, która groziłaby utratą kontroli… Zderzenie z drzewem powyżej 40 km/h – to raczej pewne kalectwo albo zejście…
  • Przyjmij postawę agresywną, wychyl się do przodu, do stoku; W agresywnej, wychylonej do przodu postawie jesteś w stanie skręcić bez planu dużo szybciej i lepiej zareagować na nieoczekiwane uskoki niż podczas relaksu na tyłach nart. Oprócz tego taka postawa zapewnia ci lepszą ochronę wiązadeł kolanowych w przypadku kraksy.
  • Jedź pewnie i zdecydowanie. Przy zachowawczej, zbyt wolnej jeździe, pryska gdzieś cały fun z jazdy w drzewach. Generalna zasada przekazywana mi przez doświadczonych tree-skierów: „jeśli między drzewami zmieszczą się czubki nart – jakoś zmieścisz się też ty” – pamiętaj o tym.
  • Plan jazdy i zakrętów: powinieneś go mieć co najmniej na 3 drzewa naprzód. Jeśli któryś skręt nie wyjdzie, bądź w ostatniej chwili okaże się, że nie możesz go wykonać – powinieneś mieć też zaplanowaną trasę rezerwową. Nigdy nie nabieraj prędkości, ani nie ryzykuj wariantu takiego w którym musisz bezwarunkowo zakręcić w danym miejscu.
Tree-skiing, Hokkaido

Tree-skiing – Hokkaido, Japonia: tam nauczyłem się jeździć w lesie pewniej i bardziej zdecydowanie

Jeśli wieje mocno – w lesie jest fajniej

Kiedy na otwartych stokach leży przewiany i zbity puch – gips, który niefajnie „chwyta” narty – warto zastanowić się nad wjazdem do lasu (jeśli jest gdzieś obok). W lesie nie ma wiatru i dzięki temu jest szansa na dużo przyjemniejsze warunki śniegowe i prawdziwy puch. Na Hokkaido nie raz zdarzało się, że po wjeździe do lasu śnieg zmieniał się istotnie na lepsze.

Nadgarstki nigdy w taśmach od kijów

To generalna zasada we freeride (ze wzg. na lawiny), która ma równie mocne zastosowanie w lesie: jeśli masz nadgarstek włożony w taśmę-pętlę w kijku, i drzewo, konar, pień „złapie” i uwięzi twój kijek, masz wtedy poważne szanse na wyrwanie ramienia ze stawu barkowego. Ponoć bardzo nieprzyjemna kontuzja. Zatem przed wjazdem do lasu bezwzględnie pamiętaj o wyjęciu nadgarstków z taśm.