nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


3 Komentarze >

Energizer Ultimate Lithium

Energizer Ultimate Lithium

Słuchajcie, dziś tak na szybko i wydawałoby się nie na temat o nartach – ale tylko z pozoru… BATERIE.
Akurat robię sprawdzenie sprzętu: latarka czołowa i nadajnik lawinowy – potrzebują po 3 małe paluszki, do tego chcę kupić dobre baterie do nadajnika satelitarnego…
Wy być może dodatkowo potrzebujecie baterie do kamer czy aparatów.
Szybka rada na dziś: na narty NIE kupujcie baterii alkalicznych, a TYLKO baterie litowe.
1. bateria litowa ma dużo lepszą charakterystykę w niskich temperaturach i np. przy -10 stopniach będzie trzymać do 7-8 razy dłużej niż standardowe baterie alkaliczne
2. bateria litowa jest o 1/3 lżejsza od alkalicznej. szczególnie jeśli jedziesz na skitury – waga plecaka ma kluczowe znaczenie

Oba te punkty to istotny powód dla którego baterie litowe są idealne w urządzeniach które zabieracie na narty.

Baterie litowe ciężko dostać i z reguły nie ma ich w Media Marktach czy Saturnach…
Ja osobiście kupuję zawsze L92 Energizera Ultimate Lithium – na Allegro paczka 4 sztuki po 20PLN.
POLECAM! 😉


12 Komentarzy

Przygotowania do zimy

Jak już wspominałem na blogu, myślimy z Rafałem o wyprawie narciarskiej w okolice Grenlandii lub Spitzbergenu, gdzie podczas każdego wyjścia w teren musisz być uzbrojony na wypadek ataku niedźwiedzia polarnego. Póki co, bilety lotnicze w te okolice są dość drogie – być może nie uda się zrobić tego w nadchodzącym sezonie, ale mimo to, wykorzystując przerwę od nart, postanowiliśmy się przygotować i spróbować postrzelać.

Jedyna broń jaka kładzie niedźwiedzia dostępna za kołem polarnym, to powtarzalny czterotaktowy karabin wyborowy Mauser kaliber 30-06. Niestety, nie znaleźliśmy identycznej broni na warszawskich strzelnicach – ale dostępny był podobny karabin Mauser o kalibrze 8x57SJ. Identyczna zasada działania, ale nieco mniejszy kaliber, mniejsza energia wylotowa pocisku i mniejszy odrzut – zdecydowaliśmy się więc spróbować. Na warszawskich Bielanach w strzelnicy ZKS powiedziano nam, że to najmocniejsza broń jaką mają i patrzyli na nas dość podejrzliwie „po co nam to”.

2014-09-09 18.42.54-2

Karabin kopał tak mocno, że nie wyobrażamy sobie, jak kopać musi oryginalny 30-06 z jeszcze większą energią wylotową pocisku.

2014-09-11 21.30.55

Jak widać udało nam się ustrzelić tarczę o średnicy około pół metra z odległości 50 metrów. Niestety strzały daleko od centrum, ale biorąc pod uwagę rozmiar niedźwiedzia, z dużym prawdopodobieństwem uda nam się w niego wcelować z 50, a może nawet i 100 metrów. Ok, poćwiczymy jeszcze celność 🙂

 

Potrzebujemy jeszcze trochę treningu i prawidłowego składania się do strzału, bo karabin mocno nas posiniaczył 🙂

PS. jeszcze jedno… Czy podobnie jak ja, macie problem z odróżnieniem – czym jest karabin, a czym pistolet? Jeśli tak, to po obejrzeniu poniższego krótkiego filmu zapamiętacie to na całe życie 🙂

Jedno służy do strzelania, drugie raczej do zabawy 😉


Dodaj komentarz

Podejścia do strzelnicy…

Rozmowa z panem instruktorem jednej z warszawskich strzelnic:
-Dzień dobry, chciałem nauczyć się strzelać ze sztucera Mauser, kaliber 30-06 albo z czegoś podobnego o tym kalibrze
-O panie! Wielki kaliber. U nas takich nie ma.
-A może mi pan poleci, gdzie takie są?
-Ale panie, ale to jest wielki kaliber. Jak pan tym pierd***niesz w sarnę, to tylko flaki sie rozbryzgają na drzewach. Do czego chcesz pan tym strzelać?!
-No do niedźwiedzia…
-Panie! Nie wolno do niedźwiedzia! Kary za to są! Do więzienia można iść!


5 Komentarzy

Chilijskie jedzenie…

Wróciłem już z Chile. Narciarsko może dupy nie urwało – głównie przez ciepłą zimę i El Nino, ale to w końcu pierwszy raz w życiu Ameryka Południowa, nowa kultura, nowi ludzie – wyjazd bardzo fajny i udany.

Teraz mam trochę szoku: biuro, praca, młyn, kocioł. Mam jednak chwilę, i chciałbym napisać Wam o jedzeniu, którego udało mi się spróbować.

 

Na początek klasyk: Bifo de Lomo con agregado - czyli stek wołowy z dodatkiem. Dodatkiem z reguły może być puree, ryż, frytki czy sałatka. Da się znaleźć niewydumane miejsca w Bellavista, gdzie zapłacicie za to 20pln i będzie naprawdę pycha.

Na początek klasyk: Bifo de Lomo con Agregado – czyli dosłownie: stek wołowy z dodatkiem. Dodatkiem z reguły może być puree, ryż, frytki czy sałatka. Da się znaleźć niewydumane miejsca w Bellavista, gdzie zapłacicie za to 20pln i będzie naprawdę pycha.

 

Kieliszek Pisco Sour - to standardowy chilijski aperitif. Do mocnego alkoholu Pisco dodaje się białko jajka i serwuje schłodzony. Pycha! Od około 9 złotych w podstawowych miejscach do 20 w lepszych.

Kieliszek Pisco Sour – to standardowy chilijski aperitif. Do mocnego alkoholu Pisco dodaje się ubite białko jajka, cukier trzcinowy, dużo soku z limonki i cynamon. Serwuje się schłodzony. Pycha! Od około 9 złotych w podstawowych miejscach do 20 w lepszych.

 

Kolejny chilijski klasyk - Chorillana [czyt. korijana]. Frytki, a na nich na bogato kawałki grillowanego mięsa polane żółtym serem. Jeśli mam być szczery - mi nie podeszło. Bardzo ciężkie - nawet z dużą ilością czerwonego wina. 35 złotych. Duuużo.

Kolejny chilijski klasyk – Chorillana [czyt. korijana]. Frytki, a na nich na bogato kawałki grillowanego mięsa polane żółtym serem. Jeśli mam być szczery – mi nie podeszło. Bardzo ciężkie – nawet z dużą ilością czerwonego wina. 35 złotych. Duuużo jedzenia.

A skoro jesteśmy przy winie. Tak często podaje się Una copa di vino de la casa. Prawie się wylało. Ale przynajmniej nikt nikogo o skąpstwo nie posądzi! Nnnno! 9-12pln.

A skoro jesteśmy przy winie. Tak często podaje się Una Copa di Vino de la Casa – czyli kieliszek wina domowego. Prawie się wylało. Ale przynajmniej nikt nikogo o skąpstwo nie posądzi! Nnnno! 9-12pln.

 

Jeśli nie ma wina stołowego, można dostać małe butelki (0,375l), co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto jak ja - podróżuje sam. 20-35pln.

Jeśli nie ma wina stołowego, można dostać małe butelki (0,375l), co jest idealnym rozwiązaniem dla kogoś kto jak ja – podróżuje sam. 20-35pln.

 

To z kolei to rekomendacja Lonely Planet: El tralusa a la trauca - morszczuk pieczony w folii w zaprawie z chorizo. Ponoć typowy dla chile - i choć może nie wygląda - jest bardzo pyszny. Około 40pln.

To z kolei to rekomendacja Lonely Planet: El merluza a la trauca – morszczuk pieczony w folii w zaprawie z chorizo. Ponoć typowy dla chile – i choć może nie wygląda – jest bardzo pyszny. Około 40pln.

 

Na koniec szklaneczka mocnego Pisco z lodem. 18pln.

Na koniec szklaneczka mocnego Pisco z lodem. 18pln.


14 Komentarzy

Drogi w Chile

Trudność

"Chrystus Odkupiciel" to wcale nie najtrudniejsza droga w Chile... jest po prostu uczęszczana i znana...

„Chrystus Odkupiciel” to wcale nie najtrudniejsza droga w Chile… jest po prostu uczęszczana i znana…

Nie twierdzę, że chilijskie drogi są najtrudniejsze na świecie. Nie byłem przecież na całym świecie. Wiem natomiast, że górskie chilijskie drogi są zdecydowanie najtrudniejsze spośród tych wszystkich górskich dróg, którymi kiedykolwiek jechałem. Jeśli porównacie ekstremalne chilijskie serpentyny np. z podjazdem pod sam lodowiec w Soelden latem, z trawersem Kaukazu z Tbilisi do Władykaukazu, z przejazdem przez przełęcz Arlberg, albo ze zjazdem do Valdez na Alasce – to nie ta liga kochani. Te wszystkie miejsca są wymagające, ale to jest nic w porównaniu z serpentynami, którymi jeździłem tutaj – w Chile.

I nie piszę tu wcale o drodze „Chrystus Odkupiciel”, o której niedawno wspominałem… Tamta droga wcale nie jest taka trudna jak to wygląda… W lecie jeździ nią masa ciężarówek, jest to strategiczna droga łącząca Santiago z argentyńską Mendozą – pewnie dlatego jest o niej głośno. Jest natomiast całkiem szeroka, agrafki są ostre, ale nie szaleńczo ostre i w zasadzie całą drogę czy to pod górę czy w dół da się przejechać na dwójce. Jeśli uważasz, czy przy zjazdach nie gotuje ci się chłodnica, używasz mało hamulca i nie jesteś po dwóch browarach – da się to naprawdę przeżyć.

Chcę tu napisać o drogach nieznanych szerzej, bardzo mało uczęszczanych, bardzo wąskich i koszmarnie stromych. Drogach po jakich nie ma szans podjechać żadna ciężarówka. Drogach, na których agrafki trzeba często robić na dwa razy. Drogach jakich nie widziałem nigdy w życiu. A do tych wszystkich stromizn i bardzo ciasnych zakrętów dochodzą jeszcze warunki atmosferyczne. Bo nawet latem i bez opadów śniegu – droga wchodząca na wysokość 3000 metrów będzie miejscami oblodzona a w najlepszym przypadku mokra.

Wyposażenie

Wasze auto powinno mieć zdecydowanie napęd na cztery koła. To nie może być zabawka jak BMW x3/x5/x6 (dla ciekawych – tak zachowują się takie „terenówki” BMW w terenie: test Clarksona – pouczające). To musi być auto z reduktorem i z blokadą mechanizmu różnicowego, a ty musisz wiedzieć jak używać obu tych rzeczy. Generalnie te założenia spełnia większość japońskich terenówek: Nissany i Toyoty, do tego rzecz jasna Land Rover i Jeep – to te, o tych wiem. Poza tym miejscowi poruszają się głównie pickupami Dodge’a, Forda i Mitsubishi z napędem na cztery koła.

Kolejna rzecz to łańcuchy na koła, które absolutnie musisz mieć w bagażniku. Moje wyjazdy są budżetowe, nocuję w hostelach, latam jak najtaniej itd – ale na łańcuchach absolutnie nie da się tu oszczędzić. Po prostu to jest nieodzowny element wyprawy. W najlepszym wypadku Carabinieri po prostu nie wpuszczą Cię na górską drogę bez łańcuchów, w najgorszym – bez łańcuchów się po prostu zabijesz.

Nie muszę dodawać że w Chile nikt z osób, z którymi rozmawiałem nie słyszał o zimowych oponach?

Umiejętności

Postój i czekam, aż hamulce ostygną...

Postój i czekam, aż hamulce ostygną…

Jeździłem sporo po górach, mimo to – nie czuję się ekspertem. Pisałem o umiejętności używania reduktora i blokady dyfra. Dwa razy zdarzyło mi się, że na jedynce moje Suzuki stanęło przy podjeździe. Musiałem stoczyć się tyłem do bardziej płaskiego miejsca (żeby nie spalić sprzęgła przy ponownym ruszaniu) i podjechać jeszcze raz na reduktorze. Jeśli wiesz po co jest reduktor i choć raz go użyłeś – to dla ciebie wszystko banalne informacje, ale jeśli nie wiesz – musiałbyś po prostu zawrócić. Podobnie jest z difflock’iem na stromych szutrach.

Mimo oszczędzania hamulców podczas zjazdu – 3 czy 4 razy zaczynały mocno śmierdzieć – wtedy musiałem robić 20 minutowe postoje, żeby miały czas ostygnąć.

Dodatkowo, przy ostrych redukcjach na niskich biegach (np. z trójki na dwójkę) warto nauczyć się robić międzygazy piętą – w przeciwnym wypadku, po wrzuceniu wolniejszego biegu i puszczeniu sprzęgła, auto może zachować się jak przy zaciągnięciu ręcznego – jeśli akurat jest zakręt, a na zakręcie piasek albo oblodzenie – nie muszę chyba tłumaczyć jaki to może mieć skutek… Na tak stromych drogach i przy bardzo aktywnym hamowaniu silnikiem – międzygaz włączany piętą prawej nogi nie jest wcale częścią rajdowej jazdy, ale raczej niezbędnym elementem bezpiecznej techniki prowadzenia auta. Jeśli nigdy tego nie robiliście – warto poćwiczyć ten manewr przed wyjazdem.

Mijanie na wąskiej serpentynie nie zdarza się często, ale jak się zdarzy, a ty jestes akurat po zewnętrznej, oznacza to często zjechanie z asfaltu kilkanaście centymetrów od niczym niezabezpieczonego osypującego się urwiska. Do tego oba auta muszą często złożyć lusterka. Oczywiście nie musisz się przy tym spieszyć, ale tak czy inaczej uczucie do przyjemnych nie należy.

Reasumując

W Chile są autostrady, i skrzyżowania bezkolizyjne. Możesz jechać na Atacamę czy do Patagonii bez żadnych przygotowań lub obaw. Ale jeśli pojedziesz w prawdziwe Andy – powinieneś mieć terenowe auto i zapas umiejętności do jego prowadzenia. Pamiętaj o tym!


8 Komentarzy

Barrio Bellavista

Tym razem zupełnie nie-narciarsko. Chciałem Wam dziś napisać o przeuroczej dzielnicy Bellavista w Santiago – mieszkam tu! Nie sposób pisać o Bellavista nie zaczynając od noblisty Pablo Nerudy – narodowego wieszcza Chile – bardzo tutaj uwielbianego, nazywanego przez wielu (nie tylko Chiliczyków) największym poetą wszchczasów… Moja znajomość poezji kończy się w zasadzie na Gałczyńskim i Szymborskiej, ale mimo to zaryzykuję i zanim opiszę wam Bellavistę – wkleję tutaj ostatni wiersz z cyklu „Dwadzieścia poematów o miłości i jedna pieśń rozpaczy”, w tłumaczeniu Demonique:

Mogę pisać wiersze najsmutniejsze tej nocy.

Pisać na przykład: „Ta noc rozgwieżdżona,
i drgają błękitne gwiazdy w oddali”.

Nocny wiatr krąży po niebie i śpiewa.

Mogę pisać wiersze najsmutniejsze tej nocy.
Kochałem ją i czasami ona też mnie kochała.

W takie noce jak ta miałem ją w ramionach.
Całowałem ją tyle razy pod niebem bezkresnym.

Ona mnie kochała, czasami ja ją też kochałem.
Jakże nie było kochać jej wielkich zapatrzonych oczu .

Mogę pisać wiersze najsmutniejsze tej nocy.
Myśleć, że jej nie mam. Żałować, że ją straciłem.

Słuchać nocy ogromnej, jeszcze ogromniejszej bez niej.
A wiersz spada na duszę jak na łąkę rosa.

Cóż, moja miłość nie mogła zatrzymać jej.
Noc jest rozgwieżdżona, a ona nie jest ze mną.

To wszystko. Daleko ktoś śpiewa. Gdzieś daleko.
Moja dusza nie może się pogodzić z tym, że ją straciłem.

Jakby dla przybliżenia jej, mój wzrok jej szuka.
Moje serce jej szuka, a ona nie jest ze mną.

Ta sama noc jak przedtem bieli te same drzewa.
My, ci jak wtedy, już nie jesteśmy ci sami.

Już jej nie kocham, to pewne, ale jakże ją kochałem.
Mój głos szukał wiatru, aby dotknąć jej słuchu.

Z innym. Będzie z innym. Jak przed moimi pocałunkami.
Jej głos, jej jasne ciało. Ich oczy bezkresne.

Już jej nie kocham, to pewne, ale być może ją kocham.
Tak krótka jest miłość, a tak długie jest zapominanie.

Że w takie noce jak ta miałem ją w swoich ramionach,
moja dusza nie może się pogodzić z tym, że ją straciłem.

Chociaż to byłby ostatni ból, jaki mi sprawia,
i to są ostatnie wiersze, jakie z nim piszę.

Fajne, prawda? Neruda posiadał w Bellavista dom nazwany La Chascona (wolne tłum. „Kołtun” – na cześć włosów jego kochanki – adres Fernando M. de la Plata 192), który jest miejscem pielgrzymek jego fanów z całego świata. Ale Bellavista to nie tylko Pablo Neruda. Bellavista to też zagłębie całej artystycznej bohemy, galerii, wystaw, ale też knajpek, restauracji, klubów, street art i street food. Dla większości mieszkańców Santiago, Bellavista to też synonim imprezy – bo Bellavista nie śpi nocą… Hałas dobiega właściwie zewsząd: uliczni grajkowie na gitarach, głęboki bas z klubów, gitary i bębny z hosteli, gwar tłumu przelewającego się przez ulice, czy latynoskie rytmy ze szkół samby czy salsy.

Murale w Bellavista to nieodłączny element krajobrazu. Pomalowane są kluby, knajpy ale też zwykłe domy czy nawet garażowe bramy...

Murale w Bellavista to nieodłączny element krajobrazu. Pomalowane są kluby, knajpy ale też zwykłe domy czy nawet garażowe bramy…

Nie dane było mi jednak posmakować całonocnych imprez w Bellavista. Dzięki kombinacji choroby po zmianie czasu oraz zamiłowania do nart – padałem do łóżka codziennie po 21, i wstawałem między 5 a 6 rano. Nie wiem jak przespałbym te noce bez zatyczek do uszu wygrzebanych w dramacie z apteczki, a kupionych jeszcze z myślą o chrapaniu Rafała na norwskiej łajbie ponad rok temu. Na szczęście, zatyczki zrobiły swoje – i jeśli myślicie o mieszkaniu w jakimkolwiek hostelu w Bellavista – a nie zamierzacie imprezować każdej nocy – pamiętajcie, że są absolutnie nieodzowne. Każdego poranka, pakując przed siódmą sprzęt narciarski do auta, widziałem zdziwione miny ludzi wracających do hostelu po całej nocy wrażeń…

Mój hostel

Mój hostel

Ale dzięki temu włóczyłem się godzinami po uliczkach i zakamarkach w dzień, po powrotach z nart, o 15 czy 16, kiedy Bellavista jest jeszcze senna. Bo to w sumie zabawne: Bellavista niczym jej mieszkańcy – tak żywa nocą, jest tak samo senna i cicha w dzień w porównaniu do reszty hałaśliwego Santiago, jakby rzeczywiście musiała regularnie odsypiać tę conocną imprezę. Restauratorzy rozstawiają stoliki z kartą śniadań, grubo po pierwszej po południu, i dopiero od godz. 18 Bellavista zaczyna się budzić… O 21 zaczynają się zapełniać restauracje, choć w klubach jest jeszcze zupełnie pusto.

Na szczęście Bellavista nie jest ZBYT turystyczna… Owszem: jest kilka sklepów z pamiątkami, kilku operatorów tourów, ale póki co, to zdecydowanie dzielnica dla lokalsów, dla mieszkańców Santiago, którzy przychodzą tu zjeść, wypić i się pobawić. Mi kojarzy się z podobnymi dzielnicami światowych stolic: Gazi w Atenach, nowojorskim Brooklynem czy choćby Starą Pragą w Warszawie. Szkoda tylko, że jak w przypadku innych podobnych miejsc, Bellavista stanie się zapewne za kilka lat mainstreamowa. Czynsze pójdą w górę, drogie restauracje zajmą miejsce tanich, developerzy wstawią swoje plomby ze szkła, a artyści będą zmuszeni wynieść się gdzie indziej… Dlatego o ile jesteście w Santiago – koniecznie pojedźcie czerwoną linią metra do Baquedano i zobaczcie Bellavistę taką jak jeszcze jest teraz!