nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


4 Komentarze

Laponia: efekt fejsbuka

Osiem lat temu przyleciałem do Laponii pierwszy raz. Z lotniska Arlanda w Sztokholmie latały linie lotnicze, których nazwy nie pomnę, ale założę się że już nie istnieją. Pamiętam, że przedział pasażerski nie był oddzielony niczym od kokpitu, a zamiast stewardessy na siedzeniu stał wiklinowy koszyk, z którego każdy brał sobie kanapki. Lotnisko w Kirunie było drewnianym barakiem. Nie było autobusu ani rękawa. Facet z obsługi po prostu przyniósł moje narty na ramieniu do „terminala”. Kiedy mijałem Kirunę jadąc dalej na północ, powoli znikały wszystkie dostępne sieci komórkowe, a potem stacje radia FM. Aut w moim kierunku (wyprzedzających lub wyprzedzanych) nie spotkałem żadnych. Auto z przeciwka trafiało się może raz na pół godziny. Kiedy zobaczyłem, że któreś kolejne ma na dachu narty – zacząłem mrugać do niego światłami, zatrzymaliśmy się obok siebie na poboczach, wyskoczyliśmy i zaczęliśmy się dzielić doświadczeniami „kto gdzie jeździł” i „a może razem”. Miałem wrażenie, że byłem niemal pionierem nart w Laponii. Że zobaczyłem i przeżyłem rzeczy, które dane jest przeżyć bardzo niewielu…

Minęło 8 lat…

Dziś do mikroskopijnego lotniska w Kirunie dwa razy dziennie ze Sztokholmu przylatuje gruby Boeing 737 linii SAS.
Kiedy odwiedzam moją starą znajomą – Minę – właścicielkę pensjonatu w pobliżu parku narodowego Abisko – nie mogę poznać okolicy. Hotele, hostele, biura operatorów wycieczek arktycznych – wszystko w maleńkiej kilkusetosobowej miejscowości, w której jeszcze 8 lat temu stał tylko jej pensjonat, a z pozostałych „atrakcji” był jeszcze tylko sklep i stacja kolejowa. Kiedy dzielę się z nią swoimi spostrzeżeniami, Mina mówi:

– Rafa, kiedy byłeś u nas wtedy, większą część roku było pusto. Teraz sezon trwa na okrągło: od października do marca jest sezon zorzy polarnej. Od marca do maja narciarstwo, heliski, skitury, wędkowanie pod lodem. Od maja do lipca – szaleństwo dni polarnego, słońce o północy. Od lipca do października – trekking, wędkarstwo. Mamy 20 pokoi, 4 kabiny i praktycznie pełne obłożenie okrągły rok.

Osiem lat temu z niemałym trudem znalazłem w szwedzkiej części Laponii dwa helikoptery i latali nimi śmiałkowie albo wariaci. Teraz w samym Abisko na helipadzie stoi trzy, w Bjorklinden kolejne dwa i w Riksgransen trzy. Jest pewnie więcej. Heliski stało się rozrywką znacznie bardziej popularną. W kolejce do heli Amerykanie, Włosi, Irlandczycy, Niemcy. Pełna mieszanka. Kiedyś w grupie latałem z Team Riderami – narciarzami ekstremalnymi sponsorowanymi przez Rossi albo Heada. Facetami, którzy odjeżdzali mi po pierwszych trzech skrętach. Teraz? Myślę, że oni mają swoje prywatne heli, a do mojej grupy dołączyła kobieta(!) na desce(!). Jako jedyny w grupie (ten dziwny Polak) umiem obsługiwać nadajnik lawinowy. Przewodnik konsultuje ze mną trasę przejazdu. Czuję się trochę jak pomocnik („Rafa, ja jadę prawym śladem, ty pojedź lewym obok tych skał. Reszta grupy: macie się zmieścić między nasze ślady”). Czekamy na nich sporo. Szczególnie na kobietę na desce.
W niegdyś pustych dolinach, dziś sporo skuterów snieżnych – coś, co osiem lat temu praktycznie nie istniało, dziś jest chlebem powszednim. W samym Riksgransen wypożyczalni skuterów śnieżnych jest trzy. Moje zdumienie sięgnęło zenitu, kiedy po lądowaniu na jednym ze szczytów, którego jedno ze zboczy było wyjątkowo łagodne, wjechały po chwili dwa skutery śnieżne.

Nie zrozumcie mnie źle. To wciąż *ta sama* Laponia. Radość z nart jest ta sama. Znów przynajmniej parę razy dziennie widzę renifery. I znów przynajmniej raz dziennie je zjadam (są pyszne!). Ale coś się zmieniło. Zdewaluowało. Odwiedźcie koniecznie Laponię póki ma wciąż swój urok.


Dodaj komentarz

Laponia – heliski


Laponia to nie Japonia. Nie spada tu 14 metrów puchu. Poza tym jest prawie maj a nie styczeń. Ale Laponia to prawdopodobnie najlepszy wiosenny śnieg w jakim miałem okazję jeździć. Dobry do jazdy wiosenny śnieg jest dość trudny do znalezienia: zbyt twardy/zmrożony – to po prostu lodoszreń. Jeżdząc po niej tracisz plomby w zębach. Zbyt miękki – chwyta narty w zakrętach i powoduje, że jazda zaczyna być walką zamiast przyjemności. Idealny „spring corn” daje ci lekki opór w zakrętach i przykrywa kilkucentrymetrową warstwą twardą szreń. Szybka, agresywna jazda po takim śniegu to prawdziwa rozkosz. 


Miałem szczęście trafić na doskonały tandem: pilot + przewodnik. Pilot umiał też jeździć poza trasą, a przewodnikowi zależało, by klienci byli zadowoleni. Dyskutowali cały czas pogodę, warunki, nasłonecznienie, stromiznę i wysokość – każdy z tych parametrów ma kluczowe znaczenie na miękkość śniegu. Do dyspozycji było dziesiątki nienazwanych szczytów i bardzo wiele wariantów tras wiodących z każdego. Pilot często okrążał każdy szczyt albo podlatywał bliżej, dyskutując trasę z przewodnikiem. Byli po prostu dobrzy. Jazda z przewodnikiem w Europie jest może mniej „dzika”, ale ma swoje bezsprzeczne zalety. 

Było zajebiście. Więcej – jutro. 


1 komentarz >

Lotnisko Kiruna: narty na dach

Jezioro Tornetrask: gruby lód – to nieźle wróży. Trzeba dopytać o skutery…

Bardzo stęskniłem się za łosiami… Ale warto było czekać… To wyjątkowe zwierzęta… 


(Ten był długo marynowany w whisky)

Starzy znajomi w Abisko odwiedzeni. 


A już jutro…


4 Komentarze

Za chwilę Arktyka…


Musicie mi wybaczyć. Wiem, że ostatnio Was zaniedbałem. Miałem na głowie projekt związany trochę z nartami, trochę z blogiem – póki co, nie mogę napisać jaki, ale liczę, że w ciągu paru miesięcy będę mógł wyjawić coś więcej (a uważni pewnie i tak wiedzą o co chodzi).
Za chwilę długo oczekiwany wylot na Artykę, do Laponii. Co będzie się działo? Cóż – wiele zależy od pogody – nie chcę zapeszać. Ostatnio byłem w Laponii aż 7 lat temu. Odświeżyłem już stare znajomości, umówiłem się z przewodnikami, odgrzebałem mapy, zarezerwowałem kluczowe sprawy. Jutro pakowanie. 
Lubię przygotowywać się i pakować się na kolejne wyjazdy. Podczas pakowania uwielbiam odnajdywać te drobne artefakty z poprzednich wyjazdów: tag bagażowy z Kirgistanu, rachunek za smażonego halibuta z Alaski, opakowanie po herbacie kupionej w japońskim Sapporo, albo mapa tras chilijskiego Portillo. Każdy taki drobiazg przywołuje wspomnienia. Powoduje często, że przysiadam na chwilę i nie mogę przestać się uśmiechać. Albo dzwonię do Rafała mówiąc „Nie zgadniesz, co właśnie znalazłem!”. Pakowanie na narty pozatrasowe jest dla mnie jakąś celebrą, świętem. Z radością robię z mieszkania koszmarny bałagan, odhaczając kolejne elementy z listy rzeczy do zabrania. Z listy, która przed każdym wyjazdem musi zostać dokładnie przemyślana, dostostosowana do prognoz, planów jazdy i warunków. Uwielbiam nawet zamawiać taksówkę kombi i uwielbiam wywracać przesadnie oczami, kiedy pani przy odprawie na Okęciu tłumaczy mi procedurę nadawania ponadwymiarowego bagażu narciarskiego. Przecież znam to na pamięć. 😉
Zaglądajcie do mnie w najbliższych dniach. 


5 Komentarzy

Tanio na narty

us-dollarsPisałem już pół żartem-pół serio o tanim wyjeździe do Włoch TUTAJ.

Ten sezon dla mnie jeszcze się nie skończył, i również zaliczam go do bardzo udanych i bardzo tanich. Popatrzcie jak można ograniczyć koszty na moim własnym przykładzie:

  • Japonia w styczniu. do Japonii można było kupić w październiku bilet za 1500 PLN liniami Turkish. Ja zdecydowałem się dołożyć 200 i polecieć bezpośrednio Dreamlinerem, który się… popsuł! Stał w Warszawie na lotnisku 3 godziny a ja się wkurwiałem. Na Tokio-Narita wylądował 3h i 2′ po rozkładowym czasie. Przepisy unijne mówią, że w tej sytuacji, przy spóźnieniu ponad 3h z winy przewoźnika, należy mi się 300 EUR odszkodowania (które LOT już przelał na moje konto). Uwzględniając ten niespodziewany bonus, bilet do Tokio w dwie strony kosztował mnie 440PLN 🙂 Bilety po Japonii były bardzo tanie (np. ok. 150PLN Tokio-Sapporo). Spałem w najtańszych hotelach kapsułowych i pensjonatach – proponuję to potraktować jak egzotyczną przygodę i z uśmiechem znieść naprawdę drobne niewygody. Sushi było tańsze niż w Warszawie. Karaoke też 😉
  • Tatry w styczniu z maluchami. Zdecydowałem w tym sezonie, że pięciolatki nie muszą jeździć w Alpy i krótka podróż autem w Tatry będzie dla nich mniej męcząca. Uczyłem je na talerzyku w Zębie, gdzie 12 zjazdów kosztuje jakieś 20 PLN. Jeśli nie musicie mieszkać przy wyciągu albo w Zakopanem – cena noclegu z wyżywieniem to 55PLN za osobę dorosłą i połowę tego za malucha. Z dziećmi dochodzi jednak jeszcze jeden koszt: ubranka narciarskie. O ile moje ubrania wystarczają na wiele sezonów, o tyle maluchy szybko rosną i trzeba je wyposażyć niemal co rok. Pisałem sponsorowany post o kolekcji Tchibo TUTAJ. Zrozumiecie, że nie mogę pisać o szczegółach umowy, ale domyślicie się pewnie i tak, że dostałem niektóre ubrania do testów odrobinę taniej ;-). Myślę jednak, że Tchibo jest dobrym pomysłem na ubranie dziecka w przyszłości – i za to zdanie nie dostaję już żadnych profitów, bo umowa się już dawno zakończyła. Ciuchy są przetestowane: są naprawdę niezłej jakości, ładne, wyposażone w membrany, dobre ocieplenia, klejone szwy, wodoszczelne suwaki, no i mają jedną zasadniczą zaletę: są znacznie tańsze.
  • Noc w jamie śnieżnej w Tatrach w Lutym. No cóż. Krótko i treściwie: Wejście do Dolinki za Mnichem: 2 PLN (jak za wejście do TPN). Wykopanie jamy i nocleg – 0 PLN. Zjazd poza trasą po podejściu na fokach – 0 PLN. Jajecznica na kiełbasie w Morskim Oku – 9,50 PLN. Wspomnienia na całe życie – nie do przecenienia.
  • Szwajcaria w marcu. Skorzystałem z promocji LOT’u (bilety do Zurychu kupione znacznie wcześniej za mniej niż 300PLN) i Kolei SBB (bilet Zurych-Engelberg za 17 CHF). Posiłki w restauracjach są tam koszmarnie drogie, ale wizyta w supermarkecie Coop pozwala jednak na oddech: butelka wina – 2 CHF, lokalny szwajcarski ser – 3 CHF, salami – 3 CHF. Da się żyć. Ceny noclegów warto sprawdzać w pensjonatach bezpośrednio (nie przez booking.com) – mogą wtedy być tańsze nawet o 20%. To samo tyczy się innych lokalizacji – nie tylko Szwajcarii. Ceny wszystkich przelotów kupuję między wrześniem i listopadem. Bardzo dokładnie śledzę portal fly4free.
  • To nie koniec. Jeszcze w tym miesiącu lecę za koło podbiegunowe do Laponii. Bilety SAS’em kupiłem jeszcze we wrześniu za jakieś 800PLN. I powiem Wam, że nie mogę sie wprost tego doczekać!

Można? Można!


Dodaj komentarz

Płachta biwakowa

Dziś chciałem napisać o kolejnym elemencie wyposażenia podczas zimowego biwaku i operacji #KapitanPlaneta. Płachta biwakowa to po prostu wodo- i wiatro- szczelny kokon na śpiwór. Jeśli nie planujesz rozbijać namiotu (co jest zakazane w TPN), to jest to niezbędny element wyposażenia na zimowy biwak wysokogórski.

Przeczytałem sporo for i rozmawiałem z ludźmi, którzy biwakowali zimą: kluczowa w płachcie biwakowej jest oddychająca membrana która wypuści parę wodną i wilgoć na zewnątrz. Płachta z wodoszczelnego nylonu spowoduje, że dość szybko twój śpiwór będzie mokry od Twojego potu, a wiadomo, że mokry puch traci znacznie właściwości izolujące. Płachty z nylonu zaczynają się od ceny ok. 100pln, a najtańsza płachta z membraną, jaką znalazłem to Salewa, model Bivibag I z membraną Powertex (czasem nazywaną PTX) – cena ok. 240pln w sklepie 8a. Waga: ok. 200 gram – więc zupełnie znośnie na skitury.

Tandem śpiwór Yeti + płachta Salewa zdały egzamin na piątkę. W śpiwór wszedłem w samej bieliźnie termicznej i przez całą noc było mi naprawdę ciepło. Śpiwór przemókł dopiero podczas operacji wychodzenia z niego i pakowania – kiedy wszystkie ściany naszej jamy były mokre (temp powyżej zera w środku). Membrana płachty działała całkiem nieźle. Do środka płachty, między śpiwór a płachtę włożyłem przed pójściem spać skiturowe wkładki do butów narciarskich, które były wilgotne. Do rana wyschły zupełnie, a dzięki temu, że były w pobliżu śpiwora – nie były bardzo przemarznięte – polecam ten patent.

Tak wygląda płachta rozłożona w domu ze śpiworem w środku:

20160224_101342000_iOS

Tak wygląda płachta w jamie śnieżnej ze śpiworem i człowiekiem w środku:

Śpiwory i płachty biwakowe zdały egzamin na piątkę. Na fotce Marcin jeszcze przed zaśnięciem. Do snu sznurowaliśmy kaptury tak, że wystawały nam tylko nosy. Było naprawdę cieplutko, mimo, że byliśmy w śpiworach w samej bieliźnie.

Z czystym sumieniem mogę ją polecić wszystkim początkującym adeptom biwaków zimowych. Nie jest to artykuł sponsorowany – płachtę kupiłem z własnych środków i nie dostałem żadnych korzyści od Salewy za napisanie tego artykułu.


5 Komentarzy

Engelberg – dziś

No cóż. Bilet kupiłem jakieś pół roku temu w promocji – nie było możliwości zmiany dat. Podobnie z biletami na pociąg z lotniska. W ciągu ostatnich dni w Engelbergu spadło ledwo parę centymerów świeżego śniegu i dziś niestety też full lampa – pozostają więc trasy. Ale może nie ma co narzekać (#Boring #ZnowuGóry #IleżKurwaMożna). Czasem można powozić się po ubitych stokach. Szczególnie kiedy za bilet lotniczy i kolejowy w sumie zapłaciło się trzy stówy złotówek. 
   
   


4 Komentarze

Niebezpieczne przedmioty w bagażu podręcznym? :-)

Jak wiecie, niecałe dwa tygodnie temu nocowałem w jamie śnieżnej w Tatrach. Plecak wypchany na maksa, a w nim cały sprzęt potrzebny do przeżycia – w tym rzecz jasna całkiem spory nóż (w jednej z małych kieszonek).
Dziś narty i lot do Zurychu. Plecak jedzie przez skaner na Okęciu i zanim Pani przerażona zdąży wskazać na ekranie, ja już wiem: chciałem wejść na pokład z dziesięciocentymetrowym ostrzem. Bagaż i narty już nadane. Co robić?

Na szczęście parę tygodni wcześniej odwiedził mnie Kuba (wiem, że to czytasz – pozdrowienia!), i opowiedział mi o identycznej sytuacji sprzed roku. Pomny jego rad wróciłem przed terminal, poszedłem tam, gdzie nie kręci się za wiele osób i gdzie są duże doniczki. Upchnąłem dyskretnie nóż do jednej z nich i przysypałem ziemią. Wracam w poniedziałek. Dam znać, czy przetrwał. 🙂

===

AKTUALIZACJA 14 marca: przetrwał!