nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


10 Komentarzy

Narty Tanio

2014-03-19 13.42.51Narty generalnie tanie nie są. Wszyscy to wiemy. Jak jedziecie raz w roku, to czasem hołdując zasadzie „zastaw się a postaw się” wybieracie droższe opcje i zakładając że raz się żyje, fundujecie sobie trufle na śniadanie w Trzech Dolinach albo dwadzieścia bombardinio, by potem po powrocie do ojczyzny, niczym właściciele bloga Make Life Harder, jeść do końca miesiąca wkładki do butów na brunch i kluski z kurzu na obiad.

Mnie niby zdarzają się sponsorzy, ale ponieważ, jak zaobserwowaliście na punkcie nart mam trochę szajby, i wyjazdów w roku mam tyle, że nawet najbogatszy sponsor patrzy na mnie z politowaniem: bo niestety nie wyglądam na Shauna White’a, brak mi długich włosów, amerykańskiego uśmiechu no oczywiście i tyle skilla co ma Shaun, ale kasy na jeden wyjazd to chciałbym dwa razy tyle co on na cały sezon. W związku z tym muszę sobie radzić. Nie mogę „raz się żyć” za każdym razem, bo kluski z kurzu musiałbym w przypływie milości oddać swoim córkom, a sam umarłbym z głodu. Zatem musze kombinować co zrobić najtaniej i jak. Temu właśnie poświęcony jest ten post.

Słuchajcie więc tutaj: o ile praca mi pozwoli, za tydzień lecę do Włoch poszusować po wiosennym firnie i zrobić się na heban w Dolomitach. Prawda, że brzmi rejwi i dżezi, jakbym miał drukarkę do stówek w domu? Wkuwriłem Was chociaż trochę? Chcielibyście tak samo powkurwiać znajomych na fejsie i kumpli z pracy, ale budżet się słabo zapina? Obiecuję, że się da. Popaczcie tylko ile to kosztuje:

  • Rajan-er do Bergamo kosztował mnie osiem dyszek w dwie strony. Nie, nie euro. Złotych. Bilet kupiłem pół roku temu. Latają do Bergamo z Modlina, Krakowa, Wrocka i Lublina. No dobra, że z Lublina to żartowałem – bez przesady. Buty narciarskie spakuję do podręcznego i polecę w kurtce narciarskiej, żeby nie dopłacić za bagaż. A trochę beki z Lublina nie zaszkodzi.
  • W Bergamo najtaniej będzie wziąć auto – a jeśli nie wiedzieliście, to ceny wypożyczenia aut we Włoszech należą do najtańszych w Europie. Ceny na 4 dni zaczynają się już od 35 EUR za Pandę. Koniecznie niebieską. W późnym marcu nie będzie padało, więc nie trzeba łańcuchów ani nic. Trzeba tylko na nią chuchać i dmuchać, bo jak porysujecie – może być drogo – podstawowe opcje są bez ubezpieczenia, więc jak nie jesteście pewni swoich umiejętności za kółkiem – lepiej dopłacić za cover. Gdybyście ją porysowali, a limit na karcie by się skończył – włoskie więzienia raczej spełniają standardy UE. Tylko zostaje ten cały raban z ambasadą, budzenie konsula w środku nocy – no czy to jest warte paru euro ubezpieczenia?
  • Termin wybrałem taki, żeby w Val di Sole było po sezonie, więc skipass na 3 dni kosztował będzię 90 EUR a nie 120 EUR w szczycie sezonu (stówka zostaje w kieszeni). Oczywiście w marcu jak to w marcu – na dole przy wyciągu będą spod śniegu wystawać placki wytartej trawy, a codziennie po trzynastej na stoku będę pływał a nie jeździł, ale jak już pisałem powyżej, kolegom z pracy powiem, że niby chodziło o ten firn i heban. I będę obserwował jak bierze ich wkurw. Przecież nie powiem o plackach trawy.
  • Zakwaterowanie poza sezonem na 4 dni to koszt od 300-400 PLN niedaleko wyciągu i od 200 PLN dalej w dolinie. Sprawdźcie booking.com, interhome.com, skirama.it – i raczej nie spodziewajcie się w tej cenie basenu ani widoku na góry. Ale kamą! Basen jak pisałem powyżej będzie na stoku po trzynastej, a na góry też się nagapicie, no to po co dwa razy. I nie jest prawdą, że nad łóżkami dach przeciekał, szczególnie, że prawie nie padało.
  • Przy założeniu, że jedziecie we dwójkę, i koszt auta i pokoju się rozłoży, za wszystkie powyższe przyjemności wyszłoby… UWAGA! …jakieś 650 polskich złotych nowych – a 70% tego to koszt skipassu.
  • Do tego dochodzi żarcie. Można wziąć w kieszeniach do Rajan-era paprykarz szczeciński, ale wiemy, że pizza i makaron na włoskich stokach są po pierwsze tańsze, a po drugie na serio smaczniejsze niż u ich północnych austriackich sąsiadów, więc może warto jednak zostawić ten paprykarz na „po powrocie”. Hipsterzy mnie poprą, i dodadzą, że zamówienie zwykłej ekonomicznej margarity albo alio-e-olio zamiast prosciutto z rukolą i jarmużem, świadczy o prawdziwie wysublimowanym smaku, przywiązaniu do prostoty, tradycji i znajomości lokalnych wartości. Poza tym, jak do cholery jest „jarmuż” po włosku?
  • Przydałoby się też jakieś alko, ale to na bezcłowym się można obkupić i zrobić nawet taniej niż w ojczyźnie, a bez płacenia pazernym italiańcom.

Skoro już piszę pełną instrukcję na lans, na koniec kilka rad na po powrocie do biura:

  • Nie wspominasz nic o tym, że byłeś na nartach – wszyscy skumają widząc Twoją opaleniznę, dla podkreślenia efektu Twoja playlista (podśpiewywana) powinna zawierać: Lasciatemi Cantare, jakieś kawałki Gianny Nanini i ew. Erosa Ramazzottiego (pod warunkiem, że wyraźnie dodasz, że Tina Turner spierdoliła Cose Della Vita)
  • Na pytania „jak było” musisz reagować totalną blazą: co jak było?, aaaa narty, no wiesz… nic specjalnego… chciałem sobie trochę pokrawędziować, odpocząć od tego polactwa, no i miałem ochotę na prawdziwy jarmuż…
  • Warto nauczyć się kilku podstawowych włoskich zwrotów, by przekonać kolegów jak bardzo zintegrowałeś się z lokalną kulturą i używać ich kolejne pół roku. Zatem potrącając kogoś w korytarzu rzucasz niedbale „scuza”, wręczając panu kanapce banknot dziesięciozłotowy mówisz „prego”, a wychodząc z biura rzucasz do wszystkich „buona sera”.
  • Od tego momentu powrotu w dobrym tonie jest pogardzać jakimkolwiek jedzeniem gdziekolwiek. Szczególnie niewłoskim. Ale włoskim też, bo wtedy mówisz, że jest podrobione, gówniane i zupełnie nie takie jak we Włoszech. I w ogóle jak można to jeść. I śmierdzi Polską i smalcem.
  • Pamiętaj, że nie jest istotne, że byłeś akurat w Dolomitach, i od tego momentu możesz uważać się za eksperta od całych Włoch, w tym: sycylijskiej Coza-Nostry, Koloseum i toskańskiego Chianti. Twoje osądy mają być definitywne i wyraziste. Jakakolwiek dyskusja z Tobą ma być skazana na niepowodzenie.
  • Na pytania o jazdę na nartach, możesz rzucić mimochodem, że zjeżdżałeś z Pista Nera z Alberto Tombą i w zasadzie jesteście per Ty. Alberto zapraszał cię nawet do swojej rezydencji na Sardynii, ale wymówiłeś się brakiem czasu, bo włóczą się za nim paparazzi, nagabują, proszą o autografy, burzą prywatność – a po ci to – przyjechałeś w końcu odpocząć.
  • W USC zmieniasz imię na Fabio. Albo Rafael. 


17 Komentarzy

Kirgistan: narty na koniu

Używałem już różnych środków transportu na nartach: od bardziej trywialnych (wyciąg, podchodzenie) do bardziej unikalnych (łódź, latawiec, skuter, ratrak, helikopter). Pomysł z końmi świtał mi w głowie, odkąd przeczytałem o tym, że w Kirgistanie żyje ich ponad 400 tysięcy. Pomyślałem, że jeśli nie zrobimy tego tutaj, nie zrobimy już nigdy w życiu. No bo gdzie jeszcze na świecie narodowy sport to polo na koniach zdechłym kozłem? Albo w którym innym kraju narodowy drink to sfermentowane końskie mleko? Jeśli nie teraz – to nigdy. Musiałem namówić Rafała i zaczęliśmy rozpytywać. Okazało się, że Slava zna Emila, a Emil zna Omurbeka, który jest głównym leśniczym nieopodal wsi воз учук, 35km od Karakola. I tak dotarliśmy do Omurbeka – wesołego Kirgiza ze złotymi zębami od ucha do ucha. Jeśli ktoś z czytających chce to powtórzyć, to podaję namiary do Omurbeka, za jego zgodą: +996 779 78 1445 albo +996 709 78 1445 – a współrzędne GPS: 42.552571N 78.758613E – ale uwaga! da się dotrzeć TYLKO wysoko zawieszonym 4×4 (nie widzieliście nigdy takiego błota w Polsce). Myślę, że utargujecie do 30-40$ za osobo-konia za dzień. Pamiętajcie, że Omurbek musi jechać z Wami i zwieźć Wasze konie z góry po tym jak przesiądziecie się na narty. Podane ceny są przy dwóch osobach. Przy większej liczbie ludzi będzie taniej na głowę. Ale i tak te 30-40$ to taniej niż skipass w Austrii. Omurbek zrobi Wam trwający 5 minut instruktaż: naprzód tu „CIU” i lekko batem po dupie (końskiej, nie swojej ani Omurbeka), stop to „TRRRR” i lejce do siebie, lewo-prawo to lejcami lewo-prawo – koniowi skręca się wtedy głowa, a za głową idzie reszta konia – w sumie proste. No i w siodle trzeba siedzieć „kak mongoł” – czyli nisko i się nie bać, bo inaczej koń ponoć to wyczuje i was zrzuci. W sumie Omurbek był zdziwiony, że potrzebujemy instruktażu, bo w Kirgistanie na koniu umie jeździć każdy – jak na rowerze.

A jak było w drodze? Mówiąc szczerze nie dojechaliśmy tam gdzie chcieliśmy. Było nam szkoda naszych koni brnących w głębokim śniegu. Omurbek bał się chyba, że będziemy chcieli zwrotu kasy i mieliśmy wrażenie, że zabatożyłby te biedne konie na śmierć, żeby tylko weszły na górę. No ale może to tylko wrażenie zepsutego Europejczyka, który nie zna prawdziwego życia? Trudno powiedzieć. Tak czy siak, na wysokości około 2300-2400 metrów mój koń potknął się kolejny raz, ale tym razem nie oparł się na przednich kolanach, tylko zarył pyskiem w śnieg tak, że ja spadłem  z niego do przodu. Spadłem w śnieg – nic mi się nie stało, ale zdecydowaliśmy, że nie wjeżdżamy na planowane 2700. Omurbek chciał wjechać nawet na 3000, ale zapytany, czy robił to kiedyś zimą, odpowiedział szczerze z uśmiechem: „Niet, pierwyj raz”. Ot, kirgiska fantazja. Bardzo nas namawiał i przestał dopiero, kiedy powiedzieliśmy, że „dień charoszyj, dengi niet probljem, spasiba, my tiepier na łyży”. Może i dobrze się stało bo ocenialiśmy, że po roztopach jest spokojnie lawinowa trójka, a w drodze powrotnej widzieliśmy na północnym zboczu, którym mieliśmy jechać dwie urwane deski. Zjechaliśmy więc sobie bardzo-bardzo łagodnym, bezpiecznym i łatwym zboczem do domu Omurbeka. Warunki: lodoszreń, która nas spokojnie utrzymywała na powierzchni – niemal jak na trasie (myślę, że wyżej było znacznie gorzej – szreń łamliwa oznaczająca walkę i brak przyjemności z jazdy).
Uwagi dla chcących powtórzyć nasz plan: zróbcie to na przełomie stycznia i lutego – nie będzie wtedy słońca, a przez to powinien być puch zamiast szreni. W puchu fajniej się jeździ i łatwiej chodzi koniom (tak zrozumiałem od Omurbeka).
Foty:


41 Komentarzy

Nauka dzieci jazdy na nartach

Dziś chciałem napisać o nauce dziecka jazdy na nartach.

W komentarzach na FB i blogu pod poprzednią notką, przewijają się głosy dot. nauki dzieci (dzięki Ula i Arek).
I macie tu sporo racji – instruktor zrobi to profesjonalnie, a rodzic ma czas pojeździć, nie ma nerwów i hektolitrów wylanego potu. Wasza decyzja w pełni uzasadniona i doskonale ją rozumiem. Moja jednak była inna.

Ja zdecydowałem się wziąć naukę na klatę z dwóch powodów:
1. Mam kredyt we franku, a godzina polskojęzycznego instruktora w Alpach to 50 euro.
2. Chciałem nauczyć jeździć swoje córki. Ja. Osobiście. Po prostu taki cel i satysfakcja z jego spełnienia.

Chciałem w tej notce podzielić się z Wami tym co moim zdaniem się sprawdziło.

Po pierwsze: psycha to podstawa u czterolatka.

Ja swoje dziewczyny zacząłem przygotowywać dawno temu: wiedzą, że tata jeździ „najlepiej na świecie”, umieją na mapie świata pokazać miejsca gdzie jeździłem i proszą same o filmy z nart. Fajnie mieć tak oddane fanki – ale wiem, że u mnie sytuacja jest może szczególna. Jeśli jednak Wy zaczniecie z maluchem poruszać temat nart na miesiąc przed wyjazdem, opowiadać jak będzie w górach, przygotowywać na upadki i ćwiczenia, zabierać na giełdę narciarską by wybrać sprzęt – powinno to znacząco pomóc. Maluch złapie, że narty to szczególna rzecz, będzie czekał, opowiadał o tym wszystkim i nie podda się łatwo.
Kolejna sprawa to pierwsze porażki i wywrotki. Nie możecie stracić wtedy cierpliwości. Trzeba obracać to w żart i konsekwentnie kazać dziecku próbować. Najgorsza opcja to odpuścić po pierwszych porażkach, bo wtedy narty będą się maluchowi kojarzyć tylko z płaczem i upadkami. Wiem, że to trudne. Wiem, że męczące. Ale nie odpuszczajcie.

Po drugie: szelki – czyli zabójca instruktorów.

Kupcie uprząż/szelki. Każdy instruktor narciarstwa powie Wam że uprząż/szelki to najgorsza rzecz na świecie. Wiecie czemu? Bo szelki odbierają im pracę. Szelki to zabójca instruktorów narciarstwa. Dzięki nim średniojeżdżący rodzic jest w stanie nauczyć swoje dziecko jeździć bez pomocy. Powiedzmy, że warunek to jeszcze dobra kondycja rodzica.
Ważne by szelki miały trzymanie w pasie i ramionach oraz pod nogami (coś jak uprząż alpinistyczna) i by miały dwa uchyty dzięki ktorym można dzieckiem sterować (film poniżej). Takie szelki na allegro to ok. 60pln.

Po trzecie: mój plan/pomysł na naukę

1 dzień: nie idźcie na stok i nie kupujcie karnetu. Ciągajcie dziecko w szelkach po ośnieżonej nieuczęszczanej ulicy albo placu tak, by łapało w nartach równowagę, nauczyło się w miejscu obracać na nartach i przyzwyczaiło do nart na nogach. Chodzi też o to, by skumało co stanie się gdy jedna narta wjedzie na drugą i by nauczyło się wstawać.

2 dzień: szelki i jazda z góry. Nauka pługowania: „pizza” – czyli pług – narty w kształt pizzy, „frytki” – narty równolegle – to moja „nomenklatura”. Próbujemy też pierwszego skręcania przez naciskanie swojej nóżki rączką. Ten dzień będzie najbardziej wymagający kondycyjnie i dla dziecka i dla rodzica.

3 dzień: pierwsza próba jazdy bez szelek, ja jadę tyłem poniżej dziecka, maluch przede mną i dalsze ćwiczenia frytki/pizza. Jestem dwa-trzy metry poniżej, więc jeśli dziecko zapomni o pługu albo coś mu nie wyjdzie – wpada w moje/Wasze ramiona.

Tak wyglądały moje maluchy w trzecim dniu:

4 dzień: nauka skręcania przez naciskanie rączką kolanka i podnoszenie drugiej rączki.

Po czwartym-piątym dniu nauki maluch powinien być w stanie zjechać za nami po stoku pługo-skrętem. U mnie na koniec czwartego dnia było już tak:

Między trzecim a czwartym dniem, można zrobić dzień przerwy. To pomoże Wam złapać oddech, a dziecku zatęsknić za nartami. Ważne jednak by nie robić przerwy po kiepskim dniu z upadkami, ale po dobrym dniu. Wtedy dziecko będzie czekało bardziej na narty.

Macie jakieś swoje rady/patenty/uwagi?
Podzielcie się.


12 Komentarzy

Czysta furia

Mamy już bilety na Spitzbergen na kwiecień (tak, tak – okazja od SAS o której pisałem). Przygotowania są na etapie bardzo wczesnym.

1. Noclegi są tam koszmarnie drogie – znalazłem miejsca w czteroosobowym pokoju w jakimś hostelu urządzonym w barakach po górnikach z zamkniętej już kopalni: http://www.gjestehuset102.no/

2. Wypożyczenie skutera i broni – to jedyne dostępne miejsce: http://www.spitsbergentravel.com/Start/Equipment/Snowmobile-rental/ – weźmiemy taką maszynkę na dwa lub trzy dni.

3. Mapa topo wyspy: http://toposvalbard.npolar.no – poziomice co 50 metrów – nie jest zła. (dzięki Kuba)

4. Niedźwiedzie polarne – poradnik: http://www.visitnorway.com/upload/PDF/.com/Polar-bear-safety-at-Svalbard.pdf – jest dość obszerny, ale kilka zdań z niego:

Obszar w który należy celować

Obszar w który należy celować

  • Polecane są bardzo silne karabiny strzelca wyborowego, kaliber 30-06, .308 lub większy.
  • W przypadku spotkania z niedźwiedziem miej broń w pogotowiu, załaduj pierwszy nabój do komory kiedy poczujesz się zagrożony lub kiedy niedźwiedź cię zauważy
  • Jeżeli niedźwiedź idzie w twoim kierunku, ujawnij swoją obecność: zacznij klaskać i krzyczeć. Wiele z niedźwiedzi zawróci w tym momencie. Nie licz jednak, że głodny niedźwiedź odejdzie.
  • Jeżeli niedźwiedź dalej idzie w twoim kierunku, użyj pistoletu sygnałowego lub petard jeśli je posiadasz, aby spróbować go odstraszyć. Jeśli masz wyszkolonego Husky’iego, spuść go ze smyczy w tym momencie.
  • Jeżeli niedźwiedz dalej idzie w twoim kierunku i nie okazuje stachu – strzelaj by zabić. Najgroźniejszy niedźwiedź to ranny niedźwiedź. Nie celuj w głowę: czaszka jest osłonięta silnymi mięśniami, a podatny obszar głowy jest bardzo mały. Celuj w klatkę piersiową i bark.
  • Kontynuuj strzelanie aż do momentu kiedy niedźwiedź leży nieruchomo.
  • Nie podchodź do niedźwiedzia, dopóki nie będziesz na 100% pewny, że nie żyje. Nawet wtedy nie podchodź do niego z przodu.
  • Zawiadom gubernatora Svalbard
  • Bądź przygotowany na kolejne niedźwiedzie. Jeśli był jeden, jest istotna szansa, że pojawią się kolejne.

5. Trening strzelecki… Działo się. Postrzelaliśmy trochę z Rafałem z Mausera. Tak jak zasugerował w komentarzach na blogu Tomek (dzięki!) – celność to jedno, ale szybkość strzelania i sprawność obsługi broni jest niemal równie ważna, bo szarżujący niedźwiedź osiąga nawet 40-50 kilometrów na godzinę i zbliża się naprawdę szybko.

Przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawych informacji od instruktora – bardzo doświadczonego człowieka z dużą wiedzą… Nasze podstawowe pytanie, to: czemu na niedźwiedzia używa się wielkiego, ciężkiego i dość topornego w obsłudze Mausera, a nie choćby sprawdzonego Kałasznikowa czy amerykańskiego M4. Odpowiedź jest prosta: Kałasznikow mógłby nie zrobić za wiele pędzącej na adrenalinie bestii, a wszelkie pistolety, colty, magnumy zmierzwiłyby mu co najwyżej futerko. Strzelba, czy breneka nie ma szans na długim dystansie, i jedynie Mauser powali niedźwiedzia z pięćdziesięciu czy stu metrów. Wygląda więc na to, że Norwegowie się znają. I rzeczywiście przetestowaliśmy to: „klepnięcie” w bark Kałacha jest niczym klaps w pupę dla narzeczonej w porównaniu do pierdolnięcia Mausera. Do tej pory mam posiniaczony bark… A poniżej video.

 

 


22 Komentarze

Test gogli UVEX Downhill 2000

ZAWARTOŚĆ SPONSOROWANA

Moje dotychczasowe bolączki z goglami:

  • przy intensywnym wysiłku mocno parują i wiecznie muszę je wycierać; czasem są zaparowane już kilka sekund po wytarciu szmatką, i w takich momentach po prostu nie ma sensu ich zakładać.
  • są za jasne w słońcu – bolą oczy, a w krytycznych przypadkach dostaję zapalenia spojówek
  • są za ciemne we mgle – nic nie widać do tego stopnia, że trzeba je zdejmować
  • niewiele lepiej jest z szybami które potrafią się adaptować do warunków oświetlenia, czyli tzw. fotochromami – ponieważ mają często zbyt ograniczony zakres adaptacji
Uvex Downhill 2000 na stoku w Chile

UVEX Downhill 2000 na stoku w Chile

Dlatego z radością podszedłem do testu gogli UVEX’a: z jednej strony chciałem zobaczyć co też UVEX wymyślił, z drugiej – byłem ciekawy (ale też sceptyczny), czy firma poradziła sobie z rzeczami, które mnie irytowały w goglach do tej pory. Gogle miałem okazję testować podczas wypadu do Chile w sierpniu 2014 zarówno na trasie jak i poza trasą. Poniżej – moje wrażenia.

Parowanie

Szyby w goglach Downhill 2000 są podwójne i zespolone ze sobą: każda para składa się z szyby przezroczystej wewnętrznej pokrytej substancjami utrudniającymi skraplanie się pary wodnej i kolorowej szyby zewnętrznej filtrującej promieniowanie UV. Szyby zainstalowane są w wentylowanych oprawkach, które zapewniają dostęp świeżego powietrza i i są skonstruowane tak, aby odprowadzać na zewnątrz ogrzane powietrze. Uzupełnieniem tego zestawu jest membrana klimatyczna: wodoszczelna i wiatroszczelna, ale przepuszczająca na zewnątrz parę wodną – czyli pot, działająca na podobnej zasadzie, co membrany w nowoczesnych ubraniach sportowych. Dzięki tym wszystkim elementom gogle praktycznie nie parują. Podczas tygodniowej jazdy w Andach nie zdarzyło się to ani razu, pomimo wystawienia gogli na poważne próby. Intensywny wysiłek fizyczny, intensywne pocenie się, zakładanie gogli na czapkę na spoconej głowie, a potem wjazdy na wyciągach przy bezwietrznej pogodzie, itd. – mimo tych wszystkich czynności gogle nie zaparowały ani razu. Jestem przekonany, że moje stare gogle nie wytrzymałyby tego wszystkiego bez wielokrotnego, irytującego zaparowania.

Wymienne szyby

Cały bajer w goglach UVEX polega na tym, że mają wymienne szyby. Miałem okazję przetestować 3 rodzaje szyb w Chile. Ich oznaczenia to S0, S1, S2, S3, S4, gdzie S0 to szyby na jazdę nocną (białe, przeźroczyste), S1 na mgłę i chumry, s2 na umiarkowane zachmurzenie bądź zmienne warunki, S3 na słońce, S4 (najciemniejsze) na lodowiec i jasne słońce wysoko w górach.

Poniższe fotki zostały zrobione już w Polsce i pokazują wygląd poszczególnych używanych przeze mnie szyb:

Szyby S1: na mgłę i duże zachmurzenie. Żółty kolor wyostrza kształty.

Szyby S1: na mgłę i duże zachmurzenie. Żółty kolor wyostrza kształty.

Różowe szyby LiteMirror Pink: na średnie zachmurzenie i zmienne warunki

Różowe szyby S2 LiteMirror Pink: na średnie zachmurzenie, przejaśnienia i zmienne warunki

Szyby S3, typu Lustra LiteMirror Silver: na ostre słońce.

Szyby S3, typu lustra – LiteMirror Silver: na ostre słońce.

Wymiana szyb, nawet w rękawiczkach, nie zajmuje dłużej niż 30 sekund: są precyzyjnie dopasowane do oprawek, i dobrze, solidnie wykonane. Po kilkunastu wymianach szyb, guma oprawki nie jest wyrobiona, dalej przylega dobrze do szyb, nie ma luzów ani przedarć.

Dzięki wymiennym szybom – mamy WRESZCIE jasność dopasowaną do otaczających warunków. W dzisiejszym narciarstwie mamy prognozy pogody, które są precyzyjne i sprawdzają się w 90%. Dzięki temu, rano, po przestudiowaniu prognozy przed wypadem na narty, zakładamy odpowiednią szybę i cieszymy się komfortową jazdą aż do kolejnego dnia. To się naprawdę sprawdza!

Pozostałe technologie użyte w goglach

  • Technologia wykonania szkieł Decentered Lens pozwala na widzenie bez zniekształceń. Mówiąc szczerze, w innych goglach nie był to problem, więc nie poczułem tu dużej różnicy
  • Welurowa pianka dostosowuje się dobrze do kształtu twarzy – to również standard wykończeń gogli dobrych producentów.
  • Silikonowo-gumowy pasek zapobiega ślizganiu się gogli po kasku.

Na koniec wypada dodać, że gogle produkowane są w Niemczech, podczas kiedy większość konkurentów przeniosła produkcję do Chin. Wiem dobrze, że w bardzo wielu segmentach nie ustrzeżemy się przed produktami chińskimi. Ze często nie mamy wyboru i musimy kupować chińskie rzeczy. Pisałem już tu, na tym blogu kiedyś o CSR. Dla mnie ma znaczenie, czy moich gogli nie wykonał siedmiolatek za głodową stawkę, lub czy może nie stracił przy tym palców. Jeżeli mam wybór – kupuję produkty wykonane w krajach respektujących prawa pracownicze i nie trujących środowiska. Jeśli jest to dla ciebie argument – wybierzesz gogle UVEX.

Podsumowanie

Gogle UVEX sprawdziły się dobrze, szczególnie mając w pamięci problemy jakie miałem z innymi goglami dotychczas. Nie parują, da się je dostosować do warunków atmosferycznych, są dobrze i solidnie wykonane. Szczerze polecam. Cena gogli z jedną parą szyb to około 400PLN.

 


4 Komentarze

Ubrania narciarskie dla dzieci: mądry wybór?

Z reguły kupuję w Lidlu wino. Akurat wpadłem po butelkę, gdy zobaczyłem kolekcję strojów narciarskich dla dzieci w mocno niewiarygodnych cenach: 55 za kurtkę i 45 za spodnie. Zatrzymałem się na chwilę myśląc, że to pewnie kompletne badziewie – i przyjrzałem się bliżej.

Ubrania są wyposażone w membranę 3000mm (tak – membrana w tej cenie!), – czyli są wiatro- i wodoszczelne. Membrana oddycha, chociaż nie podano parametrów przepuszczalności powietrza. Kurtka ma regulowany ściągacz przeciwśniegowy w pasie, spodnie mają szelki, gumki przeciwśniegowe i wysoki stan – wszystko to co ciuchy narciarskie mieć powinny. Ubrania są średnio ocieplone, zgodnie z obowiązującymi trendami: jeśli jest zimno – zakładasz dziecku dodatkowy polar, jeśli nie – nie jest spocone po kilku chwilach. Wszystskie szwy są wodoszczelne.
Jest 3 wzory kurtek dla dziewczynek, dwa wzory spodni. Dla chłopców chyba też. Pełna rozmiarówka.
Pomyślałem chwilę, mając lekkie wyrzuty sumienia: sam w końcu kupuję markowe ciuchy w cenach grubo wyższych, a dla ukochanych córeczek ma być Lidl? Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że:
Ja spędzam na stoku 20-30 dni rocznie, i moje ciuchy obliczone są na wiele sezonów. Moje maluchy będą w tym sezonie pewnie 5 dni, a na kolejny sezon pewnie wyrosną z tych ubrań. Kupiłem. Dobra jakość. Polecam.
Aktualizacja: a tutaj widać jak się pięknie prezentowały 🙂 – https://nakreche.com/2015/02/02/nauka-dzieci-jazdy-na-nartach/
2014-10-21 21.51.05


3 Komentarze >

Energizer Ultimate Lithium

Energizer Ultimate Lithium

Słuchajcie, dziś tak na szybko i wydawałoby się nie na temat o nartach – ale tylko z pozoru… BATERIE.
Akurat robię sprawdzenie sprzętu: latarka czołowa i nadajnik lawinowy – potrzebują po 3 małe paluszki, do tego chcę kupić dobre baterie do nadajnika satelitarnego…
Wy być może dodatkowo potrzebujecie baterie do kamer czy aparatów.
Szybka rada na dziś: na narty NIE kupujcie baterii alkalicznych, a TYLKO baterie litowe.
1. bateria litowa ma dużo lepszą charakterystykę w niskich temperaturach i np. przy -10 stopniach będzie trzymać do 7-8 razy dłużej niż standardowe baterie alkaliczne
2. bateria litowa jest o 1/3 lżejsza od alkalicznej. szczególnie jeśli jedziesz na skitury – waga plecaka ma kluczowe znaczenie

Oba te punkty to istotny powód dla którego baterie litowe są idealne w urządzeniach które zabieracie na narty.

Baterie litowe ciężko dostać i z reguły nie ma ich w Media Marktach czy Saturnach…
Ja osobiście kupuję zawsze L92 Energizera Ultimate Lithium – na Allegro paczka 4 sztuki po 20PLN.
POLECAM! 😉


21 Komentarzy

Narty Solo

Wiele osób z którymi rozmawiam i opowiadam o różnych wyprawach narciarskich pyta mnie z kim byłem w wielu miejscach. Zawsze gdy pada odpowiedź „zupełnie samemu”, widzę zdziwienie na twarzy swojego rozmówcy… „jak to samemu?”, „po co jechać samemu?”, „nie bałeś się?”, „miałeś co robić tak samemu?” – to z reguły pytania które słyszę… Uśmiecham się wtedy zawsze…

Zanim się rozwinę, napiszę tylko, że wiem, że czytają to moi kumple z którymi zjeżdżam… Wspólne podróże są świetne. Panowie, Japonia czy Gruzja które zrobiliśmy w tym roku – to jedne z bardziej udanych wypraw narciarskich w moim życiu, i jestem z nich bardzo zadowolony. Towarzystwo było doborowe, super kompani zarówno do nart jak i do wygłupów, czy do poważnych dyskusji. Więc chłopaki, nie obraźcie się na mnie gdy będziecie to czytać, ale po prostu muszę napisać, że samotne podróże są równie genialne. Podróżowanie po zakątkach świata zupełnie samemu i jazda na nartach z przypadkowo poznanymi ludźmi, to równie wspaniałe doświadczenie, które będę polecał każdemu, kto mnie o to zapyta.

A więc narty solo: od czego zacząć?

Przewodnik

tak wyglądał fotel obok kierowcy podczas większości mojej samotnej wyprawy przez Alaskę

tak wyglądał fotel obok kierowcy podczas większości mojej samotnej wyprawy na Alaskę

Moja odpowiedź jest jedna: Lonely Planet. Olej Pascala, olej Michelin – moim zdaniem informacje w tych przewodnikach są niepełne, często mało przydatne dla narciarzy czy backpackersów, szybko się dezaktualizują. Tylko Lonely Planet spełnia moje oczekiwania, szczególnie przy samotnych podróżach. W Lonely Planet nie znajdziesz informacji, które możesz sobie po prostu wygooglować. Redaktorzy Lonely Planet byli w tych wszystkich opisywanych miejscach osobiście – często po kilku, następnie ich relacje są kompilowane w jedną całość, a wcześniejsze edycje uaktualniane. Z Lonely Planet zrozumiesz lokalną kulturę, poznasz anegdoty, daty lokalnych świąt, festiwali, warte odwiedzenia miejsca, poznasz lokalne zwyczaje, jedzenie (nie tylko w restrauracjach), zrozumiesz kontekst historyczny lokalnych poglądów i przekonań. Oczywiście Lonely to nie wszystko – zanim wyruszę w podróż spędzam dziesiątki godzin na forach, wikipedii, wikitravel, często męczę ludzi mailami czy telefonami. Ale mimo to, dla mnie przewodniki Lonely to nieodzowny element samotnej podróży.

Dla kontrastu radzę Wam przeczytać hejterski wpis dot. Lonely Planet: http://kontakt-kik.blogspot.com/2011/07/dlaczego-nie-lubie-lonely-planet.html – moim zdaniem opisuje tylko negatywne emocje i formułuje negatywne osądy bez podawania faktów. Jedyne fakty, o których autor pisze, to zdania Lonely nt. Polski i świąt katolickich podane zdaniem autora bez należytego szacunku i kontekstu, w ten sam sposób co np. informacje o religijnych świętach hinduskich. Cóż… blog reprezentuje poglądy Klubu Inteligencji Katolickiej, rozumiem więc, że takie podejście może boleć. Ja jednak nie wyobrażam sobie innego. Skoro jednak ja tak bardzo Lonely polecam – dla równowagi warto przeczytać też inne wpisy i wyrobić sobie opinie samemu.

Gdzie spać?

Arktyczna Laponia: pokój u Dicka i Miny - kurcze... jak oni wspaniale gotowali...

Arktyczna Laponia: pokój u Dicka i Miny – wieczorne biesiady z nimi ze wspaniałym, gotowanym przez nich jedzeniem – zapamiętam długo.

Zrezygnuj z hoteli. Kiedyś na Alasce popełniłem błąd. Zanim wyruszyłem w dzicz, zatrzymałem się w Anchorage. Z odbytych wcześniej podróży służbowych zgromadziłem dużo punktów hotelowych, które potem za darmo mogłem wykorzystać – i zdecydowałem się na darmowy dla mnie, ale luksusowy hotel w stolicy Alaski. Z hotelu korzystali głównie opaśli amerykańscy turyści którzy chcieli tylko „powąchać” Alaskę z daleka, i białe kołnierzyki, które przyjechały w sprawach biznesowych, najczęściej związanych zapewne z rurociągiem trans-alaskańskim. Nie muszę mówić, że integracji żadnej nie było. Nie rozmawiałem z żadnymi ludźmi, chodziłem tylko jeść do miejsc polecanych przez mój Lonely Planet. Raz czy dwa wybrałem się na trekking w góry wkoło Anchorage. Dopiero kiedy ruszyłem w dzicz, i zacząłem nocować w pensjonatach, jeść w przydrożnych barach i poznawać ludzi: kierowców ciężarówek, rangerów, czy innych narciarzy – podróż zaczęła nabierać kolorów.

Pełne zanurzenie

Tak naprawdę prawdziwa integracja z ludźmi ma miejsce w przypadku samotnych podróży. Kiedy jesteś we dwójkę, trójkę czy piątkę – jest świetnie, ale raczej stanowicie zamkniętą ekipę, która – owszem – może kogoś poznać i pogadać z obcymi, ale ekipa to ekipa. W ekipie następuje wspólne planowanie i zawieranie związanych z tym kompromisów, ekipa jest zgrana, wyrusza i wraca razem. Samemu jest inaczej. Odważę się napisać, że istnieje coś takiego, jak cała filozofia „Solo Travel”. Wielu blogerów-podróżników jak np. Global Goose stawia tezę, że każda osoba powinna spróbować samotnej podróży przynajmniej raz w życiu. Ze samotna podróż wzbogaca jak żadna inna, że dzięki niej można poznać wielu wspaniałych ludzi, że prawdziwie integruje Cię z krajem który odwiedzasz, z lokalsami, i z otaczającą Cię kulturą. Ich zdaniem, pierwsza samotna podróż jest rodzajem wspaniałego szoku, który każdy pamięta całe życie. Lies Ouwerker pisze, że tylko samotne podróże umożliwiają jej totalne zanurzenie (immersion) w lokalnej kulturze i prawdziwie pełną integrację z innymi ludźmi.

I cholera coś w tym jest. Pamiętam, kiedy jadąc drogą w arktycznej Laponii spotkałem auto jadące w przeciwnym kierunku z nartami na dachu. Spotkać tam auto – to jest w ogóle sprawa niezbyt częsta, a jeszcze narty na dachu – to nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Zaczęliśmy mrugać sobie światłami, machać do siebie i w końcu zatrzymaliśmy się na przeciwnych poboczach. Jossi, sympatyczny Szwed  – niemalże padł mi w ramiona widząc mnie pierwszy raz w życiu. Wymieniliśmy się od razu doświadczeniami, kontaktami do siebie i informacjami o okolicznych zjechanych i zaplanowanych do zjechania górach. Umówiliśmy się na wspólne zjazdy. Mamy kontakt do tej pory.

Lawiny

podczas samotnych zjazdów musisz jakoś radzić sobie z robieniem fotek (wiem, wiem - siedzę tu sa bardzo na tyłach)

Podczas samotnych zjazdów musisz jakoś radzić sobie z robieniem fotek (wiem, wiem – siedzę tu za bardzo na tyłach nart)

To jest w zasadzie główny argument przeciwko samotnej jeździe na nartach. Nawet jeśli sensownie ogarniasz zagrożenie lawinowe, unikasz ryzykownych stoków i podejść, i jesteś generalnie rozsądny – wypadki się zdarzają nawet najlepszym ekspertom. W sytuacji kiedy coś cię przysypie – jesteś zawsze zdany na kolegów z ekipy: na ich działające nadajniki lawinowe, na ich umiejętności ich obsługi, na ich wytrzymałe łopaty i silne ręce. Jeśli zasypie cię, kiedy zjeżdżasz sam – masz w zasadzie konkretnie przesrane. Generalnie, jeżdżąc samemu widzę niewielki sens zabierania ze sobą całego anty-lawinowego sprzętu – bo tylko ciąży w plecaku, a w razie problemów na niewiele się zda. Na szczęście jednak samotne podróże na narty, wcale nie oznaczają samotnej jazdy na nartach. Bardzo często bywa, że akurat w helikopterze jest jedno wolne miejsce, że jakaś przewodnik może zabrać jedną osobę więcej, albo jak pisałem wyżej, że zintegrujesz się z innymi narciarzami do zjazdów. Tak naprawdę podczas moich samotnych narciarskich podróży zaledwie kilka razy zdarzyły mi się zupełnie samotne zjazdy. Cóż… przeżycie również ekscytujące, i skłamałbym gdybym napisał, że tego żałuję, ale jednak staram się tego nie robić jeśli są inne wyjścia.

Na koniec napiszę, że BARDZO polecam samotne podróże każdemu narciarzowi przynajmniej raz na jakiś czas. Moja kolejna – już za 5 tygodni. I uśmiecham się mimowolnie do siebie, kiedy o niej pomyślę! 🙂