nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


34 Komentarze

Czym są dla Was narty?

4259327493_bd7fdc70d2_bCzytacie bloga? Jest okay? Korzystacie czasem z rad, albo przynajmniej bywa interesująco? No to teraz przyszedł czas, byście Wy zrobili coś dla mnie…

Chciałbym, by ten blog łączył wszystkich, którzy kochają narty. I chciałbym usłyszeć od Was czym są dla Was narty i jaki jest ich sens dla Was. Chcę sprawdzić profil swoich czytelników. Komentarze są ustawione tak, że nie trzeba wstawiać swoich maili – pozostaniecie anonimowi. Kamą! Jesteście mi to winni.

Jaki jest więc dla Was sens nart? Jeśli ja miałbym wymienić kilka rzeczowników, które ten sens definiują, to dla mnie to byłyby chyba: góry, przygoda, podróż, samotność, odludzie, puch

Ale przecież dla innych mogą to być: śnieg, grzaniec, przyjaźń, wypieki, śmiech, zabawa – i też jest to wspaniałe!

A znam takich, którzy napisaliby z powagą: prędkość, przechyły, technika, sztruks, ranek… Szacunek dla nich!

I takich dla których to: podejście, skitury, wyzwanie, zdobycie, satysfakcja… Wspaniałe, prawda?

A może jeszcze: ewolucje, zabawa, snowpark, radość, freestyle, ekipa?

A może zupełnie w teorii śledzicie tego bloga i byłyby to: obawa, zainteresowanie, ciekawość, czysta teoria?

Albo coś czego zupełnie nie przewidziałem?

 

A więc: czym narty są dla Was? Wymieńcie mi kilka haseł!


9 Komentarzy >

tagi bagazowePopadam w niezmiennie dobry nastrój, kiedy pakuję się na kolejny wyjazd… Odrywam stare tagi bagażowe z pokrowców… Santiago de Chile, Biszkek, Sapporo… Te wszystkie miejsca kojarzą mi się z tylko jednym.

Odnajduję stare karnety, mapy, wydruki, zapiski… Szkoda mi ich wyrzucać, więc rośnie kupka sentymentalnych szpargałów… Wkładam do plecaka ulubioną szmatkę do gogli kupioną na Hokkaido, ulubioną bluzę „Alaska”, no i oczywiście mocno już przetartego buffa, którego dostałem od Dicka i Miny w Laponii. Uśmiecham się. Pakowanie zajmuje mi chyba dłużej niż to niezbędne. Lubię to.

Jutro wcześnie rano, dwudniowy wyjazd służbowy, a w czwartek nowa przygoda! Spitsbergen! 🙂


Dodaj komentarz >

Na Spitz’a lecimy w czwartek za tydzień – tymczasem newsy z Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitzbergenie nie wyglądają najlepiej:

Ekipa Uniwersytetu Śląskiego została uwięziona na wschodnim wybrzeżu w wyniku szarży lodowca Paierla. Korzystając z okna pogodowego naukowcy udali się na pomiary glacjologiczne na lodowcach Storebreen i Flatbreen. Niestety w czasie trwania ich pomiarów nastąpiła szybka i niespodziewana szarża lodowca Paierla. Uwięzieni naukowcy nie są w stanie wrócić na skuterach do Stacji. Trwają próby poszukiwania drogi przejazdu przed czołem lodowca oraz w jego górnej części. Nawiązano z nimi kontakt telefoniczny. Dowieziono im łódką żywność, bo fiord jest nie zamarznięty. Zdarzenie zgłoszone zostało do Biura Gubernatora Spitzbergenu.


10 Komentarzy

Narty Tanio

2014-03-19 13.42.51Narty generalnie tanie nie są. Wszyscy to wiemy. Jak jedziecie raz w roku, to czasem hołdując zasadzie „zastaw się a postaw się” wybieracie droższe opcje i zakładając że raz się żyje, fundujecie sobie trufle na śniadanie w Trzech Dolinach albo dwadzieścia bombardinio, by potem po powrocie do ojczyzny, niczym właściciele bloga Make Life Harder, jeść do końca miesiąca wkładki do butów na brunch i kluski z kurzu na obiad.

Mnie niby zdarzają się sponsorzy, ale ponieważ, jak zaobserwowaliście na punkcie nart mam trochę szajby, i wyjazdów w roku mam tyle, że nawet najbogatszy sponsor patrzy na mnie z politowaniem: bo niestety nie wyglądam na Shauna White’a, brak mi długich włosów, amerykańskiego uśmiechu no oczywiście i tyle skilla co ma Shaun, ale kasy na jeden wyjazd to chciałbym dwa razy tyle co on na cały sezon. W związku z tym muszę sobie radzić. Nie mogę „raz się żyć” za każdym razem, bo kluski z kurzu musiałbym w przypływie milości oddać swoim córkom, a sam umarłbym z głodu. Zatem musze kombinować co zrobić najtaniej i jak. Temu właśnie poświęcony jest ten post.

Słuchajcie więc tutaj: o ile praca mi pozwoli, za tydzień lecę do Włoch poszusować po wiosennym firnie i zrobić się na heban w Dolomitach. Prawda, że brzmi rejwi i dżezi, jakbym miał drukarkę do stówek w domu? Wkuwriłem Was chociaż trochę? Chcielibyście tak samo powkurwiać znajomych na fejsie i kumpli z pracy, ale budżet się słabo zapina? Obiecuję, że się da. Popaczcie tylko ile to kosztuje:

  • Rajan-er do Bergamo kosztował mnie osiem dyszek w dwie strony. Nie, nie euro. Złotych. Bilet kupiłem pół roku temu. Latają do Bergamo z Modlina, Krakowa, Wrocka i Lublina. No dobra, że z Lublina to żartowałem – bez przesady. Buty narciarskie spakuję do podręcznego i polecę w kurtce narciarskiej, żeby nie dopłacić za bagaż. A trochę beki z Lublina nie zaszkodzi.
  • W Bergamo najtaniej będzie wziąć auto – a jeśli nie wiedzieliście, to ceny wypożyczenia aut we Włoszech należą do najtańszych w Europie. Ceny na 4 dni zaczynają się już od 35 EUR za Pandę. Koniecznie niebieską. W późnym marcu nie będzie padało, więc nie trzeba łańcuchów ani nic. Trzeba tylko na nią chuchać i dmuchać, bo jak porysujecie – może być drogo – podstawowe opcje są bez ubezpieczenia, więc jak nie jesteście pewni swoich umiejętności za kółkiem – lepiej dopłacić za cover. Gdybyście ją porysowali, a limit na karcie by się skończył – włoskie więzienia raczej spełniają standardy UE. Tylko zostaje ten cały raban z ambasadą, budzenie konsula w środku nocy – no czy to jest warte paru euro ubezpieczenia?
  • Termin wybrałem taki, żeby w Val di Sole było po sezonie, więc skipass na 3 dni kosztował będzię 90 EUR a nie 120 EUR w szczycie sezonu (stówka zostaje w kieszeni). Oczywiście w marcu jak to w marcu – na dole przy wyciągu będą spod śniegu wystawać placki wytartej trawy, a codziennie po trzynastej na stoku będę pływał a nie jeździł, ale jak już pisałem powyżej, kolegom z pracy powiem, że niby chodziło o ten firn i heban. I będę obserwował jak bierze ich wkurw. Przecież nie powiem o plackach trawy.
  • Zakwaterowanie poza sezonem na 4 dni to koszt od 300-400 PLN niedaleko wyciągu i od 200 PLN dalej w dolinie. Sprawdźcie booking.com, interhome.com, skirama.it – i raczej nie spodziewajcie się w tej cenie basenu ani widoku na góry. Ale kamą! Basen jak pisałem powyżej będzie na stoku po trzynastej, a na góry też się nagapicie, no to po co dwa razy. I nie jest prawdą, że nad łóżkami dach przeciekał, szczególnie, że prawie nie padało.
  • Przy założeniu, że jedziecie we dwójkę, i koszt auta i pokoju się rozłoży, za wszystkie powyższe przyjemności wyszłoby… UWAGA! …jakieś 650 polskich złotych nowych – a 70% tego to koszt skipassu.
  • Do tego dochodzi żarcie. Można wziąć w kieszeniach do Rajan-era paprykarz szczeciński, ale wiemy, że pizza i makaron na włoskich stokach są po pierwsze tańsze, a po drugie na serio smaczniejsze niż u ich północnych austriackich sąsiadów, więc może warto jednak zostawić ten paprykarz na „po powrocie”. Hipsterzy mnie poprą, i dodadzą, że zamówienie zwykłej ekonomicznej margarity albo alio-e-olio zamiast prosciutto z rukolą i jarmużem, świadczy o prawdziwie wysublimowanym smaku, przywiązaniu do prostoty, tradycji i znajomości lokalnych wartości. Poza tym, jak do cholery jest „jarmuż” po włosku?
  • Przydałoby się też jakieś alko, ale to na bezcłowym się można obkupić i zrobić nawet taniej niż w ojczyźnie, a bez płacenia pazernym italiańcom.

Skoro już piszę pełną instrukcję na lans, na koniec kilka rad na po powrocie do biura:

  • Nie wspominasz nic o tym, że byłeś na nartach – wszyscy skumają widząc Twoją opaleniznę, dla podkreślenia efektu Twoja playlista (podśpiewywana) powinna zawierać: Lasciatemi Cantare, jakieś kawałki Gianny Nanini i ew. Erosa Ramazzottiego (pod warunkiem, że wyraźnie dodasz, że Tina Turner spierdoliła Cose Della Vita)
  • Na pytania „jak było” musisz reagować totalną blazą: co jak było?, aaaa narty, no wiesz… nic specjalnego… chciałem sobie trochę pokrawędziować, odpocząć od tego polactwa, no i miałem ochotę na prawdziwy jarmuż…
  • Warto nauczyć się kilku podstawowych włoskich zwrotów, by przekonać kolegów jak bardzo zintegrowałeś się z lokalną kulturą i używać ich kolejne pół roku. Zatem potrącając kogoś w korytarzu rzucasz niedbale „scuza”, wręczając panu kanapce banknot dziesięciozłotowy mówisz „prego”, a wychodząc z biura rzucasz do wszystkich „buona sera”.
  • Od tego momentu powrotu w dobrym tonie jest pogardzać jakimkolwiek jedzeniem gdziekolwiek. Szczególnie niewłoskim. Ale włoskim też, bo wtedy mówisz, że jest podrobione, gówniane i zupełnie nie takie jak we Włoszech. I w ogóle jak można to jeść. I śmierdzi Polską i smalcem.
  • Pamiętaj, że nie jest istotne, że byłeś akurat w Dolomitach, i od tego momentu możesz uważać się za eksperta od całych Włoch, w tym: sycylijskiej Coza-Nostry, Koloseum i toskańskiego Chianti. Twoje osądy mają być definitywne i wyraziste. Jakakolwiek dyskusja z Tobą ma być skazana na niepowodzenie.
  • Na pytania o jazdę na nartach, możesz rzucić mimochodem, że zjeżdżałeś z Pista Nera z Alberto Tombą i w zasadzie jesteście per Ty. Alberto zapraszał cię nawet do swojej rezydencji na Sardynii, ale wymówiłeś się brakiem czasu, bo włóczą się za nim paparazzi, nagabują, proszą o autografy, burzą prywatność – a po ci to – przyjechałeś w końcu odpocząć.
  • W USC zmieniasz imię na Fabio. Albo Rafael. 


13 Komentarzy

Do zobaczenia Kirgistan!

To nie był wyjazd narciarski, który będę pamiętał szczególnie z powodu nart, chociaż pewnie akurat upadek z konia zapamiętam długo. Warunki były średnie, głównie ze względu na brak opadów i palące non-stop słońce tworzące szreń na powierzchni istniejącego śniegu, którego było dużo. Pewnie poradziłbym Wam pojechać do Kirgistanu poza trasę 2-3 tygodnie wcześniej w sezonie – uczcie się na moich doświadczeniach. 

Ale zapamiętam cały ten wyjazd na długo. Było ciekawie, inspirująco. Muzułmański kraj, zapierające dech w piersiach krajobrazy, trochę dzicy ludzie, których czasem, zupełnie niepotrzebnie, bałem się bardziej niż stromizn na stokach, wspaniałe, majestatyczne sześciotysięczniki no i te cholerne konie, przez które nawet na blogu był hejt.

Do zobaczenia Kirgistan! Do zobaczenia Biszkek! Było NAPRAWDĘ fajnie!




8 Komentarzy

Karakol

Być może czytacie moje notki, podziwiacie piękne widoki, śnieg, góry, i myślicie sobie „cholera, a może by przyjechać do Kirgistanu na narty za rok?”.

Bardzo Was do tego zachęcam, jednak uczciwe z mojej strony byłoby pokazanie Wam pełnej prawdy o tym miejscu, a nie tylko słodkaśnych foteczek z jazdy.

Dziś, zamiast relacji z jazdy na skuterach, wrzucę więc kilka fotek z Karakol – miasta w którym mieszkamy. Jeśli komentowaliście „jak cudownie” i „zazdroszczę” – to spójrzcie na to:
Tak na przykład wygląda biuro kirgiskiego notariusza:
A tak salon fryzjerski (nie wiem tylko jak z terminami w tym Atelier):
Tak salon meblowy, który pewnie za kilka lat zmiażdży IKEĘ:
A tak designer outlet:

Poza tym, w tym 70-tysięcznym mieście jest skrzyżowanie ze światłami, kilka warsztatów samochodowych, dwie asfaltowe ulice i co niedzielę największy kirgiski targ zwierząt (koszmarnie śmierdzi również w inne dni tygodnia). Po zmroku nie zaleca się chodzić ulicami (wszystkie bez latarni), a taksówkarze naciągają oczywiście turystów z zachodu. Kirgizi mówią, że upiekło im się, że Sacha Baron Cohen wybrał na kraj Borata – Kazachstan, bo Kazachstan jest znacznie bogatszy i nowocześniejszy od ubogiego i malutkiego sąsiada jakim jest Kirgistan.
Powinniście wiedzieć to wszystko jeśli skuszeni górami i fotkami widoczków z bloga, planowaliście się tu wybrać – do czego jednak mimo wszystko Was gorąco zachęcam.


17 Komentarzy

Kirgistan: narty na koniu

Używałem już różnych środków transportu na nartach: od bardziej trywialnych (wyciąg, podchodzenie) do bardziej unikalnych (łódź, latawiec, skuter, ratrak, helikopter). Pomysł z końmi świtał mi w głowie, odkąd przeczytałem o tym, że w Kirgistanie żyje ich ponad 400 tysięcy. Pomyślałem, że jeśli nie zrobimy tego tutaj, nie zrobimy już nigdy w życiu. No bo gdzie jeszcze na świecie narodowy sport to polo na koniach zdechłym kozłem? Albo w którym innym kraju narodowy drink to sfermentowane końskie mleko? Jeśli nie teraz – to nigdy. Musiałem namówić Rafała i zaczęliśmy rozpytywać. Okazało się, że Slava zna Emila, a Emil zna Omurbeka, który jest głównym leśniczym nieopodal wsi воз учук, 35km od Karakola. I tak dotarliśmy do Omurbeka – wesołego Kirgiza ze złotymi zębami od ucha do ucha. Jeśli ktoś z czytających chce to powtórzyć, to podaję namiary do Omurbeka, za jego zgodą: +996 779 78 1445 albo +996 709 78 1445 – a współrzędne GPS: 42.552571N 78.758613E – ale uwaga! da się dotrzeć TYLKO wysoko zawieszonym 4×4 (nie widzieliście nigdy takiego błota w Polsce). Myślę, że utargujecie do 30-40$ za osobo-konia za dzień. Pamiętajcie, że Omurbek musi jechać z Wami i zwieźć Wasze konie z góry po tym jak przesiądziecie się na narty. Podane ceny są przy dwóch osobach. Przy większej liczbie ludzi będzie taniej na głowę. Ale i tak te 30-40$ to taniej niż skipass w Austrii. Omurbek zrobi Wam trwający 5 minut instruktaż: naprzód tu „CIU” i lekko batem po dupie (końskiej, nie swojej ani Omurbeka), stop to „TRRRR” i lejce do siebie, lewo-prawo to lejcami lewo-prawo – koniowi skręca się wtedy głowa, a za głową idzie reszta konia – w sumie proste. No i w siodle trzeba siedzieć „kak mongoł” – czyli nisko i się nie bać, bo inaczej koń ponoć to wyczuje i was zrzuci. W sumie Omurbek był zdziwiony, że potrzebujemy instruktażu, bo w Kirgistanie na koniu umie jeździć każdy – jak na rowerze.

A jak było w drodze? Mówiąc szczerze nie dojechaliśmy tam gdzie chcieliśmy. Było nam szkoda naszych koni brnących w głębokim śniegu. Omurbek bał się chyba, że będziemy chcieli zwrotu kasy i mieliśmy wrażenie, że zabatożyłby te biedne konie na śmierć, żeby tylko weszły na górę. No ale może to tylko wrażenie zepsutego Europejczyka, który nie zna prawdziwego życia? Trudno powiedzieć. Tak czy siak, na wysokości około 2300-2400 metrów mój koń potknął się kolejny raz, ale tym razem nie oparł się na przednich kolanach, tylko zarył pyskiem w śnieg tak, że ja spadłem  z niego do przodu. Spadłem w śnieg – nic mi się nie stało, ale zdecydowaliśmy, że nie wjeżdżamy na planowane 2700. Omurbek chciał wjechać nawet na 3000, ale zapytany, czy robił to kiedyś zimą, odpowiedział szczerze z uśmiechem: „Niet, pierwyj raz”. Ot, kirgiska fantazja. Bardzo nas namawiał i przestał dopiero, kiedy powiedzieliśmy, że „dień charoszyj, dengi niet probljem, spasiba, my tiepier na łyży”. Może i dobrze się stało bo ocenialiśmy, że po roztopach jest spokojnie lawinowa trójka, a w drodze powrotnej widzieliśmy na północnym zboczu, którym mieliśmy jechać dwie urwane deski. Zjechaliśmy więc sobie bardzo-bardzo łagodnym, bezpiecznym i łatwym zboczem do domu Omurbeka. Warunki: lodoszreń, która nas spokojnie utrzymywała na powierzchni – niemal jak na trasie (myślę, że wyżej było znacznie gorzej – szreń łamliwa oznaczająca walkę i brak przyjemności z jazdy).
Uwagi dla chcących powtórzyć nasz plan: zróbcie to na przełomie stycznia i lutego – nie będzie wtedy słońca, a przez to powinien być puch zamiast szreni. W puchu fajniej się jeździ i łatwiej chodzi koniom (tak zrozumiałem od Omurbeka).
Foty: