Wolna dycha – pierwszy raz od dawna po Warszawie… (przygotowania)
by nakreche Dodaj komentarz >
Wolna dycha – pierwszy raz od dawna po Warszawie… (przygotowania)
Przygotowania do wyjazdu do Norwegii – na finiszu: dziesiątki kilometrów biegiem – pokonane, video „łowienie ryb – nie tylko dla orłów” – obejrzane, anoraki – kupione ;-), a tymczasem wrzucam tu drugi z cyklu postów o sprzęcie turowym – tym razem o wiązaniach.
Wiązanie turowe ma spełniać podstawową zasadę: do podejścia musi dać przełączyć się w tryb z ruchomą piętą (tak jak w narcie biegowej), a do zjazdu ruchoma pięta musi dać się zablokować i pozostać nieruchoma.
Jakie wiązania turowe są dostępne na rynku?
No to jakie wiązania wybrać?
Jeśli potrzebujemy wiązań tylko do wchodzenia, jesteśmy fanatykami minimalnej wagi, a wygoda zapięcia czy bezpieczeństwo schodzi na drugi plan – wtedy zapewne wybierzemy wiązania TLT / pinowe, gdzie króluje Dynafit. Podobnie wybierzemy TLT, jeśli szykujemy się na jakiś ekstremalny trawers alpejski trwający wiele dni, kiedy liczy się każdy gram ekwipunku. [uwaga z roku 2018: to jest post z roku 2013 – przez 5 lat sporo się zmieniło na rynku wiązań – na dole artykułu jest aktualizacja]
Jeśli natomiast trochę podchodzimy, ale również sporo zjeżdżamy, a zatem oprócz skituringu liczy się freeride, bezpieczeństwo i masa wiązania nie jest aż tak super-krytyczna – wtedy najpewniej wybierzemy wiązanie szynowe – zapewne Diamir, Silvretta bądź Marker. Wiązanie szynowe to również lepszy wybór dla początkujących turowców: po pierwsze łatwiej je zapiąć, po drugie można ustawić przedni bezpiecznik na szybkie/łatwe wypięcie w razie wypadku i nie obawiać się o swoje kolana.
Wiązania szynowe wybiorą również prawdziwi alpejscy zabijacy freeride’owi. Ci którzy robią dropy po paręnaście metrów, jeżdżą w strefach „no fall” – nie mogą pozwolić sobie na przypadkowe wypięcie nart – dla nich fabryczne ustawienie przedniego bezpiecznika w wiązaniu pinowym będzie zbyt luźne.
A może adaptery ski-tourowe do wiązań zjazdowych?
Rzeczywiście – istnieje coś takiego. To najtańszy sposób na podejście na nartach przy założeniu, że posiadamy komplet zjazdowy. Zdecydowanie jednak odradzam go do dłuższych podejść. Często jest tak, że wjeżdżamy wyciągiem, i aby zjechać z fajnej górki w kopnym śniegu – trzeba troszkę podejść: do takich krótkich podejść (moim zdaniem nie więcej niż 20-30 minut) nadają się właśnie adaptery. Działa to tak: w wiązanie zjazdowe wpinamy adapter, a w adapter wpinamy but. Adapter to po prostu zawias, dzięki któremu uzyskujemy ruchomą piętę tak jak w narciarstwie klasycznym. Do dłuższych podejść adaptery się nie nadają: ograniczona regulacja kąta oparcia buta, luzy między butem a adapterem, niemożliwość dopięcia harszli, zwiększona waga, zmniejszona stabilność – dyskwalifikują to rozwiązanie do „poważnego” ski-touringu.
A co to są harszle?
Po polsku nazywane czasem nożami, po angielsku: knives lub ski crampons, po niemiecku: harscheisen. Harszle to noże do lodu przyczepiane do wiązań turowych pomagające zapobiegać zsuwaniu się narty do tyłu na twardych, lodowych powierzchniach.
Harszle nie są obowiązkowym ekwipunkiem narciarza turowego – ale są sytuacje, kiedy mogą się przydać. Zakładamy je do nart, gdy jest twardo i dość stromo, ale jeszcze nie aż tak stromo, że narty trzeba przyczepić do plecaka i wyjąć raki i czekan.
A o rakach i czekanie – w kolejnej notce z cyklu „sprzęt skiturowy“ tutaj: https://nakreche.com/2014/01/07/raki-i-czekan-na-skitury/
Ten post został napisany w roku 2013. Od tamtego czasu wiele się zmieniło na rynku wiązań. O ile wtedy, gdy go pisałem na rynku królował Dynafit, teraz weszli nowi gracze. Warto przeczytać nowy post o wiązaniach Marker Kingpin: https://nakreche.com/2018/02/24/wiazania-marker-kingpin-opinia-krol-jest-nagi/
Na tury zacząłem chodzić jakieś 5-6 lat temu, ale ponieważ chodziłem raczej rzadko – sprzęt z reguły pożyczałem. Jeśli nie jesteście zdecydowani, lub nie chodzicie zbyt często – tak jest taniej. Poza tym możecie przetestować sobie różny sprzęt i wybrać swój ulubiony. Jeśli jednak jesteście pewni, że ski-touring to coś co Was pociągnie dalej, macie już pewien ogląd na sprawę i jakieś doświadczenie w temacie – warto zastanowić się nad kupnem swojego sprzętu…
Chciałbym więc napisać serię postów o ski-touringu i sprzęcie turowym (komentowaliście wcześniej jeszcze na blogu „nanarty”, aby tak zrobić). Niniejsza notka jest pierwszą, z cyklu która będzie o tym traktować. Sezon na tury w zasadzie się dopiero rozpoczyna, albo co najmniej jest w pełni – więc myślę, że jakoś się wpiszę w czas i kontekst.
Dziś rzecz będzie o fokach. Foki to nic innego jak kawałki materiału które przyklejamy na spód narty, mające włos skierowany w jednym kierunku. Dzięki temu nartę można z niewielkim oporem ciągnąć po śniegu do przodu, pod górę, ale nawet przy całkiem sporej stromiźnie narta nie będzie się zsuwać do tyłu. Nazwa „foki” pochodzi od foczego futra które było niegdyś stosowane w tym celu. Po angielsku foki to „skins” – i tego nie znajdziecie w żadnym słowniku.
Jak dzielimy foki ze względu na materiał:
A który rodzaj jest dla kogo? Które są najlepsze? Cóż: jeśli jesteś doświadczonym tour-skierem, jesteś przed jakimś poważnym trawersem czy wycieczką która zajmie kilka dni – to na pewno nie czytasz mojego poradnika dla początkujących, bo sam wiesz dobrze co wybrać. I pewnie wybierzesz czyste mohery.
Jeśli natomiast głównie zjeżdżasz, czasem decydujesz się na podejścia, nie jesteś fanem touringu i chcesz jedne foki na kilka lat – kup nylonowe.
Jeśli trochę już podchodzisz, rozwijasz się w tym kierunku, wybierasz się w coraz dłuższe trasy – pewnie mix nylonowo-moherowy jaki mam ja – będzie dla Ciebie dobrym kompromisem.
Do samego materiału na foki musisz dokupić: zaczepy na przód nart i haczyki na tył, siatkę do naklejania fok i ich przechowywania, przewiewny i wytrzymały futerał. Są dostępne foki bez tylnych zaczepów (wtedy można je stosować do różnych długości nart) ale niezbyt je polecam: foka powinna trzymać się wtedy na kleju, ale przy długim podejściu tył będzie się odklejał, namoknie, potem zamarznie, nie będzie się chciał kleić i komfort podejścia będzie niższy.
Foki możesz kupić wstępnie przygotowane, lub „z metra”.
A jak jest z szerokością foki? Foka nie powinna zakrywać krawędzi nart i być od nich odsunięta na przynajmniej 1-2mm z każdej strony. Jeśli zatem nie zamierzamy docinać fok – musimy kupić foki 3-4mm węższe niż nasza narta w talii. Foki nie trzeba wtedy docinać, ale w szerokich miejscach narty – foka będzie tylko wąskim paskiem – a co za tym idzie – nie będzie tak dobrze „trzymać”, czyli narta będzie bardziej podatna na przesuwanie się do tyłu na stromiznach.
Zdecydowanie lepiej kupić więc zbyt szerokie foki które potem docinamy dokładnie do swoich nart.
Ciekawy materiał o docinaniu fok Black Diamonda możecie obejrzeć tutaj:
Jaka jest cena fok? Niestety nie są tanie: jeśli kupujesz z metra – musisz liczyć się z ceną nawet ok 1 PLN za centymetr – czyli nawet 400 PLN na dwumetrowe narty. Jeśli kupujesz gotowe – to koszt 500-600PLN, ale masz wszystko w komplecie.
Gorąco polecam kupno fok w dobrym górskim sklepie, gdzie po pierwsze wiedzą jak to przechowywać, aby klej nie wysechł, nie spłynął i gdzie towar schodzi im na bieżąco, w dużych ilościach.
Pozostałe notki o sprzęcie skiturowym: