nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


5 Komentarzy >

Na szybko: lądowanie w Santiago w kompletnej mgle na instrumenty – pierwszy raz mialem cos takiego: ziemię zobaczylem w chwili kiedy samolot dotknal jej kolami. Temperatura w Santiago: 2 stopnie, ale w ciagu dnia dużo cieplej.

Dzis już raczej nie pojeżdżę ale dam długą w miasto żeby jetlag dopadł jak najpóźniej.

A tak wyglada wschod slonca nad Andami:

IMG_9231.JPG

Bajka, nie?!

Aktualizacja:
Hostel + solo travel ma swoje zalety. Dwóch niezależnie spotkanych kolegów: Jessie z Kanady i Matt z Australii. Obaj na takim offie, że jako pracownik korporacji trochę niezręcznie się czuję (szczególnie, że noszę czyste ubrania). Jeden na jutro poleca Valle Nevado, drugi Portillo. Niestety może być słabo z jazdą poza trasą, jeśli nie chce się wpaść w kamole jak Schumacher…


Dodaj komentarz

Tam gdzie Andy wpadają do Pacyfiku…

Sucho o faktach, mój Lonely pisze tak:

  • Niesamowicie długie (4300km od północy do południa) i jednocześnie niesamowicie wąskie (średnio 170 kilometrów od wschodu do zachodu).
  • Niemalże wciśnięte między gigantyczne szczyty Andów i głębię Oceanu Spokojnego
  • Znajduje się w nim najsuchsze miejsce świata: pustynia Atacama, ale można w nim znaleźć również prawdziwie antarktyczny krajobraz: potężne patagońskie lodowce i spacerujące po nich pingwiny i cała antarktyczna fauna

A bardziej poetycko, tak:

„w Chile możesz mieć swoje plany, ale ważne, abyś pozostał otwarty na nowe doświadczenia i zmiany tych planów (…) nie wahaj się pojechać trochę dalej tam gdzie źle skręciłeś (…) bo przygoda w Chile trwa właśnie wtedy kiedy jedziesz aby doświadczyć przygody”

7 dni to zbyt mało aby poznać cały kraj… myśle zresztą, że w przypadku Chile nawet miesiąc byłby zdecydowanie za krótki

A jak będzie? Hmmm… zobaczymy… Wiem już, że jest problem ze śniegiem, a zima w Chile jest wyjątkowo ciepła… Na trasach pojeżdżę na pewno, ale poza – może być problem. Na pewno jak zwykle podczas moich wypraw – wszystko będzie się kręcić wkoło nart, ale nie zapomnę o jedzeniu, lokalnych atrakcjach, kulturze, anegdotach i spotkanych ludziach…

Nie wszystkie posty będę wrzucał na fejsa, żeby nie spamować Waszych walli. Po prostu zaglądajcie tu czasem. I warto wspomnieć przy tym o jednej istotnej rzeczy: pamiętajcie jak działa teraz fejs – pokaże Wam to co już lubicie: a więc jeśli nie lajkujecie moich postów – nie będą się Wam pokazywać kolejne. Jeśli macie dość tego bloga – nie wciskajcie mi czasem lajka z litości, ale jeśli chcecie go czytać  i dostawać aktualizacje na swojego walla – koniecznie klikajcie te lajki…

 


4 Komentarze

Gdzie do cholery jest Urbanelis?

To już jutro – 14 sierpnia! O 6 rano pociąg do Berlina, potem samolot do Madrytu i po kilkudziesięciu godzinach w podróży – Santiago de Chile!

Dzięki uprzejmości firmy SPOT LCC, udostępniam stronę, gdzie możecie na bieżąco śledzić moje położenie wysyłane przez nadajnik satelitarny, który będę nosił przy sobie. Widać będzie zawsze ostatnich kilka dni mojej lokalizacji.

Link będzie dostępny cały czas podczas podróży, tu na blogu w panelu po prawej stronie. Zapraszam!
Gdzie do cholery jest Urbanelis?

 


8 Komentarzy

Marzenia (znowu) się spełniają…

To już kolejny raz, kiedy tu na tym blogu okazuje się, że jestem cholernym szczęściarzem!

Zacząłem go pisać 2 lata temu chyba przede wszystkim dla siebie. Czytało go kilkoro znajomych, moja mama i redaktor działu sportowego GW. Potem trochę więcej i więcej ludzi. Po jakimś czasie odszedłem z serwisów sportowych GW, zmieniłem platformę i stałem się niezależnym bloggerem. Wy – czyli czytelnicy i komentatorzy rośliście w siłę, co zawsze niezmiennie strasznie mnie kręciło i radowało… Dorobiłem się w międzyczasie nawet jakiegoś hejtu. Systematycznie rósł ruch organiczny z google, ale pojawili się też stali czytelnicy i komentatorzy (w tym miejscu ukłony dla Arka, Wojtiego, Marcina, Pnk, Emila, Fanki, Druha Marudy, Strendżer Gerl, Mii, KA, XC, Edyty, Someone i Anonymous! – wybaczcie jeśli o kimś zapomniałem! Dzięki za Wasze komentarze, to dzięki Wam ten blog jest ciekawszy, żywy i przyciąga ludzi!).

Wreszcie w ubiegłym roku przyszła absolutna niespodzianka – olśnienie: okazało się, że znalazła się firma, która jest gotowa zapłacić mi – czyli jakiemuś chłopakowi z korporacji, który pisze sobie bloga o nartach – sporo kasy za to, żeby pozjeżdżał w jednym z najlepszych puchów na świecie – w Japonii. Tak zaczęło się „Wyzwanie Gillette Hokkaido 2014” – i mówiąc szczerze, nie mógłbym wymarzyć sobie tego lepiej…

Kochani, dzisiejszy dzień jest równie wspaniały. Chciałem przedstawić Wam kogoś bardzo fajnego – partnera swojej wyprawy do Chile i całego sezonu 2014/2015. To UVEX!

10592156_10204565984897822_1172713492_n

UVEX, miło mi gościć Cię na blogu – poznaj proszę, to właśnie moi czytelnicy, mam nadzieję, że będziesz czuł się tu dobrze!

Z góry zapowiadam, że z uwagi na rodzaj produktów UVEX’a, musicie wybaczyć mi sporą liczbę selfie w nadchodzącym sezonie! Uff, nie przypuszczałem nigdy, że umowa sponsorska będzie moim usprawiedliwieniem, żeby się polansować! 😉

PPS. Now, who’s the king?! 🙂 Cieszcie się ze mną! HA! 🙂

 


21 Komentarzy

Narty Solo

Wiele osób z którymi rozmawiam i opowiadam o różnych wyprawach narciarskich pyta mnie z kim byłem w wielu miejscach. Zawsze gdy pada odpowiedź „zupełnie samemu”, widzę zdziwienie na twarzy swojego rozmówcy… „jak to samemu?”, „po co jechać samemu?”, „nie bałeś się?”, „miałeś co robić tak samemu?” – to z reguły pytania które słyszę… Uśmiecham się wtedy zawsze…

Zanim się rozwinę, napiszę tylko, że wiem, że czytają to moi kumple z którymi zjeżdżam… Wspólne podróże są świetne. Panowie, Japonia czy Gruzja które zrobiliśmy w tym roku – to jedne z bardziej udanych wypraw narciarskich w moim życiu, i jestem z nich bardzo zadowolony. Towarzystwo było doborowe, super kompani zarówno do nart jak i do wygłupów, czy do poważnych dyskusji. Więc chłopaki, nie obraźcie się na mnie gdy będziecie to czytać, ale po prostu muszę napisać, że samotne podróże są równie genialne. Podróżowanie po zakątkach świata zupełnie samemu i jazda na nartach z przypadkowo poznanymi ludźmi, to równie wspaniałe doświadczenie, które będę polecał każdemu, kto mnie o to zapyta.

A więc narty solo: od czego zacząć?

Przewodnik

tak wyglądał fotel obok kierowcy podczas większości mojej samotnej wyprawy przez Alaskę

tak wyglądał fotel obok kierowcy podczas większości mojej samotnej wyprawy na Alaskę

Moja odpowiedź jest jedna: Lonely Planet. Olej Pascala, olej Michelin – moim zdaniem informacje w tych przewodnikach są niepełne, często mało przydatne dla narciarzy czy backpackersów, szybko się dezaktualizują. Tylko Lonely Planet spełnia moje oczekiwania, szczególnie przy samotnych podróżach. W Lonely Planet nie znajdziesz informacji, które możesz sobie po prostu wygooglować. Redaktorzy Lonely Planet byli w tych wszystkich opisywanych miejscach osobiście – często po kilku, następnie ich relacje są kompilowane w jedną całość, a wcześniejsze edycje uaktualniane. Z Lonely Planet zrozumiesz lokalną kulturę, poznasz anegdoty, daty lokalnych świąt, festiwali, warte odwiedzenia miejsca, poznasz lokalne zwyczaje, jedzenie (nie tylko w restrauracjach), zrozumiesz kontekst historyczny lokalnych poglądów i przekonań. Oczywiście Lonely to nie wszystko – zanim wyruszę w podróż spędzam dziesiątki godzin na forach, wikipedii, wikitravel, często męczę ludzi mailami czy telefonami. Ale mimo to, dla mnie przewodniki Lonely to nieodzowny element samotnej podróży.

Dla kontrastu radzę Wam przeczytać hejterski wpis dot. Lonely Planet: http://kontakt-kik.blogspot.com/2011/07/dlaczego-nie-lubie-lonely-planet.html – moim zdaniem opisuje tylko negatywne emocje i formułuje negatywne osądy bez podawania faktów. Jedyne fakty, o których autor pisze, to zdania Lonely nt. Polski i świąt katolickich podane zdaniem autora bez należytego szacunku i kontekstu, w ten sam sposób co np. informacje o religijnych świętach hinduskich. Cóż… blog reprezentuje poglądy Klubu Inteligencji Katolickiej, rozumiem więc, że takie podejście może boleć. Ja jednak nie wyobrażam sobie innego. Skoro jednak ja tak bardzo Lonely polecam – dla równowagi warto przeczytać też inne wpisy i wyrobić sobie opinie samemu.

Gdzie spać?

Arktyczna Laponia: pokój u Dicka i Miny - kurcze... jak oni wspaniale gotowali...

Arktyczna Laponia: pokój u Dicka i Miny – wieczorne biesiady z nimi ze wspaniałym, gotowanym przez nich jedzeniem – zapamiętam długo.

Zrezygnuj z hoteli. Kiedyś na Alasce popełniłem błąd. Zanim wyruszyłem w dzicz, zatrzymałem się w Anchorage. Z odbytych wcześniej podróży służbowych zgromadziłem dużo punktów hotelowych, które potem za darmo mogłem wykorzystać – i zdecydowałem się na darmowy dla mnie, ale luksusowy hotel w stolicy Alaski. Z hotelu korzystali głównie opaśli amerykańscy turyści którzy chcieli tylko „powąchać” Alaskę z daleka, i białe kołnierzyki, które przyjechały w sprawach biznesowych, najczęściej związanych zapewne z rurociągiem trans-alaskańskim. Nie muszę mówić, że integracji żadnej nie było. Nie rozmawiałem z żadnymi ludźmi, chodziłem tylko jeść do miejsc polecanych przez mój Lonely Planet. Raz czy dwa wybrałem się na trekking w góry wkoło Anchorage. Dopiero kiedy ruszyłem w dzicz, i zacząłem nocować w pensjonatach, jeść w przydrożnych barach i poznawać ludzi: kierowców ciężarówek, rangerów, czy innych narciarzy – podróż zaczęła nabierać kolorów.

Pełne zanurzenie

Tak naprawdę prawdziwa integracja z ludźmi ma miejsce w przypadku samotnych podróży. Kiedy jesteś we dwójkę, trójkę czy piątkę – jest świetnie, ale raczej stanowicie zamkniętą ekipę, która – owszem – może kogoś poznać i pogadać z obcymi, ale ekipa to ekipa. W ekipie następuje wspólne planowanie i zawieranie związanych z tym kompromisów, ekipa jest zgrana, wyrusza i wraca razem. Samemu jest inaczej. Odważę się napisać, że istnieje coś takiego, jak cała filozofia „Solo Travel”. Wielu blogerów-podróżników jak np. Global Goose stawia tezę, że każda osoba powinna spróbować samotnej podróży przynajmniej raz w życiu. Ze samotna podróż wzbogaca jak żadna inna, że dzięki niej można poznać wielu wspaniałych ludzi, że prawdziwie integruje Cię z krajem który odwiedzasz, z lokalsami, i z otaczającą Cię kulturą. Ich zdaniem, pierwsza samotna podróż jest rodzajem wspaniałego szoku, który każdy pamięta całe życie. Lies Ouwerker pisze, że tylko samotne podróże umożliwiają jej totalne zanurzenie (immersion) w lokalnej kulturze i prawdziwie pełną integrację z innymi ludźmi.

I cholera coś w tym jest. Pamiętam, kiedy jadąc drogą w arktycznej Laponii spotkałem auto jadące w przeciwnym kierunku z nartami na dachu. Spotkać tam auto – to jest w ogóle sprawa niezbyt częsta, a jeszcze narty na dachu – to nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Zaczęliśmy mrugać sobie światłami, machać do siebie i w końcu zatrzymaliśmy się na przeciwnych poboczach. Jossi, sympatyczny Szwed  – niemalże padł mi w ramiona widząc mnie pierwszy raz w życiu. Wymieniliśmy się od razu doświadczeniami, kontaktami do siebie i informacjami o okolicznych zjechanych i zaplanowanych do zjechania górach. Umówiliśmy się na wspólne zjazdy. Mamy kontakt do tej pory.

Lawiny

podczas samotnych zjazdów musisz jakoś radzić sobie z robieniem fotek (wiem, wiem - siedzę tu sa bardzo na tyłach)

Podczas samotnych zjazdów musisz jakoś radzić sobie z robieniem fotek (wiem, wiem – siedzę tu za bardzo na tyłach nart)

To jest w zasadzie główny argument przeciwko samotnej jeździe na nartach. Nawet jeśli sensownie ogarniasz zagrożenie lawinowe, unikasz ryzykownych stoków i podejść, i jesteś generalnie rozsądny – wypadki się zdarzają nawet najlepszym ekspertom. W sytuacji kiedy coś cię przysypie – jesteś zawsze zdany na kolegów z ekipy: na ich działające nadajniki lawinowe, na ich umiejętności ich obsługi, na ich wytrzymałe łopaty i silne ręce. Jeśli zasypie cię, kiedy zjeżdżasz sam – masz w zasadzie konkretnie przesrane. Generalnie, jeżdżąc samemu widzę niewielki sens zabierania ze sobą całego anty-lawinowego sprzętu – bo tylko ciąży w plecaku, a w razie problemów na niewiele się zda. Na szczęście jednak samotne podróże na narty, wcale nie oznaczają samotnej jazdy na nartach. Bardzo często bywa, że akurat w helikopterze jest jedno wolne miejsce, że jakaś przewodnik może zabrać jedną osobę więcej, albo jak pisałem wyżej, że zintegrujesz się z innymi narciarzami do zjazdów. Tak naprawdę podczas moich samotnych narciarskich podróży zaledwie kilka razy zdarzyły mi się zupełnie samotne zjazdy. Cóż… przeżycie również ekscytujące, i skłamałbym gdybym napisał, że tego żałuję, ale jednak staram się tego nie robić jeśli są inne wyjścia.

Na koniec napiszę, że BARDZO polecam samotne podróże każdemu narciarzowi przynajmniej raz na jakiś czas. Moja kolejna – już za 5 tygodni. I uśmiecham się mimowolnie do siebie, kiedy o niej pomyślę! 🙂


10 Komentarzy

Spot Gen3: test i recenzja

Właśnie dostałem od firmy SPOT LLC, nadajnik satelitarny SPOT GEN3. Serdeczne pozdrowienia dla SPOT LLC, i zgodnie z umową robię test urządzenia…

Do czego służy SPOT?

Spot jest odbiornikiem sygnału GPS oraz jednokierunkowym nadajnikiem satelitarnym wykorzystującym sieć satelitów Globalstar. Spot potrafi nadać do satelity Wasze położenie wraz z określonym komunikatem. Ten komunikat (określony wcześniej) zostanie następnie przekazany przez satelity do centrum operacyjnego SPOT i w zależności od jego treści w odpowiedni sposób przetworzony. Urządzenie ma możliwość nadawania następujących typów komunikatów:

GEN3_lead

  • śledzenie: Twoja pozycja zostaje po prostu zapisania na serwerach SPOT. Istnieje możliwość konfiguracji strony i śledzenia Twojej pozycji na google maps przez osoby którym wyślemy linka. (np. przez Twoją rodzinę, znajomych)
  • dwa komunikaty standardowe: Twoja pozycja wraz ze wcześniej zdefiniowanym jednym dwóch komunikatów zostanie wysłana do uprzednio zdefiniowanej listy mailingowej. (np. „Cześć, u mnie wszystko okay. Dobrej Nocy!”)
  • HELP: w momencie kiedy Twoje życie NIE jest zagrożone, ale potrzebujesz pomocy (np. złapałeś gumę, skończyło ci się paliwo, itd) – komunikat HELP wysyłany jest do uprzednio zdefiniowanej listy mailingowej (UWAGA: o komunikacie HELP nie są informowane żadne służby ratunkowe)
  • SOS: w sytuacji zagrożenia życia, informowane są służby SAR (Search & Rescue) danego kraju/obszaru na którym się znajdujemy, oraz koordynująca jednostka poszukiwawczo-ratunkowa GEOS International Emergency Response Coordination Center (IERCC). W zależności od obszaru na którym się znajdujesz, GEOS zawiadomi policję, straż przybrzeżną, ambasady, jednostki poszukiwawcze, górskie pogotowia, itd. GEOS zadzwoni również do wcześniej zdefiniowanych kontaktów aby dowiedzieć się dodatkowych szczegółów nt. Twojego wyposażenia, umiejętności, planu podróży, i innych szczegółów, które mogą pomóc jednostkom poszukiwawczym. Dlatego powinniśmy przed podróżą zapewnić, aby kontakty zdefiniowane w serwisie SPOT były aktualne.

Dla kogo jest SPOT?

Spot jest dla ludzi, których wyprawy odbywają się poza terenem na którym jest zasięg telefonów komórkowych, czyli np. pilotów, podróżników, alpinistów, rybaków, backpackersów, żeglarzy, kierowców off-road, myśliwych oraz rzecz jasna: narciarzy pozatrasowych. 🙂

W sytuacji kiedy nie ma zasięgu komórkowego, SPOT pozwala na stałą, niezawodną transmisję Twojego położenia, a także wezwanie pomocy gdy jest to konieczne.

Czy SPOT jest jedyny na rynku? Czy jest konkurencja do niego?

Nie jest jedyny. Jest konkurencja. Nazywa sie Delorme inReach. Warto przedyskutować różnice między oboma nadajnikami – bo są istotne…

SPOT GEN3

Delorme inReach SE

Simplex/Duplex SPOT jest nadajnikiem jednokierunkowym, co oznacza, że nie jest w stanie dostać potwierdzenia, że komunikat został wysłany i odebrany przez satelitę. Jeśli np. jesteśmy na skraju obszaru zasięgu satelity, albo nasz nadajnik nie jest skierowany pionowo w górę – może zdarzyć się, że sygnał nie zostanie odebrany przez satelitę. W przypadku SPOT’a nie dowiemy się o tym. Delorme inReach SE jest nadajnikiem dwukierunkowym (duplex), co oznacza, że będziemy mieć potwierdzenie, że wysłany przez nas sygnał został odebrany przez satelitę i przekazany dalej.
Baterie 4 alkaliczne litowo-jonowe paluszki odporne na niskie temperatury. Urządzenie będzie działać i wysyłać komunikaty przez kilka tygodni bez konieczności wymiany baterii. W razie potrzeby możemy zabrać ze sobą drugi komplet baterii. Wewnętrzna bateria ładowana przez ładowarkę – starcza na maksymalnie kilka dni w zależności od warunków. To niestety główny problem tego rozwiązania. Aby być pewnym działania urządzenia od którego zależy nasze życie trzeba go codziennie ładować. Często podczas podróży nie ma kontaktów i napięcia – wtedy Delorme inReach staje się nieprzydatny.
Zasięg SPOT jest obsługiwany przez flotę 40 satelitów Globalstar. Ich orbity nie pokrywają obszarów ekstremalnie wysuniętych na północ i południe. Oznacza to, że SPOT nie będzie działał na Antarktydzie, oraz na Spitsbergenie, północnej Grenlandii i południowej Patagonii. Poza tym, aby zapewnić komunikację, satelita musi znajdować się w zasięgu stacji naziemnej Globalstar. Obecnie istnieje kilka luk w rozmieszczeniu stacji naziemnych – głównie na środku oceanów oraz jedna na terytorium Indii. Dokładny zasięg opisany jest poniżej. Delorme InReach obsługiwany jest przez flotę niemal 70 satelitów Iridium obejmującą bez wyjątków 100% powierzchni kuli ziemskiej. To znacząca przewaga Delorme o ile wybieramy się w ekstremalnie północne lub południowe obszary.
Wygląd/wielkość/obsługa SPOT jest bardzo zwarty, niewielki i trywialny w obsłudze. Jest wielkości grubej puderniczki. Delorme InReach ma sporo większe rozmiary, porównywalne do pierwszych telefonów komórkowych Centertela. Do obsługi nadajnika jest stworzony dość toporny system operacyjny i kolorowy energożerny wyświetlacz.
Koszt i abonament Koszt SPOT’a w Polsce zaczyna się od około 1000 PLN, a w USA od 100 dolarów. Abonament na SPOT’a kosztuje 100-150 dolarów rocznie. Są też opcje miesięczne. Nie znalazłem Delorme w Polsce, w Stanach jest trzykrotnie droższy niż SPOT: cena zaczyna się od 300 dolarów. Abonament na Delorme zawierający śledzenie to 25 dolarów miesięcznie (nie da się go zawiesić), czyli ok. 300 dolarów rocznie. To sporo drożej niż SPOT.

Co wybieram? Cóż. Mam w ręku SPOT’a i uważam, że jest cholernie dobrym urządzeniem. Nie zdecydowałbym się na pewno na Delorme ze względu na konieczność częstego ładowania i wewnętrzną baterię, słabo odporną na niskie temperatury.

Zasięg SPOT’a

Tutaj trzeba być ostrożnym. Poniżej moja osobista specyfikacja zasięgu ze szczególnym uwzględnieniem gór i obszarów często pokrytych śniegiem.

W zasięgu: cała Europa (m.in. całe Alpy, Norwegia, Laponia, Tatry, Karpaty, Pireneje), całe kontynentalne Stany i Kanada, Alaska, Japonia, Kamczatka, duża część Chile, Islandia, część Grenlandii, Kaukaz, duża część Pamiru, Tien-Szan, Nowa Zelandia.

Poza zasięgiem: arktyczna część Kanady, Spitsbergen, Patagonia, Antarktyda, północna część Grenlandii, Himalaje, część Karakorum, część Tien-Szan i Pamiru.

spot_coverage_feb12_14

oficjalna mapa zasięgu (czerwiec 2014)

Podsumowanie

Bardzo polecam SPOT’a wszystkim narciarzom pozatrasowym. Z pewnością stanie się stałym towarzyszem moich wycieczek, co będziecie też widzieć na tym blogu…

SPOT’a kupicie i więcej o nim przeczytacie TUTAJ.