nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


9 Komentarzy

Sroczi a nie Soczi

1337453882319_4824167Ponieważ w mediach coraz więcej Soczi – chciałbym podzielić się stosunkiem jaki mam do tej Olimpiady.

Na początek zacytuję Mistrza

„Wszyscy mówią: Olimpiada! Olimpiada! A ja olimpiady na oczy nie widziałem. A skąd! (…) Co się stało? Nie wiem i szczerze mówiąc, ani mi się nie chce, ani nie widzę potrzeby dociekania. Olimpiada to margines, i tyle. Kiedyś centrum, dziś margines. Niedługo wymrą ci, co pamiętają centrum, margines pozostanie, będzie się zgodnie z swą marginalną naturą dalej marginalizował;”
Jerzy Pilch, Drugi Dziennik, wpis z 18 sierpnia 2012

Równia Pochyła

Calgary 1988. Pamiętam Calgary jakby było wczoraj. Calgary to było wydarzenie na które czekałem miesiącami. Pamiętam dokładnie ceremonię otwarcia oglądaną z wypiekami na czarno-białym telewizorze u babci. Był to jeszcze czas takich drużyn jak ZSRR, NRD, RFN i Czechosłowacja. Pamiętam dokładnie jakie emocje budziło we mnie już wtedy narciarstwo alpesjkie. Pamiętam dokładnie radość Tomby z medalu… Zresztą takie nazwiska jak Zurbigriggen czy Tomba pozostaną w mojej głowie do końca życia. Do tego absolutnie niepokonany Matti Nykanen – geniusz skoków. Tak, tak moi kochani: możecie mówić, że nasz Orzeł z Wisły jest najlepszym skoczkiem narciarskim wszechczasów, ale to nie Adam Małysz, a właśnie Matti Nykanen zdobył dwa złote medale na jednej Olimpiadzie – właśnie w Calgary. Wreszcie Olimpiada w Calgary to nie tylko uniesienia sportowe, bo nie napisać o przecudnej enerdowskiej łyżwiarce Katarinie Witt w której kochałem się do szaleństwa – to jak nie napisać o Calgary wcale.

Potem przyszło Albertville 1992. To nie to samo, co Calgary. Czuć było już tę dewaluację… MKOL zastanawiał się jak przyciągać ludzi przed ekrany i zaczął wprowadzać durne dyscypliny: short track, skeleton, snowboard, curling… Patrzyłem na to z zainteresowaniem. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta moja ciekawość to jak ciekawość pierwszego Big Brothera: patrzysz sobie z lekkim zdziwieniem, trochę z dystansu, obserwujesz… Ale raz. Zadnego z kolejnych dwudziestu Big Brotherów już nie oglądasz… Podobnie jak short tracka i skeletonu… Jedyny short track w życiu jaki oglądałem – to short track z Albertville. Short track – Januszem Dzięciołem Olimpiady. Ale mimo to i ta Olimpiada miała moich bohaterów. Bohaterem numer jeden był, dystansując całą resztę, Wiktor Pietrenko. Jeśli oglądaliście Albertville, to zapewne pamiętacie jakie piruety wywijał Pietrenko. A pamiętacie jego pokazowego rock and rolla po tym jak zdobył już złoto? Dżizas, jak ja chciałem tak tańczyć na lodzie jak Pietrenko, takie Salchow’y i Toeloop’y skakać, i przede wszystkim taki aplauz zbierać… Wśród alpejczyków cały czas dominował Tomba i był zdecydowanie moim bohaterem numer #2. W zasadzie przyznaję się tu i teraz do strasznej zdrady. Pietrenko przed Tombą? Baleciarz na łyżwach przed narciarzem? Cóż. Z pewnym wstydem przyznaję, że tak właśnie było podczas Albertville.

hd_3c85185a4e0094287271a5053caa997fLillehammer 1994 pozostawiło po sobie większy niesmak. W komitecie olimpijskim marketingowe zagrywki były już zakorzenione. Ale po raz pierwszy dały o sobie znać z taką mocą: zdecydowano, że zimowa olimpiada nie będzie w tych samych latach co letnia, bo się ludziom nudzi, i mniej na reklamy patrzą. Zrobiono więc wyjątkowo zimową olimpiadę po dwóch latach zamiast po czterech, żeby było naprzemiennie z olimpiadą letnią. Wyobrażacie sobie? Starożytni Grecy robili Olimpiadę co 4 lata, wszystkie nowożytne igrzyska począwszy od XIX wieku były co 4 lata, ale MKOL postanowił, że pierdoli Greków, pierdoli tradycję, bo ważne, żeby lepiej się im transmisja sprzedawała. Nieźle, nie? W głowie z Lillehammer pozostał mi głównie incydent między dwoma łyżwiarkami figurowymi: bodajże małżonek jednej – Tonii Harding pobił drugą – Nancy Kerrigan. Utkwiło mi w głowie, jakżesz podniecały się tym media i jak niewiele miało to wspólnego z samym sportem. No okay… może w głowie został jeszcze Bjorn Daehlie i jego tryumf okupiony potwornym zmęczeniem w biegu na 10 i 25km. Bez Wikipedii więcej nazwisk nie wymienię mimo, iż pamiętam, że Lillehammer umiarkowanie dokładnie śledziłem.

Nagano 1998, Salt Lake City 2002 i Turyn 2006 w zasadzie zlewają mi się w jedność. Jedyny wyjątek, jedyny rodzynek, to piękna (choć przegrana) walka o złoto Małysza z Ammanem w Salt Lake City. Poza tym – nie jestem w stanie wymienić żadnych nazwisk, żadnych bohaterów, żadnych epizodów, żadnych emocji. Kiedyś centrum, dziś margines… A o Vancouver 2010 w zasadzie zupełnie zapomniałem, że w ogóle się wydarzyły…

auto-311641A Soczi? Zjechaliśmy równią pochyłą. Do całego wspomnianego marketingu MKOL, dochodzi jeszcze reżim Putina, tysiące skrzywdzonych wysiedlonych, wyzyskanych ludzi, mafia i koszmarna korupcja podczas budowy obiektów olimpijskich i ksenofobia samych Ruskich poczynając od samej wierchuszki. Sorry, ale ja mam w dupie te igrzyska i te 50 miliardów zielonych, które na nie wydali…