nakreche

narty, na wiele sposobów, subiektywnie


Dodaj komentarz

Wspomnienia z Alaski: Dzicz

Alaska zawsze była dla mnie miejscem legendarnym i celem ostatecznym. Gigantyczny obszar, dzicz i wielkie, wielkie góry. To również największy opad śniegu na świecie: w masywie Chugach wraz z parkiem narodowym o tej samej nazwie – rocznie spada ponad 13 metrów puchu. To miejsce do wyjazdu w które przygotowałem się niemal rok wertując setki for, stron, tanich lotów i zamęczając ludzi pytaniami. Wreszcie po 42 godzinach podróży i zaliczeniu 5 stref czasowych: Warszawa – Londyn – Nowy Jork – Seattle – Anchorage. Dotarłem.

Najpierw trzeba chyba napisać, że pobytowi na Alasce towarzyszyło mi niesamowite uczucie ekscytacji spowodowane odludziem i izolacją. Alaska jest największym stanem USA, o powierzchni większej niż łączna powierzchnia Francji, Niemiec, Polski, Hiszpanii i Włoch. Czyli jakieś pół Europy. A mieszka tu ledwo tyle ludzi co w Łodzi. Wyjeżdżasz z Anchorage, przebijasz się 100-200km i od tego momentu nie ma nic i nikogo. Cisza. Góry. Natura. To uczucie odludzia potęgował zdecydowanie fakt, że na Alaskę wybrałem się kompletnie sam.

Moim zdaniem alaskańskie wyobcowanie i pustka sprawia, że ludzie stają się sobie jakby bliżsi. Kiedy wchodziłem do baru w jakimś miasteczku (a kolejny najbliższy bar był 2 godziny drogi dalej), siadałem sam przy stoliku, i podczas zamawiania kiełbaski z renifera albo hamburgera z łosia zdradzał mnie obcy akcent – ludzie sami zaczynali ze mną rozmowę. Byli bardzo ciekawi skąd przyjechałem (-Poland? Poland? [znak zapytania w oczach]… -Europe. –Aaaa! Europe! [uśmiech] –you came all the way from Europe?!) i zaczynała się normalna, życzliwa rozmowa. Nie doświadczyłem takiej ciekawości, życzliwości, rozmowności i ciepła w innych miejscach. Zagadywali mnie wszyscy: od barmanów i kierowców ciężarówek, a kończąc na służbach cywilnych, strażnikach i pogotowiu ratunkowym. Okay: być może nie byli gotowi zapraszać kolesia z dziwnym akcentem do domu na obiad – ale czuć było autentyczne zainteresowanie, przyjemność z konweracji i szczerze udzielane rady. Nie trzeba mówić, że prawdziwą frajdą było spotkanie innego narciarza lub grupki: zdarzyło się to może ze trzy razy – ale od razu wymieniliśmy się masą informacji: gdzie jeździć, z kim latać, a może zjechać razem, czego szukamy, jak długo jesteśmy…

Film obrazujący trochę krajobraz, warunki i pustkę:

Z nartami na Alasce łączą się często zupełnie nowe wyzwania jakich nie przeżyliście jeżdżąc nawet ekstremalnie i poza trasami w Alpach. Po pierwsze, jeśli planujecie poruszać się poniżej linii drzew, albo robić ski-tury – warto zaopatrzyć się w sztucer do obrony przed niedźwiedziem. Miejscowi Rangersi doradzali mi nawet konkretne modele z naciskiem, że nie może to być byle pistolecina, ale porządny, samopowtarzalny karabin, który położy Grizzly. Druga rzecz związana bezpośrednio z pierwszą: zapachy. Wyobrażam sobie, że nie wylewacie na siebie fiolki Dior’a przed jazdą na nartach, ale niewskazany jest również ani antyperspirant, ani intensywnie pachnący żel pod prysznic ani jedzenie ryby na śniadanie, nie mówiąc nawet o wożeniu jej w plecaku w kanapkach: nawet jeśli macie ten sztucer – zdecydowanie lepiej jednak nie wabić misia.

Wreszcie po trzecie – musicie wypełnić plecak trochę bardziej niż w Europie aby przygotować się na dłuższą niż zaplanowaną jazdę, spacer lub przeczekanie. Czemu? Ano nasze Alpy mimo wielu dzikich miejsc – są jednak zaludnione dość gęsto: praktycznie w każdej alpejskiej dolinie biegnie droga, co chwila są jakieś wioski. Z reguły jest też zasięg komórek. A Alaska? Zapomnijcie. W górach Chugach – jest jedyna droga: biegnie tak na oko z południowego zachodu – portowej miejscowości Valdez na północny wschód w kierunku granicy z Kanadą. Wzdłuż tej drogi – na przestrzeni kilkuset kilometrów znajdziecie cztery heliporty, ze dwa miasteczka, i ze trzy-cztery inne, mniejsze osady ludzkie, które nie mają nawet nazw, a zamiast adresu: liczbę mil ze słupka przy-drogowego. Tak, tak: to właśnie te miejsca ma na myśli Amazon pisząc czasem „tego produktu nie dostarczamy na Alaskę”.

W poprzek od tej jedynej drogi o której wspomniałem – nie znajdziecie kompletnie nic, oprócz setek, jeśli nie tysięcy nienazwanych przez nikogo szczytów (wysokość z reguły przekracza trochę 2000 mnpm, ale nie zapominajcie jak blisko jest ocean). Podczas jazdy w takim terenie, musicie być więc solidnie przygotowani na pogorszenie pogody i na to, że Heli nie będzie was mógł podjąć z którejś z dolin. W Alpach w takich sytuacjach zjeżdża się do najbliższej drogi i dzwoni po taksówkę. Na Alasce w takich (rzadkich na szczęście) sytuacjach – pozostaje właśnie spacer albo ew. dłuższe oczekiwanie na poprawę warunków.

A jak jest z tym lataniem? Ile verticala można zrobić jednorazowo? Jak tanio znaleźć „lift”? Czy na Alasce lata się bezpieczniej niż w Europie? Napiszę o tym w niedzielę. Czytajcie mnie!wink

Na koniec jeszcze jeden film z Flattop Mtn nieopodal Anchorage:


10 Komentarzy

Ubezpieczenie na narty: nie daj się oszukać…

Historia

Mieliście pecha i połamaliście się na nartach? Ja miałem. Przy jakichś próbach freestyle przy sporej prędkości roztrzaskałem nadgarstek, złamałem nos, straciłem przytomność. Kiedy doszedłem do siebie i zjechałem do stacji kolejki – zadzwoniłem do ubezpieczyciela: miły pan poinformował mnie nawet gdzie jest najbliższy ortopeda i kazał dzwonić jak tylko będę miał szczegóły nt. swojego stanu zdrowia. Na miejscu u lekarza, prześwietlenie – i okazuje się, że niezbędna jest operacja nadgarstka, a więc jazda do szpitala w Innsbrucku, i szacowanie kosztu. Po kilku godzinach lekarz daje wstępną wycenę operacji: 5.000 EUR. Lekarze mówią, że nie należy czekać i każdy dzień zwłoki grozi komplikacjami. Operacja powinna nastąpić jak najszybciej.

Tu muszę zrobić dygresję. Otóż wtedy nie wiedziałem, że w interesie ubezpieczyciela najlepszy możliwy ruch, to sprowadzenie pacjenta do Polski, gdzie nie płaci już za leczenie. A więc z ich punktu widzenia dużo lepiej i mniej ryzykownie jest zapłacić nawet za wysłanie prywatnej karetki z załogą z Polski po chorego, niż zostawianie go na operację poza Polską. Operacja grozi powikłaniami, nieprzewidzianym leczeniem, dłuższym pobytem w szpitalu, itd. – a wszystko to przekłada się na dramatyczny wzrost kosztów, które ponosi ubezpieczyciel. Koniec dygresji.

A więc, w drodze do szpitala w Innsbrucku, za moimi plecami (a oficjalnie: w trosce o mnie) ubezpieczyciel kontaktuje się z lekarzami i zadaje im pytania w stylu „czy transport do Polski będzie zagrażał mojemu zdrowiu lub życiu“. Lekarze albo są niedoświadczeni, albo szczerze odpowiadają precyzyjnie na zadane umiejętnie pytania, że „nie umrę w transporcie” i tak dalej. Rozmowy z lekarzami są umiejętnie kierowane i nagrywane. Po tych konsultacjach ubezpieczyciel dzwoni do mnie i informuje mnie, że nie zamierza płacić za operację, ale może przysłać po mnie karetkę (wiedząc, że na kolejny dzień mam bilety lotnicze do Polski, więc to nawet nie jest konieczne). Potem, po powrocie do kraju pomoże mi w uzyskaniu pomocy medycznej w Polsce. Off’em konsultant informuje mnie, że przecież wolę leżeć w szpitalu w Polsce, gdzie są lepsze możliwości komunikacji, dogadania się, i gdzie może odwiedzić mnie rodzina. Zgadzam się w końcu. Po przylocie do kraju czeka na mnie niespodzianka: ubezpieczyciel informuje mnie, że może przekazać mi telefony do prywatnych lub państwowych szpitali ortopedycznych (!!!) i na tym kończy się jego rola. Za opiekę w kraju mam płacić sobie sam, i żebym lepiej przeczytał sobie OWU (ogólne warunki ubezpieczenia) – przecież sam się na nie zgodziłem.

Finał

W Szpitalu MSW każą czekać mi na operację dwa miesiące. Za operację w prywatnej klinice CMC płacę… dużo. Oczywiście z własnej kieszeni. Tak wygląda mój nadgarstek po operacji:

Minęło 10 lat, ale blizny wciąż przypominają mi, by wybierać dobrego ubezpieczyciela.

Lekcja do zapamiętania

  • Jeśli miałeś wypadek, i chcesz mieć operację za granicą, wystąp do lokalnego lekarza o oświadczenie, najlepiej na piśmie, że transport do kraju i/lub zwłoka w operacji będzie działać na twoją szkodę. Wtedy, nawet jeśli ubezpieczyciel odmówi zapłaty za operację (a zdarza się i tak), bez problemu wygrasz tę kasę po reklamacji, a w najgorszym razie przed sądem.
  • Bądź twardy, nie ulegaj sugestiom ubezpieczyciela. Niech twoje zdrowie będzie dla Ciebie priorytetem. Oni chcą zapłacić jak najmniej a ty chcesz wyzdrowieć bez problemu – niestety wasze cele są sprzeczne.

Ubezpieczenia: kogo unikać?

Pamiętaj: duże korporacje wynajmują coraz częściej całe agencje ludzi którzy chodzą po forach i wypisują bzdury. Nie ufaj nieznajomym ludziom polecającym produkty ubezpieczeniowe na forach narciarskich. Pod tym postem który właśnie czytasz, wykasowałem już dwie trzy opinie śmierdzące płatnym spamem.

Przebijanie się przez OWU (Ogólne Warunki Ubezpieczenia) jest koszmarnie żmudne. Zrobiłem to za was.

mBank / AXA

Lubię bardzo mBank, mam tam konto. Ubezpieczenie kupuje się bardzo szybko i bardzo łatwo. Tym większe było moje rozczarowanie, gdy wczytałem się w ich OWU. mBank/AXA nie pokrywa kosztów pierwotnej rekonstrukcji aparatu więzadłowego kolana, (paragraf 17, punkt 5 OWU), a ponadto warianty mały i średni nie pokrywają kosztów ratownictwa.

Innymi słowy ze zwrotu kosztów wyłączona jest BARDZO częsta kontuzja narciarska NAWET po opłaceniu droższej składki za uprawianie sportów zimowych. Nie ma nawet sensu wchodzić w szczegóły jazdy po trasie lub poza trasą. Dla mnie stanowczo dyskwalifikuje to mBank/AXA jako sensownego ubezpieczyciela na jakikolwiek wyjazd narciarski.

AVIVA

Firma wyklucza z ubezpieczenia sport wyczynowy, definiując go jako “sporty uprawiane regularnie i intensywnie” (definicja #60 w OWU). Wykluczone jest również pokrycie kosztów leczenia związane z “pierwotną rekonstrukcją aparatu więzadłowego kolana“ (OWU – punkt IV, podpunkt 14).

Moim zdaniem oba wykluczenia (w szczególności drugie) dyskwalifikują AVIVĘ jako ubezpieczyciela jakiegokolwiek wyjazdu narciarskiego.

 

Gothaer / Planeta młodych

To wariant ubezpieczenia Gothaer na cały rok, niezależnie od liczby wyjazdów. Da się rozszerzyć odpowiedzialność ubezpieczyciela na cały świat oraz na sporty ekstremalne, płacąc składkę premium. Ale nawet najszerszy i najdroższy pakiet o nazwie Travel SPORT VIP, obejmujący sporty ekstremalne, ma koszty ratownictwa ograniczone do 5.000 EUR (paragraf 5, pkt. 5.3 OWU). Pewnie wystarczy to na sam koszt krótkiego lotu helikopterem ratunkowym w Europie. Ale w Stanach, Kanadzie czy Japonii będzie to kosztować wielokrotność tej kwoty. Jeśli do tego doliczy się jeszcze niedużą akcję poszukiwawczą (SAR), gdy helikopter ma polatać trochę dłużej i więcej osób będzie w nią zaangażowanych – z łatwością dojdziemy do kwoty 20.000 – 30.000 EUR. Tak niski limit na koszty ratownictwa wykluczają Planetę Młodych z moich rozważań.

Signal Iduna

Podobnie sprawa ma się z Signal Iduna: da się dopłacić składkę do uprawiania sportów wysokiego ryzyka (kod HR), wyczynowego uprawiania sportu (kod SP), oraz uprawiania sportów ekstremalnych (kod SM) (paragraf 12, punkt 4, OWU), ale nawet w przypadku wykupienia tej składki, w każdym przypadku koszty ratownictwa są ograniczone do 5.000 EUR. (patrz punkt wyżej)

Alpenverein / Generali

To znany produkt, który kupuje masa riderów z krajów zachodnich. Działa na zasadzie składki rocznej. Warto wspomnieć o sensownym limicie na koszty ratownictwa: aż 25.000 EUR na osobę. Jedyna poważna wada tego ubezpieczenia, to niski limit na koszty leczenia: jedynie do 10.000 EUR – w przypadku jakichkolwiek powikłań podczas pobytu w szpitalu, ten limit wyparuje błyskawicznie. Miej to na uwadze przy kupnie. więcej: http://www.alpenverein.pl/polska; Niektórzy kupują to ubezpieczenie, a na leczenie szpitalne mają kartę EKUZ działającą w krajach Unii. Pytanie jednak co z resztą świata? Słyszałem też o szpitalach, które ignorują polskie karty EKUZ. Jest też trochę więcej istotnych wyłączeń odpowiedzialności, o których musisz pamiętać:

  • Nie są objęte ochroną wszelkie wypadki z udziałem pojazdów mechanicznych. Jeśli więc rozwalisz się podczas holu na skuterze śnieżnym, albo w helikopterze w Gruzji – płacisz za ratunek i leczenie sam.
  • Z odpowiedzialności wyłączone są również wypadki na Arktyce/Antarktydzie (oba obszary zdefiniowane przez koło podbiegunowe) oraz Grenlandii, a także w ekspedycjach powyżej 6000 metrów (podobnie jak w opisanym poniżej PZU/PZA).

Wiem, że część riderów lubi ten produkt, jednak ze względu na niski limit kosztów leczenia, ja osobiście go odradzam.

Gdzie się ubezpieczać?

Obecnie – w roku 2018, moim zdaniem istnieją dwa warianty ubezpieczenia poza trasę warte rozważenia:

  • PZU/PZA (czyli efekt współdziałania Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń oraz Polskiego Związku Alpinistycznego). Oba podmioty stworzyły wspólnie produkt ubezpieczeniowy o nazwie „Bezpieczny Powrót”. Opłacasz jedną składkę rocznie. W zależności od parametrów jakie wybierzesz – cena mocno różni się od wybranego pakietu i opcji, a ja płacę z reguły około 250 PLN na rok. Bezpieczny Powrót ma też bardzo sensowny limit na koszty ratownictwa (100.000 – 250.000 PLN) oraz koszty leczenia (250.000 PLN). więcej: https://pza.iexpert.pl/main; Ważne wyłączenia:
    • To ubezpieczenie nie działa na Arktyce. Zadałem im pytanie co dokładnie rozumieją przez Arktykę (nawet Wikipedia podaje różne definicje). Wg. ich definicji Arktyka to wszystko wewnątrz koła podbiegunowego. A więc nie licz na zwrot kosztów i pomoc, jeśli wypadek przydarzy ci się w Laponii, na Spitsbergenie, albo na Lofotach.
    • W podstawowym pakiecie nie ma również ochrony powyżej 6000 metrów, a więc jeśli jesteś kozakiem który jeździ w najwyższych rejonach Tien-Szan, Karakorum czy Himalajów – musisz dokupić składkę premium;
  • Warta ma interesujący produkt w swoim pakiecie ubezpieczenia sportowego. Po pierwsze: da się zapłacić składkę premium za uprawianie sportów ekstremalnych. Po drugie: Limit na poszukiwanie i ratownictwo jest niemały: 50.000 PLN, podobnie jak limit na koszty leczenia (160.000 lub 400.000 PLN). Brak jest irytujących wykluczeń dotyczących obszarów geograficznych, albo specyficznych kontuzji narciarskich. Wadą jest jednak cena: koszt tygodniowego wyjazdu z sumą ubezpieczenia 160.000 PLN to ponad 200 PLN. Warta jednak wydaje się jedyną sensowną opcją, kiedy jedziemy w tereny nieobjęte ochroną PZU/PZA albo Alpenverein. Więcej: https://wartadirect.pl/

Jeśli jeździsz po trasie również możesz wykupić powyższe ubezpieczenia i wydaje się, że nawet dla narciarzy trasowych ma to głębszy sens.